poniedziałek, 27 czerwca 2011

Filipinki, słodycz lat sześćdziesiątych

Pierwszy nowoczesny girlsband

Chociaż nie były pierwszym w Polsce żeńskim zespołem wokalnym, nagrywającym płyty z modną muzyką, bez wątpienia można je uznać za pierwszy w naszym kraju nowoczesny girlsband. O kim mowa? O Filipinkach, czyli młodzieżowej formacji muzycznej, działającej w latach 1959-1974. Jak podaje wirtualna encyklopedia Wikipedia, grupa wokalna została utworzona przy szczecińskim Technikum Handlowym przez Jana Janikowskiego - nauczyciela, kompozytora i pianistę.


Trochę faktów

Z Wikipedii możemy się również dowiedzieć, iż Filipinki początkowo działały jako nonet (zespół dziewięcioosobowy), a później jako septet (zespół siedmioosobowy). Do historii polskiej popkultury przeszedł skład: Krystyna Sadowska, Krystyna Pawlaczyk, Anna Sadowa, Iwona Racz, Zofia Bogdanowicz, Elżbieta Klausz, Niki Ikonomu (ta ostatnia to artystka greckiego pochodzenia, obecnie mieszkająca w Belgii). Nazwa formacji nawiązywała do popularnego w tamtym okresie czasopisma dziewczęcego “Filipinka”. To legendarne pismo, założone w roku 1957, przestało się ukazywać wiosną 2006, ponieważ wydawca uznał, że bardziej mu się opłaca wydawanie podobnego magazynu “Twist” (ironią losu jest fakt, iż zespół składający hołd FILIPINCE wielokrotnie śpiewał o tańczeniu TWISTA).


Trudno się od nich uwolnić!

Piosenki Filipinek są niezwykle chwytliwe, pogodne i dziewczęce, a ich sekret tkwi w specyficznych, uzależniających rytmach i melodiach - gdy któryś z utworów wpadnie człowiekowi w ucho, to trudno się od niego uwolnić. Z drugiej strony, Filipinkowe kawałki są proste, łatwe w odbiorze, odrobinę naiwne i dziecinne, ale kiedyś po prostu była taka moda. Tematyka piosenek obraca się wokół różnych zagadnień, jednak zawsze atrakcyjnych dla ówczesnych nastolatek: miłość, podróże, szkoła, zabawy taneczne, podbój przestrzeni kosmicznej. W niniejszym tekście chciałabym opisać kilka wybranych utworów Filipinek.


“Filipinki - to my”

Istny manifest artystyczny, w którym dziewczęta śpiewają o sobie. Utwór posiada odrobinę prowokacyjny i intrygujący tekst, mówiący o tym, że młode wokalistki nie zdradzą nikomu swoich imion. Wręcz przeciwnie, wszystkie będą się posługiwać imieniem Filipinka, albowiem - jako zespół muzyczny - stanowią jedność i dążą do wspólnego celu. Video clip, nakręcony do tej piosenki, jest bardzo dynamiczny i ukazuje dziewczyny w różnych miejscach oraz w różnych strojach. Raz widzimy je jako uczennice odziane w szkolne mundurki, innym razem - jako eleganckie panny, ubrane w sukienki i siedzące przy stole pod parasolem. Filipinki na rowerach, Filipinki na motorach, Filipinki na statku - to kolejne sceny teledysku. Myślę, iż przygodę z omawianą formacją należy rozpocząć właśnie od tego filmiku.


“Wala Twist” (“Walentyna Twist”)

Bardzo pogodna, rytmiczna i przebojowa piosenka, opiewająca Walentynę Tierieszkową, czyli pierwszą kobietę, która odbyła podróż kosmiczną. W utworze jest też wzmianka o Juriju Gagarinie (pierwszym kosmonaucie płci męskiej) i Panu Twardowskim (legendarnej postaci, która rzekomo wylądowała na Księżycu). Teledysk, nakręcony do kawałka “Wala Twist”, ukazuje Filipinki jeżdżące na karuzelach w Wesołym Miasteczku. I nie ma w tym nic dziwnego, albowiem piosenka jest naprawdę radosna i zakręcona. Jak na twist przystało.


