sobota, 21 marca 2020

AvPD. Podtyp schizoidii czy głęboka fobia społeczna?

Tajemnicza przypadłość

Unikające zaburzenie osobowości (Avoidant Personality Disorder – AvPD, F60.6 w międzynarodowej klasyfikacji chorób ICD-10)[1] to prawdziwa zagadka dla badaczy i klinicystów. Jak mówi Todd L. Grande, Ph.D (amerykański znawca tematyki psychiatrycznej, profesor nadzwyczajny Wilmington University w północno-wschodnim stanie Delaware, gospodarz edukacyjnego wideobloga YouTube.com/user/RioGrande51), interesująca nas jednostka nozologiczna „zadebiutowała” w 1980 r., kiedy to w Stanach Zjednoczonych ukazał się podręcznik diagnostyczno-statystyczny DSM-III. Z wiedzy dr. Grandego wynika, że kategoria AvPD została utworzona w opozycji do starego pojęcia osobowości schizoidalnej (Schizoid Personality Disorder, F60.1). Miała ona obejmować pacjentów, którzy na pierwszy rzut oka sprawiają wrażenie modelowych schizoidów, ale w głębi serca zmagają się z zupełnie innymi rozterkami. Do dziś nie wiadomo, co właściwie dolega ludziom spełniającym kryteria diagnostyczne Avoidant Personality Disorder. Część specjalistów uważa, że osobowość unikająca – chociaż uwzględniona w klastrze „C” DSM-5 (2013) – jest niepsychotycznym syndromem ze spektrum schizofrenii. Oznacza to, iż ma ona dużo wspólnego z zaburzeniami osobowości należącymi do klastra „A” (schizoidalnym – SPD, schizotypowym – STPD, paranoicznym – PPD)[2]. Inni eksperci twierdzą, że AvPD to rodzaj ciężkiej, utrwalonej fobii społecznej (Social Anxiety Disorder, F40.1). Jeszcze inni postrzegają osobowość unikającą jako byt w 100% samoistny. Jedno jest pewne: F60.6 bardzo utrudnia życie swoim licznym ofiarom.


Kryteria diagnostyczne ICD-10,
WHO.int/classifications/icd/en/GRNBOOK.pdf
[tłum. Natalia Julia Nowak]


1. „Persistent and pervasive feelings of tension and apprehension” („Uporczywe i całościowe uczucia napięcia i obawy”)
2. „Belief that oneself is socially inept, personally unappealing, or inferior to others” („Przeświadczenie, że jest się społecznie nieudolnym, personalnie niepociągającym lub pośledniejszym od innych”)
3. „Excessive preoccupation about being criticized or rejected in social situations” („Nadmierne zaabsorbowanie doświadczaniem krytyki lub odrzucenia w sytuacjach społecznych”)
4. „Unwillingness to get involved with people unless certain of being liked” („Niechęć do angażowania się w związki z ludźmi, dopóki nie uzyska się pewności, iż jest się lubianym”)
5. „Restrictions in lifestyle because of need of security” („Ograniczenia w stylu życia z powodu potrzeby bezpieczeństwa”)
6. „Avoidance of social or occupational activities that involve significant interpersonal contact, because of fear of criticism, disapproval or rejection” („Unikanie społecznych lub zawodowych aktywności, które uwzględniają znaczący kontakt interpersonalny, ze strachu przed krytyką, dezaprobatą bądź odrzuceniem”)



Pesymistyczny fatalizm

Dr Todd L. Grande (korzystający głównie z jankeskiego podręcznika DSM-5) opisuje sylwetkę awojdanta jako człowieka głęboko przekonanego o swojej odmienności od reszty społeczeństwa oraz o byciu skazanym na wieczne odtrącenie. Osobnik cierpiący na AvPD wmawia sobie takie przywary, jak niedostosowanie społeczne czy deficyt umiejętności interpersonalnych. Niska samoocena – połączona z paraliżującym strachem przed negatywną ewaluacją – skłania chorego do wystrzegania się wszelkich okoliczności, w których mogłoby go spotkać odepchnięcie przez jednostkę bądź zbiorowość. Typowy awojdant woli sam podciąć sobie skrzydła (np. wykluczyć się z jakiejś istotnej dziedziny życia) niż czekać, aż zrobią to za niego rozczarowani bliźni. Gdy przeczuwa, że może się skompromitować w zawodzie wymagającym intensywnych interakcji międzyludzkich, decyduje, iż w ogóle nie będzie szukał pracy na takim stanowisku. Gdy podejrzewa, że nie jest przez kogoś bezwarunkowo lubiany, nie angażuje się emocjonalnie w daną znajomość. Sfera romantyczna to dla awojdanta „czarna magia” – zazwyczaj brakuje mu odwagi, żeby zrobić choćby mały krok w kierunku upatrzonego „obiektu westchnień”. Niewiara we własne siły oraz ubóstwo nadziei na lepsze jutro często biorą górę nad nieszczęśliwą miłością (i nie tylko!). Pacjent z AvPD raczej stroni od towarzystwa. Ma ogromną trudność w nawiązywaniu nowych kontaktów, a poza tym sądzi, iż nie pasuje do żadnej grupy koleżeńskiej. Obsesyjnie analizuje, jak jest postrzegany przez świat zewnętrzny. Wszędzie doszukuje się oznak spodziewanej krytyki.


Schizoidzi i paranoicy?

Chociaż dr T.L. Grande potwierdza, że osobowość unikająca w dużej mierze przypomina osobowość schizoidalną, wysuwa tezę, iż podobieństwa te ograniczają się niemal wyłącznie do symptomów behawioralnych. Zarówno schizoidzi, jak i awojdanci są powściągliwymi odludkami, lecz za ich niestandardowym zachowaniem kryją się całkiem inne motywy. Schizoid to urodzony samotnik, aspołeczny i apatyczny z natury. Izoluje się od społeczeństwa, bo nigdy nie lubił działań integracyjnych i nie czuł tak jak większość gatunku Homo sapiens. Nie ma on absolutnie żadnego problemu ze swoją alienacją. Egzystuje zgodnie z własną wolą i nie przejmuje się opinią postronnych obserwatorów. Natomiast awojdant może tylko pomarzyć o takiej harmonii ducha. Daleko mu do spokojnego flegmatyka – jest raczej rozdartym wewnętrznie melancholikiem, ponadprzeciętnie neurotycznym i przewrażliwionym na własnym punkcie. O ile pacjent z SPD (F60.1) biernie usuwa się w cień, o tyle jego odpowiednik z AvPD (F60.6) aktywnie omija niezręczne sytuacje. Dr Grande informuje, że osobowość unikająca bywa też mylona z osobowością paranoiczną, ale to kolejne zbędne nieporozumienie. Różnica między awojdantami a paranoikami polega na tym, że ci pierwsi borykają się z lękiem i wstydem, a ci drudzy – ze złością i wrogością. Człowiek z PPD (F60.0) jest nader podejrzliwy względem swojego otoczenia. Uchodzi za srogiego, pamiętliwego odwetowca. Ma o sobie wysokie mniemanie, czuje się stale atakowany, postępuje w sposób defensywny lub pasywno-agresywny. Nałogowo projektuje na innych własną nienawiść[3].


Śnięte ryby

Zdaniem dr. Todda L. Grandego, korzenie osobowości unikającej sięgają dokładnie tych samych dylematów, jakie leżą u podstaw osobowości zależnej (Dependent Personality Disorder, F60.7). Może się wydawać, że zachowanie ludzi dotkniętych AvPD radykalnie odbiega od zachowania osób cierpiących na DPD. Tymczasem prawda jest taka, że oba te syndromy z klastra „C” DSM-5 mają wspólny mianownik. Pacjenci z F60.6 i F60.7 są nadwrażliwi na krytykę i odrzucenie. Czują się słabi, ułomni, mniej ekspansywni od większości dojrzałych obywateli. W związku ze swoimi kompleksami realizują jednak nieco inne strategie. Awojdanci skazują się na bezterminową izolację, gdyż przewidują, że i tak będą kiedyś zdani wyłącznie na siebie. Żywot autsajdera jawi im się jako ponure fatum, przed którym nie ma drogi ucieczki. Przypominają śnięte ryby płynące bezwiednie z prądem rzeki. Jeśli chodzi o osoby zależne, to boją się one samotności jak diabeł święconej wody. Myśl o samodzielnej egzystencji napawa je bladym przerażeniem, albowiem uznają się za niezdolne do przetrwania na własną rękę. Jednostki z DPD „włażą w d…” wszystkim dookoła: są miłe, zgodne, potulne, uległe. Potrzebują wszak zaplecza społecznego, aby mogło za nie decydować i odpowiadać[4]. Niestety, serwilizm chorych na F60.7 wynika z chronicznego lęku tudzież braku zaufania do drapieżnego świata dorosłych. Co się tyczy ludzi unikających, nie zawsze wegetują oni w totalnej alienacji. Często mają pojedynczych krewnych bądź przyjaciół, na których polegają niczym osoby zależne na swoich dominujących „opiekunach”.


Sztama z borderline

Dr Todd Grande dostrzega również dziwne podobieństwo między Avoidant Personality Disorder a Borderline Personality Disorder (czyli osobowością „z pogranicza”. W krajach, gdzie psychiatrzy zamiast DSM-5 używają ICD-10, aprobowanym ekwiwalentem BPD jest EUPD, F60.3 – „osobowość chwiejna emocjonalnie”. Kategoria EUPD oficjalnie dzieli się na dwa podtypy: „impulsywny” – F60.30 oraz „pograniczny” – F60.31)[5]. Porównanie AvPD do BPD może wyglądać absurdalnie. Przecież awojdanci to bojaźliwi pustelnicy, którzy nie znoszą podejmować jakiegokolwiek ryzyka! Borderowcy słyną zaś z gwałtownych reakcji, niekontrolowanych poczynań i autodestrukcyjnych tendencji… Dr Grande podkreśla jednak, że obie grupy chorych widzą siebie w negatywnym świetle, mają olbrzymie problemy w relacjach międzyludzkich, a ponadto są ciągle przepełnione ujemnymi emocjami. Fakt, iż osoby unikające tłumią w sobie kłopotliwe odczucia, wcale nie czyni ich stabilnymi afektywnie. Może i zachowują pozory zrównoważonych myślicieli, lecz pod maską spokoju ukrywają same zmartwienia. Awojdanci – zupełnie jak borderowcy – doświadczają obezwładniającego strachu przed porzuceniem. Sprawia on, że poniekąd sami nie wiedzą, czego chcą: zacieśnienia więzi z drugim człowiekiem, czy prewencyjnego odsunięcia się odeń? Badania naukowe, do których dotarł dr Grande, sugerują, iż pacjenci z AvPD i BPD czują się niekomfortowo w obliczu „bliskości społecznej” („social proximity”). U tych pierwszych potęguje ona lęk, a u tych drugich – gniew. Z takimi doznaniami trudno funkcjonować w normalnej wspólnocie!


Unikanie w praktyce

Kerris Dillon, Ph.D (psycholog i parapsycholog ze stanu Iowa w centralnej części USA, a zarazem certyfikowana agentka nieruchomości, domowa edukatorka swoich nieletnich dzieci oraz właścicielka amatorskiego kanału YouTube.com/channel/UCDKCsUdOTo7FUdCNDDbGQ_A) twierdzi, że pracownicy z F60.6 zazwyczaj nie robią oszałamiającej kariery zawodowej. Tak bardzo wątpią w swoje możliwości, że nie szukają dla siebie miejsca wśród elit albo rezygnują/dezerterują z umówionych rozmów kwalifikacyjnych. Gdy – ku własnemu zaskoczeniu – otrzymują propozycję awansu, niejednokrotnie udzielają szefostwu odpowiedzi odmownej. Sądzą bowiem, iż nie poradziliby sobie w nowej roli lub nie spełniliby oczekiwań swoich wymagających przełożonych. Podobnie zachowują się zresztą w życiu prywatnym. Awojdanci często nie akceptują zaproszeń na przyjęcia bądź „nie docierają” na zaplanowane spotkania towarzyskie. Nie mają zaufania do samych siebie, toteż stronią od wszelkich sytuacji, w których mogliby popełnić jakąś „gafę” lub przypadkowo podpaść znajomym (i nieznajomym) osobom. Jednostki dotknięte AvPD utrzymują ograniczony kontakt z własną rodziną. W ten sposób uciekają od niewygodnych pytań, oceniających spojrzeń tudzież potencjalnych reprymend. Dr Kerris Dillon zaznacza, że ludzie unikający z reguły nie przyznają się innym do swojego nonsensownego lęku. Brak szczerej komunikacji z bliźnimi powoduje natomiast, iż postępowanie chorych bywa różnie – czasem błędnie – interpretowane przez otoczenie społeczne. Na przykład jako utajony narcyzm: pycha, snobizm, dufność, wzgarda.


Mroczne uniwersum

Athina Ehlen, BA [Hons] (szkocko-grecka absolwentka studiów artystycznych, coach kognitywno-behawioralna akredytowana przez Brytyjskie Towarzystwo Psychologiczne, inicjatorka pomocowego projektu „Courage Coaching” – YouTube.com/channel/UCZeoDmVdW7gTuBDqOcd7qkg) przedstawia nam odrobinę nowych ciekawostek o osobach z Avoidant Personality Disorder. Zacznijmy od tego, że pacjenci cierpiący na to zaburzenie psychiczne egzystują w świecie „dołujących” zniekształceń poznawczych. Obserwują rzeczywistość przez metaforyczne „czarne okulary” – wyznają depresyjny światopogląd i dekodują zewnętrzne sygnały zgodnie z subiektywnymi przekonaniami. Innymi słowy, interpretują wszystko na swoją i cudzą niekorzyść. Awojdanci czują się stale mieszani z błotem, ponieważ dopuszczają do siebie tylko krytyczne uwagi, a pozytywnych znaków nie wychwytują. Jak podaje lic. Athina Ehlen, wielu ludzi z F60.6 nadużywa wyrazów „zawsze” i „nigdy”. Maniera ta zdradza ich wyjątkowe zamiłowanie do uogólnień oraz deterministyczne rozumienie mechaniki wszechświata. Jednostki unikające noszą w sobie cząstkę schizoidalnej mizantropii. Niekiedy mogą więc stosować „domniemanie winy” i tendencyjnie oskarżać bliźnich o wywoływanie różnorakich problemów. Chorzy na AvPD nie okazują wściekłości ani nienawiści w sposób otwarty. Jeżeli chcą komuś zaszkodzić, czynią to poprzez opieszałość albo inne zagrania pasywno-agresywne. I jeszcze jeden smaczek: awojdanci nierzadko wiodą bujne życie w swojej sekretnej krainie wyobraźni. Jest to kolejna cecha zbliżająca ich do tradycyjnych schizoidów.


Płochliwe sarenki

Christine Hammond, LMHC (licencjonowana doradczyni zdrowia psychicznego, której prelekcje ukazują się na oficjalnym profilu jednej z florydzkich placówek terapeutycznych – YouTube.com/user/LifeWorksGroup) podkreśla, że Avoidant Personality Disorder to nie tylko chorobliwa nieśmiałość i patologiczny samokrytycyzm, ale też skrajna introwersja i pragnienie zachowania psychofizycznej przestrzeni osobistej (utożsamianej z komfortem, bezpieczeństwem). Jednostki dotknięte F60.6 nie lubią hucznych zabaw ani przebywania z hałaśliwymi, energicznymi sangwinikami/cholerykami. Nie czerpią one zbytniej przyjemności z takich bodźców – można wręcz powiedzieć, iż tego typu doświadczenia są dla nich nudne. Druzgocząca większość awojdantów nigdy nie zmieni się w lekkoduchów, flirciarzy czy poszukiwaczy przygód. Taki „lifestyle” po prostu nie leży w ich naturze i żadne akty „uszczęśliwiania na siłę” nie przyniosą tutaj efektu. Mogą jedynie pogorszyć sprawę, a nawet bezpowrotnie spłoszyć te nieufne i lękliwe istoty… Każdy, kto chce zdobyć sympatię osoby cierpiącej na AvPD, musi respektować jej specjalne wymagania, w tym potrzebę fizycznego dystansu w kontaktach nieformalnych. Awojdant zdecydowanie NIE jest kimś, kogo można swobodnie zasypywać „całuskami” i „uściskami”. Gdyby doszło do takiego incydentu, człowiek z F60.6 na pewno miałby poczucie naruszenia jego cielesnych tudzież psychologicznych granic. Ekstrawertyczna wylewność byłaby dla niego boleśnie przytłaczająca. Nie próbujmy się narzucać jednostkom unikającym, bo to proceder zbędny i przeciwskuteczny!


Social Anxiety Disorder

Pochylmy się teraz nad nieco inną kwestią… Czym jest fobia społeczna (socjofobia, SAD, F40.1) i jak możemy ją odróżnić od AvPD? Na te pytania odpowie nam prawdziwa lekarka psychiatra – Tracey Marks, MD (afroamerykańska specjalistka prowadząca swój gabinet w południowo-wschodnim stanie Georgia, założycielka popularnonaukowego/poradnikowego kanału o zagadnieniach psychiatrycznych – YouTube.com/user/MarksPsych). Z tego, co mówi dr Marks, wynika, że fobia społeczna ma się tak do osobowości unikającej, jak nerwica natręctw (OCD) do osobowości anankastycznej (OCPD). O ile perturbacje osobowościowe są trwałymi „skrzywieniami” ludzkiego charakteru (niemal „przezroczystymi” dla samego zainteresowanego!), o tyle zaburzenia lękowe/nerwicowe dają się poznać jako obce, dokuczliwe i nieakceptowane przez pacjenta dolegliwości. Osobnik dotknięty socjofobią nie ma problemu z własną mentalnością ani wyuczonymi nawykami. Skarży się on na intensywny, niepożądany, kłopotliwy strach dopadający go w rozmaitych sytuacjach społecznych. Może to być np. ekstremalna trema sceniczna objawiająca się mdłościami i wymiotami tuż przed planowanym występem. Człowiek cierpiący na F40.1 postrzega swoje lęki jako irracjonalne lub wyolbrzymione, a jednak nie potrafi ich skutecznie kontrolować. Fobia społeczna, podobnie jak pozostałe odmiany nerwicy, jest schorzeniem powierzchownym. W walce z tą przypadłością dobrze sprawdzają się antydepresanty – leki przeciwdepresyjne (sertralina, paroksetyna, wenlafaksyna, escitalopram). Niekiedy pomocne bywają także sesje psychoterapeutyczne.


Moja historia

Po raz pierwszy trafiłam do psychiatry w połowie drugiej klasy liceum ogólnokształcącego (2009 r.), kiedy to rówieśnicy-prześladowcy doprowadzili mnie do takiego stanu, że byłam gotowa rzucić szkołę i/lub popełnić samobójstwo. Otrzymałam wtedy nauczanie indywidualne – prawo do nauki w osobnej sali lekcyjnej – oraz diagnozę osobowości anankastycznej, nerwicy natręctw, fobii społecznej, bezsenności i obniżenia nastroju (potem doszło jeszcze podejrzenie STPD). Jako beneficjentka nauczania indywidualnego nadal padałam ofiarą drobnych uszczypliwości w szkolnym korytarzu, ale to już – na szczęście – nie było to samo, co wcześniej[6]. Po maturze świadomie wybrałam studia zaoczne, gdyż panicznie bałam się mieszkania z obcymi ludźmi (w akademiku lub na stancji) oraz docinków z ust balującej studenterii. Do poradni zdrowia psychicznego wróciłam jesienią 2018 r. Młody lekarz rozpoznał u mnie przewlekłą agorafobię z elementami fobii społecznej i nerwicy natręctw, a także długoletnie zaburzenia rytmu dobowego. Po przeszło półrocznej kuracji doktor stwierdził, iż mój zakotwiczony lęk ma podłoże osobowościowe, i skierował mnie na badania psychologiczne. Te zaś wykazały, że mam osobowość anankastyczno-unikającą (z pewnymi cechami schizoidalnymi, zależnymi, narcystycznymi i depresyjnymi). Codziennie łykam antydepresanty i neuroleptyki, stosuję też prometazynę jako nieuzależniający środek sedatywny. Raz w tygodniu korzystam z usług psychoterapeuty (zaoferowano mi 25 spotkań w ramach NFZ). Zaczęłam się nawet starać o orzeczenie o stopniu niepełnosprawności.


