poniedziałek, 31 października 2011

Bracia Słowianie i reszta świata

Rok 966 to nie początek!

Prawdziwy nacjonalista to ktoś, kto zna korzenie swojego narodu i potrafi wyciągnąć z tej wiedzy odpowiednie wnioski. Wbrew temu, co twierdzą niektóre osoby, historia naszej wspólnoty nie zaczęła się w roku 966. To nie jest tak, że w drugiej połowie X wieku Polacy pojawili się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, a wcześniej nie było zupełnie nic. “Narodowym kreacjonistom” wydaje się, iż w 966 roku Naród Polski został ulepiony z gliny jako twór zupełnie nowy, nieposiadający przeszłości i tradycji, zaczynający swoje dzieje od zera, świeży jak Tabula Rasa. Nic bardziej mylnego: przed chrztem Mieszka I nasza wspólnota istniała, ale pod zupełnie inną postacią.


Słowiańska przeszłość Narodu Polskiego

Zanim powstał jednolity Naród Polski, funkcjonowały w Europie liczne plemiona słowiańskie, i to przez wiele tysięcy lat. To właśnie nasi przodkowie, nasi praojcowie. To my sprzed wielu mileniów. Taką mamy przeszłość i nie zmienią tego nawet najgłośniejsze wrzaski “narodowych kreacjonistów“. Jednakże identyczną historię posiadają także inne narody słowiańskie: przeszłość Polaków jest wspólna z przeszłością Czechów, Rosjan, Białorusinów i innych. Wiem, że wielu ludziom bardzo to przeszkadza, ale nic im na to nie poradzę. Ja jestem “narodową ewolucjonistką”, pojmującą i akceptującą to, skąd wywodzą się Polacy i jakie procesy wpłynęły na obecny kształt tego Narodu.


Jacy byliśmy?

Był czas, kiedy Słowianie posiadali jeden język i jedną religię. Chociaż pod względem politycznym byli oni podzieleni na wiele plemion, pod względem kulturowym i etnicznym stanowili pewną całość. Kto by w tamtych czasach odróżnił Słowaka od Polaka, a Polaka od Ukraińca? Nikt, tym bardziej, iż pojęcia “Słowak”, “Polak” i “Ukrainiec” po prostu nie istniały. Niby funkcjonowało wiele małych, słowiańskich grupek, a jednak były one do siebie niesamowicie podobne. Przodek dzisiejszego Słowaka był taki jak przodek dzisiejszego Polaka, a przodek dzisiejszego Polaka był taki jak przodek dzisiejszego Ukraińca. I to było naturalne. Wspólnoty podzielone administracyjnie, a jednak niewiele się od siebie różniące.


Wczoraj identyczni, dziś zróżnicowani

Do czego można by to porównać? Do dziejów ludzi dorosłych. My, dorośli, jesteśmy bardzo zróżnicowani, zajmujemy się różnymi rzeczami, posiadamy rozmaite poglądy i cele życiowe. Ale przed laty stanowiliśmy pewną jedność: jako zygoty byliśmy tacy sami. Podobnie jest z narodami słowiańskimi. Dziś te ludy bardzo się od siebie różnią, jednak kiedyś były niemalże identyczne. Skoro jest tak, a nie inaczej, to należy zadać sobie pytanie: czy Słowianie-Niepolacy, których w dawnych czasach nie dałoby się odróżnić od Polaków, nie są naszymi półrodakami?


Jak herbatniki z jednego pudełka

Czy my wszyscy nie jesteśmy jedną wielką nacją, która - w wyniku pewnych wydarzeń historycznych - podzieliła się na odrębne narody? Porównajmy to do kształtnych herbatniczków. Jeden herbatniczek ma kształt serduszka, drugi ma kształt gwiazdki, trzeci ma kształt choinki, a jednak one wszystkie są zrobione z tych samych składników i zostały wyjęte z tego samego pudełka. Teraz wyobraźmy sobie, iż herbatnik-serduszko jest alegorią Polaków, herbatnik-gwiazdka alegorią Słowaków, herbatnik-choinka alegorią Rosjan, a na pudełku widnieje napis “Słowiańszczyzna” lub “Sławia”.


Między formą a treścią

Jedno i to samo, chociaż pod wieloma postaciami! Czy miałby rację ten, kto by powiedział, iż herbatnik-serduszko jest czymś innym niż herbatnik-choinka? Tylko częściowo. Pewnie, że te dwa herbatniczki inaczej wyglądają, ale dzieląca je różnica jest bardzo powierzchowna. Oba ciastka tak samo smakują i są zrobione z tych samych składników. Zanim otrzymały swoje kształty, nadane im przez jakieś foremki, stanowiły jedną masę gotową do dalszej obróbki. Najpierw była owa masa, a potem zrobiono z niej rozmaite herbatniki. Analogicznie przedstawia się historia narodów słowiańskich. Niegdyś istniała jedna nacja słowiańska, później zaś powstało wiele odrębnych i zróżnicowanych narodów.


Solidaryzm słowiański (nie panslawizm!)

Wspólna przeszłość, brak wspólnej teraźniejszości. Co z tego wszystkiego wynika? To, że my, Słowianie powinniśmy się wzajemnie szanować i być ze sobą solidarni. Jesteśmy różni, każdy z naszych narodów posiada swój indywidualny charakter, który winien być chroniony, szanowany i rozwijany. Jednocześnie nie można zapominać o tym, iż nasze narody posiadają wspólną historię. Niech Polacy będą dumni ze swojej tożsamości narodowej, niech bronią swojej polskości i niech walczą o absolutną suwerenność swojego państwa. Ale niech pamiętają, że zanim stali się Polakami, to byli takimi samymi Słowianami jak niektóre ludy Europy Środkowej, Wschodniej i Południowej.


“Każdy inny, wszyscy Słowianie”

Brońmy naszego polskiego “ja” przed wszystkim, co stanowi dla niego zagrożenie; szanujmy swój język, swoją flagę, swoje godło, swoją literaturę, swoje dzieła plastyczne, swoje zabytki, swoje dobre imię, swoją muzykę, swoje przysłowia, swoje legendy i swoich bohaterów. Jednak bądźmy świadomi, jak to “ja” się formowało i skąd właściwie się wzięło. Herbatniki, o których wcześniej pisałam, są różne i trzeba się z tego cieszyć. Lecz nic nie zmieni faktu, że powstały one z jednolitej masy. Jeśli chodzi o narody słowiańskie, to proponuję parafrazę pewnego hasła: “Każdy inny, wszyscy Słowianie”. Oby było ono mottem naszej nowej - pełnej przyjaźni i solidarności - drogi życiowej!


Słowiańskość i germańskość

Co do naszych czcigodnych sąsiadów, to mogliby oni mówić: “Każdy inny, wszyscy Germanie”. Dla nas, Słowian, Germanie są zupełnie obcymi ludźmi, ale dla siebie nawzajem - braćmi i siostrami. Wydaje mi się, że o ile Słowianie są jeszcze do siebie uprzedzeni i wzbraniają się przed zaakceptowaniem swojej słowiańskości, o tyle Germanie dojrzeli już do dostrzeżenia i uznania swojej germańskości. I to jest piękne. Trzeba znać swoją tożsamość i być z niej dumnym, ale należy przy tym uważać, żeby nie popaść w niechęć do innych grup etnicznych.


“Jak dobrze mieć sąsiada...”

Miłość do własnego narodu, własnego plemienia i własnej ojczyzny nie musi przecież oznaczać nienawiści do świata zewnętrznego. Inne ludy i państwa nie są ani lepsze, ani gorsze od nas. Są po prostu obce w znaczeniu “spoza rodziny”. Jak herbatniki z innej firmy, rozumiecie? Jestem za tym, żeby relacje słowiańsko-germańskie miały charakter dobrosąsiedzki. Germanie nie byli, nie są i nigdy nie będą naszymi krewnymi, ale mogą być naszymi przyjaciółmi.


Braterstwo a niepodległość

Kochać rodzinę, lubić sąsiadów - tak niewiele potrzeba, aby uczynić świat lepszym! Oczywiście, ta miłość i przyjaźń muszą iść w parze z poszanowaniem odrębności oraz suwerenności innych nacji i państw. Prawdziwy nacjonalista wie, że Naród i Ojczyzna to świętości, które powinny cieszyć się nietykalnością. Niepodległość - zarówno nasza, jak i cudza - jest wartością absolutną, której nie wolno w żaden sposób ograniczać. Sformalizowane unie polityczne, cyrografy wojskowe, nakazy i zakazy wydawane przez instytucje ponadnarodowe, a także kary za nieprzestrzeganie traktatów to najwięksi wrogowie wolności narodowo-państwowej. Parafrazując pewne hasło: “Kocham, nie gnębię!”.


Moje zdanie o rasach ludzkich

Czy kiedykolwiek wypowiadałam się na temat ras ludzkich rozumianych jako typy antropologiczne, posiadające określony kolor skóry, kształt czaszki, budowę ciała etc? Jeśli nie, to najwyższy czas nadrobić tę zaległość. Moim zdaniem, rasa człowieka to biologia, biologia i jeszcze raz biologia. A do tego fizyka, astronomia i geografia. Odmiany ludzkie są dziełami przyrody i istnieją wyłącznie po to, żeby ułatwiać organizmom funkcjonowanie w konkretnym klimacie.


Ponieważ Słońce jest “bogiem”

Kolor skóry zależy od ilości melaniny, a ilość melaniny - od tego, w jakim stopniu jest ona potrzebna do ochrony ciała przed promieniami UV. Jeśli ktoś żyje w Afryce Środkowej, gdzie Słońce okrutnie praży, to nie należy się dziwić, iż ma pod skórą mnóstwo barwnika ochronnego (inna sprawa, że czarni zazwyczaj dobrze sobie radzą zarówno w skwarze, jak i na mrozie). I odwrotnie: jeśli ktoś żyje na Półwyspie Skandynawskim, gdzie jest dosyć chłodno, to nic dziwnego, iż jest taki blady i jasnowłosy. Mogę z przymrużeniem oka powiedzieć, że Słońce jest bogiem, albowiem doprowadziło do powstania różnych odmian Homo sapiens. Gdyby we wszystkich zakątkach naszej planety klimat był jednakowy, to nie mielibyśmy takiej różnorodności jak obecnie.


