niedziela, 25 września 2011

Antyfeminizm, patriarchalizm i nierówność płci

Ostatnio dużo się w Polsce mówi o kobietach, które głoszą antyfeministyczne poglądy, a jednocześnie kandydują do Parlamentu RP. Postawa tych kobiet, tak zdumiewająca i wewnętrznie sprzeczna, zapoczątkowała wielką, internetową dyskusję na temat roli pań w polityce i społeczeństwie. Jako że sama jestem antyfeministką, postanowiłam dorzucić swoje trzy grosze w postaci nowego artykułu. Zacznę od tego, że jestem głęboko zniesmaczona faktem, iż solenne deklaracje bywają czasem łamane przez samych deklarujących (a raczej: przez same deklarujące).

Moim zdaniem, kobieta, która uważa się za przeciwniczkę poglądów feministycznych, nie powinna szukać dla siebie miejsca w polityce, czyli w sferze tradycyjnie zarezerwowanej dla mężczyzn. No, chyba, że zmieniła swój światopogląd, ale w takiej sytuacji wskazane byłoby podanie tego faktu do wiadomości publicznej. Nie podoba mi się obecność bab w polityce, szczególnie tych, którym wyznawana ideologia powinna zabraniać robienia kariery w typowo męskim zawodzie. Kandydowanie antyfeministek do Parlamentu to dla mnie rzecz niesłychana, trochę jak podpisanie Traktatu Lizbońskiego przez znanego eurosceptyka. Swoją drogą, to ciekawe, że takie “niewyjaśnione zjawiska” zazwyczaj mają miejsce w obrębie partii Prawo i Sprawiedliwość.

Opowiadam się za umiarkowanym patriarchalizmem: według mnie, wiodącą siłą w społeczeństwie powinni być mężczyźni, aczkolwiek ich zwierzchnictwo nie powinno prowadzić do prześladowania kobiet i odbierania im prawa do edukacji, uczestnictwa w życiu kulturalnym etc. Faceci mają prowadzić naród, bo aktywność i dominacja leżą w ich naturze, co udowodnię w dalszej części tekstu. Z drugiej strony, należy pamiętać, iż wszyscy obywatele (niezależnie od płci) są ludźmi, posiadają rozum i uczucia, zatem nie wolno nikogo traktować w niegodny i upokarzający sposób.

Umiarkowany patriarchalizm wyklucza równość społeczną, ale gwarantuje sprawiedliwość. Właśnie dlatego uważam, że jest on czymś słusznym. Teraz chciałabym wyjaśnić, skąd się u mnie wzięły takie antyfeministyczne i pro-patriarchalne poglądy. Wprawdzie tłumaczyłam to już w swoich starych felietonach (sprzed 2-3 lat), jednak wydaje mi się, iż tamte wyjaśnienia były zbyt lakoniczne, niedokładne i agresywne. Dzisiaj chciałabym opisać temat głębiej niż w latach 2008-2009, tym bardziej, że dokonałam wielu nowych odkryć i przeanalizowałam więcej szczegółów. Muszę przyznać, iż moje ustalenia układają się w logiczną całość. Zacznę jednak od początku.

Jestem antyfeministką przede wszystkim dlatego, że zauważyłam, iż w przyrodzie nie ma czegoś takiego jak równość płci. U ssaków, do których należą istoty ludzkie, przewaga i dominacja samców nad samicami jest rzeczą naturalną, oczywistą i niepodlegającą dyskusji. Samiec jest zdecydowanie większy, silniejszy i energiczniejszy od swojej partnerki. Chcąc odbyć stosunek płciowy, opanowuje ją całkowicie - przykrywa ją swoim ciałem, wdziera się do jej organizmu i wykonuje na niej określone czynności, podczas gdy ona pozostaje bierna oraz zdana na jego łaskę i niełaskę.

W świecie ludzi wygląda to bardzo podobnie, czego odbiciem są wyrazy i związki frazeologiczne (zarówno te literackie, jak i rubaszne) odnoszące się do aktów płciowych. Wizja seksu, zawarta w tych sformułowaniach, jest jednoznaczna i wyraźnie wskazuje na naturalną dominację i aktywność mężczyzny. Pan “bierze”, “kocha”, “kołysze”, “bzyka”, “dmucha” i “posuwa” panią, a ona “oddaje mu się”, “tonie w jego ramionach” i “jest jego”. Wyrażenia, które przytoczyłam, są niezwykle obrazowe i odzwierciedlają stan faktyczny.

Podział na płcie istnieje po to, aby było możliwe rozmnażanie płciowe. A skoro podczas akcji, będącej najważniejszym elementem takiego rozmnażania, jedna istota ma totalną władzę nad drugą, to można mieć wątpliwości co do ich równości. Kopulacja jest tym, co wydaje się podważać teorię o równorzędności samca/mężczyzny i samicy/kobiety. Po prostu spotykają się dwie płcie i nagle się okazuje, że jedna z nich posiada ewidentną przewagę nad drugą.

Co do osobnika męskiego: nie dość, że jest on stroną aktywną i dominującą, to jeszcze doprowadza do zapłodnienia, czyli stworzenia nowej istoty (bo zygota, tzn. zapłodniona komórka jajowa, jest już organizmem, posiadającym własny genotyp, różny od DNA ojca i matki). Ktoś może powiedzieć, iż chłop wcale nie musi być aktywny i dominujący podczas stosunku, bo istnieją pozycje seksualne, w których to baba się porusza. Owszem, istnieją, ale są one sztuczne, wymyślone przez człowieka. Wcale nie twierdzę, że stanowią one coś złego. Po prostu piszę, iż nie występują one w przyrodzie. Poza tym, ich realizacja jest możliwa tylko wtedy, gdy facet na to pozwala (pomijam tutaj sytuacje patologiczne, w których koleś jest np. związany). Wychodzi na to, iż ostatnie słowo w dalszym ciągu należy do mężczyzny.

Kolejną sprawą, o której warto wspomnieć w niniejszym tekście, są substancje chemiczne produkowane przez organizm faceta. Męski hormon, testosteron, jest tym, co daje mężczyźnie ogromną energię, żądzę aktywności, potrzebę dynamiki i udziału w różnych przedsięwzięciach. W sferze seksualnej przejawia się to ogromnym popędem płciowym, nad którym czasem trudno jest facetowi zapanować. W innych sferach życia przejawia się to wolą walki, rywalizacji, zdobywania, tworzenia, niszczenia itp. Sama nie wiem, jak - w filozoficzny sposób - określić ten niezwykły hormon. “Wola mocy”? “Elan vital”? Testosteron to coś, co każe płci silnej gnać przed siebie jak odrzutowiec. Można go porównać do silnika, który wprawia w ruch samochód, albo do prądu umożliwiającego działanie lampy elektrycznej.

U kobiet testosteron również występuje, jednak w bardzo niewielkich ilościach. Im więcej tego hormonu u kobiety, tym jest ona silniejsza i podobniejsza do mężczyzny. Jeśli chodzi o spermę, to kiedyś wyczytałam, iż zawiera ona jakieś substancje antydepresyjne i rozweselające. Zastanawiam się więc nad teorią, głoszącą, że istnieje pewna zależność między kondycją psychiczną kobiety a obecnością mężczyzny w jej życiu. Czasem spotykam się z opinią, według której panie cierpiące z powodu złego samopoczucia są “niedopchnięte”. Nie wiem, czy to prawda. Lecz jeśli tak, to wygląda na to, że nawet zdrowie samicy zależy od samca (oczywiście, nie w stu procentach!). Szok? Pewnie, że tak. Ale wiedzcie, iż ja również jestem zszokowana.

Tyle piszę o naturze, o miejscu człowieka w przyrodzie… Pewnie wynika to z faktu, że bliski mi jest materializm wulgarny, czyli przekonanie, iż za wszystkimi ludzkimi sprawami stoi biologia. Istota ludzka niewątpliwie należy do świata zwierząt, jednak trzeba pamiętać, że jest ona zwierzęciem jedynym w swoim rodzaju. Homo sapiens stanowi stworzenie nie tylko biologiczne, ale także kulturalne. Posiada doskonale rozwinięty mózg, dzięki któremu mogły się narodzić dwa wyjątkowe zjawiska: rozum i uczuciowość.

Wysoka inteligencja powoduje, iż istota ludzka może wymyślać i wykorzystywać rzeczy, które nie istnieją w przyrodzie. Rozum i uczuciowość są cechami występującymi u obu płci. Doświadczenie życiowe pokazuje, że mężczyźni trochę częściej kierują się rozumem, a kobiety - uczuciami (sercem). Ale tylko trochę. Na sprawy związane z ludzkim umysłem nie ma reguły, gdyż są one o wiele bardziej skomplikowane niż beztroskie bzykanie samicy przez samca. Zaraz dojdę do tego, jak się ma istnienie rozumu i uczuciowości do relacji damsko-męskich.

Otóż tak: człowiek, dzięki swojemu mózgowi, był w stanie się ucywilizować i odejść od brutalności charakterystycznej dla świata zwierząt. Spowodowało to, że mężczyźni i kobiety przestali być wyłącznie istotami biologicznymi. Chociaż zachowali swoją zwierzęcą naturę, otrzymali nową tożsamość, tzn. stali się istotami biologiczno-kulturalnymi. Od tej pory należeli już nie tylko do przyrody, ale również do cywilizacji. Zaczęli podlegać dwóm kodeksom: prawom natury i normom kulturowym.

Samiec Homo sapiens, posiadający rozum i uczucia, uświadomił sobie, iż gwałcenie samic (także obdarzonych rozumem i uczuciami) jest złe. Stał się tak mądry i wyrozumiały, że doszedł do wniosku, iż należy bronić kobiet przed tymi mężczyznami, którzy nadal zachowują się jak zwierzęta. Facet nauczył się szanować i chronić przedstawicielki płci przeciwnej, traktować je jak istoty kulturalne, a nie tylko biologiczne. Ludzki rozum wynalazł sposób na to, żeby odciągnąć mężczyzn od postępowania w sposób czysto zwierzęcy: wynalazł moralność i prawo, które zakazały gwałtów.

Samiec Homo sapiens uzyskał zdolność dobrego odnoszenia się do samic, a nawet traktowania ich jak równych sobie. Było to bardzo wzruszające, szlachetne i korzystne dla kobiet, chociaż wcale nie zlikwidowało biologicznej nierówności płci. Wypływa z tego wniosek, że choć panowie byli, są i zawsze będą wyższą płcią, to powinni być dobrzy dla pań, ponieważ stać ich na taką postawę. Mężczyzna, który szanuje kobietę, udowadnia światu, iż jest człowiekiem, albowiem tylko w świecie ludzi samce są takie łaskawe dla samic.

Kobiety nie zawsze potrafią docenić to, co zawdzięczają płci przeciwnej - tym ogromnym, silnym, energicznym i dominującym istotom, które mogłyby je zgnieść jak mrówki, a które zdecydowały się być empatyczne wobec słabszych. Oczywiście, są faceci, dla których liczy się wyłącznie biologia, ale ich postawa jest sprzeczna z cywilizacją i jej wytworami: prawem oraz moralnością. Kulturalni panowie nie zgadzają się na traktowanie pań w sposób czysto zwierzęcy. I to jest piękne. Tylko człowiek może postępować tak wspaniałomyślnie.