Zakończenie

Niniejszy artykuł NIE jest pierwszym, w którym zwróciłam uwagę na zagadnienie Avoidant Personality Disorder. Lapidarne wzmianki o AvPD można bowiem znaleźć w moich dwóch wcześniejszych tekstach: „Schizoidia i schizoidzi. Czym jest osobowość schizoidalna?” (listopad 2019) oraz „Anankastia i anankaści. Czym jest osobowość anankastyczna?” (grudzień-styczeń 2019/2020). Czytelników, którzy jeszcze nie znają tych opracowań, gorąco zapraszam do nadrobienia zaległości. Oba artykuły zamieściłam na moich publicystycznych blogach w darmowych serwisach Blogspot/Blogger, WordPress, LiveJournal, Tumblr i Altervista (Njnowak.blogspot.com, Njnowak.wordpress.com, Njnowak.livejournal.com, Njnowak.tumblr.com, Njnowak.altervista.org).


Natalia Julia Nowak,
luty-marzec 2020 r.



PRZYPISY

[1] Inna, równoważna nazwa fenomenu: „osobowość lękliwa” – „anxious personality” (łac. „personalitas anxifera”). Nie wiem, jak się mówi na człowieka dotkniętego F60.6, dlatego będę używać własnego neologizmu „awojdant” (prymitywnego spolszczenia angielskiego imiesłowu „avoidant” – „unikający”).

[2] Trzeba odnotować, że w Europie (m.in. w Polsce) STPD nie jest zaliczane do zaburzeń osobowości, tylko do zdecydowanie groźniejszych schorzeń psychicznych. Świadczy o tym fakt, iż autorzy medycznej biblii ICD-10 umieścili schizotypię w podrozdziale zatytułowanym „Schizophrenia, schizotypal and delusional disorders (F20-F29)” – „Schizofrenia oraz zaburzenia schizotypowe i urojeniowe (F20-F29)”. Tymczasem SPD, PPD i AvPD znalazły się w podrozdziale „Disorders of adult personality and behaviour (F60-F69)” – „Zaburzenia osobowości i zachowania dorosłych (F60-F69)”. Pełna treść ICD-10 jest ogólnodostępna online w angielskiej wersji językowej (ICD.WHO.int/browse10/2019/en)*. Według dr. Todda L. Grandego, osoby cierpiące na STPD (F21) są w grupie ryzyka zachorowania na schizofrenię. Statystyki pokazują bowiem, że u 30% pacjentów schizotypowych prędzej czy później rozwija się psychoza schizofreniczna (F20) lub inny zespół urojeniowy/halucynacyjny. Mamy tutaj odpowiedź na pytanie, dlaczego cały świat – oprócz Ameryki Północnej – traktuje schizotypię aż tak poważnie. No dobrze, ale… Czym charakteryzuje się owo enigmatyczne Schizotypal Personality Disorder?! Otóż STPD to takie AvPD, lecz z wyraźnymi elementami paranoicznymi i z dodatkowymi atrakcjami w formie symptomów przypominających wytwórcze objawy schizofrenii.

* Piąty rozdział ICD-10 („Chapter V”) obejmuje wszelkiej maści choroby umysłowe. Pozwolę sobie – w wielkim uproszczeniu – podsumować zawartość poszczególnych jego podrozdziałów. F00-F09: demencja starcza, delirium organiczne, otępienie z przyczyn neurologicznych, anomalie psychiczne po uszkodzeniu mózgu. F10-F19: alkoholizm, nikotynizm, narkomania, odmienny stan świadomości pod wpływem substancji psychoaktywnej. F20-F29: schizofrenia, schizotypia, syndrom schizoafektywny, uporczywe urojenia, krótkie epizody psychotyczne. F30-F39: mania, hipomania, depresja, dystymia, cyklotymia, cyklofrenia. F40-F48: nerwica, fobia, hipochondria, stres pourazowy, dysocjacja, somatyzacja. F50-F59: anoreksja, bulimia, patologie snu, psychogenne dysfunkcje seksualne, nadużywanie środków nieuzależniających, choroba duszy w związku z chorobą ciała. F60-F69: perturbacje osobowościowe, utrata kontroli nad impulsami, zespół Münchhausena, parafilie, dysforia płciowa, dezorientacja seksualna. F70-F79: upośledzenie umysłowe. F80-F89: spektrum autyzmu, zakłócenia rozwoju psychologicznego, specyficzne trudności w nauce. F90-F98: dziecięce i młodzieżowe zaburzenia emocjonalne, behawioralne tudzież hiperkinetyczne. F99-F99: niezidentyfikowany przypadek psychiatryczny.

[3] Reprezentatywną postacią fikcyjną z Paranoid Personality Disorder (PPD, F60.0) jest Alastor „Szalonooki” Moody, bohater drugoplanowy w powieściach „Harry Potter i Czara Ognia” (2000) oraz „Harry Potter i Zakon Feniksa” (2003) autorstwa Joanne Kathleen Rowling. Czarodziej ten był wykwalifikowanym aurorem, funkcjonariuszem „kontrwywiadu” (?) na usługach brytyjskiego Ministerstwa Magii.

[4] W jankeskim podręczniku ICD-10-CM, będącym federalną adaptacją ICD-10, składnikiem osobowości zależnej jest abulomania/aboulomania (ICD.codes/icd10cm/F607). Anglojęzyczna Wikipedia definiuje zaś abulomanię/aboulomanię jako „patologiczne niezdecydowanie” – „pathological indecisiveness” (En.wikipedia.org/wiki/Aboulomania).

[5] W księdze ICD-10-CM (ICD-10 Clinical Modification) nie występuje rozróżnienie na „typ impulsywny” i „typ pograniczny”. Nie wyszperamy tam kodów „F60.30” i „F60.31”. Syndrom oznaczony kodem F60.3 (ICD.codes/icd10cm/F603) nosi miano… Borderline Personality Disorder. Wedle załączonej notatki, termin BPD obejmuje cały konstrukt „osobowości chwiejnej emocjonalnie” – EUPD. Kod F60.3 został także przypisany następującym pojęciom: „quarrelsomeness” – „kłótliwość”, „emotionality, pathological” – „emocjonalność, patologiczna” i „excitability, abnormal, under minor stress (personality disorder)” – „pobudliwość, anormalna, pod wpływem niewielkiego stresu (zaburzenie osobowości)”.

[6] Dlaczego doświadczałam bullyingu, czyli gnębienia ze strony młodocianych troglodytów (głównie w liceum, ale również w gimnazjum i starszych klasach podstawówki)? Bo spełniałam oczekiwania dorosłych autorytetów, a protestowałam przeciwko rozwydrzonym niedorostkom. Nie chciałam wagarować, zbierać jedynek, chodzić na dyskoteki, uczestniczyć w pijackich imprezach, palić papierosów, oglądać pornografii, uprawiać seksu przedmałżeńskiego ani symulować (na przerwach w szkole!) czynów nierządnych z młodzieżą płci obojga. Byłam tzw. dzieckiem idealnym, co w wielu „zbuntowanych nastolatkach” wzbudzało oczywistą agresję. Ale nie dałam się przekabacić – nie uległam presji rówieśniczej. Nadal jestem tą samą grzeczną dziewczynką.


ANEKS

Schorzeniem nerwicowym, które łatwo pomylić zarówno z osobowością unikającą, jak i z fobią społeczną, jest agorafobia (F40.0 w międzynarodowej klasyfikacji chorób ICD-10). Poniżej przedstawiam dwa cytaty wyjaśniające specyfikę tego psychiatrycznego fenomenu.

„Osoba cierpiąca na agorafobię odczuwa niepohamowany lęk przed przebywaniem w nieznanym dobrze otoczeniu lub wszędzie tam, gdzie nie ma poczucia kontroli nad sytuacją. Może to być otwarta przestrzeń, zatłoczony pokój, podróż autobusem, stanie w kolejce w supermarkecie, przebywanie na moście. Często towarzyszy temu obawa przed publicznym upokorzeniem, głównie z powodu wystąpienia ewentualnego napadu paniki. Dlatego osoby z agorafobią starają się unikać miejsc publicznych, co w dłuższej perspektywie może prowadzić do wystąpienia tzw. fobii społecznej. Agorafobia może być również skutkiem innego zaburzenia, np. stresu pourazowego lub każdego innego, które jest przyczyną irracjonalnego strachu przed wyjściem z domu, do innych ludzi” (Matylda Mazur, „Agorafobia – przyczyny, objawy, leczenie”, Medonet.pl)

„Charakterystyczną cechą agorafobii jest unikanie owych miejsc przez osobę chorą, obawia się ona bowiem, że w takiej dramatycznej sytuacji uzyskanie pomocy albo natychmiastowe opuszczenie niebezpiecznego terytorium będzie trudne lub niemożliwe. (…) Unikanie wszystkich sytuacji i miejsc, których chory się obawia – może być silne. Osoby z agorafobią mogą być niezdolne do opuszczenia domu, jeśli nie towarzyszy im bliska osoba. Jest to wtedy sytuacja rzeczywistego społecznego inwalidztwa, przynajmniej okresowego, które w wypadku agorafobii zdarza się częściej niż w przypadku innych zaburzeń lękowych. Inni chorzy potrafią tak skutecznie unikać ‘niebezpiecznych’ miejsc, że mogą dość dobrze funkcjonować i nie przejawiać ostrych objawów lękowych czy panicznych. (…) Jeżeli nie podejmie się leczenia, lęk agorafobiczny może trwać wiele lat, zmieniać swoją intensywność, ale niejednokrotnie nasila się z czasem” (lek. med. spec. psych. Stanisław Porczyk, „Agorafobia, lęk przed otwartą przestrzenią”, Online.synapsis.pl)

sobota, 4 stycznia 2020

Anankastia i anankaści. Czym jest osobowość anankastyczna?

„Może wszystko już wiesz
Może wszystko już masz
Jesteś pewny, że to szczęście

Nie masz czasu na sen
Nie masz czasu na seks
Wciąż od życia chcąc więcej

Zachłanna jest ta gwiazda
Dla której gubisz radość chwil
Liczy się wciąż niepewność
Którą przynoszą dni”


Bajm – „O Tobie”
[z płyty „Szklanka wody”, 2000 r.]




Anankastic Personality Disorder
[F60.5 w klasyfikacji ICD-10]


Temat, który poruszam w niniejszym artykule, jest niezwykle bliski mojemu sercu, ponieważ sama mam zdiagnozowane anankastyczno-unikające zaburzenie osobowości (OCPD + AvPD). O osobowości unikającej wspominałam już w moim poprzednim tekście zatytułowanym „Schizoidia i schizoidzi. Czym jest osobowość schizoidalna?”. Teraz wypadałoby wyjaśnić, o co chodzi z anankastią i anankastami. Na początek należy odnotować, że interesujące nas zaburzenie psychiczne posiada wiele nazw, które wprowadzają pewien zamęt pojęciowy. W międzynarodowej klasyfikacji chorób ICD-10 (stosowanej m.in. w Polsce od lat 90. XX wieku) używa się terminu „anankastic personality disorder” – „anankastyczne zaburzenie osobowości”. W podręczniku diagnostyczno-statystycznym DSM-5 (obowiązującym w Stanach Zjednoczonych Ameryki od 18 maja 2013 r.) występuje zaś określenie „obsessive-compulsive personality disorder” – „obsesyjno-kompulsywne zaburzenie osobowości”. Podręczniki DSM-I (1952) i DSM-III (1980) podsuwały zwięzłą nazwę „compulsive personality disorder” – „kompulsywne zaburzenie osobowości”. O tym, że warto promować wyraz „anankastyczny”, świadczy fakt, iż wielu Anglosasów myli „obsesyjno-kompulsywne zaburzenie osobowości” (OCPD) z „zaburzeniem obsesyjno-kompulsywnym” (OCD). Ten ostatni fenomen to po prostu nerwica natręctw, czyli odprawianie kuriozalnych rytuałów w celu odparcia nawracających myśli o niepokojącej treści. Osobowość anankastyczna NIE jest tożsama z owym uciążliwym schorzeniem psychicznym. To ekstremalna anankastia – rodzaj patologii ludzkiego charakteru.


Kryteria diagnostyczne ICD-10
[cyt. za: polskojęzyczna Wikipedia]


1. „nadmiar wątpliwości i ostrożności”
2. „pochłonięcie przez szczegóły, regulaminy, inwentaryzowanie, porządkowanie, organizowanie lub schematy postępowania”
3. „perfekcjonizm (przeszkadza w wypełnianiu zadań)”
4. „nadmierna sumienność z zaniedbaniem przyjemności i relacji interpersonalnych”
5. „przesadna pedanteria i przestrzeganie konwencji społecznych”
6. „sztywność i upór”
7. „irracjonalne sądzenie, że inni dokładnie podporządkują swe działania sposobom działania pacjenta lub nieracjonalna niechęć do przyzwalania innym na działanie”
8. „natarczywe, niechciane myśli i impulsy”



Człowiek z zasadami

Dr n. med. Sławomir Murawiec poświęcił osobom anankastycznym jeden ze swoich artykułów zamieszczonych na stronie internetowej „Medycyna Praktyczna” (MP.pl). W tekście tym możemy przeczytać, że anankasta już na pierwszy rzut oka sprawia wrażenie kogoś surowego i drobiazgowego. Jego twarz emanuje wiecznym skupieniem, a mowa ciała wskazuje na permanentną samokontrolę i brak spontaniczności. Osobnik dotknięty F60.5 zwykle stara się zachowywać w sposób niebudzący żadnych zastrzeżeń. Jest powściągliwy w okazywaniu emocji, uważny podczas wypełniania codziennych obowiązków oraz niesłychanie wrażliwy na to, jak inni ludzie oceniają jego działania tudzież osiągnięcia. Człowiek anankastyczny poważnie podchodzi do życia i wykonywanej pracy, chętnie snuje „plany awaryjne” na wypadek wszelkich nieszczęść. W swoim otoczeniu uchodzi za pedanta/perfekcjonistę z tendencją do pracoholizmu. Przywiązuje ogromną wagę do szczegółów – nie spocznie, dopóki nie poczuje, iż wszystko zostało dopięte na ostatni guzik. Anankasta to typowy fundamentalista moralny, który przestrzega swoich zasad bez względu na okoliczności zewnętrzne. I tutaj sielanka się kończy. Według dr. S. Murawca, jednostka z omawianym zaburzeniem psychicznym „stara się mieć wszystko pod kontrolą, zarówno w stosunku do samej siebie, jak i w zakresie (…) oczekiwań dotyczących postępowania innych osób. (…) Natomiast ci, którzy nie są równie sumienni i nie przejmują się tak normami postępowania, mogą wywołać u osoby anankastycznej dużą złość i chęć wpasowania ich postępowania w obowiązujące reguły”.


Prawie jak autyzm

Naomi Fineberg, MRCPsych – brytyjska lekarka ze specjalizacją z psychiatrii – opowiada o ludziach anankastycznych w swoim krótkim wywiadzie dla amerykańskiego psychiatry Erica Hollandera, MD (YouTube.com/user/SpectrumNeuroscience). Mówi tam, że skrajna anankastia może być cnotą, lecz i przywarą osoby cierpiącej na tę przypadłość. Wiele cech anankastycznych (choćby staranność i dokładność) jest mile widzianych w kulturze euroatlantyckiej oraz preferowanych przez ambitnych rekruterów. Niestety, istnieje też druga strona medalu: jednostki anankastyczne tak bardzo dbają o detale, że pracują w żółwim tempie i nierzadko mają problem z finalizacją misternego projektu. Co więcej, koncentrują się na wykonywanym zleceniu do tego stopnia, iż nie potrafią równolegle realizować innych zadań (brakuje im elastyczności koniecznej do efektywnego wypełniania licznych obowiązków). Kiedy zostają oddelegowane do zrobienia czegoś ważnego, oczekują, że wszystko pójdzie zgodnie z założeniem, a warunki umowy nie ulegną nawet najmniejszej korekcie. Jeśli jednak dochodzi do niespodziewanej zmiany planów, czują się totalnie zbite z tropu. Odczuwają wtedy lęk i złość, które można porównać tylko do frustracji osób z zespołem Aspergera – łagodnym zaburzeniem ze spektrum autyzmu. Anankaści nienawidzą wszystkiego, co niepełne i niedoskonałe, nie tolerują chaosu w żadnej formie. Gdy spotykają kogoś, kto w ich mniemaniu zachowuje się zbyt swobodnie, arbitralnie go dyskredytują. Są sztywni, niereformowalni, zatwardziali. Mają intruzywne myśli i multum rozterek wewnętrznych.


Ułomność czy supermoc?

Todd L. Grande, Ph.D (profesor nadzwyczajny Wilmington University w amerykańskim stanie Delaware, autor wyjątkowo merytorycznego wideobloga o zagadnieniach psychiatrycznych – YouTube.com/user/RioGrande51) opisuje skrajną anankastię jako jedyne zaburzenie osobowości, które z definicji przynosi choremu sporo korzyści. Jest to równocześnie strategia adaptacyjna, która na pozór wygląda zupełnie niegroźnie dla postronnego obserwatora. Osobowość anankastyczna wydaje się zjawiskiem społecznie akceptowalnym, ponieważ współczesna cywilizacja faworyzuje ludzi produktywnych i dobrze zorganizowanych. W wielu środowiskach ceni się takie atrybuty, jak dystans emocjonalny czy umiejętność panowania nad własnymi reakcjami. Pomagają one przecież w budowaniu wizerunku rzetelnego profesjonalisty. Jeżeli ktoś ma skłonność do pracoholizmu, to jest wymarzonym najemnikiem dla każdego wyzyskiwacza, gdyż dobrowolnie zrezygnuje z niejednego urlopu. A jeśli stawia obowiązki służbowe ponad relacjami interpersonalnymi, raczej nie przyniesie firmie wstydu w postaci jakiejś seksafery. Dodatkowe zalety anankastów: punktualność, puryzm językowy, szanowanie powagi sytuacji. Cóż może być złego w takim „pozytywnym” zaburzeniu psychicznym?! Otóż jednostki anankastyczne są niezbyt koleżeńskie, mają piekielne braki w dziedzinie komunikacji niewerbalnej oraz ciężko znoszą słowa krytyki. Empatia zdecydowanie nie jest ich mocną stroną. Osoby dotknięte F60.5 bywają bardzo nietolerancyjne względem ludzi epikurejskich i ekstrawertycznych. Nie aprobują żadnych zachowań impulsywnych.