Kwestia pochodzenia geograficznego

Myślę, że nie ma powodów, aby uważać którąkolwiek rasę za lepszą od innych. Zgadzam się z opinią, według której można mówić co najwyżej o “rasie najlepiej przystosowanej do życia w konkretnym klimacie”. Czy moi Czytelnicy wiedzą, że skośne oczy powstały po to, żeby pomóc ludziom w znoszeniu monsunów? Typ antropologiczny jest kwestią pochodzenia geograficznego. I tutaj pojawia się pewien haczyk, bo kiedy widzę przedstawiciela innej rasy, to wiem, że nie jest on rdzennym Polakiem i Słowianinem. Taki ktoś nie należy do naszej rodziny, jednak można się z nim zaprzyjaźnić.


Uroda i inteligencja

Co do urody, to odpowiedź na pytanie “Która rasa jest najpiękniejsza?” zależy od indywidualnych preferencji. Jednej osobie mogą się podobać swojskie twarze europejskie, druga może gustować w Latynosach, a trzecia może mieć bzika na punkcie wielkich, lśniących, skośnych oczu rodem z mangi i anime. O gustach się nie dyskutuje. Jeśli chodzi o zależności między rasą a inteligencją, to natknęłam się kiedyś na statystyki, z których wynikało, że w testach IQ żółci wypadają najlepiej, biali średnio, a czarni najgorzej. Oto cytat, który znalazłam w polskojęzycznej Wikipedii (hasło “Pismo chińskie”): “Według niektórych badań neurofizjologicznych używanie chińskiego pisma angażuje - w przeciwieństwie do pisma alfabetycznego - obie półkule mózgowe, co ma się przyczyniać m.in. do niewielkiej przewagi w testach IQ, którą osiągają Chińczycy w porównaniu z Europejczykami”. Traktuję to jako specyficzną ciekawostkę naukową.


Zakończenie

Uważam, że nacjonalizm jest - a przynajmniej powinien być - ideologią opartą na uczuciu miłości. Tak jak w patriotyzmie chodzi o to, aby kochać swój kraj i wiernie mu służyć, tak w nacjonalizmie powinno się stawiać na miłość do swojego narodu. Naród Polski nie powstał jednak znikąd i nie jest sam na tym świecie. Nas, Polaków, łączy wspólna przeszłość z innymi Słowianami, więc należy to traktować jako zobowiązanie do solidarności ze wszystkimi narodami słowiańskimi. Pamiętajmy, iż miłość do polskości i słowiańskości nie musi (a raczej: nie ma prawa) prowadzić do ksenofobii, czyli nienawiści do Niepolaków i Niesłowian. Kto jak kto, ale nacjonalista powinien wiedzieć najlepiej, jak cenne są różne Ojczyzny i Narody. Jeśli chodzi o rasizm, to nie ma dla niego żadnego uzasadnienia. Można go uznać co najwyżej za rodzaj ksenofobii, a więc za coś bardzo negatywnego i niebezpiecznego.


Natalia Julia Nowak,
31 października 2011 r.



P.S. Wszystkiego najlepszego z okazji słowiańskiego święta - Dziadów!

poniedziałek, 24 października 2011

Wartości prawicowe są wartościami pogańskimi!

“Postępowy” światopogląd w Nowym Testamencie

Jeśli dobrze zastanowimy się nad tym, jakie idee są zawarte w świętej księdze chrześcijan, czyli w Nowym Testamencie, to dojdziemy do wniosku, że nie mają one nic wspólnego ze światopoglądem prawicowym. Przyjrzyjmy się dokładnie temu, co czynił i postulował Jeszua - Jezus Chrystus. Główny bohater Ewangelii nie był propagatorem tradycyjnych, pogańskich wartości, takich jak honor, duma, wierność prawom przodków, niepodległość Ojczyzny czy troska o interesy własnego Narodu. Wręcz przeciwnie, był on zwolennikiem “postępowego” światopoglądu opartego na pokoju, tolerancji, równości, równouprawnieniu i uległości wobec sił ograniczających suwerenność państwa. Nasuwa się więc pytanie: czy religia chrześcijańska przystoi prawicowcom?


Wolność, równość i braterstwo

Jezus często szokował, a nawet bulwersował ludzi przywiązanych do tradycyjnych zasad moralnych. Spożywał posiłki z celnikami, rozmawiał z kobietami, domagał się poszanowania dla zwierząt, sprzeciwiał się osądzaniu innych osób oraz zgadzał się na posłuszeństwo cezarowi (okupantowi). Poza tym, sugerował, że wiara powinna być sprawą prywatną: krytykował tych, którzy publicznie manifestowali swoją religijność i zachęcał do modlitwy w ukryciu. Jeszua uważał, iż wszyscy ludzie powinni żyć w wolności, równości i braterstwie. Dziś podobne tezy głoszą liberałowie, socjaldemokraci, euroentuzjaści, kosmopolici i inni. Moim zdaniem, niemal każda organizacja lub partia lewicowa mogłaby się podpisać pod biblijnym stwierdzeniem: “Nie masz Żyda ani Greka, nie masz niewolnika ani wolnego, nie masz mężczyzny ani kobiety; albowiem wszyscy jedno jesteście”.


Litość nad kobietą upadłą

Czy przypominacie sobie scenę, w której do Chrystusa została przyprowadzona niewiasta przyłapana na cudzołóstwie? Faryzeusze, czyli konserwatyści, uważali, że kobietę tę należy surowo ukarać. Jezus odmówił wymierzenia ladacznicy sprawiedliwości, uzasadniając swoją decyzję tym, iż nikt nie jest bez grzechu. We współczesnych czasach podobnie postępują stowarzyszenia feministyczne, które wzywają do zrozumienia prostytutek, kobiet uprawiających seks poza małżeństwem, antykoncepcjonistek i aborcjonistek. Tak jak Jeszua nauczał, że nikogo nie wolno oceniać, tak feministki utrzymują, iż kobiet zabijających nienarodzone dzieci nie można nazywać “morderczyniami”.


Jezus wzywałby do tolerancji!

Powiedzcie sami: czy gdyby Chrystus żył w XXI wieku, to wykrzykiwałby radykalne hasła wymierzone w feministki, homoseksualistów, transseksualistów, mniejszości etniczne, obce państwa lub instytucje ponadnarodowe? Czy walczyłby z rozmaitymi używkami, skoro sam pił wino na weselu? Czy uczestniczyłby w długich, głośnych, ostentacyjnych, publicznych modłach na Krakowskim Przedmieściu? Ja myślę, że postępowałby odwrotnie, tzn. nawoływałby do tolerancji, integracji europejskiej, skromności, pokory i poszanowania inności oraz postulowałby wolność wyboru stylu życia. Jezus na pewno nie byłby po stronie konserwatystów, nacjonalistów, patriotów, antyfeministów i antydemokratów. Dlatego chce mi się śmiać, kiedy widzę, jak prawicowcy, również ci skrajni, odwołują się do religii chrześcijańskiej i lansują się na wiernych uczniów Chrystusa.


Ojczyzna i honor jako wartości antyczne

Przepraszam najmocniej, ale co prawicowość, szczególnie ta skrajna, ma wspólnego z treścią Nowego Testamentu?! My - patrioci, nacjonaliści, konserwatyści, antyfeminiści i antydemokraci - głosimy poglądy przeciwne do tych zawartych w Ewangelii. Cenimy sobie honor, tradycję, niepodległość Ojczyzny, interes narodowy i hierarchię społeczną, a przecież wymienione idee wywodzą się z pogaństwa! Tak, moi Kochani! Nasze prawicowe wartości są wartościami antycznymi!


Nie bójmy się pogaństwa!

Jeśli istnieje opcja polityczna, która realizuje - nawet nieświadomie - nauki Chrystusa, to jest nią umiarkowana lewica i część liberałów (chodzi o wolnościowców obyczajowych, a nie o korwinistów). My, prawicowcy, powtarzamy to, co kiedyś mówili poganie. Dlatego apeluję: nie bójmy się pogaństwa, bo to ono jest źródłem naszych idei! A ci, którzy twierdzą, iż prawicowość płynie z chrześcijaństwa, niech przestaną się wreszcie oszukiwać! Wiecie, ja jestem ateistką i nie wierzę w istnienie żadnego Boga. Lecz tym, którzy w Boga wierzą, mogę powiedzieć: jeśli Jezus obserwuje Ziemię, to oburza się na prawicę, a nie na lewicę.


Pieszczenie Palikotka za pomocą młotka

Lewicowcy i niektórzy liberałowie są bardzo nowotestamentowi, chociaż nie zawsze to sobie uświadamiają. Nam, prawicowcom, pozostaje już tylko ateizm, agnostycyzm lub pogaństwo. Swoją drogą, skoro lewacy są tacy chrześcijańscy, to powinni oni rozwieszać krzyże w miejscach publicznych, a nie żądać ich usunięcia. Januszu, nie gryź ręki, która Cię karmi! Januszu, nie podcinaj gałęzi, na której siedzisz! Januszu, Jezus Cię kocha! Januszu, nie lękaj się! Januszu, otwórz na oścież drzwi Chrystusowi! Januszu, zachęcaj swoich wyborców, żeby śpiewali “Bóg kocha mnie takiego, jakim jestem, raduje się każdym moim gestem. Alleluja, Boża radość mnie rozpiera, uuu, uuu, uuu, uuu” albo “Taki duży, taki mały może świętym być. Taki gruby, taki chudy może świętym być. Taki ja i taki ty może świętym być” [cytat z Arki Noego]! Hehehe, to takie moje pogańskie “pieszczenie Palikotka za pomocą młotka”…


Wyobraźnia nie zna granic

Przeprowadziłam pewien eksperyment myślowy. Zastanowiłam się, jak mogłoby wyglądać chrześcijańskie niebo, czyli miejsce, do którego trafiają osoby urzeczywistniające nauki Jezusa. Wyobraziłam sobie liberalną, demokratyczną monarchię, realizującą zasadę tolerancji, otwartości, równości społecznej etc. Skojarzenie z Holandią, Belgią, Norwegią, Szwecją i Hiszpanią było tak silne, że aż mnie zatkało! Właściwie, to zrobiło mi się słabo jak Frederowi z filmu “Metropolis”, w scenie, w której zobaczył on swojego ojca w towarzystwie Fałszywej Marii. Tak czy owak: wyimaginowałam sobie również piekło. Okazało się ono nieco podobne do Białorusi, Ukrainy i Rosji. Bez komentarza.


Kościół - nasz sprzymierzeniec?