Mężczyzna, który zdaje sobie sprawę ze swojej naturalnej przewagi, a jednocześnie jest dobry dla kobiet - to mi się podoba! Uważam, że umiarkowany patriarchalizm byłby zgodny zarówno z naturalną, jak i z kulturalną częścią człowieka. Z jednej strony, byłby on przedłużeniem samczej dominacji występującej w przyrodzie. Z drugiej: zgadzałby się z normami kulturowymi wytworzonymi przez ludzki rozum.

Po co (na siłę i kosztem mężczyzn) wpychać kobiety do polityki oraz na inne wysokie stanowiska? Pozwólmy rzece płynąć, nie starajmy się powstrzymać facetów idących swoją naturalną drogą! Nie złośćmy się na mężczyzn za to, iż przyroda uczyniła ich istotami aktywnymi i dominującymi! Niech ich wiedzie testosteron! Piszę tak, chociaż dobrze wiem, że i tak będzie ich wiódł. Chłop to jest chłop - taki wielki, taki silny, taki energiczny i taki władczy. Baba, sama z siebie, nigdy nie zostanie chłopem.

Ja lubię i podziwiam mężczyzn, fascynuję się nimi, mam w Internecie wielu znajomych płci męskiej. Ale nie próbuję im wmówić, iż jestem im równa albo lepsza od nich. Dlaczego? Bo byłoby to po prostu żałosne. Zresztą, w głębi ich umysłu i tak zachowałaby się wiedza o tym, jaka jest prawda. Zastanawialiście się kiedyś, skąd się bierze tzw. męska duma? Otóż z biologicznej strony męskiego jestestwa. Facet posiada samczy instynkt i doskonale zdaje sobie sprawę ze swojego potencjału. Wiedza o własnych atutach może być świadoma lub podświadoma, ale bez wątpienia istnieje, czego przejawem jest właśnie męska duma.

Kobieta też wie - świadomie albo podświadomie - o biologicznej przewadze facetów. Dowód? Każda normalna, zdrowa psychicznie i logicznie myśląca pani boi się gwałtu. Wie bowiem, że gdyby jakiś zły, okrutny i zezwierzęcony mężczyzna ją zaatakował, to byłaby wobec niego zupełnie bezbronna. Zwyrodnialec przejąłby nad nią pełną kontrolę, wdarłby się do jej organizmu i najprawdopodobniej spowodowałby u niej ciążę. Całe to wydarzenie byłoby dla kobiety koszmarem i mogłoby negatywnie wpłynąć na jej dalsze życie.

Oczywiście, nie twierdzę, iż wszystkie baby uważają przedstawicieli płci przeciwnej za łotrów i patrzą na nich z ogromną nieufnością. Chodzi mi o coś zupełnie innego: o świadomość, że gdyby na drodze kobiety stanął jakiś napalony, odczłowieczony drań, to stanowiłby on dla niej istotne zagrożenie. Normalna kobieta stara się być ostrożna, aby nie ucierpieć ze strony jakiegoś zdegenerowanego łajdaka. Za tą ostrożnością kryje się wiedza o tym, iż facet jest nieporównywalnie silniejszy od baby i uzbrojony w narzędzie do kopulacji. Podły mężczyzna miałby fizyczną możliwość, aby wykorzystać te cechy przeciwko niewieście. Wiedza o tym ponurym fakcie jest zakodowana w głębi kobiecego jestestwa - stąd lęk przed gwałtem.

Następna kwestia, którą zajmę się w niniejszym artykule, jest lekka i być może zabawna, ale idealnie pasuje do mojej teorii o biologicznej nadrzędności płci męskiej. Mówi się, że wielu facetów posiada istną “obsesję” na punkcie własnego fallusa i otacza go jakimś sekretnym kultem. Część ciała, o której piszę, jest przez tych mężczyzn traktowana w wyjątkowy sposób: faceci poświęcają jej dużo uwagi i odnoszą się do niej z dziwnym szacunkiem. Chyba wiem, z czego może to wynikać. Otóż penis jest kwintesencją męskości, fizycznym znakiem przynależności do królującego w naturze rodu samców. Jest to ta część ciała, która daje samcowi władzę nad samicą i przyczynia się do poczęcia nowego organizmu. Mężczyzna wie, świadomie lub podświadomie, iż członek nobilituje go w świecie przyrody. Stąd lekka “obsesja” na jego punkcie.

Z tym, że penis jest dla faceta symbolem nadrzędności i dominacji, wiąże się kolejna sprawa, chyba jeszcze zabawniejsza od opisanej przed chwilą. Otóż gdzieś wyczytałam, iż mężczyźni uznają seks oralny za największy dowód miłości ze strony kobiet. Dlaczego jest tak, a nie inaczej? Na to pytanie także znalazłam odpowiedź. No cóż, wiem z opisów, że seks oralny polega na tym, iż baba pada na kolana przed facetem i zaczyna całować oraz w inny sposób pieścić ustami jego fallusa. Wydaje mi się, że taka sytuacja wyzwala w podświadomości mężczyzny przekonanie, iż kobieta zaakceptowała jego biologiczną wyższość i oddała hołd jego męskości. Nie mam, oczywiście, niezbitego dowodu na potwierdzenie tej tezy, ale wszystko wskazuje na właśnie takie postrzeganie zjawiska przez płeć silną.

Obecnie szukam odpowiedzi na pytanie: czy panowie i panie są sobie nierówni od początku swojego istnienia, czy też biologiczna nierówność płci przychodzi z wiekiem? Doskonale wiemy, że dzieci do pewnego wieku niewiele się od siebie różnią, a mali chłopcy wcale nie są potężniejsi od małych dziewczynek. Spójrzmy chociażby na niemowlaki: czy męskie niemowlę jest silniejsze, aktywniejsze i bardziej dominujące od żeńskiego? Oczywiście, że nie! Czasami niemowlęta są do siebie tak podobne, iż przeciętny obserwator musi zapytać: “To chłopczyk, czy dziewczynka?”.

Fakt, że dzieci prawie wcale się od siebie nie różnią, a między dorosłymi ludźmi istnieje ogromna przepaść, wskazywałby na to, iż chłopcy stają się wyższą płcią dopiero w okresie dojrzewania. Z drugiej strony, czytałam, że przedstawiciele płci męskiej już w okresie prenatalnym są wyjątkowo hojnie “ładowani” testosteronem, a przedstawicielki płci żeńskiej nie. To z kolei byłoby potwierdzeniem tezy, iż chłopcy od samego początku są faworyzowani przez naturę. No, więc jak to jest z tą nierównością płci? Czy towarzyszy nam ona od pierwszych chwil naszej biologicznej egzystencji, czy dosięga nas dopiero po latach? Trudno powiedzieć. Muszę to jeszcze przemyśleć.

Przyjrzyjcie się dokładnie poglądom i spostrzeżeniom, które zawarłam w niniejszym artykule. Nigdzie nie napisałam, że kobiety są “głupsze” lub “mniej wartościowe” od mężczyzn. Nigdzie nie zasugerowałam, iż faceci są “bardziej utalentowani” albo “uczciwsi” od bab. Po prostu pokazałam, że ludzie nie są równi pod względem biologicznym. Gdy się na nich patrzy wyłącznie przez pryzmat fizyki i fizjologii, dochodzi się do wniosku, iż mężczyźni zostali postawieni przez przyrodę wyżej niż kobiety. Samiec ma przewagę, a co za tym idzie: władzę nad samicą. To smutne, ale prawdziwe.

Jednak, jak już wspomniałam, przedstawiciele gatunku Homo sapiens są istotami nie tylko naturalnymi, ale również kulturalnymi. Wszyscy, niezależnie od płci, mają dwie tożsamości: tę biologiczną i tę ludzką. Biologiczna część naszego “ja” została nam dana przez naturę i nie warto nad nią lamentować. Ludzką część naszego “ja” kształtujemy sami, gdyż posiadamy rozum i uczucia. Właśnie dlatego może się zdarzyć, że ktoś, kto biologicznie jest przedstawicielem płci wyższej, będzie miał kłopot z jakąś sprawą związaną z życiem w cywilizowanym (opartym na rozumie i uczuciach) świecie.

Przykładowo, można być mężczyzną, tą aktywną i dominującą istotą, a jednocześnie rysować gorzej niż kobieta. Facet, który nie umie rysować, wcale nie przestaje być samcem, czyli wielkim i potężnym wybrańcem przyrody, wypełnionym testosteronem i posiadającym fallusa. Sztuka rysowania jest bowiem wytworem cywilizacji, a nie natury. To, czy ktoś rysuje dobrze, czy źle, nie wynika z biologicznej strony jego jestestwa, tylko z kulturalnej. Płeć jest kwestią biologii, zatem nie powinno się jej wiązać z umiejętnością rysowania, będącą kwestią kultury. Niepotrafiący rysować mężczyzna posiada biologiczną, a nie kulturalną przewagę nad kobietą-artystką. To, że nie ma talentu do rysunków, nie umniejsza jego męskości i nie zrównuje go z babą, albowiem zdolności plastyczne nie zależą od przyrody. Ale w tych kwestiach, które zależą od przyrody (np. w seksie), pozostaje on nadrzędny wobec płci przeciwnej.

Reasumując: w świecie zwierząt, do którego należy człowiek, równość płci nie istnieje i nie będzie istnieć. Istota ludzka jest jednak zwierzęciem jedynym w swoim rodzaju, ponieważ posiada doskonale rozwinięty mózg, dzięki któremu mogły się narodzić rozum i uczuciowość. Samiec Homo sapiens, w przeciwieństwie do samców innych gatunków, jest zdolny do szanowania i godnego traktowania samic. Powinien zatem korzystać z tej zdolności, aby nie było żadnych wątpliwości co do jego człowieczeństwa. Kobieta nie jest równa mężczyźnie, ale on ma możliwość odnoszenia się do niej w taki sposób, jakby tego nie dostrzegał. Jeśli chodzi o porządek społeczny, który pasowałby zarówno do biologicznej, jak i do kulturalnej strony człowieka, to jest nim umiarkowany patriarchalizm. Taki, w którym faceci są przewodnikami narodu, jednak nie wyrządzają krzywdy płci przeciwnej.


Natalia Julia Nowak,
24-25 września 2011 r.

środa, 21 września 2011

Breivik zburzył mój obraz świata

Wydawać by się mogło, że skoro dwie tragedie z 22 lipca 2011 roku nie dotyczą ani mnie, ani mojego kraju, to nie powinny mnie nurtować. Niestety, praktyka bywa czasem sprzeczna z teorią, a ludzkie serce potrafi reagować zupełnie inaczej niż rozum. Zdarza się, iż wydarzenia, o których się wie tylko z opowieści, wywołują u nas ogromny wstrząs, zaburzają nasze postrzeganie rzeczywistości i doprowadzają nas do głębokiej melancholii. Coś, co się zdarzyło bardzo daleko, może mieć duży wpływ na nas samych i nasze emocje.

Podobno trzęsienie ziemi, które miało miejsce w Lizbonie w 1755 roku, było jedną z przyczyn upadku oświeceniowego optymizmu i zapowiedzią nowej epoki - pesymistycznego romantyzmu. Ludzie, którzy wierzyli, że rozumieją świat, doznali wówczas ogromnego szoku i zaczęli pytać “Dlaczego Lizbona?”. To, co się stało, nie pasowało bowiem do ich ustaleń. Mieszkańcy Lizbony uchodzili za niezwykle religijnych ludzi, więc - zgodnie z powszechnie obowiązującą opinią - powinni być chronieni przez Boga. Tymczasem to właśnie Lizbona została zniszczona przez niemiłosierny żywioł. Ówczesnym ludziom zawalił się obraz świata, tak jak mnie, kiedy dowiedziałam się o podwójnym zamachu w Norwegii. A zwłaszcza o tym, kto go dokonał.