Ofiarny fanatyk

Kati Morton, LMFT (psycholog kliniczna, terapeutka małżeńsko-rodzinna prowadząca swój gabinet w kalifornijskim mieście Santa Monica, a zarazem właścicielka poradnikowego kanału YouTube.com/user/KatiMorton) twierdzi, że jednostki anankastyczne odczuwają przymus robienia wszystkiego w „jedyny słuszny sposób”. Mają swoje ulubione metody postępowania, których trzymają się jak rzep psiego ogona i nie rezygnują z nich nawet wówczas, gdy inni ludzie postępują inaczej albo proponują sensowne alternatywy. Z punktu widzenia otoczenia anankaści są zamkniętymi umysłowo „betonami”, z którymi trudno się żyje, a jeszcze trudniej kooperuje. Czasem tak bardzo „fiksują się” na preferowanych zasadach działania, że zapominają, po co właściwie je stosują. Kiedy przygotowują jakieś dzieło, poprawiają je mnóstwo razy, ale nigdy nie są zadowoleni z efektu końcowego. Można powiedzieć, iż szukają dziury w całym. Anankasta to człowiek obowiązku – jeśli wierzy, że jest do czegoś zobligowany, na pewno to uczyni. W imię tego, co uznaje za swoją misję, wyrzeknie się każdej przyjemności, choćby zasłużonego odpoczynku i ciepłych relacji z najbliższymi osobami. Tutaj dochodzimy do kolejnej cechy jednostek anankastycznych, czyli do pryncypializmu w kwestiach etycznych bądź ideologicznych. Ortodoksja ta nie wypływa bezpośrednio z norm przyjętych w danej kulturze lub religii. Modelowy pacjent z F60.5 myśli samodzielnie. Jeżeli zostaje nieugiętym radykałem, to dlatego, że tak mu podpowiada własna intuicja. Opinia współwyznawców czy towarzyszy partyjnych nie ma tu znaczenia.


Dyktator i dusigrosz

Ramani Durvasula, Ph.D (psycholog kliniczna, wykładowczyni California State University w Los Angeles, niezastąpiona gwiazda wirtualnej telewizji „MedCircle” – YouTube.com/channel/UCyGOloOIJWt8NlE4tnejQeA) uważa, iż sednem anankastycznego zaburzenia osobowości jest pragnienie, aby uzyskać pełną kontrolę nad własnym życiem. A ponieważ życie składa się z wielu różnorodnych elementów, anankasta próbuje kontrolować wszelkie aspekty swojego istnienia – zarówno wewnętrzne (myśli, emocje, popędy), jak i zewnętrzne (porządek w mieszkaniu, zawartość lodówki, pory spożywania posiłków). Z tej przemożnej potrzeby stabilizacji wynika dążenie do „ustawienia” wszystkich i wszystkiego zgodnie z subiektywnym poczuciem doskonałości. To zaś często spotyka się z oporem innych ludzi, którzy prędzej czy później zaczynają postrzegać chorego jako apodyktycznego narcyza. Relacje osoby anankastycznej z resztą świata – współmałżonkiem, dorastającą latoroślą, przyjaciółmi, sąsiadami – bywają zatem napięte. Jednostki dotknięte F60.5 przejawiają specyficzny stosunek do dóbr materialnych. W ich mniemaniu pieniądze są po to, by je odkładać na czarną godzinę. Nieuchronną konsekwencją takiego rozumowania jest powielanie błędów Ebenezera Scrooge’a z „Opowieści wigilijnej” Charlesa Dickensa (1843). Bohater przywołanego utworu dysponował imponującymi oszczędnościami, lecz był zbyt skąpy, żeby z nich skorzystać albo oddać je biednym. Człowiek anankastyczny może uznawać każdy niekonieczny wydatek za zgubną rozrzutność. Dotyczy to nawet drobnych upominków dla kogoś umiłowanego.


OCPD vs OCD

Wróćmy na chwilę do podobieństw i różnic między osobowością anankastyczną (obsesyjno-kompulsywnym zaburzeniem osobowości, OCPD) a nerwicą natręctw (zaburzeniem obsesyjno-kompulsywnym, OCD). Wypada pochylić się nad tą kwestią, bo – jak zauważył dr T.L. Grande – około 25% „natręctwowców” wykazuje także symptomy F60.5. Tracey Marks, MD (afroamerykańska lekarka, specjalistka w dziedzinie psychiatrii, gospodyni edukacyjnego profilu YouTube.com/user/MarksPsych) tłumaczy, że perturbacje osobowościowe tkwią w samym rdzeniu ludzkiego „ja”. Są one czymś, z czym dana osoba zwyczajnie się identyfikuje. Wpływają bowiem na to, kim ktoś jest, za kogo się uważa, jaką ścieżką podąża oraz w jaki sposób buduje więzi ze światem zewnętrznym. Patologie osobowości stanowią cząstkę „natury” konkretnego człowieka. Natomiast zaburzenia lękowe – chociażby nerwica natręctw – są powierzchowne i dają się pacjentowi odczuć jako coś obcego, kłopotliwego, niepożądanego. Gdy dopadają swoją ofiarę, dręczą ją bez litości. Jednostka anankastyczna i osobnik z natręctwami mogą zachowywać się podobnie, ale za tymi działaniami stoją całkiem inne motywy. Jeśli anankasta długo się myje i sprawdza wszystko kilkanaście razy, to dlatego, iż po prostu preferuje taką nadgorliwość. Tymczasem „natręctwowiec” czyni tak z powodu horrendalnego lęku i niepohamowanego przymusu wewnętrznego. Znerwicowana osoba męczy się ze swoimi obsesjami i kompulsjami, jednak nie potrafi ich w pełni kontrolować. Nie lubi tego, co sama robi. Wie, że postępuje absurdalnie, lecz jakoś nie może się powstrzymać.


Brenda aka Terminator

Dr Todd L. Grande opisywał kiedyś casus anankastycznej księgowej z nerwicą natręctw (OCPD + OCD), której współpracownicy nadali przezwisko „Terminator” ze względu na nieokazywanie uczuć, niebranie urlopów, ślepe przestrzeganie dyscypliny tudzież efektywność w ustalaniu nieprawidłowości finansowych. Była to wykształcona dama po pięćdziesiątce, stara panna, która od dziecka kochała weryfikować, czy „kasa się zgadza” i czy dobra ruchome są bezpieczne. Dyrekcja chwaliła ją za solidność i skrupulatność, a szeregowi pracownicy – postrzegali jako wyrachowane i antypatyczne indywiduum. Brenda (bo takim imieniem „ochrzcił” ją dr Grande) nie znosiła rzeczy w jakimkolwiek stopniu uszkodzonych. Pewnego dnia jej samochód został naruszony wskutek parkingowej stłuczki. Cóż kobieta wówczas uczyniła? W ciągu tygodnia wymieniła auto na zupełnie nowe: kupiła ten sam model w tym samym kolorze! Gdy terapeutka Brendy poznała ów motoryzacyjny sekret, zapewne nie posiadała się ze zdumienia… Pełną historię „Terminatora” można usłyszeć w filmiku „Obsessive-Compulsive Disorder & OCPD Presentation Analysis” (YouTube). Ciekawostka: bezceremonialne wyrzucanie podniszczonych przedmiotów NIE jest objawem charakterystycznym dla skrajnej anankastii. Osoby z tym syndromem zdradzają raczej tendencję do szaleńczego zbieractwa – syllogomanii. Wstrzymują się z usuwaniem nawet zawadzających rupieci, ponieważ „wszystko może się jeszcze przydać”. Takie chomikowanie doskonale koresponduje z typowo anankastycznym skąpstwem, drastycznym ograniczaniem wydatków na siebie i bliźnich.


Cluster „C” (DSM-5)

Ehsan Gharadjedaghi, Psy.D (psycholog kliniczny osiadły w kalifornijskim hrabstwie Orange, pomysłodawca branżowego projektu „TherapyCable” – YouTube.com/user/TherapyCable) omawia F60.5 w kontekście tzw. klastra „C” wyodrębnionego w amerykańskim podręczniku diagnostyczno-statystycznym DSM-5. Chodzi tutaj o trzy zaburzenia osobowości, które zostały uznane przez tamtejszych psychiatrów za „lękliwe” i „strachliwe”. Są to: osobowość unikająca („avoidant” – AvPD), osobowość zależna („dependent” – DPD) i osobowość anankastyczna („obsessive-compulsive” – OCPD). Nieszczęśnicy dotknięci przypadłościami z wiązki „C” egzystują w chronicznej trwodze. Jednostki unikające boją się upokorzenia i odrzucenia, toteż wolą tkwić w permanentnej izolacji społecznej niż wyjść do ludzi i doświadczyć spodziewanej krytyki. Z obawy przed wyśmianiem/potępieniem usiłują nie zwracać na siebie uwagi, ale w głębi serca tęsknią za zwykłymi interakcjami społecznymi. Jednostki zależne odczuwają strach przed samodzielnością i podejmowaniem ryzyka. Uwielbiają być wyręczane w dokonywaniu codziennych wyborów, dzięki czemu mogą uniknąć ponoszenia odpowiedzialności za swoje decyzje. Robią z siebie niezaradne dzieci, którym stale trzeba „matkować” lub „ojcować”. Jednostki anankastyczne lękają się utraty panowania nad własnym losem. Przeraża je przyszłość – ta wielka niewiadoma, która może przynieść dużo frasunku. W miarę możliwości próbują więc być przewidujące: przygotowują się psychicznie i materialnie na przyszłe kryzysy oraz niedostatki. Wykazują iście surwiwalową mentalność.


Oszukać przeznaczenie

Zajrzyjmy teraz do artykułu „Osobowość anankastyczna” opatrzonego stopką redakcyjną „opr. aw/aw”. Tekst ten, opublikowany w rzymskokatolickim serwisie Opoka.org.pl, bazuje na książce „Oblicza lęku. Studium z psychologii lęku” niemieckiego psychologa i psychoanalityka Fritza Riemanna (wydanie oryginalne – Monachium 1961, wydanie polskie – Warszawa 2005). Z lektury owego artykułu wynika, że człowiek anankastyczny szczególnie boi się przemijania, czyli upływu czasu niosącego za sobą nieuchronne zmiany we wszystkich sferach ludzkiego istnienia. Świadomość faktu, iż w życiu nie ma nic stałego, doprowadza anankastę do frustracji i rozpaczliwych prób zatrzymania rzeczy znanych. Dochowywanie wierności starym zwyczajom jest wyrazem buntu przeciwko efemeryczności ziemskich spraw – budowaniem domu na skale, który ma trwać pomimo niszczycielskiego działania sił przyrody. Upieranie się przy tym, co sprawdzone i umiłowane, daje wszak namiastkę ponadczasowości. Niestety, takie postępowanie wiąże się również z licznymi skutkami ubocznymi, a zwłaszcza z zaprzepaszczeniem wielu szans na korzystne przeobrażenia. Jeśli wyrobiliśmy w sobie nawyk odrzucania nawet rozsądnych sugestii, to sami podcinamy sobie skrzydła. Mroczne są ponadto konsekwencje ciągłego niezdecydowania. Bywa, że anankasta tak długo zwleka z podjęciem jakiejś decyzji, iż rozważana przezeń opcja przestaje być aktualna. Zdaniem Fritza Riemanna, za anankastyczną niechęcią do zmian kryje się… wyolbrzymiony strach przed śmiercią. Walka z przemijaniem to nieświadome dążenie do nieśmiertelności.


Gombrowiczowska symetria

Jeszcze inny obraz F60.5 wyłania się z naukowego opracowania „Niedojrzałość emocjonalna i moralna a zaburzenia osobowości” pochodzącego z periodyku „Studia Psychologica”, nr 5/2004 (cyfrową wersję tej publikacji udostępniono w elektronicznym archiwum Bazhum.muzhp.pl). Twórca artykułu – dr Włodzimierz Strus z Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie – przedstawia osobowość anankastyczną jako absolutne przeciwieństwo osobowości dyssocjalnej (F60.2). Według badacza, skrajna anankastia i socjopatia/psychopatia są względem siebie symetryczne niczym dwie strony tego samego medalu. Zarówno jednostki anankastyczne, jak i dyssocjalne mają ogromny problem z własnym superego. Sęk w tym, że u tych pierwszych jest ono zbyt rozbudowane, a u tych drugich – prowizoryczne. O ile anankasta ujawnia „skrupulanckie” sumienie i nadwrażliwość moralną, o tyle socjopata/psychopata wydaje się pozbawiony hamulców i nieczuły wobec zastanych norm społecznych. Człowiek cierpiący na F60.5 nadmiernie się kontroluje, żyje w nieustannej obawie przed konsekwencjami swoich poczynań. Delikwent z F60.2 działa pod wpływem impulsu, nie bierze na siebie żadnej odpowiedzialności i nie odczuwa strachu przed karą za swoje przewinienia. Jednostka anankastyczna wstydzi się własnej seksualności, próbuje ją trzymać na wodzy. Jednostka dyssocjalna nie zna takich dylematów – jest po prostu hedonistyczna. Anankaści i socjopaci/psychopaci różnią się niczym Filidor i Anty-Filidor z „Ferdydurke” Witolda Gombrowicza (1937). Ale obie grupy ludności są niedojrzałe emocjonalnie.


3 x M

Kiedy myślę o anankastycznym zaburzeniu osobowości, natychmiast przychodzi mi do głowy Maryla Cuthbert – adopcyjna matka Ani z Zielonego Wzgórza. Bohaterka ta została wykreowana przez Lucy Maud Montgomery w 1908 r. „Maryla była to wysoka i szczupła kobieta o ostrych konturach członków. Jej ciemne włosy o niewielu siwych pasmach zwinięte były stale w gruby węzeł, w morderczy sposób przeszyty dwiema metalowemi szpilkami. Czyniła wrażenie osoby o ciasnym poglądzie na świat i bardzo wymagającej. Jednakże nieznaczny jakiś rys wokoło ust, leciutko tylko naznaczony, wskazywał, że gdyby był cokolwiek bardziej rozwinięty, zdradzałby niewątpliwie skłonność do wesołej ironji” – czytamy w pierwszym rozdziale powieści (tłum. Rozalia Bernsztajnowa, Warszawa 1921, pisownia oryginalna, cyt. za: Pl.wikisource.org). Osobą dotkniętą F60.5 była też zapewne Mildred Ratched, despotyczna pielęgniarka oddziałowa z książki „Lot nad kukułczym gniazdem” Kena Keseya (1962) i oscarowego filmu Milosa Formana pod tym samym tytułem (1975). Fabuła „Lotu…” ukazuje historię konfliktu między tą pedantyczną pracownicą szpitala psychiatrycznego a zbuntowanym, socjopatycznym pacjentem o nazwisku Randle Patrick McMurphy. Cech anankastycznych można by się także doszukiwać u prof. Minerwy McGonagall, opiekunki Gryffindoru w szkole magii Hogwart. Wspomniana postać występuje w powieściach o Harrym Potterze autorstwa Joanne Kathleen Rowling (1997-2007) i w kinowych adaptacjach tego cyklu prozatorskiego (2001-2011). McGonagall to bardzo mądra czarownica, lecz surowa i restrykcyjna.


Żelazna dziewica

Urodziłam się 19 lutego 1991 r. na Kielecczyźnie. Jako nastolatka byłam „czarną owcą” w moim środowisku rówieśniczym. Nie tylko dlatego, że chętnie ubierałam się na czarno, ale przede wszystkim dlatego, iż zachowywałam się inaczej niż większość moich znajomych. Zawsze pilnie się uczyłam, odrabiałam lekcje i respektowałam grono pedagogiczne. Co gorsza, nie chodziłam na imprezy, nie podrywałam chłopaków i nie oglądałam materiałów XXX. Te wszystkie „zbrodnie” wystarczały, żeby być „na cenzurowanym” od końca podstawówki aż do egzaminu maturalnego. Na studiach wypruwałam sobie żyły, aby zaliczyć komplet przedmiotów z najwyższym możliwym dla mnie wynikiem. Dzięki swojej determinacji trzykrotnie pobierałam stypendium rektora za wysoką średnią ocen: dwa razy na Uniwersytecie Jana Kochanowskiego w Kielcach (500 zł miesięcznie) i raz na Uniwersytecie Warszawskim (550 zł miesięcznie). Co zrobiłam z zarobionymi pieniędzmi? Nie, nie roztrwoniłam ich na luksusy/hulanki. Umieściłam je na lokacie bankowej, żeby się powoli mnożyły i zabezpieczały finansowo moją przyszłość. Nigdy nie umówiłam się z nikim na randkę ani nie poszłam z nikim do łóżka. Nie uznaję seksu przedmałżeńskiego i nie popełniłabym takiego czynu nawet dla „niewinnego” eksperymentu. Hołduję tradycyjnej zasadzie „jak kocha, to poczeka” (min. 3 lata). Nie chcę mieć nieślubnych dzieci, więc nie dopuszczam się głupstw, których skutkiem mogłaby być ciąża i oddanie noworodka do okna życia. Jestem dumna, zimna, przezorna i zapobiegliwa. Irracjonalne „błędy młodości” omijają mnie szerokim łukiem.


Natalia Julia Nowak,
grudzień-styczeń 2019/2020



PS 1. Z tymi „Terminatorami” to faktycznie jest coś na rzeczy. Osobowość anankastyczna została u mnie zdiagnozowana w 2009 r., osobowość unikająca – w 2019 r. Kiedyś na studiach licencjackich (2010-2013) życzliwa koleżanka wyjawiła mi, że studentka X w prywatnych konwersacjach nazywa mnie robotem. Później sama usłyszałam to określenie („robot”) na własne uszy. Hmmm…

PS 2. Funkcjonuje ciekawy wideoblog poświęcony w 100% osobowości anankastycznej, czyli północnoamerykańskiemu „obsesyjno-kompulsywnemu zaburzeniu osobowości”. Projekt nosi tytuł „OCPD: My Life in Debris”, co w tłumaczeniu na polszczyznę oznacza „OCPD: Moje Życie w Gruzach” (YouTube.com/ocpdmylifeindebris). Założycielem tego vloga jest niejaki Darryl – prawdziwy anankasta ze Stanów Zjednoczonych. O swoim OCPD wielokrotnie opowiadała też znerwicowana, kanadyjska wideoblogerka Emma, właścicielka amatorskiego kanału „EmmAnxiety” (YouTube.com/channel/UCWwm_9iH0k3inBrknkE9oag). Inna anankastka zamieszczająca swoje audiowizualne miniprodukcje na YT: „Let’s Talk Mental Health” – „Porozmawiajmy o Zdrowiu Psychicznym” (YouTube.com/channel/UC9LuPdpWmojRJqSzKPgm0ag).

PS 3. W akapicie „Gombrowiczowska symetria” pisałam o rozbieżnościach między osobowością anankastyczną a osobowością dyssocjalną. Nie zaszkodzi odnotować, że ta ostatnia jest znana w USA jako „antyspołeczne zaburzenie osobowości” (ASPD – „antisocial personality disorder”). Twórcy podręcznika DSM-5 przyporządkowali dyssocjalność/antyspołeczność do klastra „B”. Obejmuje on cztery zaburzenia osobowości, które na pierwszy rzut oka sprawiają wrażenie „dramatycznych”, „emocjonalnych” i/lub „niekonsekwentnych” (oto ich lista: ASPD – osobowość antyspołeczna, NPD – osobowość narcystyczna, HPD – osobowość histrioniczna, BPD – osobowość pograniczna/borderline). Ludzie dyssocjalni bywają nieoficjalnie dzieleni na socjopatów i psychopatów. W serwisie YouTube znajdziemy wiele krótkich filmików demaskujących podobieństwa i różnice między socjopatami a psychopatami, np. „What is the Difference Between Sociopathy and Psychopathy?” (YouTube.com/user/RioGrande51), „Sociopath vs Psychopath: What’s the Difference?” (YouTube.com/user/Psych2GoTv), „Sociopath vs Psychopath – What’s The Difference?” (YouTube.com/user/TheInfographicsShow), „Difference between a psychopath and a sociopath” (YouTube.com/user/businessinsider).