“Batumi”

Spokojny i sentymentalny kawałek, wychwalający egzotyczne oraz pełne zabytków miasto w Gruzji (tytułowe Batumi). Piosenka jest bardzo sympatyczna i miła dla ucha, a Filipinki śpiewają głosami pełnymi pogodnej melancholii. Utwór wyzwala w słuchaczu pragnienie odwiedzenia Batumi, wpatrzenia się w jego “herbaciane pola” i wsłuchania się w “dźwięczenie cykad”. Niestety, posiada też wady, a mianowicie pretensjonalne i grafomańskie sformułowania typu “świadkiem był szczęścia chwil” czy “marzenie naszych snów” (w przypadku tego ostatniego, aż chce się zapytać: “To wasze sny potrafią marzyć?”).


“Do widzenia, profesorze”

Typowo uczniowska piosenka, poruszająca temat ukończenia szkoły średniej, pożegnania z belframi, rozstania z dotychczasowym stylem życia i wkroczenia na nową drogę egzystencji. W utworze “Do widzenia…” Filipinki składają podziękowania swoim nauczycielom, przepraszają ich za wszelkie problemy i zmartwienia, a także obiecują urzeczywistnianie tego, co profesorowie wpoili im do głów. Śpiewają również o tym, że są już dojrzałe i wolne - po prostu dorosłe. Piosenka pierwszego polskiego girlsbandu, ze względu na swoją problematykę i sposób realizacji tematu, nadaje się do wykonywania podczas ceremonii pożegnania klas maturalnych.


“Dlaczego płaczesz, mały?”

Kawałek różniący się od pozostałych, zdecydowanie cięższy, dramatyczniejszy, mniej optymistyczny, chwilami naprawdę wzruszający i przejmujący. Uważam, że można go scharakteryzować słowami, jakimi pewien Internauta opisał piosenkę “J’en ai marre!” Alizee: “Ten jeden raz nie wszystko jest różowe”. Chociaż utwór jest dobrze wykonany i posiada “to coś“, nie potrafię się nim w pełni zachwycać, albowiem jego melodia przypomina mi posoborowe, dziecięco-młodzieżowe pieśni kościelne, wykonywane podczas mszy świętych, rekolekcji oraz różnych nabożeństw dla dzieci. I choć podoba mi się sposób, w jaki Filipinki śpiewają słowo “twarz”, a także wokaliza samogłoski “u”, całą piosenkę zatruwa mi ten nieszczęsny, oazowy klimat. Bo w “Dlaczego płaczesz, mały?” dziewczęta naprawdę śpiewają jak schola w kościele. Wystarczy tylko się wsłuchać.


“Bal Arlekina”

Utwór, w którym spokojne, powolne, ponure zwrotki przeplatają się szybkimi, wesołymi, żywymi refrenami. Jeśli chodzi o tekst piosenki, to występują w nim nawiązania do włoskiej commedii dell’arte: postacie Arlekina i Kolombiny. W “Balu Arlekina” jest mowa o tym, że współczesne Filipinkom dziewczyny są nowoczesne i niechętnie nastawione do staroświeckiej muzyki - chłopcy nie powinni im zatem śpiewać ballad, tylko tańczyć z nimi twista. Co do teledysku, to wywołuje on we mnie dziwaczne skojarzenia.


Moje głupie skojarzenia

Otóż jestem czytelniczką portalu VigilantCitizen.com, którego redaktorzy interpretują słowa piosenek i video clipy pod kątem ich rzekomych nawiązań do kontroli umysłu (mind control, Monarch, MK-ULTRA). I muszę przyznać, że symbole wykorzystane w teledysku “Bal Arlekina” są zadziwiająco zbieżne z tymi, które występują w filmikach oskarżanych przez Vigilant Citizen o aluzje do mind control (dehumanizacja, zrównanie ludzi z manekinami, kukła/lalka jako alter persona, martwe, jakby zahipnotyzowane twarze, oczy wpatrzone w punkt, triggery - kokardy, schody, koronki podobne do pajęczyn, czarne elementy bezpośrednio obok białych, ściana pełna esów i floresów. Warto również pamiętać, że Arlekin i Kolombina to postacie noszące maski, czyli kolejne triggery. “Wielki sklep z zabawkami“ jest zaś domem tych postaci, a przecież dom to - w psychoanalizie Freuda - symbol ludzkiej podświadomości). Do tego dochodzi tekst, mówiący o perswazji, manipulacji, wpływaniu na cudze poglądy i upodobania… Wiem, że te wszystkie podobieństwa do kontroli umysłu są dziełem przypadku, ale - jako czytelniczka VigilantCitizen.com - nie mogę się uwolnić od wiadomego skojarzenia.