Myślę, w niniejszym artykule udało mi się uzasadnić, dlaczego uważam chrześcijaństwo za idealną propozycję dla lewaków, a pogaństwo - za dobre wyjście dla prawaków. Jako że sama jestem prawaczką, nie będę już patrzeć na Kościół katolicki jak na swojego sojusznika. Oczywiście, można dyskutować o tym, czy KrK głosi dokładnie to, co jest napisane w Nowym Testamencie, czy krzewi własną ideologię. Nie zmienia to jednak faktu, iż katolicyzm wywodzi się z chrześcijaństwa, a chrześcijaństwo jest z natury lewicowe. Nie ja jedna tak sądzę, moi Drodzy. Profesor Maria Szyszkowska, która kandydowała do Sejmu z listy Sojuszu Lewicy Demokratycznej, napisała na swoim blogu: “Chrześcijaństwo w swoich początkach było ruchem lewicowym”.


Od Narodowego Radykalizmu do Nacjonalizmu Pogańskiego

No cóż, jeśli ja, nacjonalistka, chcę być konsekwentna w swoim skrajnie prawicowym światopoglądzie, to nie mogę dłużej prezentować postawy klerykalnej, prochrześcijańskiej i prokatolickiej. Tym bardziej, że Kościół to instytucja ponadnarodowa z siedzibą w Watykanie - jeszcze do lat sześćdziesiątych łacińskojęzyczna. Nie chcę, żeby moja Ojczyzna była uległa wobec jakiegokolwiek obcego podmiotu! Domagam się pełnej suwerenności! Ogłaszam wszem i wobec, iż nie jestem już prokościelnym Narodowym Radykałem (NR), tylko Nacjonalistką Pogańską! Na koniec przytoczę pewien cytat: “Twój bóg został przybity do krzyża. Mój ma młot. Jakieś pytania?”.


Natalia Julia Nowak,
24 października 2011 r.

piątek, 21 października 2011

Co mi daje ateizm?

Ateizm daje wolność?

Moje środowisko jest bardzo zróżnicowane: ateiści wywodzą się z różnych warstw społecznych, wykonują różne zawody, głoszą różne poglądy i popierają różne partie polityczne. Niektórzy z nich są niewierzący od zawsze, bo nie wynieśli wiary z domu rodzinnego, inni zaś mają za sobą religijną (niekoniecznie katolicką) przeszłość. Jest jednak rzecz, która łączy chyba wszystkich świadomych ateistów z całego świata. Otóż powtarzają oni zgodnym chórem, iż ateizm daje człowiekowi wolność. Czy tak jest w istocie?

Postanowiłam, że się zastanowię, czym jest dla mnie brak wiary w Boga i jakie korzyści czerpię na co dzień z tego światopoglądu. Czy całkowite odrzucenie teizmu wywołało w moim życiu jakieś zmiany? Na ile ja, osoba niewierząca, różnię się od człowieka wierzącego? Które z moich poglądów wynikają bezpośrednio z ateizmu? I jakie przekonania opuściły mnie razem z wiarą w Boga?


1. Ateizm sprawia, że jestem pro-life.

Nie wierzę w istnienie świata pozagrobowego. Jestem przekonana, że kiedy człowiek umiera, to można dać sobie spokój z rozmyślaniem na temat jego doli. Osoba zmarła nie pójdzie ani do nieba, ani do piekła, ani do czyśćca, albowiem życie po śmierci nie istnieje, nawet w najbardziej prymitywnej formie. Dzięki temu, iż nie wierzę w świat pozagrobowy, bardziej doceniam obecne, ziemskie, biologiczne życie. Uważam, że skoro istota ludzka, której życie jest zagrożone, nie ma szans na kontynuację swojej egzystencji po śmierci, to trzeba ją za wszelką cenę ratować.

Pogląd ten wyjaśnia, dlaczego jestem w stu procentach przeciwko aborcji. Skoro nienarodzone dzieci mają tylko to życie, które dała im przyroda, to należy je chronić z wyjątkową troskliwością. Jeśli któreś z tych dzieciątek zginie, to jego zgon będzie końcem wszystkiego - mała, ludzka istotka nie odrodzi się “po drugiej stronie”, gdyż żadnej “drugiej strony” nie ma. Ateizm zmusza mnie, bym szanowała ziemskie życie człowieka, bo jest ono jedyne i niepowtarzalne. Gdybym zaś była osobą wierzącą, w mojej głowie mógłby się zrodzić pogląd: “Co mnie obchodzą nienarodzone dzieci? Aborcja im nie zaszkodzi, ponieważ odrodzą się one w niebie, u Boga. Tam będzie im znacznie lepiej niż na Ziemi”.

Ponieważ nie wierzę w żadne uduchowione teorie dotyczące człowieka i świata, jestem zmuszona przyjąć światopogląd naukowy. W świetle nauki, człowieczeństwo jest tożsame z przynależnością do gatunku ludzkiego, a gatunek ludzki jest kwestią posiadania ludzkiego DNA. Jeśli mamy stworzenie, które stanowi pewną całość, posiada własny kod genetyczny i należy do gatunku Homo sapiens, to trzeba je uznać za człowieka. Ludzka zygota spełnia wszystkie warunki, które właśnie wymieniłam. Jest człowiekiem, zatem musi mieć zagwarantowane podstawowe prawa człowieka: do życia, do godnego traktowania i do bezpieczeństwa swojej osoby.

Sprzeciwiam się aborcji, niszczeniu nadliczbowych zarodków powstałych w procedurze in-vitro oraz środkom antykoncepcyjnym uniemożliwiającym zygocie zagnieżdżenie się w macicy (spirala domaciczna, pigułka hormonalna, pigułka “dzień po” i tym podobne). Za śmierć uważam sytuację, w której dany osobnik staje się martwy jak kłoda i niezdolny absolutnie do niczego (np. do rozwoju według “linii programowej” zapisanej w DNA). Gardzę dyskusjami typu: “Czy płód jest człowiekiem? Czy przedstawiciel innej rasy jest człowiekiem? Czy pozbawiony ludzkich uczuć morderca jest człowiekiem?”.

Na wszystkie wymienione pytania istnieje bowiem prosta odpowiedź: “Tak, ponieważ należy do gatunku ludzkiego”. Narodzony czy nienarodzony, biały czy kolorowy, wrażliwy czy psychopatyczny - Homo sapiens to Homo sapiens i nic tego nie zmieni. Jestem za tym, żeby zamordowanie dziecka poczętego było karalne dla jego matki. No, bo jeśli państwo nie ukarze aborcjonistki, to kto to zrobi? Bóg, który nie istnieje? Nie bądźmy śmieszni! Zabijanie osób dorosłych dopuszczam tylko w dwóch przypadkach: podczas wojny oraz jako karę za morderstwo lub zdradę Ojczyzny. Ale o tym za chwilę.


2. Ateizm sprawia, że mogę być patriotką, nacjonalistką i konserwatystką.

Kiedy byłam osobą wierzącą, nie znosiłam patriotyzmu i nacjonalizmu, gdyż te ideologie jawiły mi się jako usprawiedliwienia dla przemocy, tak bardzo potępianej przez Jezusa Chrystusa. Stanowczo sprzeciwiałam się kultowi bohaterów narodowych, bo uważałam, że skoro ci ludzie zabijali w czasie wojny, to Jahwe na pewno nie przyjął ich do nieba. Stawianie “Honoru” i “Ojczyzny” w jednym szeregu z “Bogiem” jawiło mi się jako ciężka obraza dla Króla Miłości i Pokoju. Nacjonalizm uważałam za synonim faszyzmu, nazizmu i rasizmu, a samych nacjonalistów postrzegałam jako grzeszników, którzy nie potrafią kochać wszystkich ludzi jednakowo i którzy są z góry skazani na potępienie. Podkreślanie różnic i podziałów między narodami utożsamiałam z sianiem nienawiści i nietolerancji, czyli z grzechem przeciwko przykazaniu miłości.

Nie uznawałam żadnych wojen, nawet tych obronnych, bowiem Pan Jezus - bity, opluwany i poniżany - nie robił nic, żeby się bronić. Uważałam, że chrześcijanin musi ściśle przestrzegać zaleceń Chrystusa, a przecież ten kazał miłować bliźniego, nadstawiać drugi policzek, przebaczać wszelkie krzywdy i oddawać życie za przyjaciół. Sądziłam także, iż należy ograniczyć do minimum lub wręcz całkowicie odrzucić zabijanie zwierząt, albowiem krzywdzenie stworzeń Bożych jest grzechem ciężkim. Byłam wielką zwolenniczką związków homoseksualnych, ponieważ - jak utrzymywałam - miłość jest darem od Jahwe, a szacunek dla inności to święty obowiązek chrześcijanina. Popierałam operacji zmiany płci, bo uważałam, że prawdziwą płcią jest płeć naszej (pochodzącej od Boga) duszy.

Można sobie wyobrazić, kim bym dzisiaj była, gdybym w wieku 16 lat nie została agnostyczką, a rok później ateistką. Pewnie skończyłabym w partii Zieloni 2004 (kurczę, co religia robi z człowiekiem?!). Wiara w Boga i wierność Ewangelii zabraniałyby mi miłości do Polski, zmuszałyby mnie do kosmopolityzmu, ekologizmu, pacyfizmu i feminizmu oraz mobilizowałyby mnie do krzewienia homoseksualnej i transseksualnej propagandy. Uświadomienie sobie, że żadnego Boga nie ma, sprawiło, iż mogłam się wyzwolić z sideł poprawności politycznej i lewackiej “filozofii miłości”. Odrzucając religię, która zmuszała mnie do określonych zachowań pod groźbą piekła lub innej kary Boskiej, stałam się wolną i samodzielnie myślącą osobą.

Dotarło do mnie, iż nie mam obowiązku popierać homoseksualizmu i transseksualizmu. Zrozumiałam, że wcale nie muszę być masochistką, która nadstawia drugi policzek, rezygnuje z wszelkiej samoobrony, wybacza 77 razy, cieszy się z każdego cierpienia zbliżającego ją do Chrystusa oraz żyje według zasady “oni mnie opluwają, a ja się cieszę, że deszczyk pada”. Pojęłam, iż mam swoją godność, a także prawo do szczęścia i stawiania na swoim. Stwierdziłam, że wcale nie muszę się poniżać, szanując i uszczęśliwiając ludzi, którzy mnie krzywdzą. Wręcz przeciwnie: mogę, a nawet powinnam mieć swój honor. Ta honorowość i skłonność do obrony własnych interesów przeszły mi potem w patriotyzm i nacjonalizm, z czego jestem niezmiernie dumna.