PS 4. Jeśli wierzyć anglojęzycznej Wikipedii powołującej się na badania Belindy Board i Katariny Fritzon z University of Surrey (południowo-wschodnia Anglia), istnieją trzy perturbacje osobowościowe, które częściej spotyka się u Brytyjczyków na stanowiskach kierowniczych niż u pacjentów Broadmoor Hospital – pilnie strzeżonego zakładu dla niepoczytalnych przestępców. Tymi trzema „elitarnymi” patologiami są: osobowość narcystyczna, osobowość histrioniczna i osobowość anankastyczna. Chyba nikogo to nie dziwi!

PS 5. Nurtuje mnie następujące pytanie… Czy Władysław Gomułka, pierwszy sekretarz Komitetu Centralnego PZPR w latach 1956-1970, nie był jednym z sukcesywnych anankastów? Do takich refleksji skłania mnie seans fabularyzowanego dokumentu „Towarzysz Wiesław. Od agitatora do dyktatora” (reż. Piotr Boruszkowski, TVP 2014). Co się tyczy spisu fikcyjnych postaci z F60.5, należałoby do niego dodać Artura, protagonistę sztuki teatralnej „Tango” Sławomira Mrożka (1964). Zauważmy, że antagonistą tego autorytarnego młodzieńca jest lokalny degenerat Edek – socjopata, osobnik dyssocjalny/antyspołeczny.

czwartek, 28 listopada 2019

Schizoidia i schizoidzi. Czym jest osobowość schizoidalna?

„Zapytasz ją, gdzie jest sens
wśród szarych dni szarego przemijania.
Ona, Alicja, to wie.
Szczęśliwa jest, choć żyje całkiem sama.

Jej oczy bramą na tamten świat,
co się jak kameleon zmienia.
Serce niezwykłe… Odczuwać tak…
Jak struna drży, gdy grają jej marzenia.

(…) Opisujesz jej swój dziwny strach,
który nie daje myślom odlecieć.
Ona, uśmiechnięta, odpowie tak:
– Po drugiej stronie lustra jest lepiej”


Closterkeller – „Alicja”
[z płyty „Cyan”, 1996 r.]




Schizoid Personality Disorder (SPD)
[F60.1 w klasyfikacji ICD-10]


Schizoidalne zaburzenie osobowości (chorobliwa schizoidia – styl charakteru) przejawia się nieodpartą potrzebą zachowania psychofizycznej przestrzeni osobistej oraz emocjonalnego dystansu wobec innych ludzi. Potrzeba ta skutkuje trwałą preferencją samotnictwa, niechęcią do budowania głębokich więzi międzyludzkich, nieangażowaniem się w istniejące relacje interpersonalne, a także tendencją do skrytości, tajemniczości, małomówności i bujania w obłokach. Jednostka schizoidalna jest nieprzystępna i introwertyczna – niemal zawsze zamyka się w sobie, męczy się podczas spotkań rodzinnych/służbowych, umyślnie izoluje się od otoczenia oraz nie znosi, gdy inni ludzie „zawracają jej gitarę”. Jak nietrudno odgadnąć, schizoid najlepiej czuje się we własnym towarzystwie i doskonale potrafi się sobą zająć. Do jego ulubionych aktywności należą: rozmyślanie, fantazjowanie i oddawanie się jednoosobowym pasjom, takim jak twórczość artystyczna, działalność badawcza czy spędzanie całych dni przed ekranem komputera (no-life). Mimo że czasem odzywa się w nim tęsknota za przyjaźnią, miłością lub odrobiną szaleństwa, prawie nigdy nie jest ona na tyle silna, żeby wychodziła poza sferę wstydliwych marzeń i abstrakcyjnych refleksji. Schizoid – chociaż niepospolicie wrażliwy – zazwyczaj zaspokaja swoje sekretne pragnienia w bogatym, acz niedostępnym dla innych ludzi królestwie wyobraźni. Jednostki dotknięte SPD zwykle nie mają żadnych przyjaciół oprócz krewnych pierwszego stopnia. I choć niekiedy czują się samotne, świadomie nie dopuszczają do siebie nikogo obcego.


Kryteria diagnostyczne ICD-10
[cyt. za: polskojęzyczna Wikipedia]


1. „brak lub znikome działania służące przyjemności”
2. „chłód emocjonalny”
3. „ograniczona zdolność wyrażania emocji wobec innych”
4. „niezainteresowanie pochwałami i krytyką”
5. „brak zainteresowania doświadczeniami seksualnymi”
6. „preferencja samotnictwa”
7. „pochłonięcie introspekcją”
8. „brak bliskich związków”
9. „niewrażliwość wobec norm społecznych”



Dwie twarze mizantropa

Dr n. med. Sławomir Murawiec, autor zwięzłego artykułu „Osobowość schizoidalna” opublikowanego w serwisie internetowym „Medycyna Praktyczna” (MP.pl), opisuje schizoidów jako outsiderów posiadających dwa oblicza. Jedno z nich istnieje na użytek świata zewnętrznego i pozwala chorym przetrwać w większości sytuacji społecznych. Drugie – ma charakter ściśle tajny i ujawnia się tylko wtedy, gdy schizoid przebywa w samotności lub w towarzystwie nielicznych zaufanych osób. Według dr. Murawca, jednostka dotknięta skrajną schizoidią „często robi wrażenie chłodnej emocjonalnie, pochłoniętej własnymi przemyśleniami i sprawami. W czasie spotkania nie wyda się kimś serdecznym i łatwo nawiązującym kontakt. Przeciwnie, najczęściej jest odbierana jako mało empatyczna i mało uczuciowa, jako emocjonalnie zdystansowana. (…) Jej ubiór będzie najczęściej poprawny, czasami może być ekscentryczny, ale nie będzie podążał za najnowszymi trendami mody”. Pod tą twardą skorupą i pozorną obojętnością na cudze dole-niedole kryje się jednak istota łagodna, marzycielska oraz skłonna do filozoficznych rozważań, która panicznie boi się naruszenia jej psychicznej i cielesnej integralności. Surowa maska, jaką nakłada na siebie schizoid, pełni funkcję czysto ochronną. Bo gdy nie można zamknąć się w czterech ścianach, trzeba po prostu zamknąć się w sobie… Tak jak to czynił Winston Smith, główny bohater powieści „Rok 1984” George’a Orwella (1949). „Nic nie było twoje oprócz tych kilku centymetrów sześciennych zamkniętych pod czaszką” – czytamy w owej literackiej antyutopii.


Pro publico bono

Mgr Katarzyna Synówka, twórczyni tekstu „Schizoidalne zaburzenia osobowości” (zamieszczonego na stronie ZaburzeniaOsobowosci.pl prowadzonej przez Fundację im. Boguchwała Winida na Rzecz Rozwoju Psychoterapii Psychoanalitycznej), próbuje scharakteryzować niespokojne wnętrze osoby schizoidalnej. Zdaniem autorki, schizoid jest człowiekiem niepewnym własnej tożsamości, pozbawionym zaufania do samego siebie, a zarazem podejrzliwym względem innych istot ludzkich. Obawia się on, że mógłby nieumyślnie skrzywdzić kogoś bliskiego lub samemu doświadczyć traumy wskutek toksycznej relacji interpersonalnej. Celowo wybiera więc samotność jako formę „mniejszego zła”. Jednostka schizoidalna czuje się niezręcznie z powodu faktu, że nie potrafi przezwyciężyć swoich dziwnych zahamowań. Martwi się, że coś z nią jest nie tak, a to prowadzi ją do konkluzji, iż powinna – dla dobra wspólnego – trzymać się z daleka od społeczeństwa (błędne koło!). Schizoid postrzega siebie jako osobnika groźnego i przypisuje tę cechę również innym przedstawicielom gatunku Homo sapiens. Trzymanie bliźniego na dystans i odgradzanie się od jego emocji daje choremu złudzenie bezpieczeństwa, ale w dłuższej perspektywie skutkuje poczuciem wyobcowania oraz wątpliwościami dotyczącymi sensu dalszej wegetacji. Człowiek schizoidalny odbiera sobie szansę na rozwinięcie wielu umiejętności społecznych i faktycznie czyni siebie niezdolnym do prawidłowego funkcjonowania w jakiejkolwiek wspólnocie. Konsekwencją takiego postępowania jest tylko pogłębienie alienacji i dylematów egzystencjalnych.


Aspołeczni i aseksualni

Todd L. Grande, Ph.D (pracownik naukowy Wilmington University w amerykańskim stanie Delaware, właściciel popularnego wideobloga o zdrowiu psychicznym – YouTube.com/user/RioGrande51) poświęcił jednostkom schizoidalnym kilka krótkich filmików. Jak wynika z wiedzy uczonego, schizoidzi są wybitnymi samotnikami, którzy „nie pragną” („no desire”) bliskich relacji z innymi ludźmi. Osobom tym jest po prostu wygodnie w stanie permanentnej izolacji i nie usiłują one zmienić swojego losu. Nie oznacza to bynajmniej, że wszyscy schizoidzi są ekonomicznie bezproduktywni. Przeciwnie, wielu z nich posiada stałe zatrudnienie (np. w charakterze stróża nocnego) i wzorowo wypełnia swoje obowiązki zawodowe. Wbrew obiegowej opinii, schizoidzi nie są pozbawieni życia emocjonalnego. Owszem, spektrum dostępnych dla nich uczuć jest węższe niż u większości społeczeństwa, lecz absolutnie nie czyni ich to lodowatymi biorobotami. Tym, co wielu schizoidom nastręcza poważnych trudności, jest wyrażanie własnych stanów wewnętrznych. Niektórzy zmagają się z tzw. płaskim afektem, czyli minimalną/zerową ekspresją odczuwanych emocji. Ludzie dotknięci skrajną schizoidią często bywają niewrażliwi na krytykę i pochwały ze strony otoczenia, a przynajmniej sprawiają wrażenie obojętnych cyników. Generalnie, nie zawierają oni małżeństw – decydują się na życie z rodzicami albo w pojedynkę. Wielu schizoidów nie chce nawet słyszeć o zdobywaniu jakichkolwiek doświadczeń erotycznych z innymi istotami ludzkimi (!). Ten specyficzny aseksualizm jest jednym z kryteriów diagnostycznych SPD.


Cluster „A” (DSM-5)

Ehsan Gharadjedaghi, Psy.D (działający w USA psycholog kliniczny, inicjator edukacyjnego projektu „TherapyCable” – YouTube.com/user/TherapyCable) omawia ekstremalną schizoidię w kontekście innych zaburzeń osobowości zaliczanych (w amerykańskim podręczniku diagnostyczno-statystycznym DSM-5) do klastra „A”. Wiązka ta obejmuje patologie charakteru postrzegane przez zdrową część populacji jako „dziwaczne” lub „ekscentryczne”. Należą do nich: osobowość paranoiczna – PPD, osobowość schizoidalna – SPD i osobowość schizotypowa – STPD (uwaga: w Europie schizotypia nie jest uznawana za zaburzenie osobowości, tylko za „zaburzenie typu schizofrenii”! Stary kontynent korzysta z międzynarodowej klasyfikacji chorób ICD-10!). Jak podaje dr E. Gharadjedaghi, ludzie dotknięci zaburzeniami z klastra „A” egzystują w przewlekłej alienacji, lecz wynika to z różnych przyczyn. Jednostki paranoiczne zrywają kontakty z otoczeniem, bo są nadmiernie podejrzliwe wobec swoich bliźnich, czują się atakowane i zaszczute, mają głowy wypełnione niezliczonymi teoriami spiskowymi. Jednostki schizotypowe są wykluczane i stygmatyzowane, gdyż wypowiadają się w niezrozumiały sposób, myślą kategoriami magicznymi lub metafizycznymi, opowiadają o swoich rzekomych doświadczeniach ze sferą nadprzyrodzoną (tzn. o pseudohalucynacjach?). Jednostki schizoidalne wycofują się z życia towarzyskiego, ponieważ uzmysławiają sobie, że nie reagują tak jak większość ludzkości. Nie cieszy ich i nie porusza to samo, co innych ludzi, mają po prostu odmienne zainteresowania i wyobrażenia o świecie.


Dawniej i dzisiaj

Wielu ciekawostek o schizoidach dostarcza nam trzyczęściowa prezentacja multimedialna pt. „Schizoids” (YouTube.com/user/darknightseeker). Nie znam personaliów jej autora, ale wszelkie poszlaki sugerują, iż jest to jakiś nauczyciel akademicki – ścieżka dźwiękowa brzmi, jakby została nagrana podczas wykładu na wyższej uczelni. W materiale, o którym mowa, DarkNightSeeker informuje swoich słuchaczy, że pojęcie schizoidii istnieje w psychiatrii od dawna, jednak kiedyś było ono znacznie szersze niż obecnie. Przykładowo, w 1925 r. Ernst Kretschmer podzielił schizoidów na dwa typy: „nadwrażliwy” i „niewrażliwy”. Ten pierwszy odpowiada kryteriom diagnostycznym współczesnego „unikającego zaburzenia osobowości” (AvPD), które w tamtych czasach nie stanowiło odrębnej jednostki nozologicznej[1]. DarkNightSeeker podkreśla, że jeszcze w latach 70. XX wieku pojęcie schizoidii obejmowało też niektóre objawy zaburzeń schizotypowych. Gdy ukazał się rewolucyjny podręcznik DSM-III (1980), z osobowości schizoidalnej powstały następujące kategorie medyczne: SPD, STPD i AvPD. Twórca omawianej prezentacji podważa słynny aseksualizm schizoidów. Wysuwa hipotezę, iż chodzi w nim o odrzucenie aktów płciowych opartych na miłosnej namiętności, a nie o brak zainteresowania fizyczną przyjemnością (chociaż dorośli z SPD faktycznie są mniej hedonistyczni od swoich zdrowych rówieśników!). Niektórzy schizoidzi się żenią albo wychodzą za mąż, lecz nie potrafią zapewnić swojej żonie lub swojemu mężowi emocjonalnego ciepła. Nawet w takich związkach pozostają oziębli, szorstcy.


Pasywni nudziarze

Tematowi schizoidalnego zaburzenia osobowości przyjrzała się także psycholog kliniczna Kati Morton, LMFT (licencjonowana terapeutka małżeńsko-rodzinna z Kalifornii, która zamieszcza swoje audiowizualne miniprodukcje na kanale YouTube.com/user/KatiMorton). W filmiku poświęconym SPD kobieta raportuje, że – według aktualnej edycji DSM – skrajna schizoidia składa się z dwóch podstawowych elementów. Pierwszym z nich jest tendencja do nieangażowania się w relacje interpersonalne, natomiast drugi komponent to ograniczona ekspresja emocjonalna względem napotykanych istot ludzkich. Te dwie słabości natury psychicznej przekładają się na konkretne zachowania chorego: preferencję samotnictwa i powściągliwość w okazywaniu uczuć. Zgodnie z tym, co ustalili autorzy DSM-5, dojrzałe SPD zaczyna się zwykle we wczesnej dorosłości (aczkolwiek pierwsze anomalie mogą być widoczne już w okresie niemowlęcym, o czym wyraźnie mówił DarkNightSeeker!). Zdaniem mgr K. Morton, schizoidzi jawią się otoczeniu jako bierni flegmatycy, których trudno wyprowadzić z równowagi i którzy wiodą monotonne życie bez większych aspiracji. Zdecydowanie nie są oni karierowiczami uczestniczącymi w wyścigu szczurów. Nie są też rodzinni: nie pielęgnują więzi z własnymi krewnymi. W stresujących sytuacjach mogą popadać w kilkuminutowe/kilkugodzinne epizody psychotyczne, ale rzadko oznaczają one początek schizofrenii. Mimo licznych podobieństw osobowość schizoidalna nie może być mylona z zaburzeniami ze spektrum autyzmu (ASD). Ludzie cierpiący na SPD nie zdradzają pędu do powtarzalności.


Schizophrenia Spectrum Disorders (SSD)

Według jednej z teorii dotyczących zdrowia psychicznego, patologie charakteru z klastra „A” przypominają pewne aspekty zaburzeń schizofrenicznych. DarkNightSeeker zwrócił uwagę na fakt, iż schizoidia jest podobna do negatywnych/deficytowych objawów schizofrenii, a schizotypia – do symptomów pozytywnych/wytwórczych. Jak twierdzi psycholog kliniczna Ramani Durvasula, Ph.D (wykładowczyni Uniwersytetu Stanu Kalifornia w Los Angeles, która systematycznie udziela wywiadów dla wirtualnej telewizji „MedCircle” – YouTube.com/channel/UCyGOloOIJWt8NlE4tnejQeA), istnieją twarde dowody na genetyczny związek między schizofrenią a innymi zaburzeniami z tego samego spektrum psychopatologicznego. Badania empiryczne pokazują, że problemy spod znaku SSD często występują w obrębie jednej rodziny biologicznej. Jeśli jesteś schizofrenikiem, to masz spore szanse na to, iż Twoje dzieci okażą się schizoidalne bądź schizotypowe. Jeżeli zaś rozwinęło się u ciebie SPD lub STPD, musisz wiedzieć, że Twoje potomstwo będzie szczególnie zagrożone zapadnięciem na schizofrenię. Oczywiście, dziedziczna predyspozycja to jeszcze nie wyrok skazujący… Wracając do schizoidalnego zaburzenia osobowości: dr R. Durvasula poucza, że przeciętnemu zjadaczowi chleba schizoid może się jawić jako osoba pogrążona w depresji. Wygląda on bowiem na człowieka apatycznego, który stracił zainteresowanie całym światem. Ale to tylko pozory. W rzeczywistości jednostka dotknięta SPD wcale nie rozpacza z powodu swojej pustej wegetacji. Jej domniemana „pochmurność” to de facto bezbarwna indyferencja.


Karuzela tożsamości

Joanna Zbroniec, BSc [Hons] (absolwentka rozszerzonych, licencjackich studiów psychologicznych oraz studiów podyplomowych z zakresu psychologii stosowanej i coachingu, brytyjska twórczyni internetowa znana z branżowego kanału „MindMastery” – YouTube.com/user/1Eruanis), skłania się w kierunku ciekawej koncepcji dotyczącej umysłowości schizoidów. Koncepcja ta głosi, że „prawdziwe ja”, którego schizoid strzeże jak oka w głowie, tak naprawdę nie istnieje. Osoba z SPD nie posiada spójnej, klarownej, ugruntowanej tożsamości, a zatem nie wie, kim jest i dokąd zmierza. Schizoidalne „ja” wydaje się rozbite na drobne kawałki. Naturalnie, nie wygląda to aż tak drastycznie jak w przypadku schizofrenii czy DID/MPD. Powoduje jednak, że w zależności od etapu życia lub sytuacji zewnętrznej schizoid może różnie postrzegać siebie, innych ludzi i swoje miejsce we wszechświecie. Jednostka cierpiąca na SPD ma tendencję do występowania w czterech karykaturalnych rolach: jako Władca, Niewolnik, Zdrajca albo Wygnaniec. Żadna z nich nie jest pełna ani trwała. Zmieniają się one niczym pory roku i wpływają na stosunki chorego ze środowiskiem społecznym. Czasem schizoid bywa narcystyczny, apodyktyczny i egoistyczny, innym razem – bezradny, ofiarny i zahukany. Niekiedy ogarnia go mizantropia i bunt przeciwko ludzkości, a niekiedy pragnienie, żeby rzucić wszystko i udać się na emigrację wewnętrzną. Teorię czterech tożsamości, na którą powołuje się lic. J. Zbroniec, ukuły same osoby schizoidalne. Podano ją na stronie samopomocowej SelfInExile.com (red. nacz. Rachel).