Zakończenie

To wszystko, co chciałam napisać w niniejszym tekście. Mam nadzieję, iż moja wypowiedź zachęciła Was, drodzy Czytelnicy, do zapoznania się z utworami pierwszego w Polsce nowoczesnego girlsbandu. Filipinki absolutnie nie są formacją wybitną, ale ich sympatycznych, zazwyczaj pogodnych i optymistycznych kawałków naprawdę przyjemnie się słucha. Kiedy obcuję z twórczością zespołu założonego przez Jana Janikowskiego, przekonuję się na własnej skórze, co oznacza popularny związek frazeologiczny “sweet sixties”. Może Wy też się przekonacie?


Natalia Julia Nowak,
26 czerwca 2011 roku

czwartek, 23 czerwca 2011

Pogańskie brzmienie Słowiańszczyzny

Z serca do nieba

“Ot Serdtsa K Nebu” - taki tytuł nosi czwarta płyta rosyjskiej grupy Arkona, którą chciałabym dzisiaj zrecenzować. Zanim jednak przejdę do komentowania CD, pragnę napisać parę słów o samej formacji muzycznej. Arkona, założona w 2002 roku, to zespół z nurtu pagan/folk metal, łączący ciężką perkusję, ostre gitary i groźny growl z tradycyjnymi, ludowymi instrumentami oraz słowiańskimi melodiami.


Jest też polska Arkona!

Piosenki Arkony, w których współczesne brzmienia przeplatają się z charakterystycznymi piszczałkami, lokalnymi rytmami i folkowymi śpiewami, mówią o pogańskich bogach, wschodnim folklorze i wczesnośredniowiecznych zwyczajach. W utworach tych pojawiają się też elementy patriotyczne, sławiące Ruś oraz jej dawną, jakże bogatą kulturę. Uwaga! Nie należy mylić rosyjskiej Arkony z polską grupą o tej samej nazwie! Oba zespoły identycznie się nazywają i grają pagan metal, jednak nie wolno ich ze sobą utożsamiać!


Krzycząca Masha

Rosyjska Arkona może się pochwalić utalentowaną, charyzmatyczną wokalistką, jaką jest Masha "Scream" Arhipova (Scream - ponieważ artystka potrafi ostro i przerażająco krzyczeć. Mnie jej ryki kojarzą się ze starymi piosenkami Agnieszki Chylińskiej). Masha posiada bardzo specyficzny wizerunek, tzn. lubi występować w kostiumach stylizowanych na odzież z czasów przedchrześcijańskich. Jej pogański image, uwieczniony m.in. w licznych teledyskach, stanowi świetne dopełnienie całego projektu artystycznego.


Mariaż folkloru z nowoczesnością

Krążek “Ot Serdtsa K Nebu”, opublikowany w 2007 roku, posiada wszystkie cechy charakterystyczne dla Arkony. Płyta zaczyna się od bardzo ostrego, drapieżnego, metalowego utworu “Pokrovy Nebesnovo Startsa”, po którym następuje piosenka „Goy, Kupala” - również ostra, drapieżna i metalowa, ale już z większą ilością folku. W kolejnym kawałku, „Ot Serdtsa K Nebu”, elementy ludowo-tradycjonalistyczne dominują nad metalowymi (mamy tam piszczałkowy wstęp, pogańskie śpiewy, aczkolwiek ciężkie gitary i straszliwe ryki Mashy też się zdarzają). „Oy, Pechal-Toska” to spokojna, nastrojowa, melodyjna, nieco tajemnicza ballada folkowo-rockowa. „Gutsulka” jest utworem instrumentalnym, w stu procentach ludowym - brakuje w nim wokalu i nawiązań do współczesnej muzyki rozrywkowej.