3. Ateizm daje mi wolność myśli, słowa, sumienia i edukacji.

Kiedy byłam katoliczką, zdawałam sobie sprawę z faktu, iż można grzeszyć na kilka sposobów: myślą, mową, uczynkiem i zaniedbaniem. Wiedza o tym, że każdy, nawet najdrobniejszy i najmniej szkodliwy społecznie uczynek może być grzechem, sprawiała, iż musiałam się nieustannie pilnować. Uciążliwa, niekończąca się samokontrola rodem z powieści “Rok 1984” (w której ludzie starali się unikać myślozbrodni i gębozbrodni) bardzo utrudniała mi życie i najzwyczajniej w świecie mnie ograniczała.

Jako osoba wierząca, byłam zmuszona uważać na każde wypowiadane słowo, żeby nie obrazić Boga ani bliźniego. Nie mogłam swobodnie snuć refleksji ani wypowiadać w umyśle pewnych stwierdzeń, żeby przypadkiem nie zgrzeszyć myślą. O wyciąganiu własnych wniosków i robieniu czegokolwiek wbrew Nowemu Testamentowi nawet nie było mowy. Słuchając rocka i metalu, które już w starszych klasach podstawówki zaczynały mi się podobać, czułam się jak przestępczyni. W ogóle słuchanie muzyki i korzystanie z rozrywek w czasie “fioletowych okresów” z kalendarza liturgicznego obniżało moje poczucie własnej wartości. Spożycie mięsa w piątek uważałam za niesłychaną zbrodnię i manifestację braku szacunku dla męki Pańskiej. Zarzucałam sobie, że w moim sercu od czasu do czasu pojawiają się zakazane emocje, bo przecież gniew i zazdrość należą do grzechów głównych.

Ateizm sprawił, iż nabrałam wreszcie pewności siebie i zaczęłam normalnie funkcjonować. Skorzystał na tym przede wszystkim mój umysł, gdyż mogłam od tej pory rozmyślać o wszystkich zagadnieniach, w dowolny sposób i z dowolnego punktu widzenia. Rozszerzyły się także moje możliwości edukacyjne. O ile w katolicyzmie czytanie, słuchanie i oglądanie pewnych materiałów jest grzechem, o tyle po jego odrzuceniu można czytać, słuchać i oglądać niemal wszystko (np. fragmenty świętych ksiąg innych religii).

Osoba, która wyrwała się spod pantofla wiary, może wszechstronnie się rozwijać i samodzielnie kształtować swój światopogląd. Nie musi się martwić, że każdy przeczytany artykuł, napisane zdanie i sformułowane w myślach stwierdzenie przybliża ją do diabła. Co więcej, ma prawo zrezygnować z uczestnictwa w kulcie jednostki, jakim jest czczenie papieża i uznawanie go za istotę nieomylną.

Religia, wbrew solennym deklaracjom kapłanów, nie dopuszcza wolności myśli, słowa, sumienia i edukacji. Jeśli ktoś chce być wolny, to musi odrzucić wiarę, zmienić wyznanie albo pogodzić się z myślą, iż - w świetle doktryny religijnej - jest grzesznikiem skazanym na wieczne tortury w piekle. Gdyby taki człowiek żył w średniowieczu, musiałby się też przygotować na bliskie spotkanie trzeciego stopnia z inkwizycją. Niewykluczone, że w tamtych czasach ja sama zostałabym aresztowana przez jakichś smutnych panów.


Jestem wolnym człowiekiem!

Jak widać, utrata wiary w istnienie Boga wniosła do mojego życia nową jakość. Dzięki ateizmowi stałam się panią swojego losu, myślącą samodzielnie i niewahającą się wykraczać poza ramy religii chrześcijańskiej. Uważam, że osoba, która określiła ateizm jako wyzwolenie istoty ludzkiej, miała rację. Brak wiary w Boga powoduje, iż mogę - bez oglądania się na nic - określać, co jest dobre, a co złe, co mądre, a co głupie, co piękne, a co brzydkie. Nie muszę stosować orwellowskiego “zbrodnioszlabanu”, czyli zabiegu myślowego polegającego na blokowaniu wszelkich wątpliwości i nieortodoksyjnych myśli rodzących się w głowie.

Odkąd przestałam być katoliczką, nie boję się używać rozumu do celów niezgodnych z doktryną religijną. Nikt nie może mi nakazać, abym myślała lub czuła w określony sposób. Jestem wolnym człowiekiem, a nie ofiarą kontroli umysłu. Mogę być patriotką, nacjonalistką, antydemokratką i antyfeministką, popierać lub potępiać dowolne zjawiska, gniewać się i lenić, jeść mięso w piątek, kołysać się przy muzyce w adwencie, słuchać Arkony, wychwalać Łukaszenkę, żyć bez spowiedzi i Mszy świętej, farbować włosy na “jaskrawy kolor, czarny jak piekło” oraz pisać takie artykuły jak ten, który teraz czytacie.

Ateista to człowiek godny podziwu, albowiem wyzwolenie się od dogmatów, w które wierzyło się przez całe życie, wymaga nie lada odwagi i samozaparcia. Nie jest łatwe ani odłączenie się od Matriksa, ani przyznanie się ludzkości do nowego światopoglądu. Lecz gdy człowiek już to uczyni, naprawdę ma wrażenie, iż obudził się z jakiegoś absurdalnego snu i otrzymał wiele nowych możliwości. To tak, jakby wyjść z ciemnego lochu, w którym było się przykutym do ściany i zakneblowanym. Totalne wyzwolenie, nowe życie, zwycięstwo nad własnymi ograniczeniami. Lubię to!


Natalia Julia Nowak,
20 października 2011 r.

poniedziałek, 17 października 2011

Religia, etyka? Nic z tych rzeczy!

Nie będę się bawić w zbędne wstępy. Wypalę od razu, z grubej rury, że jestem przeciwna organizowaniu w szkołach katechez. Religia nie jest nauką, a przynajmniej nie taką, jak biologia, chemia, historia czy filologia polska. Tego, co ustalili teologowie, nie da się sprawdzić za pomocą żadnej uznanej metody badawczej. Tezy teologów są zupełnie nieweryfikowalne, przyjmuje się je “na wiarę”, a to zbyt mało, żeby można było stwierdzić ich prawdziwość lub fałszywość. To, że intelektualiści religijni wierzą w swoje wnioski, nie oznacza jeszcze, iż mają rację. Każdy może sobie coś wydumać i przedstawić swoje wymysły bez prezentowania dowodów na ich autentyczność.

Przykładowo, pani Iksińska może dojść do wniosku, że w Bałtyku pływa morski potwór, a nawet napisać kilka książek na ten temat. Czy publikacja takich refleksji sprawi, iż staną się one prawdą i będą mogły być nauczane w szkołach? Oczywiście, że nie! Dlaczego więc w instytucjach oświatowych naucza się religii - serii dogmatów, które są równie niepewne i nieweryfikowalne jak pogląd o obecności potwora w Morzu Bałtyckim?

Nie mam nic przeciwko pani Iksińskiej, która wierzy w tajemnicze stworzenie zamieszkujące Bałtyk. Jednak dopóki jej pogląd nie zostanie w pełni potwierdzony przez naukowców, nie należy wmawiać młodym ludziom, iż jest on bezsprzecznym faktem. Owszem, można uczniów poinformować, że istnieje teoria dotycząca obecności potwora w Morzu Bałtyckim. Ale przekonywanie, iż teoria ta jest niepodważalną prawdą, to gruba przesada.

Ktoś może powiedzieć, że chrześcijaństwo powinno być jak najbardziej promowane, albowiem religia Chrystusowa jest naszą tradycją. Pytam: jaką tradycją? I czym są “chrześcijańskie korzenie Europy”, o których tak namiętnie rozprawiają niektóre osoby? Odkąd w Europie pojawiły się istoty rozumne, posiadające bujną wyobraźnię i zdolność do abstrakcyjnego myślenia, na kontynencie tym niepodzielnie królowało rodzimowierstwo.

Religia i kultura pogańska były wspólne praktycznie dla całej Europy, a także dla Indii, przez co dzisiaj mówi się o tzw. wspólnocie praindoeuropejskiej. Chociaż w różnych częściach Eurazji bogowie byli czczeni pod różnymi imionami, a teologiczne opowieści różniły się wieloma szczegółami, można powiedzieć, iż pogaństwo było jedno. Weźmy pod uwagę chociażby fakt, że w wierzeniach przedchrześcijańskich bóg najwyższy (Perun, Perkunas, Thor, Zeus, Jupiter, Indra) zawsze był związany z niebem i władał piorunami. Był też pogromcą swojego złowrogiego antagonisty i posiadał atrybut w postaci broni. Więcej informacji na temat wierzeń indoeuropejskich można znaleźć w książce “Mitologia Słowian” Aleksandra Gieysztora.

Przez cały okres prehistoryczny i większą część starożytności Europa była pogańska. Antyczne potęgi, Grecja i Rzym, które dały początek naszej literaturze, sztuce, filozofii, nauce i teorii prawa, były państwami niechrześcijańskimi. Dopiero tysiące lat później dotarła do nas (z Bliskiego Wschodu) religia Chrystusowa, która nie miała absolutnie nic wspólnego z naszą kulturą, tradycją, religią i mentalnością. Wiara w boskość Jezusa z Nazaretu była od samego początku zwalczana przez władze rzymskie - niestety, bardzo okrutnymi metodami, których nie popieram i które uważam za niedopuszczalne.

Chrześcijaństwo zostało przyjęte w Rzymie za sprawą jednego z cesarzy, jednak w innych zakątkach Starego Kontynentu rozpanoszyło się dopiero kilkaset lat później. U nas nastąpiło to w roku 966, przy czym mieszkańcy naszych ziem jeszcze przez wiele wieków czcili rodzimych bogów, niekiedy pod przykrywką kultu świętych (przykład: uwielbienie dla św. Jerzego, za którym kryło się zupełnie pogańskie wysławianie Jaryły/Jarowita. Inny przykład: noc świętojańska będąca de facto zakamuflowaną nocą Kupały). Są ludzie, którzy twierdzą, że za katolicko-prawosławnym kultem Matki Boskiej kryje się pradawny kult Wielkiej Macierzy: słowiańskiej Mokoszy, greckiej Demeter, sumeryjskiej Isztar, egipskiej Izydy i tak dalej.