Wydarzenia, do których doszło 22 lipca 2011 roku w Oslo i na wyspie Utoya, poruszyły mnie z dwóch powodów. Po pierwsze dlatego, że były one przerażające same w sobie. Wzorowy obywatel, kochający syn, zamożny przedsiębiorca, młody człowiek o wyglądzie anioła, zdetonował bombę w stolicy swojego kraju, a potem - w tzw. pięknych okolicznościach przyrody - dokonał rzezi dzieci i młodzieży. Po drugie dlatego, iż sprawca tych zbrodni posiadał światopogląd zbliżony do mojego i działał w imię idei, które są mi bliskie. Skrajny prawicowiec, ceniący sobie niepodległość i tradycyjne wartości, zachował się w skandaliczny i bulwersujący sposób.

Spróbujcie, Czytelnicy, wczuć się w moją sytuację. Wyobraźcie sobie, że jesteście patriotami, nacjonalistami, konserwatystami, eurosceptykami, antyfeministami i antydemokratami. Żyjecie sobie spokojnie, karmicie się swoimi ideami… I nagle dowiadujecie się, iż ktoś, kto myśli podobnie jak Wy, dokonał tak strasznych czynów! Jak się teraz czujecie? Na pewno niekomfortowo (o ile jesteście normalni i zdolni do empatii)! To, co się wydarzyło, nie pasuje do Waszych ustaleń i wyobrażeń, toteż jesteście tacy zdezorientowani jak ci biedni ludzie, którzy w 1755 roku usłyszeli o zniszczeniu Lizbony przez niszczycielski żywioł. Docierają do Was nowe szczegóły dotyczące tragedii, a Wy nie możecie ich sobie ułożyć w głowie, bo nie byliście przygotowani na taki cios.

Ostatni rok był dla mnie szczęśliwy. Potrafiłam wtedy cieszyć się życiem, ponieważ wszystko wydawało mi się stabilne, a depresję miałam dawno za sobą. Chociaż nie byłam przesadnie optymistyczna i wiedziałam, że świat nigdy nie sprosta moim wymaganiom, myślałam: “Nie trzeba się załamywać. Na świecie są jeszcze fajni ludzie, którzy chcą dobrze dla swojej Ojczyzny i dla całej Ziemi. Patrioci, nacjonaliści, konserwatyści, eurosceptycy, antyfeminiści i antydemokraci jeszcze nie wyginęli. Owszem, nie ma ich zbyt wielu, ale dopóki istnieją, jest dobrze. Właśnie dlatego, iż jest ich tak mało, trzeba doceniać obecność każdego z nich. To są ostatni sprawiedliwi. Oni stanowią jedyny, bardzo nikły promyk nadziei na lepsze jutro”.

Pogląd, który przytoczyłam, przez długi czas podtrzymywał mnie na duchu. Niestety, w lipcu 2011 roku przyszedł Anders Behring Breivik i obalił ostatnią optymistyczną tezę, która utrzymywała się w moim umyśle. Jedyna myśl, która dodawała mi skrzydeł i suszyła moje łzy, straciła rację bytu. Do tej pory sądziłam, że chodzi po świecie grupa wartościowych jednostek, w których mogę pokładać nadzieję. Teraz przekonałam się, iż “wartościowe jednostki” wcale nie muszą być takie wartościowe, a zło czai się dosłownie wszędzie.

Czuję, że nie mogę już do końca wierzyć swoim współziomkom. Nie mam co liczyć na swoich sprzymierzeńców, albowiem mrok panuje po obu stronach barykady. Zbrodnię może zaś popełnić nawet ktoś sprawiający pozytywne wrażenie. Nie tylko wrogowie, ale również sojusznicy mogą być podli, zatem trzeba się bać wszystkich ludzi jednakowo. Nie mam prawa przywiązywać się emocjonalnie do jednostek i grup społecznych, ponieważ nigdy nie wiadomo, komu i kiedy “przegrzeją się synapsy”. Nigdzie nie mogę się czuć bezpieczna, nawet w towarzystwie innych skrajnych prawicowców. Najgorsze jest jednak to, iż - mówiąc słowami z piosenki zespołu Evanescence - “nie mogę już ufać samej sobie”.

Zaiste, to, co się wydarzyło w Norwegii, nie mieści mi się w głowie. Od dwóch miesięcy jestem wstrząśnięta i nie mogę dojść do siebie. Jeszcze do niedawna uważałam, że patriotyczni prawicowcy są z natury dobrzy. Nawet, jeśli czasem postępują w niedojrzały, nieprzemyślany albo irytujący sposób, to mają szlachetne serca. Sądziłam, iż ktoś, kto chce jak najlepiej dla swojego kraju i dla świata, nie może być zły. Byłam przekonana, że wyznawane przez daną osobę poglądy świadczą o niej samej. To, co człowiek uważa za słuszne lub niesłuszne, jawiło mi się jako odbicie jego cech charakteru i poziomu moralnego.

Wierzyłam, iż ludzie dobrzy opowiadają się za dobrymi ideami, a źli za złymi. Myślałam: “Ktoś, kto jest dobry, nie byłby w stanie popierać złych rzeczy. Ludzki umysł produkuje poglądy tak jak jabłoń jabłka. Jeżeli jabłka są dobre, to znaczy, iż sama jabłoń jest dobra. Ten, kto chce się czegoś dowiedzieć o swoim bliźnim, musi sprawdzić jego światopogląd. Wszelka skaza na ideowym jabłku powinna wzbudzać czujność i nieufność. Bo jeśli ktoś aprobuje niedobre rzeczy, to coś musi być z nim nie tak”.

Głoszona przeze mnie filozofia sprawiała, że gdy poznawałam jakąś osobę, to dokładnie sprawdzałam jej poglądy polityczne. Zapoznawszy się z ideologią drugiego człowieka, decydowałam, czy chcę go dalej poznawać, czy nie. Dziś wiem, iż ta metoda sprawdzania bliźniego jest niemiarodajna. Gdybym nie wiedziała o wydarzeniach z 22 lipca i miała ocenić Andersa Breivika wyłącznie na podstawie jego światopoglądu, to koleś raczej wypadłby u mnie pozytywnie.

Wprawdzie miałabym do niego kilka zastrzeżeń (bo np. dopuszcza aborcję w trzech wyjątkowych przypadkach), jednak generalnie zaliczyłabym mu ten “egzamin na dobrego człowieka”. Breivik zdałby u mnie taki test. Oczywiście, nie z maksymalnym wynikiem, ale by zdał. Tylko… co by to miało wspólnego z jego faktycznym poziomem moralnym?! Byłoby to tak “zbieżne” z rzeczywistością, jak wyniki gazetowego psychotestu z autentycznymi cechami charakteru konkretnej osoby.

Postanowiłam, iż nie będę już uważać światopoglądu za wskazówkę dotyczącą osobowości drugiego człowieka. Nie dam się nabrać na niczyje deklaracje i piękne manifesty. Będę domniemywać, że bliźni jest zły, dopóki nie udowodni mi, iż jest inaczej. Ciekawe tylko, ile osób zdoła obalić takie domniemanie? Może nikt?! Cholera… Ostatnio czułam się taka oszukana w marcu 2011 roku, kiedy dowiedziałam się, iż jedna z moich idolek (której słuchałam od czwartej klasy szkoły podstawowej aż do czasów studenckich) ma na sumieniu śmierć swojego nienarodzonego dziecka. Z tym, że tamten szok przeżywałam przez tydzień, a nie przez dwa miesiące.

No, rozleciałam się, rozleciałam, a teraz muszę się z powrotem poskładać. Po rozpaczy, którą przeżywałam w 2009 roku ze względu na ratyfikację Traktatu Lizbońskiego, jakoś udało mi się ponownie złożyć. Wprawdzie konstrukcja, w jaką się złożyłam, nie jest taka jak przed depresją, ale co to ma do rzeczy?! Ech… Dla psychiki, która się rozkleiła, jest tylko jeden ratunek: trzeba ją posklejać! Mądrzy ludzie mawiają, iż porcelana jest najmocniejsza w tych miejscach, w których została sklejona. Czy to prawda? Czas pokaże! Koniec fragmentu autoironicznego…

Szczerze mówiąc, istnieje we mnie iskierka nadziei, że ludzie, którzy uznają Breivika za podstawionego prowokatora, mają rację. Posiadam odrobinę wiary w to, iż norweski terrorysta nie jest prawdziwym prawicowcem, tylko oszustem, dążącym do skompromitowania prawicy i ściągnięcia na nią nieprzyjemności. Chciałabym być absolutnie przekonana, że Anders Behring Breivik to ktoś w stylu Fałszywej Marii* z filmu “Metropolis” Fritza Langa. Fałszywa Maria była demonicznym androidem, którego wysłano do miasta Robotników, aby “zniszczył ich wiarę w Pośrednika”. Kto oglądał niemiecką produkcję z 1926/1927 roku, ten wie, o co mi chodzi.

Tak czy owak: nic nie zmieni faktu, iż wypełnia się to, co przewidziałam jakiś czas temu w tekście pt. “Nie chcę cierpieć za grzechy Breivika!”. Od 22 lipca 2011 roku skrajna prawica jest w Europie uważana za wroga numer jeden. W mediach bardzo często pojawiają się materiały, w których nacjonaliści są demonizowani i wrzucani do jednego worka z napisem “Breiviki”. My, narodowi radykałowie, zawsze mieliśmy pod górkę, jednak obecnie żyje nam się gorzej niż kiedykolwiek.

W Polsce i innych europejskich krajach pojawiają się pomysły oraz zarządzenia wymierzone bezpośrednio w nas. Jesteśmy karani za zbrodnie jednego człowieka, którego większość z nas wcześniej nie znała. Cierpimy za cudze grzechy. Dziennikarze i politycy mszczą się na naszej społeczności, nie licząc się z tym, iż każdy człowiek jest inny, a odpowiedzialność zbiorowa to wielka niesprawiedliwość. Źle: w Europie trwa polowanie na czarownice. Bardzo źle: jest to polowanie na skrajnie prawicowe czarownice. Tragicznie: jestem czarownicą. Cóż… Przepraszam za to, że żyję!

Pozostaje mi już tylko jedno: spróbować zrozumieć, co popchnęło tego dziwnego Norwega do popełnienia dwóch odrażających zbrodni. Ideologie, dla których postanowił on zostać zbrodniarzem, rozumiem od dawien dawna. Teraz chcę zaś pojąć, jakie czynniki skłoniły go do wykonania tak drastycznego i nieludzkiego kroku. Zastanawiam się nad tym, co się stało, śledzę doniesienia medialne dotyczące całej afery, zaglądam do manifestu mordercy i próbuję znaleźć zależność między zapisanymi słowami a ustalonymi faktami.