„Strela” i „Nad Propastyu Let”

„Strela” - kompozycja bardzo mroczna, ponura, niepokojąca i wprowadzająca w niecodzienny nastrój (dotarłam do informacji, że ten utwór to współczesne wykonanie prawdziwej, słowiańskiej pieśni pogrzebowej. Nie wiem jednak, na ile jest to prawda). „Nad Propastyu Let” - piosenka bardzo ostra, gwałtownie się rozpoczynająca, straszna, szybka, agresywna, black metalowa (Masha ryczy w niej już nie jak Chylińska, ale jak Nergal z zespołu Behemoth).


Dzieło najlepsze z najlepszych

„Slavsya Rus" - mój ulubiony kawałek z repertuaru Arkony, prawdziwe arcydzieło. Utwór brzmi bajecznie, marzycielsko, a jednocześnie potężnie, dumnie i epicko, urzeka cudowną melodią, chwytliwym refrenem, dźwiękami piszczałek i gitary klasycznej. Ponadto, zachwyca patriotycznym tekstem, licznymi nawiązaniami do rodzimowierstwa oraz trudnym do opisania dostojeństwem. Kolejną zaletą tej pieśni jest piękny - przejęty i przejmujący - śpiew Mashy, a także wspaniały chór. Kocham to monumentalne dzieło, bo mnie ono wzrusza i porywa do dawno minionej, pogańskiej epoki. Gdy słucham „Slavsya Rus”, żałuję, że nie żyję w czasach słowiańskich.


Cztery ostatnie kawałki

„Kupala I Kostroma” to piosenka rockowo-folkowa, rytmiczna, pogodna, pełna zapału i energii, dobra do wykonywania na żywo. „Tsigular” jest drugim - po kompozycji „Gutsulka” - utworem instrumentalnym, w pełni folkowym. Brzmi on ponuro, poważnie, melancholijnie, chwilami przejmuje odbiorcę smutkiem i niepokojem. „Sva” to pieśń ciężka, metalowa, wypełniona desperacją i cierpieniem (słychać w niej rozpaczliwe, przejmujące krzyki Mashy oraz chwytające za serce chóralne śpiewy). „Katitsya Kolo” - ostatni utwór z omawianego krążka, długi, epicki, potężnie brzmiący, czasem rytmiczny, innym razem tajemniczy, bardzo zróżnicowany wewnętrznie i niejednoznaczny.


Zakończenie

Reasumując: czwarte CD rosyjskiej grupy Arkona to jedna z najlepszych płyt, jakich miałam przyjemność słuchać. Krążek spodobał mi się do tego stopnia, iż mam zamiar zostać stałą słuchaczką Arkony i ogłosić tę formację jednym z moich ulubionych zespołów muzycznych. Grupa, w której występuje Masha "Scream" Arhipova, potrafi nie tylko oczarować nagraniami na bardzo wysokim poziomie, ale również rozbudzić w Słowianinie lub Słowiance swoistą, plemienną dumę - radość z powodu posiadania takiego, a nie innego pochodzenia. Arkona to wspaniały zespół, który znalazł ciekawy pomysł na siebie i realizuje go w mistrzowski sposób. O talencie formacji świadczy również fakt, iż współpracuje ona z dobrą wytwórnią płytową - Napalm Records.


Natalia Julia Nowak,
22 czerwca 2011 roku

poniedziałek, 20 czerwca 2011

Rebecca Black, czyli amerykański socrealizm

Czego to mama nie zrobi dla dziecka?