No, więc jak można mówić o “chrześcijańskich korzeniach Europy”, skoro Stary Kontynent ma korzenie ewidentnie niechrześcijańskie?! Ląd, na którym żyjemy, zawsze był pogański - od samego początku, od momentu pojawienia się na nim istot inteligentnych. Już Neandertalczyk i wczesny Homo sapiens byli rodzimowiercami. Europa (a właściwie: Indoeuropa) przez wiele, wiele wieków posiadała własną religię, własną kulturę, własną mentalność, własną sztukę i własną obyczajowość. Niestety, kiedy na Starym Kontynencie pojawili się wyznawcy bliskowschodniego chrześcijaństwa, prawie całe rodzime dziedzictwo zostało zaprzepaszczone.

Zaczęły się wówczas rządy instytucji ponadnarodowej: Kościoła, który głosił Jedyne Słuszne Poglądy i stał na straży Nowego Porządku Europy. Dokonała się istna rewolucja - stare, rodzime, europejskie tradycje zastąpiono nowymi, obcymi, azjatyckimi. Ludzie przywiązani do dawnej kultury znaleźli się pod pręgierzem kleru (zarówno dosłownie, jak i w przenośni). Wraz z upływem czasu było coraz gorzej, albowiem instytucja ponadnarodowa, strzegąca Nowego Ładu Europejskiego, zaczęła organizować m.in. krucjaty.

W wyprawach krzyżowych chodziło o to, aby ujednolicić cały świat i utworzyć globalną wspólnotę katolicką. Średniowieczny Kościół, skądinąd oparty na poglądach Judejczyka Jezusa, prześladował zarówno oryginalną (pogańską) tradycję europejską, jak i przekonania innych grup etnicznych. Do dzisiaj są organizowane tzw. misje, których celem jest zwalczanie rodzimych wiar różnych ludów i poszerzanie wpływów wiadomej instytucji ponadnarodowej. A ponieważ chrześcijaństwo (głównie katolicyzm i protestantyzm) jest coraz słabsze, zdarzają się ludzie, którzy pragną za wszelką cenę bronić jego supremacji.

Wśród nich bywają - o dziwo - nacjonaliści, chociaż to właśnie oni powinni być szczególnie niezadowoleni z faktu, że ich ojczysta tradycja została wyparta przez religię pochodzącą z Bliskiego Wschodu. Niektóre osoby są zaniepokojone faktem, iż ateiści coraz śmielej krytykują religię chrześcijańską, a w niektórych krajach Europy Zachodniej i Północnej muzułmanie zaczynają się czuć jak u siebie w domu. Pytanie do tych osób: kiedy Wy, chrześcijanie, wycinaliście święte gaje i topiliście w rzekach posągi lokalnych bogów, to było dobrze?!

Opowiedzieliście się za Kościołem, który przeszczepił na Wasze ojczyste ziemie zupełnie obcą wiarę i kulturę! Tradycja grecka, tradycja rzymska, tradycja słowiańska, tradycja germańska… Wymieniliście to wszystko na azjatyckie chrześcijaństwo! I Wy teraz mówicie, iż chcecie bronić “chrześcijańskiej Europy” przed wszelkimi zagrożeniami? A co to jest “chrześcijańska Europa”?! Przecież Stary Kontynent to dom pogan! Jeśli chodzi o historię Polski, to wcale nie zaczęła się ona w 966 roku po Chrystusie. Jej dzieje toczyły się już wcześniej, tyle że w tamtych czasach nasze ziemie były częścią szeroko pojętej Słowiańszczyzny.

Przed 966 rokiem nie było Polaków we współczesnym tego słowa znaczeniu, ale były plemiona słowiańskie, takie jak w Europie Wschodniej i na Bałkanach. Słowianie, chociaż wewnętrznie zróżnicowani, byli w zasadzie jednym narodem. Dziś już nie można mówić o istnieniu ludu słowiańskiego i przyznam, iż zdenerwowałabym się na każdego, kto wysunąłby postulat połączenia suwerennych narodów słowiańskich w jedną całość. Nie zmienia to jednak faktu, że skoro łączy Słowian wspólna przeszłość, to powinni oni ze sobą współpracować i bardzo się szanować. Nie popieram tworzenia żadnych formalnych unii politycznych, stanowczo sprzeciwiam się też projektom typu Sławia - państwo wszystkich Słowian. Proszę mnie nie uważać za panslawistkę, bo ten wyraz przywodzi na myśl jakieś internacjonalistyczne i federalistyczne zapędy. Wolę, by mnie nazywano słowiańską solidarystką.

Jestem za nieformalną i dobrowolną przyjaźnią słowiańsko-słowiańską, realizowaną nie przez polityków (którzy mają stać na straży niezależności swoich krajów!), tylko przez zwykłych obywateli. Jestem za tym, żeby narody słowiańskie kontaktowały się ze sobą i poznawały się nawzajem. Jestem za tym, żeby Słowianie przebaczyli sobie wszelkie krzywdy i żyli w zgodzie. Jestem za tym, żeby Słowianin - w razie czego - potrafił się wstawić za drugim Słowianinem. Jestem za tym, żeby Polacy byli mniej “na Zachód”, a bardziej “na Wschód”, gdyż do Słowian należy właśnie wschodnia część Europy. Niech pewna partia nie sieje pogardy dla Rosjan, Ukraińców i Białorusinów! Dlaczego? Bo to są nasi pół-rodacy!

Wróćmy jednak do problemu szkolnych katechez. Skoro nie chcę, by w placówkach oświaty nauczano religii, to co proponuję w zamian? Czy etykę? Nie, zdecydowanie nie etykę, gdyż pod tym pojęciem kryje się lewicowy światopogląd. Zauważcie, moi Drodzy, że niektórzy etycy (a przynajmniej ci, których kojarzę) są de facto krzewicielami myśli lewicowej. Magdalena Środa jest znaną feministką, a Maria Szyszkowska kandydowała do parlamentu z listy Sojuszu Lewicy Demokratycznej. Australijski etyk Peter Singer jest zwolennikiem zoofilii, eutanazji, późnych aborcji i zabijania upośledzonych niemowląt, a jednocześnie człowiekiem walczącym o tzw. wyzwolenie zwierząt. O tym, że etyka to zakamuflowana opcja lewicowa, może również świadczyć fakt, iż propaguje ją Ruch Palikota.

Zamiast religii i etyki proponuję świeckie wychowanie patriotyczne, łączące w sobie elementy historii, politologii, socjologii, wiedzy o literaturze i sztuce, polonistyki, slawistyki i religioznawstwa. Chodzi o to, aby poprzez przekazywanie wiedzy i pogłębianie wrażliwości rozpalić w młodym pokoleniu miłość do Polski, troskę o jej dobro i potrzebę pracy na rzecz Ojczyzny. Lekcje wychowania patriotycznego powinny też wzbudzać u dzieci i młodzieży zainteresowanie innymi krajami słowiańskimi, ich dziejami, tradycjami i językami. Powinny pokazywać, że Polska jest wartością najwyższą, dla której warto się poświęcać, ale sami Polacy są spokrewnieni (etnicznie i kulturowo) z niektórymi narodami Wschodu i Południa.

Wyedukowana patriotycznie młódź ma być dumna ze swojej polskości, przywiązana do takich wartości jak niepodległość czy honor, a zarazem wolna od uprzedzeń związanych ze Słowianami. Zajęcia z wychowania patriotycznego powinny być prowadzone w sposób interesujący i nienachalny, a uczniowie - zachęcani do kreatywności i samodzielnych poszukiwań. Na lekcjach można by odtwarzać filmy historyczne, słuchać pieśni patriotycznych, oglądać fotografie i reprodukcje obrazów, odtwarzać prezentacje multimedialne, czytać wiersze, utwory prozatorskie, fragmenty pamiętników i wspomnień, artykuły prasowe sprzed kilkudziesięciu lat itd. Uczniowie mogliby się również uczyć o współczesnych Polakach (np. naukowcach, muzykach, aktorach), którzy odnoszą jakieś sukcesy na arenie międzynarodowej. Poznawanie kultury i popkultury innych państw słowiańskich także powinno mieć miejsce w ramach zajęć.

Ponieważ nie bawiłam się we wstępy, nie będę również bawić się w zakończenia. Napiszę za to krótko i hasłowo: RELIGIA, ETYKA? NIC Z TYCH RZECZY! Nieweryfikowalna teologia chrześcijańska i lewicowa propaganda etyczna powinny zostać zastąpione przez EDUKACJĘ PATRIOTYCZNĄ!


Natalia Julia Nowak,
17 października 2011 r.



P.S. Nagranie, w którym ja, Natalia Julia Nowak, wypowiadam się na temat chrześcijaństwa i rodzimowierstwa (przepraszam za niską jakość dźwięku!). Te portrety Jezusa (po lewej stronie) wiszą w moim pokoju od jakichś 10 lat, bo tak się składa, że ja sama byłam kiedyś katoliczką. Na razie nie zamierzam ich usunąć, albowiem nie chcę robić domowej rewolucji. Zresztą, te obrazki wcale mi nie robią krzywdy.

http://www.youtube.com/watch?v=q48MM80hdDY

poniedziałek, 10 października 2011

Epicka klęska optymistów

Mydliny w oczach

Powiem krótko, ale dobitnie: nie rozumiem prawicowców, którzy patrzą w przyszłość z optymizmem i nie dopuszczają do swojej świadomości straszliwej prawdy o współczesnym świecie. Mamy w Polsce dużą grupę ludzi, którzy są zszokowani sukcesem Ruchu Palikota i nie mogą pojąć, jak to możliwe, iż radykalnie lewicowa partia zajęła trzecie miejsce w wyborach parlamentarnych. Postawa tych osób świadczy tylko o tym, że dotychczas były one przekonane, iż Polacy są narodem patriotyczno-konserwatywnym. Jeśli kogoś zaskoczył sukces lewicy, to znaczy, że wcześniej uważał społeczeństwo polskie za wspólnotę mniej lub bardziej prawicową. Taki ktoś żył w świecie wyobraźni, pogrążał się w skrajnym chciejstwie i był ślepy na otaczające nas zlewaczenie.