Co on chciał tymi zamachami osiągnąć? Dlaczego poszedł tą, a nie inną drogą? Czemu stwierdził, iż bestialstwo to jedyny sposób na zrealizowanie konserwatywno-nacjonalistycznych celów? Jakie jest Breivikowe podejście do życia, świata i samych ataków? Pytania, które sobie zadaję, są trudne, ale chyba pomału zbliżam się do znalezienia na nie odpowiedzi. Ktoś może powiedzieć, że główne argumenty Andersa Breivika są powszechnie znane i dokładnie omówione przez publicystów i politologów. Owszem, taka jest prawda, ale ja drążę temat głębiej.

Staram się dotrzeć do istoty rzeczy, do sedna sprawy, do samego rdzenia problemu. Czuję, iż nie zaznam spokoju, jeśli się nie dowiem, dlaczego jeden z nas, konserwatywnych nacjonalistów, dopuścił się mordu na niespotykaną wcześniej skalę. Muszę to wiedzieć właśnie dlatego, że za norweskimi tragediami stoi “nasz” (skrajnie prawicowy) facet. Łudzę się, iż odkrywając tajemnicę Breivika, dowiem się czegoś nowego o naszym (narodowo-radykalnym) środowisku i o samej sobie.

Myślałam, czytałam, analizowałam, oglądałam, słuchałam i sprawdzałam… W końcu doszłam do wniosku, że do koszmaru z 22 lipca 2011 roku doprowadziły trzy czynniki: Nadzieja, Wiara i Nienawiść. Tak, dokładnie tak. Nadzieja, Wiara i Nienawiść. Zaraz wytłumaczę, dlaczego sądzę, iż to właśnie te zjawiska (z których dwa są uznawane za pozytywne) pociągnęły za sobą fatalne skutki.

Nadzieja… W manifeście Andersa Behringa Breivika znajduje się fragment dotyczący samego zamachowca, jego prywatnego życia, poglądów, upodobań i cech charakteru. Fragment ten jest napisany w formie pytań i odpowiedzi, przez co sprawia wrażenie, jakby morderca przeprowadzał wywiad z samym sobą. Breivik pyta siebie między innymi o optymizm i… odpowiada, że jest bardzo optymistyczny. Inne fragmenty “2083. Europejskiej Deklaracji Niepodległości” i ogólne przesłanie manifestu wydają się ten optymizm potwierdzać.

Norweg publikuje liczne prognozy na przyszłe kilkadziesiąt lat, często popierając je danymi liczbowymi. Poza tym, niejednokrotnie bawi się w proroka, przewiduje konkretne zdarzenia i to, kiedy one nastąpią. Oczywiście, jest to strasznie nawiedzone i irracjonalne (zupełnie jak “objawienia“ Bony Tyary Elżbiety Gas**), ale ma ogromne znaczenie dla zrozumienia jego motywów.

Breivik wierzy, że niedługo wybuchnie - a właściwie, to już trwa - wojna “kulturowych konserwatystów” z islamistami i ich sojusznikami zwanymi “kulturowymi marksistami” (pod tym pojęciem kryją się ludzie, którzy chcą zrównania lub wręcz wymieszania różnych kultur. Twórca manifestu twierdzi, iż realizacja celów “kulturowych marksistów” doprowadziłaby do śmierci europejskiej tożsamości i upadku cywilizacji zachodniej). Według niego, wojna będzie długa i straszna, ale zakończy się wielkim tryumfem “kulturowych konserwatystów” i ocaleniem/zmartwychwstaniem tradycyjnej Europy. Nastąpi to ponoć w 2083 roku.

Istnieje w Breiviku ogromna, wręcz monstrualna nadzieja na przyszłość. Zbrodniarz nie ma żadnych wątpliwości co do tego, iż jutro należy do osób takich jak on. Jest tak bezgranicznie optymistyczny, że nie dopuszcza do siebie myśli, iż coś może pójść inaczej niż on przepowiedział. Anders twierdzi, że wie, co się wydarzy w roku takim, siakim i owakim. Pisze o tym z takim przekonaniem, jakby nie chodziło o prawdziwe życie, tylko o scenariusz spektaklu teatralnego (hehehe, mam ochotę zawołać głosem Shreka: “Ty to sobie dokładnie zaplanowałeś!”). Koleś spodziewa się odrodzenia monokulturalizmu, tryumfu chrześcijaństwa, likwidacji lewicowego porządku społecznego, unicestwienia resztek komunizmu, a także reaktywacji patriarchatu.

Infantylna naiwność, ślepy optymizm i wiara w posiadanie zdolności profetycznych to czynniki, które spowodowały, że uznał on swoje postępowanie za słuszne. Breivik uważa, iż trwa lub zaczyna się wojna, a on jest w tej wojnie żołnierzem. Lecz nie takim zwykłym żołnierzem, bo zwyczajni wojowie nie wiedzą, jak się zakończy konflikt zbrojny. Norweski morderca ma się za wojownika i wieszcza, któremu sprzyja sam Bóg. Postrzega siebie jako herosa, wybrańca, mesjasza, świętego etc. Do działania motywuje go nie tylko przekonanie o słuszności głoszonych idei, ale również nadzieja na ich pełną realizację w przyszłości.

Wiara… Anders Behring Breivik jest głęboko wierzącym chrześcijaninem, ale nie katolikiem. W dniu zamachów należał on do formacji “Knights Templar” - “Rycerze Świątyni“, będącej organizacją masońską, ale o profilu chrześcijańskim (uwaga! Istnieje pogląd, że masoneria to jedna wielka sekta!). Chociaż Norweg otwarcie pisze, iż nie jest zbyt religijny i często mu się zdarza ulegać pokusom doczesnego życia, to chce bronić cywilizacji chrześcijańskiej przed wpływami islamu.

Breivik sądzi, że - jako templariusz - ma obowiązek prowadzić krucjatę przeciwko muzułmanom. Ta krucjata ma zrobić z niego męczennika i zapewnić mu zbawienie po śmierci. Bardzo to podobne do ambicji islamskich fundamentalistów, których mężczyzna tak potwornie nienawidzi. Zabójca chce dorównać średniowiecznym templariuszom i innym rycerskim zakonnikom, którzy prowadzili wojny z mahometanami i nie cofali się przed niczym. Dawni krzyżowcy stanowią dla niego wzór do naśladowania.

Nienawiść… Anders Behring uważa się za ucznia Chrystusa, lecz tak naprawdę ma niewiele wspólnego z cnotami ewangelicznymi. Jezus kazał kochać nieprzyjaciół, nadstawiać drugi policzek, dzielić się dobrami materialnymi i być życzliwym wobec wszystkich ludzi. Breivik jest zupełnie inny: tak bardzo nienawidzi swoich bliźnich, że był w stanie zabić 77 z nich. Chrystus radził przebaczać, a nie mordować 77 razy! Z religijnego punktu widzenia, terrorysta jest wielkim grzesznikiem i grozi mu wieczne potępienie.

Jeśli chodzi o innych ludzi, to Anders napisał, iż nie interesuje go ich osobisty stosunek do Boga. Liczy się tylko to, czy są oni zwolennikami określonych wartości płynących z religii. Breivik wyznał, że ceni sobie “chrześcijańskich ateistów”, czyli tych, którzy nie wierzą w istnienie Boga, ale mają poglądy jak wzorowi chrześcijanie. Gdyby Norweg mnie znał, zapewne określiłby mnie właśnie jako “chrześcijańską ateistkę”. Warto jeszcze wspomnieć, iż pseudotemplariusz ciepło się wypowiadał na temat skandynawskich rodzimowierców (czcicieli Odyna).

Te trzy zjawiska - Nadzieja, Wiara i Nienawiść - to najbardziej prawdopodobne przyczyny horroru z 22 lipca 2011 roku. Idiotyczny, oderwany od rzeczywistości optymizm, wiara w przepowiednie, fanatyzm religijny, patologiczna nienawiść do określonych grup społecznych i jakieś zaburzenia psychiczne popchnęły nawiedzonego, zdesperowanego, 32-letniego mężczyznę do dwóch straszliwych zbrodni. Nadzieja, Wiara i Nienawiść zamieniły wzorowego obywatela w potwora mordującego dzieci, młodzież i dorosłych. Nigdy o tym nie zapominajmy. Świadomość tego, co legło u podstaw tragedii, jest bardzo potrzebna, jeśli chce się uniknąć podobnych nieszczęść w przyszłości.

Ja nie jestem taka jak Breivik. Nie mam w sobie ani Nadziei, ani Wiary. Jeśli chodzi o Nienawiść, to można by o niej dyskutować. Nie wiem, czy dzisiaj ją w sobie noszę. Kiedyś posiadałam ją na pewno. Heh, widzę, że zupełnie przypadkowo odkryłam pozytywne aspekty mojej melancholii (pewna bohaterka literacka, Pollyanna, często podkreślała, iż w każdej sytuacji jest coś, z czego można się cieszyć. Jak widać, miała odrobinę racji)!

Anders Behring Breivik przekonywał swoich czytelników, że należy aktywnie działać i brnąć przed siebie jak lodołamacz. Ja zaś przekonywałam, iż należy po prostu siedzieć i lamentować. Kto miał rację? Okazuje się, że ja. Wszak finał jest taki, że norweski terrorysta siedzi w areszcie i lamentuje (“sadystyczna tortura“, hehehe!). Koleś, trzeba było tak od razu!


Natalia Julia Nowak,
20-21 września 2011 r.



_____________________________________
* Scena z filmu “Metropolis”. Fałszywa Maria, podstawiona prowokatorka, nawołuje Robotników do rewolucji (“Wiecie, że zawsze mówiłam o pokoju… ale wasz Pośrednik nie przyszedł…”). W tym samym czasie Rotwang mówi do prawdziwej Marii: “Oszukałem Joha Fredersena! Twój dublet nie wypełnia JEGO woli, tylko MOJĄ!”.
http://www.youtube.com/watch?v=cI1hRiFcbDQ

** Bona Tyara Elżbieta Gas - próbka twórczości.
http://www.youtube.com/watch?v=cDpfrzHPOmE

niedziela, 18 września 2011

Patriotic gothic. Zabawa w scenarzystkę

Kiedy byłam dzieckiem, takim w wieku 9-11 lat, do moich ulubionych zabaw należała gra w “kręcenie teledysków”. Polegało to na tym, że włączałam wybrane piosenki i odgrywałam krótkie, zrytmizowane scenki przed swoją koleżanką (i vice versa). Dzisiaj mam już 20 lat. Chociaż dawno wyrosłam z dziecięcych zabaw, nadal lubię sobie wyobrażać, jakie video clipy pasowałyby do moich ulubionych kawałków. Ostatnio postanowiłam wymyślić patriotyczno-nacjonalistyczno-konserwatywne filmiki do kilku utworów z nurtu gotyckiego (gothic rock, gothic metal).

Gotyk to mój ulubiony gatunek muzyczny, ponieważ jego emocjonalność, monumentalizm, melancholijność (nierzadko depresyjność) i mrok najlepiej trafiają do mojego wnętrza. Chciałabym, żeby tego typu brzmienia szły w parze z narodowo-patriotycznymi tekstami oraz teledyskami poruszającymi tematy interesujące dla prawicowców. Napisałam o tym już kilka miesięcy temu, w takim jednym felietonie przygotowanym na studia (jestem studentką Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej). Patriotic gothic? Patriogothic? Patriogoth? Skinhead gothic? Cóż, potrzeba jest matką wynalazku!