Fritz Riemann o schizoidach

Dość nieprzychylny obraz schizoidów wyłania się z książki „Oblicza lęku. Studium z psychologii lęku” niemieckiego psychoanalityka Fritza Riemanna (wydanie oryginalne – 1961, wydanie polskie – 2005). Z poglądami wyrażonymi w tym dziele zapoznaje nas autor artykułu „Osoba schizoidalna a miłość” zamieszczonego w rzymskokatolickim[2] serwisie Opoka.org.pl (stopka pod tekstem: „opr. aw/aw”). Możemy tam przeczytać, że pierwsze oznaki schizoidii bywają widoczne już w dzieciństwie (gdy dziecko ewidentnie nie radzi sobie w kontaktach z rówieśnikami) albo w okresie adolescencji (gdy nastolatek ciągle filozofuje w samotności i nie wykazuje zainteresowania romantycznymi uniesieniami). Problemy jednostki schizoidalnej ulegają nasileniu u progu dorosłości, kiedy głównym dylematem schizoida staje się konflikt wewnętrzny między napięciem seksualnym a strachem przed bliskością z drugim człowiekiem. Część osób dotkniętych SPD sięga wówczas po najgorsze rozwiązanie: decyduje się na przypadkowe kontakty płciowe z nieznajomymi partnerami. Niektórzy schizoidzi tworzą sztuczne układy intymne, w których druga osoba jest dehumanizowana oraz traktowana jako instrument do zaspokajania własnych popędów. W tych atrapach związków osoby schizoidalne bywają podłe wobec swoich partnerów – nieczułe, podejrzliwe i sarkastyczne. Nierzadko wyżywają się na nich, jakby „druga połówka” stanowiła idealny obiekt do rozładowywania stłamszonego gniewu. Jednostka cierpiąca na SPD jasno oddziela uczucia od erotyzmu. Uważa, że można miłować bez spółkowania i spółkować bez miłowania.


Schizoidzi w kulturze

Stereotypowym, indyferentnym, cynicznym schizoidem, w dodatku mocno oderwanym od rzeczywistości, jest sławetny „motylek, co ma wszystko w d…” – antybohater wulgarnej, humorystycznej animacji internetowej z przełomu tysiącleci (albo z początku XXI wieku). Owad ten ujawnia 100% symptomów SPD podanych w oenzetowskiej księdze ICD-10. Rozpoznanie schizoidalnego zaburzenia osobowości można by także postawić 29-letniej Valancy Jane Stirling, protagonistce zakręconej powieści „Błękitny Zamek” Lucy Maud Montgomery (1926). Przywołana książka opowiada o losach aspołecznej, zakompleksionej, marzycielskiej starej panny, która na wieść o swojej śmiertelnej chorobie gwałtownie przechodzi z trybu Niewolnika w tryb Zdrajcy. Według twórcy trzyczęściowej prezentacji multimedialnej „Schizoids” (czyli użytkownika portalu YouTube.com o pseudonimie DarkNightSeeker), jednym ze schizoidów jest odważny Bruce Wayne – Batman, Człowiek-Nietoperz, Mroczny Rycerz. Myślę, że owa etykietka pasuje zwłaszcza do klasycznej, hollywoodzkiej wersji tego superbohatera, którą zaproponowano w filmach „Batman” (1989) i „Powrót Batmana” (1992) z Michaelem Keatonem w roli głównej. Przykład utworu muzycznego o fenomenie schizoidii? Piosenka „Gdybyś był” poprockowej grupy Łzy (2006). „Ale ty jesteś zimny jak lód, obojętny jak głaz. Wolisz być sam, zupełnie sam. Ale ty jesteś zimny jak lód, obojętny jak głaz. Nie sprawię, byś chciał dzielić ze mną świat” – śpiewa wokalistka Ania Wyszkoni. Osobą mówiącą w przytoczonym tekście jest uczuciowa kobieta zakochana w schizoidalnym mężczyźnie.


Natalia Julia Nowak,
listopad 2019 roku



PS 1. Bonnie Evans, PhD – brytyjska historyk psychologii, badaczka sprzymierzona z londyńskim King’s College i Queen Mary University of London – pisze, że „w latach 40. i 50. XX wieku diagnozy schizofrenii, psychozy i autyzmu u dzieci były stosowane zamiennie” [źródło: „How autism became autism: The radical transformation of a central concept of child development in Britain”, Journals.SAGEpub.com]. Zdaniem uczonej, dopiero w latach 70. specjaliści nauczyli się odróżniać zaburzenia ze spektrum autyzmu (ASD) od zaburzeń ze spektrum schizofrenii (SSD). Nie zmienia to jednak faktu, że – jak donoszą lekarki Yael Dvir, MD i Jean A. Frazier, MD – „istnieją zarówno kliniczne, jak i biologiczne związki między autyzmem a schizofrenią” [źródło: „Autism and Schizophrenia”, PsychiatricTimes.com]. Jeśli zajrzymy do międzynarodowej klasyfikacji chorób ICD-10, przekonamy się, że zespół Aspergera – uwzględniony w rozdziale F84 razem z autyzmem dziecięcym i zespołem Retta – obejmuje pojęcia „schizoidalnego zaburzenia wieku dziecięcego” („schizoid disorder of childhood”) i „psychopatii autystycznej” („autistic psychopathy”). Informacja dla niewtajemniczonych: księga ICD-10 jest ogólnodostępna online w języku angielskim [ICD.WHO.int/browse10/2016/en]. Funkcjonuje ponadto witryna internetowa ICD10.pl z rozpoznaniami wszelkich schorzeń w językach polskim, angielskim i łacińskim.

PS 2. Dotychczas znalazłam dwa amatorskie wideoblogi prowadzone przez osoby, które podobno zostały zdiagnozowane jako schizoidzi: „Queen Spacegoat” (YouTube.com/user/piikaachoo) i „Stuff and Stuff” (YouTube.com/channel/UCZXUs03Ayf1Wcb4DEkHMBhA).


PRZYPISY

[1] Człowiek z AvPD (rozwinięcie akronimu: „avoidant personality disorder”) świadomie izoluje się od społeczeństwa, ale postępuje tak na skutek zaniżonej samooceny i paraliżującego strachu przed wyśmianiem, upokorzeniem tudzież odrzuceniem. Taki ktoś cierpi z powodu swojego osamotnienia i zastoju życiowego, jednak nie potrafi się przełamać i wyjść ze swojej strefy komfortu. W praktyce trudno rozstrzygnąć, gdzie przebiega granica między schizoidią a unikaniem. Symptomy AvPD i SPD często idą ze sobą w parze… Anglojęzyczna Wikipedia zawiera nawet hasło „Schizoid avoidant behavior” („Zachowanie schizoidalno-unikające”). Przykładem postaci z przewagą cech unikowych jest podmiot liryczny z piosenki „Creep” artrockowej formacji Radiohead (1992). Cytuję fragment rzeczonego utworu: „Gdy byłaś tu wcześniej, nie mogłem spojrzeć ci w oczy. Jesteś jak anioł, twoja skóra doprowadza mnie do płaczu. Unosisz się niczym piórko w pięknym świecie. Chciałbym być kimś szczególnym, ty jesteś kimś cholernie szczególnym. Ale jestem oblechem, jestem dziwadłem. Co, do diaska, tutaj robię? Nie przynależę tutaj”. Pozwolę sobie zakpić, że młodzi dorośli z AvPD, fobią społeczną lub „chorobliwą nieśmiałością” to wymarzeni klienci dla różnej maści „coachów kariery” i „trenerów rozwoju osobistego”. Pytanie za sto punktów: po co wydawać pieniądze na jakichś nowomodnych „mistrzów motywacyjnych”, skoro można skorzystać z darmowej pomocy psychiatry albo psychoterapeuty?! Tego rodzaju usługi są w Polsce dostępne w ramach Narodowego Funduszu Zdrowia.

[2] Warto wiedzieć, że Kościół rzymskokatolicki uznaje osoby schizoidalne za niezdolne do małżeństwa z przyczyn natury psychicznej. Oznacza to, iż nie mogą one wziąć ślubu wyznaniowego… przynajmniej dopóty, póki nie zostaną całkowicie wyleczone (a taki scenariusz wydaje się mało realistyczny, ponieważ zaburzenia osobowości z klastra „A” DSM-5 uchodzą za najbardziej oporne i niereformowalne!). „Nie może zawrzeć ważnego małżeństwa – które ze swej istoty jest międzyosobową relacją – osoba, która absolutnie nie jest zdolna wejść w taką relację ze swym współmałżonkiem. Osoby schizoidalne nie potrafią nawiązać międzyosobowej relacji polegającej na dawaniu siebie i przyjmowaniu” – pisze anonimowy adwokat kościelny na stronie Poradni Rodzinnej „Salomon” [„Osobowość schizoidalna a nieważność małżeństwa”, PoradniaSalomon.pl]. Wcześniej w tej samej notatce padają następujące stwierdzenia: „Schizoidia to brak syntonii. Syntonia zaś to cecha osobowości, która umożliwia współprzeżywanie, współodczuwanie (empatię) z innymi ludźmi. Ludzie schizoidalni mają nikłe możliwości nawiązania bezpośrednich kontaktów uczuciowych z innymi. Żyją w izolacji psychicznej, w swoim świecie przeżyć wewnętrznych. (…) Tego rodzaju zaburzona osobowość cechuje się brakiem potrzeby bliższych związków uczuciowych z innymi osobami, nie wyłączając członków rodziny, brakiem uczucia zadowolenia z kontaktów emocjonalnych z innymi. (…) Człowiek z osobowością schizoidalną żyje w swoim własnym świecie. Jego problemy i przeżycia są w centrum uwagi, nie zaś potrzeby drugiej strony czy też dziecka”. Z słów adwokata kościelnego wynika, że sakramentalne małżeństwo zawarte przez schizoida jest nieważne w oczach Boga i może zostać oficjalnie unieważnione przez sąd biskupi.

środa, 28 listopada 2018

O hipisie, nerdzie i kradzieży pierwszego miliona

„Pierwszy milion trzeba ukraść”

Słowa przypisywane J.K. Bieleckiemu
(cyt. za: Wikicytaty, Pl.wikiquote.org)



UWAGA! UWAGA! UWAGA!
PONIŻSZA ANALIZA ZAWIERA SPOILERY!



Tytuł oryginalny: „Pirates of Silicon Valley”
Tytuł polski: „Piraci z Doliny Krzemowej”
Reżyseria: Martyn Burke (Kanadyjczyk, rocznik 1952)
Kraj i rok produkcji: Stany Zjednoczone Ameryki 1999
Instytucja sprawcza: TNT – Turner Network Television
Gatunek: dramat/komediodramat, obyczajowy, biograficzny
Na podstawie książki Paula Freibergera i Michaela Swaine’a
„Fire in the Valley: The Making of the Personal Computer”


„Piraci z Doliny Krzemowej” to półtoragodzinny, telewizyjny film fabularny mówiący o narodzinach korporacji informatycznych Apple i Microsoft. Bohaterami… a właściwie antybohaterami… opowieści są dwaj reprezentanci branży IT, których chyba nikomu nie trzeba przedstawiać: Steve Jobs (założyciel Apple’a) i Bill Gates (twórca Microsoftu). Zostali oni sportretowani jako młodzi, ambitni i pozbawieni skrupułów przedsiębiorcy, którzy chcą zawojować świat i mają głębokie poczucie misji dziejowej. Obaj rozumieją, że ludzkość stoi u progu rewolucji informatycznej, dlatego pragną stanąć na czele tego bezkrwawego przewrotu, aby trwale zapisać się na kartach historii. Początkowo młodzieńcy działają niezależnie od siebie, lecz później ich losy krzyżują się ze sobą i coraz bardziej potwierdzają biblijną sentencję: „Ostatni będą pierwszymi, a pierwsi ostatnimi” (Mt 20, 16)[1]. Dyskusyjną kwestią jest to, czy mamy tutaj do czynienia z dwoma równorzędnymi (anty)bohaterami, czy też z sukcesywnym protagonistą Jobsem, który finalnie zostaje zdetronizowany przez swojego perfidnego antagonistę Gatesa – niegdysiejszego współpracownika/podwykonawcę. Za tą drugą hipotezą przemawia fakt, że Steve’a poznajemy wcześniej niż Billa. Ja jednak najpierw opiszę BG, gdyż uważam go za postać o niebo ciekawszą. Film posiada aż dwóch narratorów: Steve’a Wozniaka z Apple’a i Steve’a Ballmera z Microsoftu. Są to, oczywiście, aktorzy wcielający się w role tych sławnych Amerykanów.

Firma Apple od początku swojego istnienia stawiała na maszyny łatwe w obsłudze. Dostrzegłszy ogromny potencjał w graficznym interfejsie użytkownika, zaczęła czerpać pełnymi garściami z osiągnięć przedsiębiorstwa Xerox, które już w roku 1973 skonstruowało komputer Alto umożliwiający m.in. granie w gry-strzelanki. Steve Jobs wzbogacił się szybciej niż Bill Gates, a w latach 80. wynajął Microsoft do napisania software’u dla nowoczesnego peceta Macintosh. Potem miał pretensje do Gatesa, gdy zobaczył, że rozwiązania znane z Maca (applowskie/xeroxowskie) znalazły się również w microsoftowskim oprogramowaniu Windows (1985). Rzeczony program był pierwotnie graficzną nakładką na MS-DOS, który Microsoft odkupił w 1980 r. od Tima Patersona. Niestety, DOS został wcześniej „ukradziony” (?) niejakiemu Gary’emu Kildallowi. Bill Gates zarobił krocie dzięki licencji na MS-DOS udzielonej korporacji IBM, a Kildall zmarł w niewyjaśnionych okolicznościach w lipcu ‘94. Według Jeffreya Younga, dziennikarza pisma „Forbes”, programista został zabity za „naszywki Harleya-Davidsona” przez karczemny gang motocyklowy[2]. Rok później BG uzyskał status najbogatszego człowieka świata. W „Piratach z Doliny Krzemowej” pojawia się postać Tima Patersona, natomiast nie ma żadnej wzmianki o Garym Kildallu i jego zagadkowej śmierci na śmietniku historii. No, ale trudno się temu dziwić. „Piraci…” mieli być opowieścią w wersji soft, a nie mrocznym kryminałem czy krwawym thrillerem.


WILLIAM „BILL” GATES
(ur. 28 X 1955 r.)


Zanim opiszę filmowego Billa Gatesa, pozwolę sobie odnotować, że prawdziwy Gates na 99% zmaga się z zespołem Aspergera – łagodnym zaburzeniem ze spektrum autyzmu[3]. Jest więc modelowym przykładem „ludożercy” rodem z wiersza Tadeusza Różewicza („Kochani ludożercy/ nie patrzcie wilkiem/ na człowieka/ który pyta o wolne miejsce/ w przedziale kolejowym/ zrozumcie/ inni ludzie też mają/ dwie nogi i siedzenie”)[4]. Jakie są główne objawy tego syndromu? Niezauważanie cudzych emocji, błędne ich interpretowanie lub nieliczenie się z nimi. Niezastanawianie się nad tym, że bliźni także myślą i czują. Dostrzeganie tylko czubka własnego nosa. Życie we własnym świecie, płomienna fascynacja jakimś tematem. Nieradzenie sobie w banalnych sytuacjach społecznych. Problem z budowaniem więzi międzyludzkich, szukanie raczej wspólnoty zainteresowań niż porozumienia dusz. Nawyki przypominające realizowanie jakiegoś algorytmu, nietolerowanie zmian w codziennej rutynie. Samotnictwo i wycofanie albo ustawianie wszystkich według własnego widzimisię. Chorobliwa nieśmiałość lub zachowywanie się jak słoń w składzie porcelany (obcesowość). Analityczność i wyrachowanie. Przemądrzałość, rzeczowy język, osobliwa intonacja głosu. Niezdarność ruchowa i różne dziwactwa (tiki, stereotypie, sensoryzmy – nadwrażliwości zmysłowe). Ekranowy BG wykazuje wiele objawów zespołu Aspergera, zatem warto obejrzeć „Piratów…” choćby dla tej znakomitej kreacji aktorskiej.

Jedną z pierwszych informacji, jakie otrzymujemy na temat Billa – z ust narratora Steve’a Ballmera, kolegi Gatesa z harvardzkiego akademika – jest spostrzeżenie, że żyje on według ściśle określonego algorytmu. „Ten facet mógł obrócić każdą ludzką sytuację w grę w pokera. Zapomnij o wykładach. Poker. Fakt, że dzisiejszej nocy świat może się skończyć? Nie ma problemu, poker. Albo: właśnie odkrywamy sens życia? Więcej pokera”[5] – opowiada Ballmer. Inną przedstawioną nam cechą BG jest gromadzenie przezeń czasopism erotycznych. „Jesteś jedynym facetem, jakiego znam, który mógłby budować meble z Playboyów” – żartuje kumpel przyszłego założyciela Microsoftu[6]. To specyficzne hobby mówi nam o Billu całkiem sporo, ponieważ skłonność do kolekcjonowania i układania różnych rzeczy jest typowa dla autyzmu. Jednocześnie Gates, który jawi się jako zapalony miłośnik nagich kobiet, nie przepada za realnym kontaktem z płcią przeciwną (woli oddawać się swoim pasjom niż „tracić czas” z prawdziwymi dziewczynami). Zresztą, zupełnie sobie nie radzi w roli uwodziciela. Gdy już próbuje kogoś poderwać, ponosi klęskę przez swoją drętwotę i nietaktowność. Dlaczego? Wedle obiegowej opinii, jednostki z zaburzeniami autystycznymi mają miejscowo zablokowane (lub wręcz zredukowane liczebnie!) neurony odpowiedzialne za zdolność do empatii. Przyczyna może więc tkwić na poziomie „hardware”, nie „software”. Brak piątej klepki, trochę jak u psychopatów.

Podczas seansu „Piratów z Doliny Krzemowej” szybko żegnamy się z wizją Billa jako studenta prestiżowej uczelni. Młody Gates rezygnuje bowiem z nauki, żeby – wraz ze swoim przyjacielem z czasów szkolnych, Paulem Allenem – pisać programy komputerowe i sprzedawać je wszystkim napotkanym producentom komputerów (na krótki czas znika nam z oczu Ballmer, jednak pozostaje on narratorem w niektórych scenach dotyczących dziejów Microsoftu). W życiu bohatera zachodzi iście rewolucyjna zmiana, lecz jego objawy wskazujące na zespół Aspergera wcale nie ustępują. Manifestują się za to nowe ekscentryzmy. Przede wszystkim, okazuje się, że chociaż BG należy już do grupy wiekowej 20+, nadal ma problem z „ogarnięciem” swojego codziennego życia. Jest wyjątkowo fajtłapowaty, roztargniony i źle zorganizowany, ciągle coś gubi albo czegoś zapomina, wchodzi nawet w konflikt z prawem za nieprzepisową jazdę samochodem. Są to bardzo poważne sygnały, iż młodzieniec może mieć lekki kłopot z prawą półkulą mózgową – dokładnie tą samą, która odpowiada za relacje międzyludzkie. Tymczasem lewa półkula działa u niego na pełnych obrotach (programowanie komputerów, analizowanie rynku IT, robienie korzystnych dla MS interesów). Bill jest tak niesamodzielny, że musi – przynajmniej na początku swojej kariery biznesowej – wozić ze sobą rodzoną matkę. W kontrahentach wzbudza raczej negatywne odczucia, bo jest zaniedbany, niehigieniczny i ogólnie „chłopaczkowaty”.