Grochem o ścianę

Muszę przyznać, iż spotkałam wiele takich osób. Optymistyczni prawicowcy, z którymi miałam okazję rozmawiać, postrzegali Polaków jako konserwatystów, patriotów, a nawet nacjonalistów. Wprawdzie próbowałam im wytłumaczyć, że rzeczywistość ma niewiele wspólnego z ich wizją, ale oni natychmiast zaprzeczali moim słowom i upierali się przy swojej opinii. Pytałam ich: jeśli Polacy są konserwatystami, to dlaczego większość z nich popiera aborcję, antykoncepcję, swobodę obyczajową i edukację seksualną? Pytałam: jeśli Polacy są patriotami, to dlaczego większość z nich nie widzi nic złego w tym, iż Polska musi wykonywać polecenia Brukseli? Pytałam: jeśli Polacy są nacjonalistami, to dlaczego partie nacjonalistyczne mają mniej niż jeden procent poparcia?


Szok i przerażenie

Prosiłam tych ludzi, żeby otworzyli oczy i poczytali chociażby komentarze w popularnych serwisach internetowych. Niestety, moje akcje uświadamiające nie przynosiły żadnego skutku. Optymistyczni prawicowcy z uporem maniaka powtarzali, że Naród Polski jest patriotyczny i konserwatywny, a lewica nigdy w naszej Ojczyźnie nie zatriumfuje. Teraz, kiedy Ruch Palikota został w Polsce partią nr 3, skrajni optymiści przecierają oczy ze zdumienia i nie wiedzą, co ze sobą zrobić. Ja tam doskonale wiedziałam, że w naszym kraju żyje mnóstwo lewicowców, którzy prędzej czy później upomną się o swoje.


Druga Holandia to wyrok!

Już od kilku lat byłam przygotowana na najgorsze, a swoją rozpacz i poczucie beznadziejności wyrażałam w formie depresyjnych felietonów i wierszy. Uparcie powtarzałam, iż upodobnienie się Polski do Holandii/Hiszpanii/Szwecji po prostu musi nastąpić, albowiem takie jest przeznaczenie i nic tego nie zmieni. Rozumiałam, że tak jak Traktat Lizboński i parytety dla kobiet były tylko kwestią czasu, tak totalne zlewaczenie Polski prędzej czy później stanie się faktem. Jedyne pytanie, na które nie potrafiłam sobie odpowiedzieć, brzmiało: “Kiedy to nastąpi? Czy za rok, czy za pięć lat, czy za dwie dekady?”.


Spóźniona apokalipsa

Zagadka została rozwiązana 9 października 2011 roku. Tego dnia, a raczej tej nocy, mogłam sobie powiedzieć: “Oooo! Więc to już ta chwila? Ale heca! Moja stara przepowiednia wypełniła się właśnie dzisiaj!”. Szczerze mówiąc, jestem zaskoczona, iż moje proroctwo urzeczywistniło się tak późno. Był bowiem czas, kiedy myślałam, że kompletne zlewaczenie naszej Ojczyzny nastąpi bezpośrednio po ratyfikacji Traktatu z Lizbony. Jak widać, pomyliłam się o dwa lata. Ale to nie zmienia faktu, iż prawidłowo wskazałam kierunek, w którym pójdzie (czyt.: idzie) nasz ukochany kraj.


Zawracanie kijem Wisły

Ruch Palikota dąży do tego, aby przeprowadzić w Polsce istną rewolucję społeczno-obyczajową. Mówię Wam, drodzy Czytelnicy, że ta rewolucja dojdzie do skutku. Jeśli nie od razu, to odrobinę później (RP ma wszak cztery lata na realizację swojego celu). Mam nadzieję, iż nie będziecie wówczas wytrzeszczać oczu ze zdziwienia i kręcić głową z niedowierzania. Mnie ta cała tragedia wcale nie dziwi. Owszem, zasmuca i napełnia lękiem, ale nie dziwi. Od dawna wiem, że wszelkie wartości są skazane na przemiał i że nie da się tego wyroku odwołać. Można płakać, można walić głową w mur, można wyrywać sobie włosy ze skroni, można się szarpać i awanturować, jednak te zabiegi absolutnie niczego nie zmienią. Przed nami, prawicowcami, nie ma przyszłości. No, chyba, że za przyszłość uznamy rozpacz, upokorzenie i śmierć w straszliwych męczarniach psychicznych.


Życie dla życia

Moi Kochani, ja już dawno odrzuciłam wszelkie oczekiwanie. Nie czekam, bo nie mam na co. To znaczy: czekam na własną śmierć, z którą jest dokładnie tak jak ze zlewaczeniem Polski. Zgon jest przeznaczeniem, ponurym wyrokiem, który prędzej czy później zostanie wykonany. Jedyne, co mogę, to zastanawiać się, kiedy umrę - czy za miesiąc, czy za dziesięć lat, czy dopiero po ukończeniu 90 roku życia. Żyję z dnia na dzień, świadoma faktu, iż nigdy nie doczekam się poprawy swojej doli. Oddycham, jem, piję, wydalam, piszę artykuły, słucham muzyki, surfuję po Internecie i studiuję dziennikarstwo, ale nie czekam na nic konkretnego, nie liczę na najniklejszy uśmiech losu, nie spodziewam się żadnego cudu. Po co żyję? Otóż żyję dla samego życia. Poczęłam się, urodziłam… więc żyję. Jestem jak wskazówka zegara, którą kiedyś wprawiono w ruch i która obraca się dla samego obracania. W tym, że wskazówka się obraca, nie ma żadnej filozofii. To czysta fizyka i nic poza tym.


Reformy a swobody obywatelskie

Interesuje mnie tylko jedna sprawa. Czy po reformach, które wejdą w życie w ciągu najbliższych czterech lat, zachowa się wolność myśli, słowa i sumienia? Czy będę mogła kontynuować pisanie patriotycznych, nacjonalistycznych, eurosceptycznych, konserwatywnych, antyfeministycznych i antydemokratycznych felietonów? Czy prawicowe ugrupowania, takie jak Polska Partia Narodowa i Narodowe Odrodzenie Polski, będą mogły istnieć i działać zgodnie z własnymi przekonaniami? Wiem, że pytania, które zadaję, mogą się kojarzyć z dylematami klaczy Mollie, bohaterki “Folwarku Zwierzęcego” G. Orwella (“Czy po powstaniu będzie cukier? A czy będę mogła wplatać sobie wstążki w grzywę?”). Ale są one dla mnie bardzo ważne, gdyż nie chcę stracić swoich najcenniejszych praw. Boję się cierpienia, dyskryminacji, represji… Myśl o tym, że mój los może się drastycznie pogorszyć, sprawia, iż coraz mniej lękam się śmierci. Wierzę, że zgon stanowi koniec wszystkiego - zmarły człowiek traci świadomość tego, co się dzieje na Ziemi.


Chociaż tyle dobrego, że pisowcy przegrali!

Na szczęście, dostrzegam jedną rzecz, z której mogę się cieszyć. Tą rzeczą jest spektakularna porażka Prawa i Sprawiedliwości, partii, która od dwóch lat potwornie mnie denerwuje. Widzicie, moi drodzy Czytelnicy… Dzisiaj, czyli 10 października, jest druga rocznica podpisania Traktatu Lizbońskiego przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Odkąd Kaczyński ratyfikował TL, darzę PiS samymi negatywnymi uczuciami. Moja niechęć do Prawa i Sprawiedliwości pogłębiła się po 10 kwietnia 2010 roku, kiedy to pisowcy zaczęli nazywać LK bohaterem narodowym, stawiać mu pomniki oraz oskarżać Rosjan o umyślne spowodowanie katastrofy smoleńskiej. PiS mnie irytuje, przeraża wrogością do Wschodnich Słowian, głęboką wiarą w teorie spiskowe i bezkrytycznym uwielbieniem dla braci Kaczyńskich. Dlatego cieszę się, iż ta partia jest wielkim przegranym tegorocznych wyborów. Szczęście w nieszczęściu. To, czego poszukiwała pewna bohaterka literacka, Pollyanna.


Natalia Julia Nowak,
10 października 2011 r.

środa, 5 października 2011

Fantazja o Wielkiej Polsce Narodowej

Muzyczne motto:

“Opisujesz jej swój dziwny strach,
który nie daje myślom odlecieć.
Ona, uśmiechnięta, odpowie tak:
po drugiej stronie lustra jest lepiej! (…)

I nie mów jej, że tego nie ma -
- ona to widzi, ona wierzy w to!
I nie mów jej i nie zabieraj
tych resztek wiary, co się jeszcze tlą!”


Closterkeller - “Alicja”



Gdy już powstanie Wielka Polska Narodowa, niektórzy ludzie poczują się, jakby się znaleźli po drugiej stronie lustra. Wszystko, co stanowi element naszej społeczno-polityczno-gospodarczej rzeczywistości, odwróci się o sto osiemdziesiąt stopni. Świat stanie na głowie, do góry nogami. Kosmopolityzm przeobrazi się w patriotyzm, internacjonalizm w nacjonalizm, euroentuzjazm w eurosceptycyzm, feminizm w antyfeminizm, liberalizm w konserwatyzm, demokracja w autorytaryzm, kapitalizm w etatyzm, a konkordat w nawiązania do tradycji dawnych Słowian.

Nic, dosłownie nic, nie będzie takie jak dawniej. Wszystko ulegnie zmianie, dokona się transformacja na całej linii. Kiedy to nastąpi, wielu ludzi odniesie wrażenie, że ogląda świat w negatywie. Rzeczywistość WPN będzie odwrotnością tej, którą znamy obecnie. Wielka Polska Narodowa, jako byt jedyny w swoim rodzaju, otrzyma etykietkę “państwa absolutnie do niczego niepodobnego”.

Przede wszystkim: Polska stanie się krajem całkowicie niepodległym, suwerennym, niezależnym od obcych sił. Gdy nasza Ojczyzna wyrwie się spod pantofla Unii Europejskiej, Rady Europy, Organizacji Paktu Północnoatlantyckiego, Organizacji Narodów Zjednoczonych, Kościoła rzymskokatolickiego i innych instytucji ponadnarodowych, będzie mogła odetchnąć z ulgą i cieszyć się nieograniczoną swobodą polityczną. Nikt - ani Bruksela, ani Waszyngton, ani Moskwa, ani Watykan - nie będzie mógł rościć sobie prawa do wydawania naszemu państwu rozkazów.

Polska zacznie postępować zgodnie z własną wolą i własnymi interesami, a obce siły stracą możliwość karania jej za korzystanie z wolności. Jednakże Wielka Polska Narodowa będzie suwerenna nie tylko zewnętrznie, ale także wewnętrznie. Wysokie urzędy państwowe zostaną zajęte wyłącznie przez obywateli narodowości polskiej, dzięki czemu nikt nie będzie mógł powiedzieć: “Co to za niepodległość, skoro Polakami rządzą Niepolacy?”.