A oto moje scenariusze, propozycje video clipów do kilku gotyckich utworów. Poruszam w nich takie tematy jak: totalitaryzm, masakra w Norwegii, teorie spiskowe dotyczące Smoleńska, terror stalinowski, dzieje mickiewiczowskiego Gustawa-Konrada, osamotnienie prawicowca w lewicowym świecie.


1. Propozycja teledysku do piosenki
“Tourniquet” (“Opaska Uciskowa”) Evanescence


Akcja teledysku rozgrywa się w bliżej nieokreślonej przyszłości. Na początku video clipu widzimy wielkie miasto, którego wygląd wskazuje na to, że znajduje się ono w państwie totalitarnym. Budynki są oblepione propagandowymi plakatami, gdzieniegdzie widnieją podobizny wodza, w wielu miejscach powiewają flagi z ideologicznymi symbolami. Metropolia sprawia wrażenie, jakby na jej terenie właśnie stoczono bitwę: widać gruzy, dym, ogień, zniszczone samochody itp. Jest też dużo policjantów, żołnierzy i kilka czołgów. W wielu miejscach ukrywają się ludzie noszący identyczne, dziwne mundury. Bez wątpienia są to członkowie ruchu oporu, którzy wywołali powstanie, ale ponieśli klęskę i teraz chcą się schronić przed aresztowaniem.

Następnie widzimy główną bohaterkę (wokalistkę), która również ma na sobie powstańczy mundur. Kobieta jest ciężko ranna, leży pod gruzami i śpiewa swoją pieśń, rozpoczynającą się słowami “I tried to kill the pain but only brought more” (“Próbowałam zabić cierpienie, a przysporzyłam go jeszcze więcej“). Wokalistka, chociaż zmęczona, ciągle się rozgląda, jakby miała nadzieję, iż ktoś do niej przyjdzie i jej pomoże. Wyje “I’m dying, praying, bleeding and screaming” - “Umieram, modlę się, krwawię i krzyczę”. Ponieważ nadal jest sama, spogląda na pokryte ciemnymi chmurami niebo i woła “My God, my tourniquet, return to me salvation” (“Mój Boże, moja opasko uciskowa, przywróć mi zbawienie”).

Przez cały teledysk wizja leżącej pod gruzami i śpiewającej bohaterki przeplata się z obrazami ukazującymi losy innych rebeliantów. Widzimy kilku mężczyzn, którzy zostają publicznie powieszeni przez służby bezpieczeństwa. Widzimy młodą dziewczynę, która rozmawia przez telefon komórkowy (na dole ekranu wyświetla się napis “Nie udało nam się. To koniec. Żegnaj”. Po chwili dziewczyna zostaje aresztowana przez policję). Widzimy prywatny dom i kompletnie załamaną matkę, bezskutecznie pocieszaną przez trójkę dzieci (kobieta cedzi coś przez zęby, a na ekranie pojawia się napis “Bezmyślny łajdak”). Widzimy dwoje dwudziestokilkuletnich powstańców, którzy rozpaczliwie przytulają się do siebie. Widzimy rebelianta, który jest brutalnie pałowany na posterunku policji.

Kiedy w piosence słychać ryk “I want to die!” (“Chcę umrzeć!”), spostrzegamy członkinię ruchu oporu, która strzela sobie w głowę i upada na ziemię. Tymczasem główna bohaterka, czyli wokalistka, wciąż leży pod gruzami i wykonuje swoją pieśń. Gdy kobieta kończy śpiewać ostatnie słowa utworu (“My suicide” - “Moje samobójstwo”), przekonujemy się, że obok niej znajdują się ślady materiałów wybuchowych. Sugeruje to, iż bohaterka próbowała dokonać samobójczego zamachu bombowego. Video clip kończy się wizją zniszczonego miasta, w którym zaczyna padać deszcz. Wygląda to, jakby nawet niebo płakało. Na samym końcu pojawiają się symbole tryumfującego totalitaryzmu, który zdołał stłumić rewolucję społeczną.


2. Propozycja teledysku do piosenki
“Pearls of Light” (“Perły Światła”) Within Temptation


Teledysk zaczyna się od zaprezentowania widzom pięknego, malowniczego krajobrazu: mamy niedużą, zieloną, niezwykle uroczą wysepkę położoną na jeziorze. Jest wczesny ranek, a jezioro i rosa (pokrywająca rośliny) nieśmiało błyszczą w promieniach “newborn sun” - “nowonarodzonego słońca”. Początkowo wyspa sprawia wrażenie bezludnej, jednak potem przekonujemy się, że jest na niej jedna osoba: przygnębiona, zadumana, odziana w gotycką suknię wokalistka, przechadzająca się po lądzie i przyglądająca się otoczeniu.

Kobieta, idąc w głąb wyspy, zastaje widoki rodem z wiersza “Piosenka o porcelanie” Czesława Miłosza. Wszędzie znajdują się porozbijane, porcelanowe przedmioty: filiżanki, spodki, dzbanki i lalki (te ostatnie są filmowane w taki sposób, że sprawiają wrażenie martwych ludzi). Co ciekawe, te zniszczone rzeczy leżą w kałużach krwi. W końcu bohaterka video clipu wchodzi do jakiegoś niewielkiego budynku. Tam znajduje okropny bałagan i jeszcze więcej porcelanowych lalek.

Większość zabawek leży w wielkiej kałuży krwi na podłodze. Inne, także pobrudzone czerwoną cieczą, siedzą na krzesłach przy stoliku. Każdej z lalek czegoś brakuje: jedna ma urwaną rękę, innej odstrzelono kawałek głowy, jeszcze innej potłuczono nogi. Na stoliku znajduje się przewrócony, rozbity, porcelanowy serwis do herbaty. Z imbryka na stół nie wylewa się jednak popularny napój, tylko człowiecza krew. Wokalistka, mająca już dosyć tych apokaliptycznych widoków, siada na wolnym krześle i kompletnie się załamuje. Zaczyna płakać, a jej łzy lśnią niczym tytułowe “pearls of light” - “perły światła”.

Później znowu widzimy wokalistkę spacerującą po wyspie i mijającą porozbijaną porcelanę. Nad zniszczonymi przedmiotami zaczynają krążyć kruki, co dodaje całej scenie grozy i dramatyzmu. W końcu kobieta dociera do jeziora i… wchodzi do niego, przez co widzowie uświadamiają sobie, iż bohaterka video clipu jest nimfą wodną (taką jak Goplana z “Balladyny” Juliusza Słowackiego). Odejście boginki do zbiornika wodnego następuje po tym, jak w piosence po raz ostatni padają słowa “I forgot where I came from” (“Zapomniałam, skąd przybyłam”). Później widzimy już tylko norweskie flagi narodowe i teledysk dobiega końca.


3. Propozycja teledysku do piosenki
“Bring Me To Life” (“Przywróć Mnie Do Życia”) Evanescence


Teledysk nawiązujący do autentycznego video clipu “Bring Me To Life” zespołu Evanescence. Akcja pierwszej sceny rozgrywa się w nocy, kiedy główna bohaterka (grana przez wokalistkę) niespokojnie śpi w swoim łóżku. Widzowie mają okazję zobaczyć pokój kobiety. Na pierwszy rzut oka, jest on zupełnie normalny. Potem jednak okazuje się, że są w nim chorągiewki z logo Prawa i Sprawiedliwości, Solidarnych 2010 i Ruchu 10 Kwietnia, a na ścianie wisi duże, czarno-białe, oprawione w ramki zdjęcie Lecha i Marii Kaczyńskich, do którego przyczepiono czarną, żałobną wstążeczkę. Obok zdjęcia widnieje drewniany krzyż, łudząco podobny do tego, który stał niegdyś na Krakowskim Przedmieściu.

Chwilę później widzimy, co się śni bohaterce filmiku. Kobieta ma wizję Moskwy, sprawiającej wrażenie bardzo mrocznego, tajemniczego i niebezpiecznego miasta. Potem naszym oczom ukazuje się wnętrze samolotu, w którym panuje ogromne poruszenie, wynikające ze świadomości zbliżającej się katastrofy. Ludzie w tupolewie są przerażeni, a zarazem zjednoczeni w obliczu nadchodzącej tragedii. Niespodziewanie widać dziwny, oślepiający błysk i akcja snu przenosi się gdzie indziej.

Kolejna scena wizji rozgrywa się w okolicach Smoleńska. Ponury las i gęsta, mlecznobiała mgła sprawiają iście gotyckie wrażenie. Wokalistka, posiadająca czarne, rozpuszczone włosy i nosząca lekką, białą suknię, idzie przez ten las i dociera do rozbitego samolotu. Wrak tupolewa wygląda naprawdę przerażająco, jednak niektóre ofiary katastrofy wciąż żyją: kilka rannych, zakrwawionych osób leży na ziemi i woła o pomoc. Bohaterka podchodzi do każdego z ocalałych, ale nie jest w stanie pomóc żadnemu z nich.

Gdy kobieta kończy śpiewać “Only you are the life among the dead” (“Tylko wy jesteście żywymi pośród umarłych”), spostrzega nadchodzących żołnierzy rosyjskich. Przerażona, ucieka, chowa się za jakimś drzewem i staje się świadkiem dobijania rannych (wyraźnie słychać kilka strzałów). Wokalistka, umierająca ze strachu i rozpaczy, patrzy w górę i wyje błagalnie “Bring me to life!” (“Przywróć mnie do życia!”). W końcu się budzi. Okazuje się, iż cała ta historia była koszmarnym snem zwolenniczki Prawa i Sprawiedliwości, przewrażliwionej na punkcie katastrofy smoleńskiej i wierzącej w teorię spiskową o rzekomym “zamachu”. Uwaga! Autorka scenariusza, czyli ja, NIE wierzy w tę PiS-owską teorię!


4. Propozycja teledysku do piosenki
“Frozen” (“Zamarznięta”) Within Temptation


Akcja teledysku rozgrywa się na przełomie lat czterdziestych i pięćdziesiątych XX wieku, czyli w okresie stalinizmu. Na początku widzimy symbole owej epoki: fabryki, pola zbożowe, propagandowe plakaty, czerwone sztandary, portrety Józefa Stalina, robotników budujących bloki mieszkalne itp. Później “jesteśmy” już w miejskim domu, w którym mieszka kochające się, ale bezdzietne małżeństwo. W pewnym momencie pan gdzieś wychodzi, a pani (w tej roli wokalistka) zostaje sama. Nagle dzwoni telefon. Kobieta odbiera słuchawkę. Widzowie widzą tego, kto dzwoni - groźnie wyglądającego, ubranego po cywilnemu ubeka.

Kiedy funkcjonariusz Urzędu Bezpieczeństwa przemawia do głównej bohaterki, na dole ekranu wyświetla się jego wypowiedź: “Jeśli nie dołączysz do nas, aresztujemy twojego męża. Wiemy, że przed wojną sympatyzował z endecją”. Po zakończeniu rozmowy wokalistka odkłada słuchawkę i wygląda na kompletnie załamaną. Akcja następnej sceny rozgrywa się w jakimś lokalu, w którym przebywa m.in. bohaterka, będąca już tajną współpracowniczką UB. W pewnym momencie kobieta spostrzega, jak jakiś mężczyzna przekazuje innemu antykomunistyczną broszurę. Wokalistka idzie do budynku bezpieki i opowiada swojemu przełożonemu (temu, który do niej zadzwonił) o swoim spostrzeżeniu.