Z badań wynika, że mężczyźni autystyczni są mniej męscy od swoich rówieśników, a kobiety – mniej kobiece. Chodzi tutaj o rysy twarzy: proporcje, odległości itp[7]. Powszechnie uważa się również, że dorośli z zespołem Aspergera wyglądają nienaturalnie młodo jak na swój wiek (np. 30-latkowie mogą sprawiać wrażenie 18-latków). Czym to może być spowodowane? „Zaskakujący jest stan fizyczny osób niedojrzałych emocjonalnie. Zazwyczaj wyglądają na młodsze niż są w rzeczywistości” – podaje studentka psychologii Monika Wilk na stronie Psychika.net[8]. Ludzie dotknięci zespołem Aspergera mają normalny, a często nawet wysoki iloraz inteligencji, ale pod względem kompetencji społecznych przypominają „dzieci w ciałach dorosłych”. Wielu z nich cechuje się także dziwną prozodią wypowiedzi. Osobnik taki może mówić powoli, beznamiętnie i mrukliwie, albo odwrotnie – głośno popiskiwać dziecinnym głosikiem. Niektórzy prawie w ogóle nie mówią, bo mają jakąś blokadę wewnętrzną (mutyzm wybiórczy). Czasem zespół Aspergera wiąże się z drobnymi anomaliami w ekspresji twarzy. Osoba z tym syndromem może wiecznie zachowywać „twarz pokerzysty” (martwą, kamienną, lodowatą fizjonomię) bądź wyróżniać się nadmierną, przesadną, wyolbrzymioną mimiką. Najpowszechniejszą oznaką „aspergeryzmu” jest jednak unikanie kontaktu wzrokowego. Problem ów bywa dostrzegalny już u małych dzieci. Oczywiście, nie każdy „aspie” musi mieć ten sam zestaw objawów zaburzenia.

W latach 70. i 80. (tudzież jeszcze na początku lat 90.) XX wieku Bill Gates wyglądał na indywiduum dużo młodsze niż w rzeczywistości oraz dysponował rześkim głosem, jakiego nie powstydziłby się nastoletni licealista. Oglądając „Piratów z Doliny Krzemowej”, nie mamy możliwości podziwiania tych cech, albowiem cały czas obserwujemy aktora, a nie prawdziwego szefa Microsoftu. Wypada jednak odnotować, że inne postacie reagują na Billa jak na niezwykle młodego chłopaka. Jest to tym istotniejsze, że nikt nie traktuje w podobny sposób filmowego Steve’a Jobsa (będącego przecież w tym samym wieku co Gates!). Zwróćmy również uwagę na fakt, iż odtwórca roli BG wydaje z siebie dość wysokie dźwięki, szczególnie w scenach, w których nerdowaty[9] przedsiębiorca mocno się złości/denerwuje. Czy ekranowy Bill utrzymuje kontakt wzrokowy z innymi ludźmi? Raczej tak, lecz czasem z pewnym wysiłkiem (to akurat można wyjaśnić nieszczerością i brudnymi intencjami). Mimika Gatesa z „Piratów…” nie oddaje w pełni karykaturalnej ekspresji twarzy, jaką odznacza się autentyczny założyciel MS. Prawdziwy BG często chichocze i prezentuje – choćby półgębkiem – szelmowskie uśmieszki, jakby miał nieudolnie skrywany ubaw ze swoich słuchaczy. Zarówno realny, jak i udawany Bill wykazują niekiedy objaw typowy dla cięższych odmian autyzmu. Chodzi tutaj o charakterystyczne, mimowolne kołysanie się w przód i w tył, uskuteczniane w chwilach głębokiej zadumy[10].

Zespół Aspergera nie jest chorobą, tylko całościowym zaburzeniem rozwojowym, ale generuje tyle przykrości w życiu jednostki, że faktycznie grozi chorobami i zaburzeniami psychicznymi. Jedną z psychopatologii, które nagminnie spotyka się u „aspies”, jest nerwica natręctw, czyli zaburzenie obsesyjno-kompulsywne. Filmowy Bill Gates co najmniej czterokrotnie pada ofiarą własnych wątpliwości, wyrzutów sumienia, intruzywnych myśli oraz katastroficznych wizji. Incydent pierwszy: gdy Steve Ballmer „siłą” zaciąga BG do baru ze striptizem, przyszły założyciel Microsoftu nagle wpada w panikę, bo przypomina sobie, że nie napisał programu ładującego (w związku z tym Paul Allen nie zdoła zaprezentować Edowi Robertsowi oprogramowania dla maszyny Altair 8800, a wtedy Gates będzie musiał zostać na Harvardzie i pożegnać się z karierą programisty). Incydent drugi: gdy Bill wybiera się do Albuquerque w celu przeprowadzenia negocjacji biznesowych z Robertsem, niespodziewanie kamienieje ze strachu, po czym uzasadnia swoją reakcję: „Właśnie pomyślałem o Harvardzie. To zaraz minie”. Incydent trzeci: gdy BG słyszy, że jego sąsiad z motelu (któryś ze współpracowników?) spędza upojną noc z prostytutką, pyta retorycznie: „Rzuciłem Harvard w imię czegoś takiego?”. Incydent czwarty: gdy Gates i Ballmer (sprowadzony do MS w 1980 r.) czekają, aż Allen wróci z rozmów z Timem Patersonem, nasz ulubieniec dramatyzuje: „Całe moje życie wisi na włosku!”.

Skoncentrujmy się jednak na objawach stricte autystycznych. W pierwszej połowie „Piratów…” mamy scenę, w której Bill Gates, Paul Allen i jeden z zatrudnionych przez nich studentów ciężko pracują nad oprogramowaniem dla różnych prymitywnych komputerów. Nagle rozbrzmiewa – odtworzony przez BG – plik lub nośnik danych ze staroświecką muzyką. Paulowi robi się wówczas słabo. Tak słabo, że zarzuca Billowi, iż „znowu” włącza piosenki Franka Sinatry, których pozostali pracownicy Microsoftu nie są już w stanie słuchać. Niby nieistotny drobiazg, ale informuje nas o dwóch ciekawych ekscentryzmach Gatesa. Primo: założyciel MS jest człowiekiem niezależnym umysłowo, który – także w kwestii upodobań muzycznych – polega wyłącznie na własnym guście i nie próbuje się dostosowywać do aktualnych mód obowiązujących wśród młodych ludzi. Nie ma w tym nic zdrożnego, lecz to swoiste wolnomyślicielstwo stanowi ewidentny dowód na bycie outsiderem niezważającym na opinię „demokratycznej większości”. Prawdopodobnie Bill nawet nie wie, co jest obecnie „na topie” w jego grupie wiekowej, gdyż nie chodzi na imprezy i nie interesuje się cudzym życiem. To ostatnie, niestety, podpada pod „dostrzeganie tylko czubka własnego nosa”. Secundo: jęk Allena („znów Frank Sinatra!”) uzmysławia nam, że BG praktycznie nie zmienia repertuaru – odtwarza wciąż te same kawałki, na okrągło, aż do znudzenia. Czyż nie jest to… typowe dla autyzmu umiłowanie powtarzalności?

Pospolitą wadą „aspergerowców” jest ich jednostronna i monotematyczna komunikacja z otoczeniem. Osoby dotknięte zespołem Aspergera nie przepadają za ploteczkami ani pogawędkami, ale potrafią godzinami rozprawiać o swoich pasjach bądź uzewnętrzniać się do granic ekshibicjonizmu psychicznego. Ich wywody są kwieciste i treściwe, naszpikowane literackim i specjalistycznym słownictwem. Uderzający jest jednak fakt, że autorzy tych monologów nie wykazują zainteresowania wiedzą, poglądami ani przeżyciami innych ludzi. Często nawet nie zauważają albo mają w nosie, że słuchacze są znudzeni/zażenowani tymi wykładami lub zwierzeniami. W „Piratach z Doliny Krzemowej” mamy taki fragment, w którym Bill – prowadzący samochód – z zapałem opowiada koledze o tym, jaki to genialny wzór matematyczny wymyślił. Jednocześnie ignoruje samego kolegę, który rozpaczliwie błaga go o zmniejszenie prędkości jazdy. Dalszy ciąg tej sekwencji: nakręcony Gates zatrzymuje auto i namawia swojego towarzysza do porwania – dla hecy – dwóch stojących nieopodal buldożerów. Widzimy tutaj, że pozornie „sztywny” nerd też umie być spontaniczny, ale jest w tym szalenie infantylny niczym mały chłopiec uwięziony w ciele dorosłego mężczyzny. Na skutek omawianego wybryku zostaje zniszczony samochód należący do Paula Allena. Kiedy współzałożyciel Microsoftu wyraża ubolewanie z powodu tego zdarzenia, Bill nie okazuje skruchy ani współczucia (jak obojętny półpsychopata!).

Ekranowy BG nie jest bohaterem dynamicznym, albowiem liczne przywary trapiące go na początku filmu towarzyszą mu także w późniejszych scenach. A trzeba przyznać, że „Piraci…” wyróżniają się dość rozległym czasem fabularnym. Zasadnicza akcja opowieści rozgrywa się w latach 1971-1985, jednak mamy tam również nawiązania do roku 1997 (Bill Gates jako Wielki Brat dominujący nad przegranym Steve’em Jobsem) tudzież słowne odwołania do dzieciństwa/nastoletniości szefa Microsoftu. Gdy poznajemy Gatesa jako studenta Uniwersytetu Harvarda (1974), otrzymujemy sugestię, że ma on kłopot z zachowaniem schludnego wyglądu oraz porządku w swoim najbliższym otoczeniu. „Nasze pokoje były jak kasyno. Ściślej mówiąc, zabałaganione kasyno” – brzmi fragment narracji Steve’a Ballmera. BG nie wyrasta z niechlujności praktycznie do końca filmu. Weźmy na przykład okres, w którym mieszka on i pracuje w Albuquerque na południu USA. Sprowadzona przez niego matka musi mu stale przypominać: „Umyj/uczesz włosy”, „Zmień koszulę”. W latach 80., gdy Microsoft ma już za sobą pierwsze istotne sukcesy, obcy fotoreporter spostrzega, że Gates paraduje w brudnych, dziurawych i niegustownych ubraniach. Dlaczego podkreślam akurat tę cechę? Bo „aspies” często mają problem z przestrzeganiem higieny osobistej. Jedną z przyczyn tego stanu rzeczy jest ich nadwrażliwość zmysłowa – na mydło, szampon do włosów, pastę do zębów, proszek do prania, drażniące tkaniny itd.

Kiedy Bill tłumaczy swoją filozofię biznesową, używa wyrażeń „przetrwać” i „być potrzebnym”. Myślę, że chodzi tu o coś więcej niż tylko o utrzymanie się na rynku i kreowanie potrzeb konsumentów. To są osobiste pragnienia niepełnosprawnej, wkraczającej w dorosłe życie jednostki, która ma świadomość, że jest słaba, ale musi jakoś funkcjonować w socjaldarwinistycznym społeczeństwie amerykańskim. Nie będzie przecież wiecznie polegać na rodzicach ani na kolegach z akademika. Ta naturalna obawa o własną przyszłość – połączona z udziałem w wyścigu szczurów – popycha Gatesa w kierunku czynów wysoce nieetycznych[11]. Gdyby Bill był przyzwoitym obywatelem, zapewne skończyłby studia i podjąłby pracę na jakimś mało eksponowanym stanowisku (zgodnym z uzdolnieniami i zamiłowaniami). Tylko tyle i aż tyle mógłby uczciwie osiągnąć w swoim niełatwym położeniu. Ale BG usiłuje oszukać przeznaczenie. Pcha się do biznesu, choć nie jest do niego stworzony. Kłamie, kradnie, wprowadza w błąd, uprawia wampiryzm energetyczny, działa metodą faktów dokonanych, ponieważ samą pracą i osobowością nie potrafi pokonać swoich konkurentów. Mijanie się z prawdą to główny oręż raczkującego Microsoftu. Gates i spółka zaczynają od drobnych, niegroźnych kłamstewek, a kończą na wielkich, poważnych hochsztaplerstwach (takich jak okantowanie IBM-u). Łgarstwem założycielskim MS są słowa Billa wypowiedziane przez telefon do Eda Robertsa: „Z tej strony Paul Allen…”.


STEVEN „STEVE” JOBS
(ur. 24 II 1955 r., zm. 5 X 2011 r.)


Drugi – a właściwie pierwszy, bo zaprezentowany w pierwszej kolejności – antybohater „Piratów z Doliny Krzemowej” nie był człowiekiem tak głęboko zaburzonym jak jego autystyczny rywal. Nie ulega jednak wątpliwości, że miał problemy z samym sobą (narcyzm kliniczny), a za ich przyczynę uznaje się traumę z dzieciństwa i wynikający z niej kryzys tożsamości. Steve Jobs pojawił się na świecie… przez przypadek. Urodziła go bowiem niemiecko-szwajcarska katoliczka Joanne Schieble, która zaszła w nieplanowaną ciążę z syryjskim muzułmaninem Abdulfattahem al-Jandalim. Steve – jako niemowlę „wpadkowe” i pochodzące z kontrowersyjnego związku – został oddany do adopcji, czyli wcześnie oddzielony od matki biologicznej, co z pewnością zachwiało jego poczuciem bezpieczeństwa. Małego, mieszanego rasowo chłopca przygarnęło bezdzietne małżeństwo: Paul Jobs (kalwinista o burzliwym życiorysie) i Clara z domu Hagopian (córka ormiańskich imigrantów). Państwo Jobsowie otoczyli Steve’a należytą opieką, ale nie ustrzegli go przed trudnymi pytaniami typu: „Kim jestem?”, „Dlaczego rodzice mnie porzucili?”, „Czemu Paul i Clara wybrali akurat mnie?”, „Po co ja się urodziłem?”, „Czy jestem komukolwiek potrzebny?”. Przyszły założyciel Apple’a długo szukał dla siebie miejsca na tym łez padole. Głównie poza domem – w subkulturach młodzieżowych i alternatywnych ruchach społecznych (hipisi, konsumenci LSD, frutarianie, weganie, głosiciele wierzeń Wschodu).

Taki jest też filmowy Steve Jobs, którego poznajemy jako zbuntowanego nastolatka noszącego brodę, długie włosy i luźne ubrania (rok 1971). Ten wczesny SJ sprawia wrażenie standardowego produktu swojej epoki, ale wydaje się lepiej (od innych wywrotowców) rozumieć, w jakim kierunku pójdą oczekiwane zmiany społeczne. W jednej z pierwszych scen Jobs – wraz ze swoim przyjacielem, obiecującym wynalazcą Steve’em „Wozem” Wozniakiem – bierze udział w charakterystycznych dla tamtych czasów zamieszkach studenckich. Po chwili młodzieńcy wycofują się na bezpieczną odległość, a SJ mówi z politowaniem o protestujących przeciwnikach wojny wietnamskiej: „Ci faceci myślą, że są rewolucjonistami. Ale nimi nie są. To my nimi jesteśmy”. Chodzi mu o to, że on i Woz zajmują się udoskonalaniem nowych technologii, a to właśnie urządzenia teleinformatyczne zmienią kiedyś oblicze Ziemi. Steve wierzy, że człowiek przyszłości będzie wyemancypowanym indywidualistą, lecz nie osiągnie tego statusu dzięki przewrotowi politycznemu, tylko dzięki pomysłowym sprzętom umożliwiającym swobodną komunikację między obywatelami. W opinii Jobsa taki scenariusz jest „nie na rękę” obecnemu establishmentowi oraz szeroko pojętym środowiskom konserwatywnym. Wkrótce nasz antysystemowiec dojdzie do wniosku, że nic się na świecie nie poprawi, dopóki nie zostanie przełamany monopol korporacji informatycznej IBM (produkującej duże komputery dla „skostniałych” instytucji).

Dwaj Steve’owie dorastają w Kalifornii, a dokładnie – na ziemiach wchodzących w skład Doliny Krzemowej. Codziennie mają kontakt z ludźmi świetnie znającymi się na elektronice. Jedną z osób, które wywierają szczególny wpływ na życie SJ i SW, jest tajemniczy jegomość znany pod pseudonimem Captain Crunch[12]. Dzięki jego wiedzy i sprytowi Wozniak opracowuje Blue Box – niewielki gadżet pozwalający na darmowe (aczkolwiek nielegalne) telefonowanie do wszystkich zakątków globu. Już na tym etapie działalności Steve’ów zaczyna się zarysowywać wyraźny podział ich pracy. „Ja budowałem Boxy, a Steve je sprzedawał” – opowiada narrator Woz. Gdy SW stwierdza, że dalsza produkcja Blue Boxów może być niebezpieczna, postanawia własnoręcznie zbudować komputer osobisty. I tutaj znów niespodzianka. Okazuje się, że SJ (który w XXI wieku „obdaruje” ludzkość iPodami, iPadami i iPhone’ami) nie jest zbyt zadowolony z tego śmiałego konceptu! „Potrzebujemy Blue Boxów, nie komputerów” – marudzi przyszły założyciel Apple’a. Młody Jobs nie widzi w maszynach liczących nic atrakcyjnego, ponieważ prowadzi intensywny tryb życia, a komputery stacjonarne zmuszają swoich użytkowników do monotonii i zamknięcia w czterech ścianach. Komuś takiemu, jak on, marzy się zaawansowane urządzenie mobilne lub przynajmniej lekki, przenośny pecet. Ten sen ziści się dopiero w styczniu 1984 r., kiedy firma Apple wypuści na rynek poręczny i multimedialny komputer Macintosh.

Pierwszy PC skonstruowany przez Wozniaka przypadkowo staje w płomieniach. Majsterkowicz nie zraża się jednak tym niepowodzeniem i wkrótce buduje następny komputer, który przejdzie do historii jako Apple I. SW i SJ – prawdziwe papużki nierozłączki – prezentują wynalazek na zebraniu Homebrew Computer Club. Ku ich zaskoczeniu urządzenie spotyka się z ogromnym entuzjazmem klubowiczów. Wtedy też wychodzi na jaw kolejna cecha Jobsa: charyzma, showmaństwo, dryg oratorski. Mimo że to Woz zbudował Apple I, całą uwagę skupia na sobie SJ, który wygłasza improwizowaną przemowę do sporej grupy komputerowców. Od tego momentu (chociaż pierwsze symptomy były dostrzegalne już w czasach handlowania Blue Boxami) możemy mówić o żerowaniu Jobsa na talencie Wozniaka. Staje się to szczególnie widoczne w scenie, w której do garażu będącego pierwszym warsztatem Apple’a przyjeżdża doświadczony inwestor Mike Markkula. Przybysz nieopatrznie nazywa SW „pracownikiem nr 1”, a SJ – „pracownikiem nr 2”. Słowa te doprowadzają Jobsa do irytacji. Młodzieniec stanowczo podkreśla, że to on, a nie Woz, jest „pracownikiem nr 1”, ewentualnie „pracownikiem nr 0”. Skromny Wozniak deklaruje, iż dla niego owe liczby „nie mają znaczenia”. Wynalazca chyba nie zdaje sobie sprawy z tego, co to znaczy być „pracownikiem nr 1” lub „pracownikiem nr 2”. Na razie faktycznie jest to nieistotne, ale gdy w grę wejdą grube miliony dolarów, sława medialna i pozycja społeczna…!