Ideologią, stanowiącą podstawę nowego ładu państwowego, będzie nacjonalizm, rozumiany jako dążenie do zachowania pełnej suwerenności wewnętrznej i zewnętrznej oraz stawianie Ojczyzny i Narodu na pierwszym miejscu. Polska zostanie uznana za dom, Polacy za jego właścicieli i mieszkańców, a mniejszości narodowe za lokatorów (którzy są lubiani, szanowani i dobrze traktowani, ale nie mają wpływu na decyzje dotyczące całego domu). W Wielkiej Polsce Narodowej nienarodzone dzieci, niezależnie od narodowości, będą chronione tak samo jak narodzone. Wejdzie w życie całkowity zakaz aborcji, antykoncepcji i in-vitro, wynikający z faktu, że zygota od momentu poczęcia jest człowiekiem (organizmem z gatunku Homo sapiens, posiadającym własne DNA, różne od genotypu ojca i matki).

Ponieważ zostanie zerwany konkordat, ludzie wierzący będą musieli brać dwa śluby: cywilny i kościelny. Niewątpliwie będzie to pewnym utrudnieniem, ale przynajmniej już nikt nie powie, iż Państwo Polskie jest wasalem Państwa Watykańskiego. Jeśli nie liczyć zniesienia konkordatu, relacje między WPN a Kościołem będą się układały normalnie. Wielka Polska Narodowa przypomni Polakom o ich słowiańskich i pogańskich korzeniach, aczkolwiek Perun i jego towarzysze będą traktowani jako symbole słowiańskości, a nie autentyczni bogowie.

Homoseksualiści, jako ludzie, nie będą prześladowani za to, iż urodzili się tacy, a nie inni. Państwo nie będzie jednak rejestrować ich związków, zezwalać na adoptowanie dzieci przez pary jednopłciowe ani wyrażać pozwoleń na organizację parad równości. Publiczne radio i telewizja staną się instytucjami prorządowymi i ideologicznymi, jednak w mediach prywatnych będzie taka wolność jak w Internecie. Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji będzie się zajmować wyłącznie sprawami technicznymi i organizacyjnymi, straci zaś możliwość ingerowania w treść przekazów medialnych i karania ludzi za korzystanie z wolności słowa. Zabronione będzie jedynie nawoływanie do przemocy i publikowanie oszczerstw.

Wielka Polska Narodowa będzie państwem opiekuńczym. Naród Polski to nie tylko ministrowie, lekarze i adwokaci, ale również drobni, ubodzy, anonimowi obywatele, którzy sprawiają, że mamy pięknie pozamiatane ulice, czyste okna w urzędach i ciepłe jedzenie w restauracjach. Mało kto zauważa tych ludzi oraz to, jak ciężko im się żyje. Jeśli chcemy, żeby Naród Polski był szczęśliwy, silny i zdrowy (fizycznie, psychicznie i moralnie), to musimy się zająć problemem biedy oraz wynikających z niej patologii.

Doświadczenie życiowe pokazuje, że nędza rodzi frustrację, agresję i szeroko pojęte zepsucie. Alkoholizm, narkomania, przemoc, bandytyzm, prostytucja, gwałty, mordowanie narodzonych i nienarodzonych dzieci - to zjawiska charakterystyczne dla miejsc, w których panuje ubóstwo i poczucie beznadziejności. Aby uwolnić Polskę od brudu i demoralizacji, trzeba się ostro wziąć za gospodarkę. Biednym ludziom brakuje czasem pieniędzy, żeby zapłacić za żywność, odzież i lekarstwa. Dlaczego WPN miałaby ich jeszcze “dobijać“ wysokimi podatkami?!

Niech płacą ci, którzy mają pieniążków aż za dużo! Jeśli w rozsądny sposób uregulujemy kwestię podatków, to bogaci wcale na tym nie ucierpią, ale biedni - skorzystają i odbiją się od dna. Według ideologii nacjonalistycznej, na pierwszym miejscu muszą się znajdować Ojczyzna i Naród, a nie egoistyczna jednostka i jej prywata. Ci, którzy mają taką możliwość, powinni pomagać tym, którym ledwo wystarcza na życie. Nie ma, że boli. Wielka Polska Narodowa to NIE jest kraj dla neofeudalistów!

Etatyzm jest rozwiązaniem bardzo patriotycznym. Wszak “etat” znaczy “państwo“, a “patria” znaczy “ojczyzna“. Chociaż nie przeszkadza mi istnienie prywatnych przedsiębiorstw, a na myśl o gospodarce centralnie planowanej robi mi się niedobrze, uważam, iż skrajny kapitalizm byłby antypolski. W Wielkiej Polsce Narodowej znaczna część kapitału będzie narodowa. Trudno mówić o nacjonalistycznym państwie w sytuacji, kiedy Naród nic nie posiada, gdyż wszystko zostało sprzedane Niemcom, Chińczykom, Amerykanom i nie wiadomo, komu jeszcze.

Gdy Polak idzie do sklepu i kupuje zagraniczny towar, pieniądze ostatecznie trafiają do rąk cudzoziemskiego przedsiębiorcy, a nie do kieszeni polskiej. WPN zadba o to, żeby rodzime firmy mogły się rozwijać i pomnażać swój majątek. Kolejna sprawa: jeżeli marzymy o niepodległym państwie, to musimy być asertywni nie tylko wobec instytucji ponadnarodowych, ale również wobec takich korporacji.

Zdarza się, iż bogata, zagraniczna firma posiada więcej pieniędzy niż rząd jakiegoś kraju. Taka sytuacja jest szalenie niebezpieczna, ponieważ przedsiębiorstwo, będące de facto obcą siłą, może zacząć szantażować władze państwowe. Aby się przed tym uchronić, należy stawiać na małe, rodzime firmy, a nie na cudzoziemskie molochy. Kapitalizm to globalizm, zatem patrioci i nacjonaliści powinni być wobec niego sceptyczni. Jednocześnie trzeba uważać, żeby nie przegiąć pały w drugą stronę, bo socjalizm jeszcze nikomu nie wyszedł na zdrowie.

Czego dzieci potrzebują do prawidłowego rozwoju emocjonalnego i moralnego? Otóż stałego kontaktu z rodzicami, którzy dadzą im miłość, ciepło, wsparcie i poczucie bezpieczeństwa. Jeśli zarówno ojciec, jak i matka, są stale nieobecni w domu, to dziecko czuje się samotne, a nad jego wychowaniem “czuwa” ulica, telewizja i Internet. WPN ustawi gospodarkę w taki sposób, że matki znajdą wreszcie czas na opiekę nad dziećmi. Zarobki mężczyzn staną się tak wysokie, iż kobiety nie będą już musiały szukać pracy poza domem. Skorzystają na tym przede wszystkim dzieci, które będą się czuły kochane, doceniane i potrzebne.

Wielka Polska Narodowa, jako kraj nacjonalistyczny, nie będzie zainteresowana przyjmowaniem w swoje progi imigrantów. Wręcz przeciwnie: postara się, żeby ludzie marzący o osiedleniu się w naszej Ojczyźnie zmienili zdanie i pojechali gdzie indziej. Imigracja nie bierze się z księżyca. Stanowi ona konsekwencję decyzji emigrantów, aborcjonistów i antykoncepcjonistów, którzy sprawiają, iż w Polsce jest coraz mniej Polaków, a nienaturalną pustkę trzeba zapełniać imigrantami.

Zakaz aborcji i antykoncepcji sprawi, że w naszym kraju będzie się rodzić więcej dzieci. Natomiast brak przynależności do UE spowoduje zatrzymanie emigracji. Istnieje taka alchemiczna zasada: “żeby coś zyskać, trzeba coś oddać“. Imigranci będą napływać tak długo, jak emigranci będą odpływać (a przyrost naturalny będzie niski). Nie życzymy sobie, żeby obcy ludzie tu przyjeżdżali? No to zróbmy tak, żeby nasi rodacy nie odjeżdżali (a dzieci częściej się rodziły)! Jeśli czegoś nie oddamy, to niczego nie zyskamy. Nie oddajesz, nie zyskujesz. I właśnie o to chodzi. Żebyśmy nie zyskiwali imigrantów.

Gdy cudzoziemcy zrozumieją, iż w Polsce wszystkie miejsca pracy zostały zajęte przez Polaków, zrezygnują z wyjazdu do naszego kraju. Nie przyjadą tutaj nawet po to, by założyć własną firmę, gdyż Wielka Polska Narodowa nie pozwoli im na coś takiego. Dokąd zatem udadzą się ci obcokrajowcy? To już ich zmartwienie, a raczej zmartwienie państwa, które ich przyjmie. Nie zajmujmy się cudzymi problemami, bo mamy wystarczająco dużo własnych. Zaiste, nie ma większego chamstwa od sytuacji, w której jeden kraj wtrąca się w sprawy drugiego!

Niepodległość Ojczyzny… każdej Ojczyzny… jest świętością. Tak jak inni nie mają prawa ingerować w nasze życie, tak my nie mamy prawa ingerować w życie innych. WPN to WPN, a nie Stany Zjednoczone Ameryki Północnej. Nasz kraj nie będzie się mieszał w wewnętrzne sprawy innych państw, gdyż byłoby to nietaktowne i nieuprawnione. Każda Ojczyzna ma prawo do wolności, pod warunkiem, że nie narusza niczyjej suwerenności. Inne kraje mogą robić co chcą. Nawet, jeśli w jakimś państwie trawniki są farbowane na różowo, a krowom wbija się w uszy złote kolczyki, to nam, Polakom, nic do tego. Co kraj, to obyczaj, co chałupa, to zwyczaj.

Wielka Polska Narodowa to miejsce, które chętnie odwiedzam w swojej wyobraźni. Chciałabym, żeby kiedyś stała się ona rzeczywistością. Jeśli się nie stanie, to nadal będę do niej żeglować w swoich fantazjach, albowiem marzenia nic nie kosztują. Jestem odrobinę podobna do Joanny Stirling, głównej bohaterki powieści “Błękitny Zamek” Lucy Maud Montgomery. Tak jak Joanna wyobrażała sobie, że mieszka w Błękitnym Zamku w Hiszpanii, tak ja wyobrażam sobie, iż żyję w WPN. Czasem myślę, że powinnam się zainteresować technikami świadomego śnienia. Gdybym mogła rozmyślnie budować Wielką Polskę w swoich snach, na pewno byłabym szczęśliwsza niż obecnie.