Kolejna scena jest już wizją egzekucji dwóch mężczyzn, na których doniosła główna bohaterka. Wydarzenia mają miejsce w ubeckim więzieniu: kat jest ubrany w wojskowy mundur, a ofiary sprawiają wrażenie wynędzniałych i skatowanych. Po tej scenie widzimy, jak ubek-przełożony dzwoni do wokalistki i opowiada jej o zgładzeniu skazańców. Kobieta wpada w rozpacz, wybucha histerycznym płaczem. Następna scena: bohaterka, pogrążona w wyrzutach sumienia, trafia gdzieś na łono natury. Przez chwilę stoi zadumana, potem wzdycha i kładzie się na torach kolejowych, żeby popełnić samobójstwo. W końcu nadjeżdża pociąg. Wielka, ciężka maszyna jest filmowana długo i z różnych punktów widzenia.

W ostatniej scenie mamy wizję wokalistki jako upadłego anioła, posiadającego połamane skrzydła i płaczącego krwawymi łzami. Fragmenty ukazujące owego anioła przeplatają się z fragmentami pokazującymi męża głównej bohaterki. Mężczyzna stoi na cmentarzu, jest smutny i wpatrzony w grób zmarłej żony. Teledysk kończy się tak, jak się zaczął. Widać symbole ponurej epoki stalinizmu.


5. Propozycja teledysku do piosenki
“Erinnerung” (“Wspomnienie”) Lacrimosy


Video clip oparty na motywach cyklu dramaturgicznego “Dziady” Adama Mickiewicza. Na początku widzimy scenerię rodem z czwartego tomu serii: izbę oświetloną dwiema świecami, nakryty stół, prawosławnego księdza i jego bawiące się dzieci. Nagle rozlega się pukanie i do domu wchodzi Gustaw: młody mężczyzna będący upiorem. Bohater posiada niezwykle gotycki wygląd, tzn. trupiobladą twarz, upiorną charakteryzację i poszarpane ubrania. Zarówno jego aparycja, jak i zachowanie są groteskowe. Gustaw sprawia wrażenie szaleńca, który z jednej strony wywołuje rozbawienie, a z drugiej strach i dezorientację.

Młody upiór robi to, co w utworze Mickiewicza, czyli opowiada księdzu o swoich wspomnieniach i zmartwieniach (w teledysku jest to tożsame ze śpiewaniem piosenki). Duchowny nie do końca rozumie Gustawa, natomiast dzieci naśmiewają się z nietypowego gościa. Potem widzimy, jak młodzieniec pokazuje gospodarzowi gałązkę jedliny, swojego rzekomego przyjaciela. W końcu Gustaw wyjmuje sztylet i wbija go sobie w serce. A ponieważ już od dawna jest martwy, nie ginie, tylko wybucha obłąkańczym śmiechem. Ksiądz wygląda na przerażonego i zszokowanego całą tą sytuacją.

Kolejna scena opiera się na trzeciej części “Dziadów”. Gustaw jest więźniem politycznym, przebywającym w ciemnej, ponurej, niegodnej człowieka celi. Jeniec gra na lutni, co ma być aluzją do jego talentu literackiego i poetyckich improwizacji. Za plecami młodzieńca znajduje się łaciński napis, informujący, że umarł Gustaw, a narodził się Konrad. Pojawia się krótka, trwająca tylko kilka sekund wizja, ukazująca bohatera stojącego na tle polskiej flagi narodowej (na ręce młodego człowieka siedzi Orzeł Biały w koronie). Po niej znów widzimy Gustawa-Konrada jako więźnia politycznego. Jeniec złości się na Boga, gdyż pozwolił on na upadek Rzeczypospolitej. Młodzieniec posiada czarne, demoniczne gałki oczne, które płoną gniewem i nienawiścią.

W następnej scenie mamy noc, cmentarz i widoczną w tle kaplicę. Guślarz i Kobieta obserwują, jak z mogił wychodzą trupy, które okrutnie cierpią za swoje grzechy. Później widzimy Gustawa-Konrada, który przebywa w jakimś ciemnym pomieszczeniu i jest bardzo skatowany przez rosyjskich strażników. Młody mężczyzna wciąż ma czarne, demoniczne gałki oczne, a na jego klatce piersiowej wycięto krwawy napis “MILIJON” (uwaga: zamiast “MILIJON” może być “MILION” lub “1000000“). Pojawia się czarna plansza z białym napisem w cudzysłowie: “Ja i ojczyzna to jedno. Nazywam się Milijon - bo za milijony kocham i cierpię katusze. Patrzę na ojczyznę biedną, jak syn na ojca wplecionego w koło. Czuję całego cierpienia narodu, jak matka czuje w łonie bole swego płodu”.


6. Propozycja teledysku do piosenki
“In The Dark” (“W Ciemności”) The Birthday Massacre


Na początku filmiku widzimy główną bohaterkę. Jest to konserwatywna nastolatka, ubrana bardzo oficjalnie, tradycyjnie i elegancko: dziewczyna ma na sobie białą bluzkę koszulową, ciemną spódnicę za kolana, białe podkolanówki, czarne lakierki i malutką torebeczkę. Jej długie, czarne włosy są zaplecione w warkocze i związane ciemnoróżowymi kokardami. Nastolatka wyjmuje z torebki kartkę papieru i czyta zapisany na niej adres. Potem chowa kartkę tam, skąd ją wyjęła i spogląda na nieznaną sobie dzielnicę. A jest to dzielnica niezwykle groteskowa, śmieszna i straszna jednocześnie, kojarząca się z komediohorrorami Tima Burtona. Młoda dama robi nieco zlęknioną minę, ale decyduje się iść naprzód.

W tej groteskowej - mrocznej i zabawnej - dzielnicy znajduje się to wszystko, czego osoby o skrajnie prawicowych poglądach starają się unikać. Dziewczyna, idąc ulicą, widzi transwestytów, punków, roznegliżowane uczennice, homoseksualistów z adoptowanymi dziećmi, kobiety noszące koszulki z feministycznymi napisami, młodzieńców palących marihuanę itp. Oni wszyscy są przedstawieni w sposób karykaturalny i groteskowy. Ponieważ główna bohaterka jest jedyną postacią wyglądającą “normalnie” (tzn. poważnie i tradycyjnie), mieszkańcy dzielnicy spoglądają na nią z takim samym zdumieniem jak ona na nich. Maszerująca przed siebie nastolatka mija też klinikę aborcyjną, sex shop, dyskotekę dla gejów i siedzibę jakiejś lewicowej partii politycznej.

Nagle konserwatywna panna uświadamia sobie, że się zgubiła. Jest już dosyć późno, w mieście powoli zapada zmrok. Dziwaczna dzielnica staje się coraz mniej zabawna, a coraz bardziej straszna. W miejscach publicznych zaczynają się pojawiać działacze antify. Główna bohaterka mija dwóch ogromnych, groźnie wyglądających młodzieńców, którzy noszą czarne koszulki ze znakiem anarchii. Obaj patrzą groźnie na dziewczynę i coś do siebie szepczą. Nieco dalej bohaterka dostrzega starszego pana, który wygląda jak Stalin i spogląda na nią z szyderczym uśmieszkiem. W końcu robi się zupełnie ciemno. Jest noc.

Prawicowa nastolatka, zmęczona marszem, dociera do jakiegoś spokojnego miejsca i siada na ławce. Wpatrując się w rozgwieżdżone niebo i pełny księżyc, może wreszcie odpocząć i zastanowić nad odnalezieniem drogi do celu. Sielanka nie trwa jednak długo, bo na horyzoncie pojawia się anarchistyczna bojówka. Przerażona dziewczyna zrywa się na równe nogi i ucieka. Biegnąc na oślep, dociera do uliczki, przy której stoją domki jednorodzinne. Z jednego z tych domków wychodzi jakiś chłopak i zaczyna wołać główną bohaterkę. Okazuje się, iż jest to właśnie ta osoba, której nastolatka poszukiwała. Człowiek, który wzywa młodą damę, wcale nie wygląda tak groteskowo jak pozostali mieszkańcy dzielnicy. Przeciwnie: wygląda on “normalnie” (tradycyjnie i poważnie), przez co pasuje jak ulał do głównej bohaterki. Kiedy dziewczyna zauważa chłopca, wzdycha z ulgą i idzie w jego kierunku. W tej samej chwili zaczyna się wschód słońca.

Mam nadzieję, że moje scenariusze spodobały się Czytelnikom. Chociaż mają one charakter ewidentnie polityczny, to wydaje mi się, iż pasują do wybranych przeze mnie piosenek. Dziękuję za lekturę i zapraszam do udziału w zabawie polegającej na samodzielnym wymyślaniu muzycznych video clipów!


Natalia Julia Nowak,
16-18 września 2011 r.

środa, 14 września 2011

Chciałam umrzeć jak Tadeusz Reytan

Motto:

“Nie ma go, nie ma go,
już go nie znajdziecie.
Gdy kraj jest w szponach obcych sił,
to nie ma go na świecie.

Słońce mnie już nudzi,
Księżyc mnie nie bawi.
Miałam swą Ojczyznę -
- ktoś mnie jej pozbawił!”


Parafraza fragmentu
piosenki Filipinek



Dlaczego uważam, że powinniście docenić to, iż tutaj jestem i do Was piszę? Z takiej prostej przyczyny, że mogło mnie tu już nie być. “Tu” - czyli w świecie żywych. Dwa lata temu, kiedy dręczyły mnie poważne i natrętne myśli samobójcze, naprawdę mogłam coś sobie zrobić i zniknąć z powierzchni Ziemi. Miałam wówczas osiemnaście lat. Gdybym zdecydowała się na ten drastyczny krok, nie ukończyłabym szkoły średniej, nie przystąpiłabym do matury i nie poszłabym na studia.

Nie odbyłabym kilku fascynujących podróży, nie doczekałabym się paru satysfakcjonujących osiągnięć, nie poznałabym garstki interesujących osób. Nie napisałabym wielu felietonów, recenzji, wierszy oraz tych zaplutych tragifars o ubeku Zdzisławie. Po prostu leżałabym w trumnie i powoli się rozkładała. Teraz, kiedy piszę te słowa, jestem w swoim pokoju. A mogłam być od dwóch lat w grobie. Uszanujcie to, proszę!

Moje stany depresyjne zaczęły się już na początku 2009 roku, jednak za prawdziwy początek swojej depresji uznaję lato ’09, kiedy to przez ponad miesiąc codziennie płakałam i nie mogłam się uwolnić od poczucia beznadziejności. Potem także płakałam - wprawdzie po kilka razy w tygodniu, ale moje samopoczucie było równie fatalne jak latem. Miałam wiele powodów do rozpaczy, jednak w niniejszym artykule nie będę ich wymieniać i opisywać.

W skrajną depresję popadłam 10 października 2009 roku, kiedy to urzeczywistniła się moja największa i najmroczniejsza obawa związana z polityką: ratyfikacja Traktatu Lizbońskiego (który, jak pamiętamy, wszedł w życie 1 grudnia 2009). Od 2008 roku potwornie bałam się tego wydarzenia, ponieważ wiedziałam, iż Traktat z Lizbony pozbawi Polskę niepodległości. Wyobraźcie więc sobie, jak ja, pogrążona w psychicznym cierpieniu patriotka i nacjonalistka, mogłam się czuć, kiedy ratyfikacja doszła do skutku!