Powiedzmy sobie szczerze: Steve Wozniak to jedyna uczciwa – lecz szokująco naiwna – postać w tym 95-minutowym filmie. O jego nieskazitelnym charakterze świadczy chociażby fakt, że pozostaje on lojalny wobec swojego pierwszego pracodawcy, firmy Hewlett-Packard (SW podpisał niegdyś kontrakt, zgodnie z którym HP ma mieć pierwszeństwo patentowe do każdej maszyny Woza. A ponieważ Apple I powstał w okresie, kiedy Wozniak był jeszcze zatrudniony w Hewletcie-Packardzie, prostoduszny konstruktor decyduje się oddać swoje dzieło potężnemu chlebodawcy. Na szczęście, niewyczuwające „ducha czasu” przedsiębiorstwo odrzuca ów niepozorny „gadżet dla zwykłych ludzi”). Po drobnym sukcesie, jakim było ciepłe przyjęcie Apple I przez członków klubu komputerowego, nadchodzi pierwsze przełomowe dokonanie. Rewolucyjny pecet Apple II (z niespotykaną w latach 70. kolorową grafiką) robi furorę na targach komputerowych w San Francisco. Nowy wynalazek SW tak bardzo podoba się klientom, że praktycznie nie wykazują oni zainteresowania innymi prezentowanymi tam maszynami, np. urządzeniem Altair 8800. Jak nietrudno odgadnąć, sytuacja ta mocno niepokoi – obecnych w pomieszczeniu – Billa Gatesa i Paula Allena. Chociaż gawiedź gromadzi się wokół peceta Apple II, Steve Jobs czuje się, jakby to on, nie zaś komputer czy jego twórca, był obiektem fascynacji tłumu. „Po raz pierwszy w życiu ludzie przychodzą do mnie, a nie ja do nich” – mówi uradowany SJ do SW.

Zauważmy, że w miarę rozkręcania się działalności gospodarczej buntowniczość Jobsa zaczyna blednąć i tępieć. Dopóki młodzieniec pracował dorywczo i pomagał Wozowi w rozprowadzaniu Blue Boxów, był bezkompromisowym antysystemowcem kontestującym zastany porządek społeczny oraz reguły obowiązujące w świecie dorosłych. Gdy jednak pojawia się szansa na zdobycie pokaźnego majątku, hipisowska kontrkulturowość ustępuje miejsca postawom bardziej konformistycznym. Jaskrawymi oznakami tej psychologicznej metamorfozy są radykalne zmiany w wizerunku Steve’a. Najpierw znika broda i długie włosy. Potem zostają zgolone wąsy, a na grzbiecie ląduje elegancki garnitur… Z całym szacunkiem dla zmarłego założyciela Apple’a, ale ta zdumiewająca ewolucja przywodzi mi na myśl stopniową degenerację Świń z „Folwarku Zwierzęcego” George’a Orwella[13]. Jak pamiętamy, Świnie przewodziły zwierzęcej rebelii i głosiły antyludzkie hasła. Wraz z upływem czasu zaczęły jednak przejmować cechy swoich dawnych ciemiężycieli, a ostatecznie stanęły na dwóch nogach, przywdziały ludzkie ubrania i zagrały w karty z przedstawicielami gatunku Homo sapiens. Co się tyczy SJ, w drugiej połowie „Piratów…” wypowiada on zaskakujące słowa: „Przegapiliśmy Wietnam. To jest nasz Wietnam”. Na końcu filmu Jobs zostaje przykładnym mężem i ojcem, choć wcześniej gardził (?) instytucją małżeństwa, uprawiał wolną miłość i nie chciał mieć nic wspólnego ze swoją nieślubną córką Lisą.

Wątek nieplanowanego ojcostwa Steve’a Jobsa jest w „Piratach…” mocno wyeksponowany. Zagadnieniu temu poświęcono kilka osobnych scen, poza tym wraca się do tej sprawy również przy innych okazjach. Reżyser ostro napiętnuje bohatera za wypieranie się „wpadkowej” córeczki. Szkoda, że nie jest równie bezlitosny wobec matki dziecka[14], która nie powinna była sypiać z niezrównoważonym facetem, w dodatku niebędącym jej legalnym współmałżonkiem. Dlaczego „niezrównoważonym”? Bo już na długo przed „wpadką” SJ miewał nieadekwatne do sytuacji napady złości, zażywał środki odurzające, korzystał z usług psychoterapeuty, a nawet pielgrzymował do Indii, żeby tam zrozumieć samego siebie. Każda poczytalna kobieta o prawidłowo rozwiniętej inteligencji potrafi przewidzieć konsekwencje pójścia do łóżka z osobnikiem płci przeciwnej. Nie ma absolutnie nic niewinnego w zajściu w przedmałżeńską ciążę. A tymczasem kochanka Jobsa jest nam prezentowana jako anielska istota, wręcz Madonna z Dzieciątkiem, którą „podły Steve” wykorzystał i zostawił. Wracając do wspomnianych wcześniej napadów złości: ten problem nasila się wraz z upływem czasu. SJ coraz łatwiej wpada w gniew. Ponadto ma skłonność do ubliżania innym ludziom, poniżania ich, werbalnego znęcania się nad nimi. Szef Apple’a zmusza swoich pracowników do pracy ponad siły (90 godzin tygodniowo i więcej!), a gdy nie spełniają jego wygórowanych oczekiwań, obrzuca ich niewyszukanymi obelgami.

Po spektakularnym sukcesie maszyny Apple II, dzięki któremu przedsiębiorstwo dwóch Steve’ów stało się jednym z liderów branży IT, następuje długotrwała stagnacja. Coraz bardziej sfrustrowany SJ – który ma już pewne doświadczenie w strojeniu się w cudze piórka – postanawia dokonać czynu nagannego etycznie. Otóż załatwia sobie i garstce swoich ludzi przepustkę do instytutu badawczego Xerox PARC, żeby zobaczyć ukrywany przed światem komputer Alto z graficznym interfejsem użytkownika, a następnie go odwzorować i zaprezentować opinii publicznej jako oryginalny twór Apple’a. Adele Goldberg, menedżerka grupy inżynierów, którzy opracowali urządzenie, jest załamana decyzją władz Xeroxa. Ma świadomość, że Alto to rewolucyjny wynalazek, a Steve Jobs chce go ukraść prawowitym właścicielom[15]. Jednakże ta Kasandra przemysłu high-tech postępuje w sposób, jakiego nie powstydziłaby się poddana japońskiego cesarza: wbrew własnemu sumieniu wykonuje rozkaz przełożonych i pokazuje konkurentom arcydzieło swojego zespołu[16]. Kilka lat później PC Alto podbija rynek jako applowski Macintosh[17]. Zanim do tego dochodzi, SJ sam zostaje potraktowany tak, jak niegdyś potraktował rudowłosą Goldberg. Młodzieniec wpuszcza do siedziby Apple’a delegację Microsoftu i prezentuje Gatesowi oraz jego kumplom prototyp Maca. A potem jest wściekły, kiedy odkrywa, że rywale skopiowali macowskie oprogramowanie i sprzedają je jako system operacyjny Windows.


„Niedzielne ofiary i oprawcy niedzielni.
Każdy ponad każdym, wszyscy najmądrzejsi”


White House Records & WWO,
„Każdy ponad każdym” (2004)



REFLEKSJE PO SEANSIE

„Piraci z Doliny Krzemowej” to film intrygujący zarówno pod względem treści, jak i formy. Dzieło rozpoczyna się nawiązaniem do słynnej reklamy Apple’a z lat 80. XX wieku, której akcja rozgrywa się w realiach powieści „Rok 1984” George’a Orwella. Narrator Steve Wozniak zwraca uwagę na pokazany w wideogramie olbrzymi teleekran z twarzą Wielkiego Brata. Stwierdza, że antyutopijna wizja z reklamy urzeczywistniła się w 1997 r., gdy na podobnym ekranie wyświetlono świętoszkowatą fizjonomię Billa Gatesa, od teraz ważnego udziałowca firmy Apple. Po tym wstępie cofamy się w czasie do lat 70., żeby uzyskać odpowiedź na pytanie: „Jak do tego doszło?”. Akcja właściwa „Piratów…” jest więc retrospekcją, powoli zmierzającą do wydarzeń roku 1983 (kręcenie wiadomej reklamy) i 1997 (tryumf Gatesa nad Jobsem). „Piraci z Doliny Krzemowej” to produkcja wypełniona typowo amerykańskim poczuciem humoru. Zawarty w niej komizm słowny i sytuacyjny nie jest może komizmem najwyższych lotów, ale potrafi łatwo i skutecznie rozbawić widza. Oglądając analizowany film, trudno nie zauważyć licznych analogii fabularnych, które mają udowodnić, że SJ i BG są siebie warci. Zdanie „Dobrzy artyści kopiują, wielcy kradną” pada w „Piratach…” dwukrotnie, zupełnie jak refren prostej piosenki. A skoro już o piosenkach mowa: w obrazie wykorzystano fragmenty wielu chwytliwych utworów z czasów młodości Steve’a i Billa (np. The Guess Who – „No Time”). Podkreślają one klimat tamtej zwariowanej epoki.

Mam 27 lat, używam komputera codziennie (z kilku- i kilkunastodniowymi przerwami) od 5 roku życia. To jest 81,48% mojego żywota. Od początku tej przygody aż do dnia dzisiejszego korzystam z systemów operacyjnych MS Windows. W moim domu były kolejno: Windows 95, Windows 98, Windows 2000, Windows XP, Windows Vista i Windows 10 (wcześniej trafił mi się „komputer domowy” Commodore 64 z microsoftowską odmianą BASIC-a, ale używałam go tylko do sporadycznego grania w gry wideo. Za swojego pierwszego „prawdziwego” peceta uznaję stacjonarnego Adaxa z zainstalowanym oprogramowaniem Win95. Dodam jeszcze, że moje starsze Windowsy były trwale sprzężone z MS-DOS). Oprócz produktów Microsoftu było mi dane poznać mobilny OS Android, który należy do Google’a, a bazuje na jądrze Linuxa. Nigdy nie kupiłam żadnego urządzenia Apple’a ani nie trzymałam w dłoniach czegoś takiego. Wypadałoby więc mieć na uwadze, że nie mogę być obiektywnym sędzią w sprawie „Microsoft vs Apple”. Gram w drużynie windowsiarzy i na pewno mam trochę skrzywiony, pro-Gatesowy obraz rzeczywistości. Korzystanie z software’u MS jest dla mnie tak oczywiste, jak mówienie prozą. Szczerze powiedziawszy, nigdy się nad tym głębiej nie zastanawiałam (no, może raz, gdy pilnie potrzebowałam oryginalnego Office’a[18]). I chyba na tym polega tryumf Wielkiego Brata. On ma Cię w garści, a Ty nawet tego nie czujesz… To jest kompletnie inny rodzaj niewoli niż „sekciarstwo” i „szpanerstwo” zagorzałych fanów Apple’a.


NATALIA JULIA NOWAK,
sierpień-listopad 2018 r.



PS 1. W trakcie pracy nad niniejszym artykułem przypadkowo dowiedziałam się o śmierci Paula Allena, współzałożyciela Microsoftu. Programista zmarł 15 października 2018 r. „z powodu powikłań związanych z nowotworem – chłoniakiem nieziarniczym” (Adam Bednarek, „Paul Allen: nie żyje współzałożyciel Microsoftu”, Tech.wp.pl). Cześć jego pamięci!

PS 2. Moja analiza „Piratów z Doliny Krzemowej” – chociaż bardzo obszerna – nie wyczerpuje tematu w 100%. Pozwoliłam sobie pominąć wątek stopniowego przepoczwarzania się firmy Apple w religijną sektę destrukcyjną (z dziwaczną, pełną metafizyki terminologią, hasełkami wkuwanymi na pamięć, poczuciem misji dziejowej, krucjatą przeciwko wyimaginowanym wrogom, ideą kształtowania ludzkich umysłów, kultem guru – Steve’a Jobsa oraz szkodliwym podziałem personelu na dwie zwalczające się frakcje). Polecam samodzielnie zbadać i przemyśleć to zagadnienie, bo tego po prostu nie da się opisać… Osoby zainteresowane problematyką „korporacyjnego prania mózgu” zachęcam również do obejrzenia polskiego filmu dokumentalnego „Witajcie w życiu!” (1997) Henryka Dederki o ciemnej stronie koncernu handlowego Amway. Ostrzegam: jest to wstrząsający, długo zakazywany dokument okrzyknięty mianem pierwszego „półkownika” III Rzeczypospolitej. Warto zobaczyć tę produkcję zwłaszcza dzisiaj, w dobie recydywy „coachingu” i „treningów motywacyjnych”.

PS 3. Korzystając z okazji, chciałabym podziękować mojemu wykładowcy ze studiów magisterskich, adiunktowi X, bez którego mogłabym w ogóle nie usłyszeć o filmie „Piraci z Doliny Krzemowej”. Nauczyciel akademicki odwołał się bowiem do tej produkcji podczas swojego wykładu o klasie kreatywnej, a nawet zaprezentował nam – studentom – fragment lub kilka fragmentów „Piratów…”. Adiunkt X zwrócił uwagę na różnicę między młodymi, nowoczesnymi, swobodnymi, obszarpanymi przedstawicielami klasy kreatywnej („pokolenie hipisów”, „urodzeni w latach 50.”) a dojrzałymi, staroświeckimi, spiętymi, eleganckimi burżujami (zacofanymi technologicznie leśnymi dziadkami) z korporacji typu IBM, Xerox czy Hewlett-Packard. Zapamiętałam, że pracownik naukowo-dydaktyczny pokazał nam scenę z „Piratów…” ukazującą kupowanie przez prostackiego Steve’a Ballmera krawata od nieznajomego „białego kołnierzyka” w lotniskowej toalecie (przebieranie się klasy kreatywnej za reprezentantów starszego, tradycyjnego pokolenia filistrów). Dzięki adiunktowi X, doktorowi socjologii, dowiedziałam się również – w trakcie innego wykładu – o istnieniu przysłowia: „Chłop wyjdzie ze wsi, ale wieś z chłopa nigdy”. Ze swojej strony mogę dodać, że topos „prostaków przebranych w garnitury”, którym ewidentnie „słoma z butów wystaje”, został wykorzystany także w obscenicznym teledysku „Baby’s Got a Temper” brytyjskiego zespołu The Prodigy (obejrzałam ten filmik w telewizji, kiedy miałam jakieś 11 lat, i byłam przerażona nie na żarty! Motyw sprzedaży mleka jest alegorią sprzedaży narkotyków, a sam napój wzbudza skojarzenie z nasieniem męskim). W miarę posuwania się akcji wideoklipu do przodu antybohaterowie obnażają swoje prawdziwe oblicza, po czym znów wkładają formalne ubrania i udają wzorowych obywateli. W polskiej kinematografii – tudzież Teatrze TV – tak właśnie są portretowani funkcjonariusze stalinowskiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego.


PRZYPISY

[1] Cyt. za: „Biblia Tysiąclecia. Pismo Święte Starego i Nowego Testamentu” (wydanie zdigitalizowane – Biblia.deon.pl).

[2] Jeffrey Young – „Gary Kildall: The DOS that wasn’t” (Forbes.com). Materiał kończy się słowami: „W śledztwie nazwano śmierć ‘tajemniczą’, ale nikt nie został oskarżony”. Więcej informacji o Kildallu: John Steele Gordon, Michael Maiello – „Pioneers Die Broke” (Forbes.com), David Laws – „Gary Kildall and the 40th Anniversary of the Birth of the PC Operating System” (Computerhistory.org), Len Shustek – „Microsoft MS-DOS early source code” (Computerhistory.org), „Gary Kildall” (Pbs.org/wgbh/theymadeamerica/whomade/kildall_hi.html), „Gary Kildall” (En.wikipedia.org, Pl.wikipedia.org), „What’s the story behind the guy Bill Gates bought DOS from?” (dyskusja, Quora.com).

[3] Mirosław Stańczyk – „Geniusze Aspergera” (tygodnik „Wprost” nr 34-35/2009, Wprost.pl).

[4] Tadeusz Różewicz – „List do ludożerców” (utwór liryczny z tomiku „Formy” opublikowanego w 1958 r., pełna treść na stronie Wiersze.annet.pl).

[5] Cytaty z „Piratów…” tłumaczyłam samodzielnie na podstawie transkrypcji filmu dostępnej w anglojęzycznym Internecie (Paul Freiberger, „Pirates of Silicon Valley”, Scripts.com).

[6] Plotka głosi, że za umasowienie pornografii w globalnej sieci komputerowej odpowiada właśnie Microsoft. Wedle tej narracji, w połowie lat 90. agenci MS udawali zwykłych Internautów i rozsyłali kryptoreklamowe wiadomości typu „Znalazłem witrynę XXX, najlepiej ją wyświetlać za pośrednictwem przeglądarki Internet Explorer”. Czy tak było naprawdę? Nie wykluczam takiego scenariusza, tym bardziej, że – jak wieść niesie – młody Bill Gates był uzależniony od mediów erotycznych (pokazano to zresztą w „Piratach…”). Pamiętajmy również, że ojciec BG zarządzał organizacją Planned Parenthood, a sam twórca Microsoftu (oraz jego żona, Melinda z Frenchów Gatesowa) od lat angażują się w upowszechnianie sztucznej kontroli urodzeń. Ale to jeszcze nie wszystko. W 2015 r. korporacja MS – kierowana wówczas (i obecnie) przez hinduskiego przedsiębiorcę Satyę Nadellę – wykupiła domeny internetowe Office.porn i Office.adult. Podobno chodziło jej o uprzedzenie dowcipnisiów/nienawistników, którzy mogliby zrobić to samo w celu podważenia renomy pakietu biurowego Microsoft Office. Ech, cóż za pokrętna logika! Rozumowanie w stylu „popełnijmy samobójstwo zanim nas zamordują”! Z innej beczki: jeśli Gates, który aż do roku 1994 był „stulejarzem” – odrzucanym, brzydkim, cherlawym*, aspołecznym, ofermowatym, nieporadnym w kontaktach z kobietami starym kawalerem – faktycznie jest odpowiedzialny za epidemię pornografii i jej rozliczne skutki cywilizacyjne, to chyba naprawdę mamy tutaj do czynienia z apokaliptycznym Antychrystem… [Henricus Institor – „How Bill Gates Invented Web Porn and Saved Internet Explorer From the Dustbin of History” (Harddawn.com); Henry Makow – „Bill Gates’ Porn Addict Days” (Henrymakow.com); Piotr Gontarczyk – „Microsoft kupił domeny .porn i .adult” (Pclab.pl); „Bill Gates’ Planned-Parenthood-President dad inspired pro-abortion funding” (Lifesitenews.com); „Melinda Gates: ściśle współpracujemy z Kościołem i papież zmieni nauczanie w sprawie antykoncepcji” (Pch24.pl)]

* Pozwoliłam sobie napisać „brzydkim, cherlawym”, gdyż tak ocenia go wielu Internautów. Ja jednak żywię przekonanie, iż obgadywany jegomość miał ongiś urok stereotypowego informatyka, co w tym przypadku należy uznać za atut. Przynajmniej nie był „wypachnionym pięknisiem” ani „zniewieściałym przyjemniaczkiem” rodem z ekskluzywnych magazynów o modzie. Wszyscy mężczyźni w wieku 20+ i 30+ (poza nosicielami ciężkich wad wrodzonych i rażąco oszpeconymi nieszczęśnikami) są na swój sposób atrakcyjni fizycznie. No i każdy jest z natury dominujący, tylko niektórzy mają jakieś kompleksy lub blokady wewnętrzne. Jako zdroworozsądkowiec uważam, że dla heteroseksualnej panny najkorzystniejszy jest związek z kawalerem powszechnie uznawanym za mniej przystojnego od innych. Skoro facet nie ma powodzenia przed ślubem, to istnieje ogromna szansa na to, iż nie będzie go miał także po ślubie (ergo: nie ucieknie do innej kobiety. I zapewne doceni fakt, że wreszcie jakaś niewiasta go zechciała). Mało tego. Naukowo udowodniono, że szczęśliwsze są małżeństwa, w których mąż wygląda gorzej od żony (Wendy Soderburg, „Do looks really matter? Yes and no, depending on your gender”, Newsroom.ucla.edu). Nieważne, czy którakolwiek ze stron zasługuje na miano obiektywnie pięknej. Jeżeli baba jest „niewyjściowa” (jak Melinda), to chłop musi być jeszcze bardziej „niewyjściowy” (jak Bill). Spójrzmy na Gatesów – cóż za udana para!