Natalia Julia Nowak,
5 października 2011 r.

poniedziałek, 3 października 2011

Od Tas do Gas

Temat, którym pragnę się zająć w niniejszym artykule, był już wielokrotnie poruszany przez najrozmaitsze media. Problemem pewnej nietuzinkowej grupy z Opola zajmowała się telewizja Polsat (“Interwencja”), TVP2 (“Ekspres Reporterów”), tygodnik “Fakty i Mity”, regionalne dzienniki “Gazeta Wrocławska” i “Nowa Trybuna Opolska” oraz zwykli Internauci (coraz częściej uznawani za tzw. piątą władzę). Barbara Kwarc, gwiazda internetowych projektów “Klatka B” i “Baśka Blog”, poświęciła liderowi tej grupy kilka odcinków swojego show.

Inna osoba, należąca do dziwnej, opolskiej formacji, była obiektem zainteresowania popularnego Niekrytego Krytyka (podobno wystąpiła również w “Rozmowach w Toku”, ale nie mogę tego potwierdzić, gdyż nie udało mi się dotrzeć do tego materiału). W serwisie YouTube.com można ponadto znaleźć amatorskie wywiady z przedstawicielami opolskiej trójki (nazywanej często “sektą z Opola“). O licznych parodiach i przeróbkach twórczości tych ludzi nawet nie będę wspominać.

Co powoduje, że zarówno osoby prywatne, jak i profesjonalne media są zaciekawione działalnością trzyosobowej grupy z południowo-zachodniej Polski? Czy mikrowspólnota, o której mowa, robi coś nietypowego lub niebezpiecznego? Sprawcy całego zamieszania podają się za wizjonerów i jasnowidzów, posiadają wiele blogów, videoblogów i portali w serwisach społecznościowych, oferują odpłatne uzdrawianie ze wszystkich chorób, publikują apokaliptyczne przepowiednie i kontrowersyjne kazania, krytykują ludzi o odmiennych poglądach, oskarżają Kościół katolicki o propagowanie fałszywych dogmatów, postrzegają Polskę jako kraj wybrany oraz wyrażają się z pogardą o współczesnej medycynie.

Najbardziej zdumiewające jest jednak to, iż przywódca grupy, Romuald Statkiewicz, uważa się za inkarnację Jezusa Chrystusa, a jego przyjaciele, Elżbieta Gas i Bogusław Gas, bezgranicznie w to wierzą. Przyznam, że kiedyś próbowałam skontaktować się z tymi ludźmi, jednak zostałam przez nich zlekceważona. A szkoda, bo chciałam się dowiedzieć, jak wygląda ich codzienne życie i wzajemne relacje.

Z reportażu “Lekarz dusz”, przygotowanego przez dziennikarzy “Ekspresu Reporterów” (TVP2), można się dowiedzieć, że Romuald Statkiewicz działał niegdyś na terenie Wrocławia. Był wówczas pracownikiem księgarni Haliny Tas - kobiety, która twierdziła, iż jest wcielonym Bogiem (Uwaga! Jeśli ktoś chce wiedzieć więcej o pani Halinie, powinien przeczytać artykuł “Bóg jest blondynką” Bogusława Gomzara, dostępny na oficjalnej stronie tygodnika “NIE”. Może też poszukać informacji na temat spektaklu teatralnego “Pani Bóg Halina“ i książki “Sekta made in Poland“). Niestety, po pewnym czasie Statkiewicz pokłócił się z Tas, ponieważ oboje byli przekonani o swojej boskości i nie znosili konkurencji.

W końcu pan Romuald przeniósł się do Opola, porzucił swój dawny pseudonim (“Zachariasz”) i ogłosił się Jezusem Chrystusem, Świętym Graalem, Uzdrowicielem ze Światła. To, że właśnie tak wyglądała przeszłość Statkiewicza, potwierdza przedstawiciel Dominikańskiego Ośrodka Informacji o Nowych Ruchach Religijnych i Sektach (“Interwencja“, TV Polsat). Jeśli chodzi o wspomniany wcześniej reportaż z TVP2, to zawiera on informacje na temat wykształcenia i kariery zawodowej pana Romualda. We fragmencie “Lekarza dusz” opolski Jezus osobiście mówi, że skończył studia wojskowe, pracował jako oficer kontrwywiadu (sic!), a także prowadził własny biznes.

Chociaż Statkiewicz jest niekwestionowanym guru “sekty z Opola”, w Internecie większą popularnością cieszy się jego apostołka - ezoteryczka i egzorcystka Elżbieta Gas (znana pod trzema pseudonimami: Tyara Elżbieta Gas, Bona Tyara Elżbieta Gas i Ismael Elżbieta Gas). O jej istnieniu dowiedziałam się zupełnie przypadkowo, kiedy oglądałam humorystyczne filmiki typu Polish Youtube Poop, opracowywane przez kreatywnych nastolatków. Zaciekawiło mnie, kim jest tajemnicza, dojrzała kobieta, którą tak niemiłosiernie wyśmiewają młodzi Internauci. Moje małe, internetowe śledztwo wykazało, że Tyara/Ismael Elżbieta Gas stała się znana dzięki krótkiemu filmikowi, w którym skrytykowała gry komputerowe i określiła je jako przyczynę demoralizacji współczesnych dzieci.

W filmiku, o którym mowa, Elżbieta oznajmia: “Gry komputerowe dla dzieci to masakra dla ducha. Gdybyście zobaczyli swoimi oczami, jak swoje dzieci ziemskie wystawiacie na obszczał [zapis fonetyczny - przyp. NJN] w świecie subtelnomaterialnym, to byście padli natychmiast na zawał serca. (…) Te gry to ciągłe zabijanie, to tworzenie kanału, którym codziennie płynie do tego ducha energia negatywna wielkości samochodu ciężarowego. To się zbiera i dziecko ziemskie jest tak napełnione, że nie śpi spokojnie, boi się, ma koszmary senne. Zaczyna się stres. To już się zaczyna poważna choroba, syndrom komputerowy. (…) W komputerze jest dziewięćdziesiąt siedem procent ciemnych energii”.

Po publikacji tej wypowiedzi oraz wielu innych kazań Tyara/Ismael Elżbieta Gas znalazła się pod obstrzałem (a raczej: obszczałem) Internautów. W związku z powyższym, nagrała ona filmik “Puknijcie się w głowę”, który doprowadził do zaostrzenia konfliktu z młodymi widzami. Oto cytat z owego nagrania: “Puknijcie się w głowę, najlepiej weźcie dużą patelnię, aby mocno zabrzmiało echo puknięcia! Weźcie sobie obejrzyjcie filmy na Youtube! Macie tu bardzo dużo z całego świata! Wszystko się wypełnia, a wy stoicie nad przepaścią i się śmiejecie, wyszydzacie… Wy zaraz tam wpadniecie! Czy dalej chcecie się okłamywać? Wreszcie zrozumcie, że prawda i czas apokalipsy już nastał! A wy się wybieracie w przepaść?!”. Kazanie “Puknijcie się w głowę”, podobnie jak “Gry komputerowe”, zrobiło furorę w wirtualnej rzeczywistości i doczekało się licznych parodii.

Teraz napiszę co nieco o poglądach Elżbiety Gas. Kobieta jest przekonana, że żyjemy w czasach apokaliptycznych. Bóg, nazywany po prostu Stwórcą, nieustannie zsyła klęski żywiołowe, które stanowią wstęp do tzw. oczyszczenia Ziemi. Jest już mało czasu na nawrócenie, ale nadal można szukać ratunku u Jezusa Chrystusa, który odrodził się w Polsce i przebywa na terenie Opola. Rzeczywistość ma charakter dualistyczny, tzn. istnieją dwa przeciwstawne światy: subtelnomaterialny (Boski, duchowy) i gęstomaterialny (doczesny, rozumowy). Ponieważ ludzie preferują ten gęstomaterialny, wkrótce zostaną dotkliwie ukarani przez Stwórcę.

Zdaniem Tyary/Ismaela, już niedługo cała Ziemia zostanie zalana przez wodę. Oto przydatny cytat: “Portugalia - zostanie tylko północna część jako wyspa. Wokół małe wyspy. Hiszpania - tylko część środkowa pozostanie, jak widać na mapie. Między wyspą Francji, a wyspą Hiszpanii jest dużo małych wysepek. Tam, gdzie Niemcy obecnie i Austria, to morze, i to bardzo głębokie. (…) Ze Skandynawii zostaną tylko góry, jak oznaczone na mapie. Włochy to dwie wyspy, wokół dużo wysp małych. Z Anglii i Irlandii pozostanie mała część Szkocji i wokół dużo małych wysp. Największy obszar, jaki pozostanie, to Polska. Choć okrojona od zachodu i od morza, to pozostanie jako kraj wybrany do budowania Królestwa Tysiącletniego, opartego o prawa Stwórcy”. Uwaga! Zacytowałam mówioną, a nie pisaną wersję przesłania “Część Europy po wydarzeniach”!

Trzeci wizjoner, należący do formacji Romualda Statkiewicza, Mojżesz Bogusław Gas (znany także jako Kastor Bogusław Gas), jest najmniej popularny z całej grupy. Pewnie wynika to z faktu, iż przemawia on w sposób mętny, nieciekawy i niewyraźny, a jego aktywność nie jest tak wielka jak Tyary/Ismaela i Jezusa. Sądząc po nazwisku, Bogusław może być mężem Elżbiety. Jeśli faktycznie są oni małżeństwem, to ciekawe, czy wzięli ślub kościelny, czy tylko cywilny?

Niniejszy artykuł nie ma na celu ani promowania, ani oczerniania Romualda Statkiewicza, Elżbiety Gas i Bogusława Gas. Napisałam ten tekst, aby poinformować, że istnieje w Polsce grupa, którą należy uważnie obserwować. Czy pan Romuald zawsze będzie wierzył, iż jest inkarnacją Jezusa Chrystusa? I czy Tyara z Mojżeszem będą mu wierni do końca życia? Czas pokaże. Jedno jest pewne: do działalności i poglądów opolskiej trójki powinno się podchodzić z dużą ostrożnością. Jeśli faktycznie jest ona nową sektą religijną, to może mieć bardzo negatywny wpływ na ludzi z zewnątrz.


Natalia Julia Nowak,
3 października 2011 r.