Tym, którzy mają niewielką wiedzę o Traktacie Lizbońskim, wypada teraz uświadomić kilka rzeczy. Otóż TL to jeden z tych dokumentów, które polska konstytucja nazywa “umową międzynarodową przekazującą niektóre kompetencje organów władzy państwowej organizacji międzynarodowej lub organowi międzynarodowemu“ (art. 90). W praktyce oznacza to, że o sprawach, o których dotychczas suwerennie decydowały władze Polski, będzie teraz decydować obca siła, stojąca ponad Ojczyzną i Narodem: Unia Europejska. Nie ulega wątpliwości, że taka umowa to zamach na niepodległość państwa, czyli największa tragedia, jaką może sobie wyobrazić patriota.

Kto przeglądał Traktat z Lizbony, ten wie, iż omawiany dokument prowadzi do częściowego ubezwłasnowolnienia kraju należącego do UE. Od momentu wejścia w życie TL, państwo unijne musi konsultować wszelkie ważniejsze decyzje z Brukselą, prosić o zgodę na podjęcie jakiejś działalności, a także posłusznie wykonywać rozkazy Unii. Zgodnie z założeniami Traktatu Lizbońskiego, UE może zawierać umowy międzynarodowe w imieniu kraju członkowskiego. Jest to łudząco podobne do tzw. przedstawicielstwa ustawowego. Oto kilka cytatów z TL:

“Państwa Członkowskie podejmują wszelkie środki ogólne lub szczególne właściwe dla zapewnienia wykonania zobowiązań wynikających z Traktatów lub aktów instytucji Unii. Państwa Członkowskie ułatwiają wypełnianie przez Unię jej zadań i powstrzymują się od podejmowania wszelkich środków, które mogłyby zagrażać urzeczywistnieniu celów Unii”

“Przed podjęciem jakichkolwiek działań na arenie międzynarodowej lub zaciągnięciem wszelkich zobowiązań, które mogłyby wpłynąć na interesy Unii, każde Państwo Członkowskie konsultuje się z pozostałymi w ramach Rady Europejskiej lub Rady. Państwa Członkowskie zapewniają, poprzez zbieżne działania, możliwość realizacji przez Unię jej interesów i wartości na arenie międzynarodowej. Państwa Członkowskie są względem siebie solidarne”

“Unia ma także wyłączną kompetencję do zawierania umów międzynarodowych, jeżeli ich zawarcie zostało przewidziane w akcie prawodawczym Unii lub jest niezbędne do umożliwienia Unii wykonywania jej wewnętrznych kompetencji lub w zakresie, w jakim ich zawarcie może wpływać na wspólne zasady lub zmieniać ich zakres”


I właśnie dlatego byłam zrozpaczona, niewiarygodnie zrozpaczona. Świadomość, że Polska straciła niepodległość i prawdopodobnie już nigdy jej nie odzyska, zabiła we mnie poczucie sensu życia oraz chęć dalszej egzystencji. 10 października 2009 roku z całego serca zapragnęłam umrzeć. Jak Tadeusz Reytan.

Przysięgam na wszystkie wartości, które są dla mnie święte, iż zaczęłam wówczas poważnie myśleć o odebraniu sobie życia. Po ratyfikacji Traktatu Lizbońskiego straszliwie pożądałam własnej śmierci. Dlaczego? Ponieważ odebrano mi to, co było dla mnie absolutnie najważniejsze: wolną Ojczyznę. Nie musicie mi wierzyć. Ja dobrze wiem, czego pragnęłam, a osoby znające mnie w realnym świecie mogą potwierdzić, iż moje łzy i emocje były autentyczne.

Nie zadawałam sobie pytań w stylu “Powinnam się zabić, czy nie?”, bo to są dylematy na poziomie gimnazjalistki, która zakochała się bez wzajemności w koledze z równoległej klasy. Zadawałam sobie pytania typu: “Gdzie, kiedy i jak powinnam to zrobić? Mówi się, że prawdziwi samobójcy podejmują próby samobójcze na odludziu - tam, gdzie nikt ich nie znajdzie i nie odratuje. Zatem dokąd mam pójść, żeby mieć pewność, iż nikt mi nie przeszkodzi w realizacji planu? Co zrobię, jeżeli ktoś mnie przyłapie na gorącym uczynku? I odwrotnie: co będzie, jeśli w trakcie akcji zmienię zdanie i odzyskam chęć życia? Kto mi wtedy pomoże?”.

Rozmyślałam także: “Co będzie, jeżeli mój czyn nie doprowadzi mnie do śmierci, tylko do niepełnosprawności? Przecież istnieje ryzyko, że przeżyję, ale zostanę kaleką do końca życia! Jako niepełnosprawna, nie tylko nie będę mogła podjąć nowej próby samobójczej, ale również będę cierpieć jeszcze straszliwej niż teraz”.

Zastanawiałam się, ile czasu upłynie, zanim moje ciało zostanie wreszcie odnalezione. Zastanawiałam się, w jakim stanie będą moje zwłoki. Zastanawiałam się, co po mojej śmierci będą przeżywać moi rodzice. Zastanawiałam się, jak zareaguje moja babcia, gdy dowie się przez telefon, że jej ukochana, młodziutka wnuczka nie żyje. Wyobrażałam sobie, jak trolle z Onetu będą się naśmiewać z mojego zgonu i wyzywać mnie od idiotek, jeśli o moim czynie doniosą media.

Przypominał mi się również mój stary argument przeciwko samobójstwom i eutanazji: trup nie czuje ulgi. Poza tym, chodziła mi po głowie dosyć naiwna, ale krzepiąca myśl: “W życiu, a zwłaszcza w polityce, nie można być niczego pewnym. Kto wie, czy wkrótce nie wydarzy się jakiś cud? Ale by było, gdybym się zabiła, a po mojej śmierci nastąpiło zniesienie Traktatu Lizbońskiego, rozpad Unii Europejskiej albo wyjście Polski z UE! Nie dożyłabym czegoś tak wspaniałego! Przegapiłabym wolność!”.

W końcu zdecydowałam, że jednak nie popełnię samobójstwa. Moja rezygnacja z targnięcia się na własne życie to był prawdziwy tryumf rozumu nad sercem, logiki nad uczuciami, zimnego racjonalizmu nad romantycznymi porywami. Było to również zwycięstwo silnej woli nad głęboką depresją oraz wielka wiktoria trzeźwego umysłu. Wygrałam z własnymi słabościami, wykazałam się ogromną odwagą. Bo, jak powszechnie wiadomo, to nie śmierć wymaga odwagi, tylko życie.

Heh, przypomina mi się utwór literacki, który przeczytałam bodajże w szóstej klasie szkoły podstawowej. Pewien mężczyzna, który splamił swój honor, postanowił popełnić samobójstwo. Zdecydował, że wejdzie na jakąś górę (chyba Mont Blanc albo Mount Everest) i rzuci się w przepaść. Lecz gdy wdrapał się na szczyt i zobaczył piękno świata, poczuł, iż jednak warto żyć i zrezygnował ze swojego planu. Dotarło do niego, że życie jest zbyt cenne, by je sobie odebrać.

Wracając do mojej historii: nie zabiłam się, o czym świadczy fakt, iż siedzę teraz we własnym pokoju i piszę te słowa. Wydaje mi się, że dobrze postąpiłam, rezygnując ze swojej drastycznej akcji. Tym bardziej, iż udało mi się pokonać depresję, a druga połowa 2010 roku i pierwsza połowa 2011 była najszczęśliwszym okresem w moim życiu (nie licząc, oczywiście, dzieciństwa).

W związku z powyższym, chciałabym się zwrócić do wszystkich osób mających myśli samobójcze: nie idźcie tą drogą! Weźcie się w garść i żyjcie dalej! Jeśli chodzi o mnie, to mogę się wypowiedzieć słowami z piosenki zespołu Łzy: “Mogło mnie tu nie być, choć tak kocham życie”. Chociaż w sensie fizycznym nie próbowałam się zabić, uważam się za cudownie odratowaną samobójczynię. Moja rozpacz z 2009 roku była bowiem tak wielka, że można ją uznać za wstęp do samobójstwa.

Oczywiście, nic nie zmieni faktu, iż w polityce nadal jest źle, a nawet coraz gorzej. Ledwie wszedł w życie Traktat z Lizbony, a UE już myśli o odebraniu państwom członkowskim kolejnej części suwerenności. Jak podaje portal Onet.pl, były niemiecki kanclerz, Gerhard Schroeder i kilkoro innych polityków wyraziło swoje poparcie dla utworzenia Stanów Zjednoczonych Europy.

Schroeder powiedział ponoć w wywiadzie dla “Der Spiegel”, że United States of Europe powinny powstać, choć trzeba się liczyć z tym, iż będzie to naruszenie suwerenności krajów unijnych (źródło: biznes.onet.pl/to-oznacza-stany-zjednoczone-europy,18515,4838864,1,news-detal). W skład USE mają na razie wchodzić tylko państwa strefy euro, ale założę się, że za jakiś czas Stany Zjednoczone Europy będą tożsame z całą Unią. Ech… Czy teraz wszyscy już widzą, iż Unia Europejska jest wrogiem niepodległych, czyli niezależnych politycznie państw?!

Wkrótce, 10 października 2011 roku, miną dwa lata od tragedii narodowej, jaką było ratyfikowanie Traktatu Lizbońskiego przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego. 3 listopada będzie druga rocznica podpisania TL przez ostatniego zwlekającego polityka - Vaclava Klausa z Czech. 1 grudnia miną dwa lata, odkąd Traktat z Lizbony wszedł w życie, a 2 grudnia - odkąd został ogłoszony w Dzienniku Ustaw i zaczął obowiązywać na terenie Rzeczypospolitej Polskiej. 13 grudnia nadejdzie czwarta rocznica uchwalenia TL przez władze unijne. Te rocznice z pewnością będą dla mnie bolesne, jednak postaram się jakoś je przeżyć. Bo czy mam inne wyjście?

Ta straszna data, 10 października 2009 roku, kojarzy mi się z monstrualnym bólem psychicznym, jakiego nigdy wcześniej i nigdy później nie doświadczyłam. Cierpienie, o którym opowiadam, stanowiło połączenie kilku bardzo silnych emocji: rozpaczy, utraty nadziei, chęci śmierci, gniewu, przerażenia i zbulwersowania. Trudno coś takiego wyrazić w tekście publicystycznym.

Co mi dzisiaj pozostało z tej tortury? Głęboka uraza i… niechęć do partii Prawo i Sprawiedliwość, z którą był związany Lech Kaczyński. Nie mogę patrzeć, jak niektórzy Internauci nazywają tego pana bohaterem narodowym i chcą mu stawiać pomniki. Zatem apeluję do Czytelników o poglądach patriotycznych i nacjonalistycznych: w najbliższych wyborach NIE głosujcie na PiS!

Nie wypada wspierać ugrupowania, którego przedstawiciel ratyfikował Traktat Lizboński. Formacja, która ma na sumieniu wydarzenie z 10 października 2009 roku, nie powinna być dokarmiana wyborczymi głosami. Najlepiej zbojkotować wybory, gdyż nie ma na kogo głosować, a sytuacja naszej Ojczyzny i tak nie ulegnie poprawie.