[7] Syed Zulqarnain Gilani, Diana Weiting Tan, Suzanna N. Russell-Smith, Murray T. Maybery, Ajmal Mian, Peter R. Eastwood, Faisal Shafait, Mithran Goonewardene, Andrew J.O. Whitehouse – „Sexually dimorphic facial features vary according to level of autistic-like traits in the general population” („Dymorficzne płciowo rysy twarzy różnią się w zależności od stopnia [nasilenia] cech autyzmopodobnych w ogólnej populacji”). Periodyk naukowy „Journal of Neurodevelopmental Disorders” – „Dziennik Zaburzeń Neurorozwojowych” poświęcony neurobiologii, genetyce, kognitywistyce, psychiatrii i psychologii (Jneurodevdisorders.biomedcentral.com).

[8] Monika Wilk – „Jak niezaspokojenie emocjonalne w dzieciństwie wpływa na psychikę dorosłego człowieka?” (artykuł na blogu Marcina Hankego, Psychika.net). Żeby nie było niejasności: dostrzegam różnicę między zespołem Aspergera (nieuleczalnym, wcześnie manifestującym się zaburzeniem rozwojowym o nieustalonej dotychczas etiologii) a „zwykłą” niedojrzałością emocjonalną spowodowaną deficytem rodzinnego ciepła w dzieciństwie. Przytoczyłam fragment tekstu Moniki Wilk, bo pomyślałam, że młody wygląd niektórych „aspergerowców” może być powiązany z ich „opóźnieniem” w rozwoju społeczno-emocjonalnym (czyli ze swoistą „niedojrzałością”, albowiem trudno tutaj mówić o człowieku „dojrzałym” w tradycyjnym tego słowa znaczeniu).

[9] Nerd – „pejor. osoba pasjonująca się naukami ścisłymi, informatyką, grami komputerowymi itp. kosztem nieprzystosowania do życia społecznego, niezdolności utrzymywania stosunków towarzyskich lub niedbałości o formę fizyczną” (Wikisłownik, Pl.wiktionary.org). Postacie nerdów i nerdówek regularnie są ukazywane w zachodniej i dalekowschodniej popkulturze. Ze swojego dzieciństwa pamiętam Billy’ego Cranstona (Niebieskiego Wojownika z serialu „Mighty Morphin Power Rangers”) oraz Ami Mizuno (Sailor Mercury – Czarodziejkę z Merkurego, bohaterkę mangi i anime „Sailor Moon. Czarodziejka z Księżyca”).

[10] Można to zobaczyć m.in. w materiale audiowizualnym „Bill Gates Deposition” (Michael Courtroom, Youtube.com/channel/UCecGXxOs0ad13VElTG-R2wQ/videos).

[11] Prawdziwy BG, w odróżnieniu od ekranowego, nie musiał się aż tak lękać o swój los. Trzeba wyznać otwarcie, że założyciel Microsoftu to jankeski Bartłomiej Misiewicz – niekompetentny karierowicz z „układu” albo ze środowiska „krewnych i znajomych królika”. Pochodzi on z bogatej, wpływowej i doskonale ustosunkowanej rodziny, a jego matka, Mary z domu Maxwell, znała osobiście szefa IBM-u („Mary Gates, 64; Helped Her Son Start Microsoft”, Nytimes.com).

[12] John Thomas Draper, haker telekomunikacyjny i pirat radiowy, który wcześniej grasował na Alasce oraz w stanie Maine.

[13] To skojarzenie przyszło mi do głowy zupełnie samoistnie. Jakże wielkie było moje zdumienie, kiedy odkryłam, że Martyn Burke, reżyser „Piratów z Doliny Krzemowej”, jest też – razem z Alanem Janesem – scenarzystą telewizyjnej adaptacji „Folwarku…” (Filmweb.pl/film/Folwark+zwierzęcy-1999-961)! Oprócz mikropowieści George’a Orwella można by również przywołać (w kontekście przemiany Jobsa z „Piratów…”) urywek piosenki „Agnieszka” gothic rockowej formacji Closterkeller: „Rozbijając szkło, nie słyszałam nawet śpiewu krwi. Ogarnęło mnie takie wielkie Nic. Dziś rozumiem już, teraz we mnie mieszkasz. Odtąd idę drogą Twojej misji. Agnieszko, i to ja! Teraz jestem inna: jak Ty przewrotna i niewinna. I tylko dziwnie zimna, gdy… zamiast mnie w lustrze jesteś Ty! I gdy nadchodzi czas, biały ogień w nas, smak gorącej krwi, zamiast mnie w lustrze jesteś Ty. I gdy nadchodzi czas, biały ogień w nas, smak gorącej krwi, zamiast mnie w lustrze jesteś Ty. I gdy nadchodzi czas, biały ogień w nas, smak gorącej krwi, zamiast mnie w lustrze jesteś… Ty!” (utwór z epki „Agnieszka” i longplayu „Violet”, 1993 r.).

[14] W filmie nosi ona imię Arlene, lecz w rzeczywistości nazywa się Chrisann Brennan i należy do grona profesjonalnych artystów plastyków. Steve Jobs nigdy nie ożenił się z Chrisann. Jego wybranką (poślubioną w marcu 1991 r.) została politolog i ekonomistka Laurene Powell. Twórca Apple’a miał z nią troje dzieci – dwie córki i syna. Co ciekawe, Bill Gates także ma syna i dwie córki (z informatyczką i ekonomistką Melindą French, którą pojął za żonę w styczniu ‘94).

[15] Uczeni z Xerox PARC (Palo Alto Research Center) bynajmniej nie byli święci! Żerowali oni na pomysłach Douglasa Engelbarta, który 9 grudnia 1968 r. zorganizował legendarny pokaz innowacyjności The Mother of All Demos (Youtube.com/user/MarcelVEVO/videos). Podczas tego wydarzenia, będącego częścią Fall Joint Computer Conference w San Francisco, Engelbart zademonstrował graficzny interfejs użytkownika obsługiwany za pomocą myszy komputerowej. Jak wielu „skomputeryzowanych” ludzi kojarzy dzisiaj ojca Matki Wszystkich Dem? W „Piratach z Doliny Krzemowej” nie ma ani słowa o skromnym Douglasie Engelbarcie! [Malcolm Gladwell – „Creation Myth. Xerox PARC, Apple, and the truth about innovation” (Newyorker.com); Cade Metz – „The Mother of All Demos – 150 years ahead of its time” (Theregister.co.uk); Dylan Tweney – „Dec. 9, 1968: The Mother of All Demos” (Wired.com); „Doug’s Great Demo: 1968” (Thedemo.org)]

[16] Adele Goldberg to bohaterka autentyczna, ale niewymieniona z imienia i nazwiska, zupełnie jak ekranowy Tim Paterson. Po latach niewiasta tak wspominała swoją przygodę z łupieżczym Jobsem: „Miałam dużą kłótnię z tymi kierownikami Xeroxa, mówiąc im, że zostaną oskubani do cna. I powiedziałam im, że zrobię to tylko wówczas, gdy zostanie mi to nakazane, bo wtedy – oczywiście – odpowiedzialność będzie spoczywać na nich. I to jest to, co oni uczynili” (cyt. za: „Triumph of the Nerds: The Transcripts, Part III”, Pbs.org/nerds/part3.html). Postawa Adele jawi mi się jako książkowy przykład umywania rąk. Pracownica ośrodka Xerox PARC mogłaby zastąpić Poncjusza Piłata na stanowisku prefekta biblijnej Judei.

[17] Przed Macintoshem ukazuje się Lisa – komputer „ochrzczony” na cześć nieślubnej córki SJ (do której ojciec oficjalnie się nie przyznaje, ale w głębi serca nie może o niej zapomnieć). Lisa to już zaawansowany pecet z xeroxowskim interfejsem, jednak maszyna ta nie odnosi większego sukcesu komercyjnego.

[18] Było to na studiach licencjackich. Któregoś dnia pan od informatyki oznajmił, że zadana przez niego praca domowa (zaliczeniowa?) musi zostać odrobiona w płatnym procesorze tekstu Microsoft Word**, ponieważ na zajęciach uczyliśmy się obsługi właśnie tego programu. A ja dysponowałam tylko darmowym oprogramowaniem OpenOffice i Microsoft Works. Tak, tak… „Biegusiem” kupowałam pakiet MS Office, żeby wykonać zadanie w prawdziwym Wordzie! I jeszcze mniemałam, że jestem sama sobie winna, bo przecież „każdy normalny człowiek” korzysta z Worda! Gdybym się nie ugięła przed imperium Wielkiego Brata, zapewne nie skończyłabym studiów przez dwójkę z informatyki. Dobrze, że nie byłam (i nie jestem) fanatyczną linuksiarą ani jabłkarą, gdyż mogłabym mieć dylemat moralny niczym Świadek Jehowy przed transfuzją krwi! Oprócz technologii informacyjnej miałam na licencjacie przedmiot „edytorstwo prasowe”, lecz jego prowadzący nie wymagał od nas posiadania żadnych komercyjnych programów. Chyba nawet rozdał nam płyty CD z jakimś wolnym oprogramowaniem edytorskim.

** Coś mi świta w głowie, że poza dokumentem w Wordzie musieliśmy również sporządzić plik w arkuszu kalkulacyjnym Excel.


WIĘCEJ O AUTYZMIE
I ZESPOLE ASPERGERA


1. Rhonda S. Walter – „Asperger Syndrome” [Kidshealth.org]
2. Melissa Conrad Stoppler – „Asperger’s Syndrome (Asperger Syndrome, Asperger Disorder)” [Medicinenet.com]
3. Steve Bressert – „Asperger’s Disorder Symptoms” [Psychcentral.com]
4. Julie Marks – „Asperger’s Syndrome: What Are the Signs and Symptoms of the Disorder?” [Everydayhealth.com]
5. Catherine Roberts – „Symptoms of Asperger’s Syndrome: Know the Signs” [Activebeat.com]
6. Kenneth Roberson – „What Causes Asperger’s Syndrome?” [Kennethrobersonphd.com]
7. Judith A. Morgan – „Conversation with an Adult with High functioning autism” [Theneurotypical.com]
8. Gavin Bollard – „Conversations with People with Asperger’s Syndrome can leave you with a Wrong Impression” [Life-with-aspergers.blogspot.com]
9. Syed Zulqarnain Gilani, Diana Weiting Tan, Suzanna N. Russell-Smith, Murray T. Maybery, Ajmal Mian, Peter R. Eastwood, Faisal Shafait, Mithran Goonewardene, Andrew J.O. Whitehouse – „Sexually dimorphic facial features vary according to level of autistic-like traits in the general population” [Jneurodevdisorders.biomedcentral.com]
10. Mark Hutten – „Aspergers and Poor Personal Hygiene” [Myaspergerschild.com]
11. Michael Clatch – „Asperger’s and Hygiene: Solutions for an Overlooked Issue” [Goodtherapy.org]
12. Robyn Steward – „Lesser-known things about Asperger’s syndrome” [Bbc.com]
13. Fugen Neziroglu, Jill Henriksen – „Differentiating Between Asperger’s and Obsessive-Compulsive Disorder” [Iocdf.org]
14. Jonathan Mitchell – „Undiagnosing Gates, Jefferson and Einstein” [Jonathans-stories.com]
15. Ailin Quinlan – „There’s something different about dad” [Independent.ie]
16. Roger A. Brumback, Caryn R. Harper, Warren A. Weinberg (tłum. Piotr Ślusarski) – „Upośledzenie zdolności niewerbalnego uczenia się, syndrom Aspergera, całościowe zaburzenia rozwojowe” [Niegrzecznedzieci.org.pl]
17. Sylwia Iwan – „Zespół Aspergera – zaburzenia obsesyjno-kompulsyjne (OCD)” [Autyzmwszkole.com]
18. Mirosław Stańczyk – „Geniusze Aspergera” [Wprost.pl]
19. Izabella Groszczyk – „Sławne osoby z zespołem Aspergera” [Psycholog-partner.pl]
20. Magdalena Wątrobińska – „Neurony lustrzane a autyzm” [Autyzm-blog.pl]
21. „Dlaczego dzieci z autyzmem nie chcą patrzeć nam w oczy” [Niegrzecznedzieci.org.pl]
22. „Autyzm i anomalie w jądrze migdałowatym mózgu” [Niegrzecznedzieci.org.pl]
23. „Zespół Aspergera” [Centrum-hiperbaryczne.pl]
24. „Asperger Syndrome” [Autismspeaks.org]
25. „Looking a lot younger?” [dyskusja, Autismforums.com]
26. Hasła w polskojęzycznej Wikipedii [Pl.wikipedia.org]
27. Hasła w anglojęzycznej Wikipedii [En.wikipedia.org]

COŚ DLA ZAINTERESOWANYCH
HISTORIĄ MICROSOFTU I APPLE’A
(pomijam źródła, które już wymieniłam
w artykule, przypisach i postscriptach)


1. Rafał Borawski – „Tendencyjnie opowiedziana historia początków Microsoftu – w czterech aktach zamknięta. Odsłona pierwsza” [Dobreprogramy.pl]
2. Rafał Borawski – „Tendencyjnie opowiedziana historia początków Microsoftu – w czterech aktach zamknięta. Odsłona druga” [Dobreprogramy.pl]
3. Rafał Borawski – „Tendencyjnie opowiedziana historia początków Microsoftu – w czterech aktach zamknięta. Odsłona trzecia i ostatnia” [Dobreprogramy.pl]
4. Wielki Piec – „Microsoft nie jest ‘kochany’ i warto o tym pamiętać – polemika” [Dobreprogramy.pl]
5. Tomasz Oryński – „Marketing a sekciarstwo” [Orynski.eu]
6. Romain Moisescot – „Short Biography of Steve Jobs” [Allaboutstevejobs.com]
7. Romain Moisescot – „Steve at Work” [Allaboutstevejobs.com]
8. Romain Moisescot – „Steve at Home” [Allaboutstevejobs.com]
9. Romain Moisescot – „Steve on Stage” [Allaboutstevejobs.com]
10. Martin Kluger – „Was Steve Jobs a narcissist?” [Njpsychologist.com]
11. Gregg Henriques – „Was Steve Jobs’ Narcissism Justified?” [Psychologytoday.com]
12. Relly Nadler – „Steve Jobs EI Profile: Technical Giant or Narcissistic Tyrant?” [Psychologytoday.com]
13. Relly Nadler – „Steve Jobs: Superman Syndrome, Low EQ, High IQ” [Psychologytoday.com]
14. Samuel Barondes – „Why Was Steve Jobs Sometimes So Mean?” [Psychologytoday.com]
15. Ellen Kay Trimberger – „Adoption in the Life of Steve Jobs” [Psychologytoday.com]
16. Susan Donaldson James – „‘Steve Jobs’ and ‘Blue Nights’ Reveal Dark Side of Adoption” [Yahoo.com]
17. James Altucher – „10 Things I Didn’t Know About Steve Jobs” [Businessinsider.com]
18. Danika McClure – „10 Surprisingly Dark Truths About Steve Jobs And Apple” [Allthatsinteresting.com]
19. Zameena Mejia – „The No. 1 thing Bill Gates wishes he’d done in college” [Cnbc.com]
20. Rachel Premack – „‘I missed a lot’: Bill Gates regrets not partying and going to football games at Harvard” [Businessinsider.com]
21. Arif Mahmud Riad – „Pirates of Silicon Valley” [Fintechbd.com]
22. Matt Weinberger – „The strange relationship between Bill Gates and Steve Jobs” [Businessinsider.com.au]
23. „Steve Jobs and Bill Gates: Inside the rivalry” [Aljazeera.com]
24. „Steve Job’s Personal Beliefs” [Theapplepost.com]
25. „Frutarianizm. Owocowa dieta zachwalana przez Steve’a Jobsa” [Salon24.pl/u/zdrowie/]
26. Hasła w polskojęzycznej Wikipedii [Pl.wikipedia.org]
27. Hasła w anglojęzycznej Wikipedii [En.wikipedia.org]

FILMY DOKUMENTALNE
O BILLU, STEVIE I ICH FIRMACH


1. „Biography. Bill Gates: Sultan of Software” [prod. Margaret Murphy, ABC News Productions dla A&E Network, 2003 (wersja oryginalna, bez późniejszych aktualizacji – 1998)]
2. „The vaccine according to Bill Gates” [reż. Frederic Castaignede, scen. Vincent Gaullier i Frederic Castaignede, prod. Valerie Abita, ZED & ARTE France, 2013]
3. „Money Programme. Bill Gates: How a Geek Changed the World” [prod. i reż. Charles Miller i Dan Trelford, BBC & The Open University, 2008]
4. „Money Programme. Steve Jobs: Billion Dollar Hippy” [prod. i reż. Laura Craig Gray i Tristan Quinn, BBC Productions, 2011]
5. „Steve Jobs: One Last Thing” [prod. i reż. Susan Crook, Jonathan Challis, John Coffey i Ian Lynch, Pioneer Film and Television Productions (we współpracy z PBS i Mentorn International) dla Channel 4, 2011]
6. „History of Microsoft -- 1975”, „History of Microsoft -- 1976”, „History of Microsoft -- 1977”, „History of Microsoft -- 1978”, „History of Microsoft -- 1979”, „History of Microsoft -- 1980”, „History of Microsoft -- 1981”, „History of Microsoft -- 1982”, „History of Microsoft -- 1983”, „History of Microsoft -- 1984”, „History of Microsoft -- 1985”, „History of Microsoft -- 1986”, „History of Microsoft -- 1987”, „History of Microsoft -- 1988”, „History of Microsoft -- 1989”, „History of Microsoft -- 1990”, „History of Microsoft -- 1991”, „History of Microsoft -- 1992”, „History of Microsoft -- 1993”, „History of Microsoft -- 1994”, „History of Microsoft -- 1995” [Youtube.com/user/jonpaulmoen/videos]
7. Krótkie materiały audiowizualne, które znajdziemy w serwisie YouTube, gdy wpiszemy do tamtejszej wyszukiwarki hasła „Young Bill Gates” i „Young Steve Jobs” (polecam zwłaszcza filmik „1991 Interview with Bill Gates”, Youtube.com/user/king5evening/videos)


Wampir energetyczny znalazł sobie ofiarę
(Bill Gates z wizytą u Steve’a Jobsa)

https://www.youtube.com/watch?v=yG4DvM0wxdk

BG sprzedaje IBM-owi coś, czego nie posiada
(system DOS, który zostanie nabyty od Patersona,
a który wcześniej został „gwizdnięty” Kildallowi)

https://www.youtube.com/watch?v=9nfgRf2A0Tc

Zarząd Xeroxa nie chce myszy ani peceta Alto
(leśne dziadki blokują postęp technologiczny!
Korzysta na tym konkurencja – Apple.
To jest film o konflikcie pokoleniowym)

https://www.youtube.com/watch?v=2u70CgBr-OI

* * * * *

Prawdziwy Bill jako chłopię 36-letnie (1991).
Zwróćmy uwagę na autystyczne kołysanie się!

https://www.youtube.com/watch?v=6V6Gir1Dyfs

Prawdziwy Steve w 1984 roku,
podczas prezentacji komputera Macintosh

https://www.youtube.com/watch?v=2B-XwPjn9YY

* * * * *

Z innej beczki: „Witajcie w życiu!” (1997) –
– dokument o psychomanipulacji w Amwayu

https://www.youtube.com/watch?v=tcZDgbK_o38