Żadna partia nie wyrwie Polski z rąk UE, żaden polityk nie nauczy społeczeństwa patriotyzmu, żaden rząd nie zamieni antyutopii w utopię. Ani płacz, ani krzyk, ani otwarty bunt niczego nie naprawią. O wymarzonej przez nacjonalistów Wielkiej Polsce Narodowej nawet nie ma co myśleć. Szaleńcy pewnie nadal będą kopać się z koniem, ale ich frustracja nie przyniesie żadnego skutku (co najwyżej pogorszy sprawę). I tym “optymistycznym” akcentem kończę swój felieton.


Natalia Julia Nowak,
12-14 września 2011 r.

sobota, 10 września 2011

Sekrety Bułgarii, uroki Turcji

Złote Piaski. Komercyjne pseudomiasto

26 sierpnia 2011 r. wyjechałam z rodzicami na piętnastodniowe wczasy do Bułgarii, a ściślej: do położonego nad Morzem Czarnym kurortu Złote Piaski. Golden Sands to sztuczne, komercyjne miasteczko, wybudowane ku krótkiej i powierzchownej uciesze turystów. Nie ma tam domów i osiedli mieszkaniowych - są za to hotele, restauracje, bary, butiki, supermarkety, sex shopy, stragany z pamiątkami, salony fotograficzne, karuzele, trampoliny, baseny, aquaparki, kasyna, dyskoteki, kantory, alejki, nadmuchiwane zjeżdżalnie, tandetne rzeźby, piaszczyste plaże, kolorowe kolejki jeżdżące po ulicy itd. Charakterystycznymi elementami kurortu, znajdującymi się w jego centrum, są: diabelski młyn, kopia wieży Eiffla i luksusowy hotel Admiral. W Złotych Piaskach niczego się nie zwiedza. Tam się tylko wydaje pieniądze.


Hotel-twierdza

Moi rodzice i ja mieszkaliśmy w czterogwiazdkowym hotelu Golden Beach, który jest położony w miejscu dosyć spokojnym, tzn. na wysokim, trudno dostępnym wzgórzu. Aby dotrzeć do tego hotelu, trzeba pokonać ogromną liczbę schodów przecinających nieduży lasek. Moja mama próbowała je policzyć. Niestety, nie pamiętam, czy doliczyła się dwustu sześćdziesięciu dwóch, czy dwustu osiemdziesięciu dwóch. Tak czy owak: osoby starsze, rodzice z małymi dziećmi i ludzie nienawidzący wysiłku fizycznego powinni omijać ten hotel szerokim łukiem. Bo tak się składa, iż marsz pod górę przez las przypomina wspinaczkę na Święty Krzyż. Golden Beach to hotel całkiem porządny, chociaż na początku trudno się połapać, co gdzie w nim jest. Basen na czwartym piętrze, restauracja na piątym, recepcja na szóstym…


Raj dla neonazistów i komunistów

Jeśli chodzi o zwiedzanie Bułgarii, to mieliśmy okazję poznać Neseber, półwysep Kaliakra i Bałczyk. Nie będę opisywać tych miejsc, ponieważ informacje na ich temat można znaleźć w Internecie, katalogach biur podróży itp. Napiszę za to o sprawie, o której raczej się nie wspomina w oficjalnych materiałach dotyczących Bułgarii. Otóż w Neseberze, Bałczyku i Złotych Piaskach znajdują się malutkie sklepiki z antykami, a w tych sklepikach (oprócz typowych antyków) asortyment hitlerowski i sowiecki. Broszki w kształcie swastyki, sygnety z nazistowskimi symbolami, krzyże żelazne, budziki z podobizną Hitlera, służbowe książeczki esesmanów, czerwone gwiazdy, gadżety z godłem ZSRR, zdjęcia i portrety Stalina, podobizny Lenina, legitymacje KGB, czapki NKWD oraz mnóstwo innych pierdółek z III Rzeszy i Związku Sowieckiego.


Legalne, czy nielegalne?

Czy handel tego typu symbolami jest w Bułgarii legalny? Nie mam pojęcia. Jedno jest pewne: w Polsce coś takiego by nie przeszło. Tutaj, w kraju nad Wisłą, zwalcza się wszystko, co ma choćby pozór nazizmu lub komunizmu. Tymczasem w Bułgarii sklepiki z hitlerowskimi i sowieckimi souvenirami całkiem nieźle prosperują. Zastanawiam się, czy społeczeństwo bułgarskie podchodzi do tych spraw inaczej niż mieszkańcy Polski, czy po prostu handlarze znaleźli sposób na wyciągnięcie pieniędzy z kieszeni neonazistów, komunistów i miłośników historii XX wieku.


Swastyki jak świeże bułeczki

Wspomnę jeszcze, że w bułgarskich sklepach odzieżowych często można się natknąć na koszulki z Che Guevarą, a po Złotych Piaskach swobodnie paradował facet z podobizną Rudolfa Hessa wytatuowaną na plecach. Mówię Wam, że to wszystko totalnie mnie zszokowało. Nigdy wcześniej nie widziałam takiego przyzwolenia na propagowanie dwóch zbrodniczych ideologii, które doprowadziły do cierpienia i śmierci milionów niewinnych ludzi. Hitlerowcy i sowieci wyrządzili tyle krzywd narodom europejskim… Mordowali, gwałcili, torturowali, kradli i niszczyli… A w Bułgarii handluje się ich symbolami jak świeżymi bułeczkami! Swoją drogą, ciekawe, jak w państwie bułgarskim przedstawia się sytuacja neonazistowskich i komunistycznych zespołów muzycznych.


Zdumiewający i egzotyczny Stambuł

Zmieńmy temat. Podczas wakacji było mi dane zwiedzić jeszcze jedno miejsce: Stambuł w Turcji. W tej wielkiej, egzotycznej metropolii spędziłam tylko jeden dzień, ale mogę śmiało powiedzieć, iż jest to najpiękniejsze miasto, jakie dotychczas odwiedziłam. Jestem osobą, która zjeździła pół świata: byłam w wielu miejscach w Europie, a także w Afryce i Azji. Nigdzie jednak nie widziałam czegoś tak wspaniałego jak Stambuł. To miasto zapiera dech w piersiach, powala na kolana i doprowadza turystę do istnej ekstazy estetycznej. Gdybym miała stworzyć listę najbardziej zachwycających mnie miejscowości, na pierwszym miejscu umieściłabym owo tureckie cudo. Drugie miejsce zajęłaby zaś hiszpańska Barcelona.


Jednodniowa wycieczka, trwająca trzy dni

Ze Złotych Piasków jedzie się do Stambułu kilka godzin - razem z formalnościami na granicy będzie około 8 h. Wycieczka, w której wzięłam udział, oficjalnie była jednodniowa, jednak de facto zajęła trzy dni. Pierwszego dnia wieczorem był wyjazd do Turcji, a drugiego - zwiedzanie Stambułu. Trzeciego dnia nad ranem było się z powrotem w Golden Sands. Chyba nie przesadzę, jeśli napiszę, iż dzień drugi był jednym z najpiękniejszych dni w moim życiu. Stambuł jest bowiem bajeczny. Przepych, bogactwo i estetyka tej metropolii nie mają sobie równych.


Tradycja i modernizm, czyli Turcja w pigułce

W tym tureckim mieście znajdziemy zarówno wspaniałe, supernowoczesne budynki, jak i urzekające zabytki z różnych epok. Zobaczymy też luksusowe wille i bujną roślinność, m.in. palmy i różnobarwne kwiaty zdobiące ulice europejsko-azjatyckiego city. Jeśli chodzi o najbardziej znane obiekty w Stambule, to świątynia Hagia Sofia zrobiła na mnie średnie wrażenie, jednak Błękitny Meczet (znany także jako Meczet Sułtana Ahmeda) po prostu mnie oczarował. Polskojęzyczna Wikipedia podaje następującą informację: “Budowę meczetu, w 1609, rozpoczął w towarzystwie urzędników państwowych sam sułtan Ahmed I (wówczas 19-letni), którego ambicją było stworzyć budowlę wspanialszą od stojącej w pobliżu Hagia Sofii”. Moim zdaniem, ambicja Ahmeda została zrealizowana w stu procentach. Błękitny Meczet prezentuje się znakomicie - jest fantastyczny zarówno na zewnątrz, jak i w środku. A ten dywan, który pokrywa podłogę świątyni, jest taki mięciutki i miły w dotyku…


Wielka Turcja Narodowa

Stambuł to również miasto wypełnione patriotyzmem i pozytywnym nacjonalizmem. Wszędzie, dosłownie wszędzie można się tam natknąć na tureckie flagi narodowe. Nie da się od nich uciec, nie da się ich nie zauważyć. Oczom turystów co kilka/kilkanaście metrów ukazuje się flaga Turcji, która nie pozwala zapomnieć, w jakim kraju się przebywa. Te tureckie flagi są zazwyczaj ogromne - nigdy wcześniej nie widziałam tak wielkich chorągwi. Nieprawdopodobna liczba flag i ich imponujące rozmiary sprawiają wrażenie, jakby mieszkańcy Turcji chcieli oznajmić: “Jesteśmy Turkami i jesteśmy z tego dumni. Przybyszu, jesteś w Wielkiej Turcji. Popatrz, jaka piękna jest nasza Ojczyzna. Zachwyć się jej niepowtarzalną urodą. Kochaj ją i szanuj, bo jest tego warta. Pamiętaj także, że to my stworzyliśmy te wszystkie cuda”. Widać, iż naród turecki jest dumny ze swojej tożsamości. To chwalebne i godne naśladowania.


Ataturk - Ojciec Turków

W Stambule (i w ogóle w Turcji) bardzo często można się też natknąć na podobizny Ataturka - pierwszego prezydenta państwa, uważanego za ojca i bohatera narodu tureckiego. Jego twarz zdobi ściany budynków, poza tym jest widoczna w hotelach i innych miejscach publicznych (domyślam się, że w prywatnych mieszkaniach także). Już po przekroczeniu bułgarsko-tureckiej granicy, gdy się wjeżdża na terytorium Turcji, można zobaczyć pomnik Ojca Turków. Jak nietrudno się domyślić, podobizna tego polityka jest również obecna w takim budynku na granicy, do którego się idzie po wizę. Mustafa Kemal Pasza, zwany Ataturkiem, to w Turcji taki sam symbol narodowy jak godło i flaga. Jak podaje Wikipedia, ideologia Ataturka, kemalizm, składa się z kilku elementów: republikanizmu, równości społecznej, rządów ludu, sekularyzmu, reformizmu, nacjonalizmu i etatyzmu.


Podsumowanie

Reasumując: tegoroczne wakacje należały do udanych. Odwiedziłam dwa kraje, Bułgarię i Turcję, a jeden dzień w Stambule zrobił na mnie większe wrażenie niż czternaście dni w państwie bułgarskim. Jeżeli chodzi o Bułgarię, to wydaje mi się, iż Polska jest od niej ładniejsza. Piszę tak nie dlatego, że jestem patriotką i nacjonalistką, tylko dlatego, że naprawdę tak uważam. Co do Stambułu, nie wiem, czy kiedykolwiek zobaczę równie cudowne albo jeszcze cudowniejsze miasto. Cieszę się, iż w tym roku tak dużo zobaczyłam i przeżyłam. Będę miała co wspominać.


Natalia Julia Nowak,
10 września 2011 roku