Czy słyszeliście, moi drodzy Czytelnicy, o kimś takim jak Rebecca Black? Jeśli nie, to bardzo chętnie przedstawię Wam tę postać. Rebecca to amerykańska piosenkarka, urodzona 21 czerwca 1997 roku w Anaheim Hills w stanie Kalifornia. Dziewczynka stała się znana w lutym 2011 roku, kiedy to trafił do Internetu jej debiutancki teledysk nakręcony do piosenki “Friday“ - “Piątek“. Aby poznać kulisy tego wydarzenia, wystarczy zajrzeć do angielskojęzycznej Wikipedii, która podaje: “Pod koniec 2010 roku koleżanka z klasy Black i klientka ARK Music Factory, wytwórni płytowej z Los Angeles, opowiedziała jej o firmie. Matka Black zapłaciła ARK Music 4000 dolarów za wyprodukowanie córce video clipu” (tłum. N. J. Nowak).


Najgorsza piosenka wszech czasów

Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, iż filmik “Friday” zdobył ogromną popularność w rekordowo szybkim tempie - już w marcu 2011 roku wirtualny licznik wskazywał miliony wyświetleń teledysku. O Rebecce zaczęły pisać poważne, wysokonakładowe pisma, jednak krytycy muzyczni okrzyknęli “Piątek” najgorszą piosenką wszech czasów. Opinia krytyków była tożsama ze zdaniem Internautów, którzy wystawili utworowi zdecydowanie więcej negatywnych ocen niż pozytywnych.


Szok i przerażenie - teledysk Rebecci usunięty!

W połowie czerwca 2011 roku, kiedy teledysk Black miał na koncie już ponad 167 milionów wyświetleń, zdarzyło się coś dziwnego i niespodziewanego. Ten niezwykle popularny, często parodiowany i przerabiany przez Internautów video clip najzwyczajniej w świecie został usunięty z YouTube! Jeśli wierzyć portalowi TVN24.pl, stało się to na życzenie samej Rebecci. Niestety, panna Black, ku utrapieniu mediów i słuchaczy, nie chce się wypowiadać na ten temat. Czy kiedykolwiek się dowiemy, dlaczego bijący rekordy oglądalności filmik zniknął z cyberprzestrzeni? Czas pokaże!


Lady Gaga popiera Black

Jedno jest pewne: wycofanie teledysku “Friday” z najsłynniejszego serwisu multimedialnego nie stanowi kresu fenomenu młodziutkiej piosenkarki. Dziewczynka, która została nazwana przez Lady Gagę “geniuszem” i wystąpiła w teledysku “Last Friday Night (T.G.I.F.)” Katy Perry, nie może tak po prostu zniknąć ze świadomości społecznej. Rebecca Black wywróciła świat do góry nogami, wywołując jeszcze więcej kontrowersji niż inny nastoletni celebryta, który zyskał sławę dzięki YouTube - Justin Bieber.


Kiepska melodia, amatorskie brzmienie, brzydki głos

“Friday” to piosenka stojąca na wyjątkowo niskim poziomie - posiada ona prostą, prymitywną melodię, a jej warstwa brzmieniowa wydaje się po prostu amatorska. Sama Rebecca śpiewa nieładnie, żeby nie powiedzieć: brzydko. Dziewczynka posiada pospolity, chwilami kwaczący głos i nie wykazuje ponadprzeciętnych umiejętności wokalnych. Nadzwyczajnie słaby jest również tekst utworu, a także niskobudżetowy video clip, który śmieszy odbiorców swoją nieudolnością i banalnością. “Piątek” jest tworem tak nieudanym, że wiele osób zastanawia się, czy przypadkiem nie stanowi on parodii współczesnego popu. Zdezorientowani ludzie pytają innych o zdanie na temat “Friday”, zastanawiają się nad fenomenem panny Black, a interes sam się nakręca.


Podobieństwo do socrealizmu (realizmu socjalistycznego)

Robert Larkowski, nacjonalistyczny publicysta związany z portalem Konserwatyzm.pl, napisał w jednym ze swoich felietonów, że amerykańska popkultura posiada cechy charakterystyczne dla socrealizmu. Jest to opinia niecodzienna i szokująca, lecz jeśli spojrzy się na “Piątek”, to dojdzie się do wniosku, iż pan Larkowski ma sporo racji. Piosenka “Friday” - prosta, naiwna, pogodna i entuzjastyczna - mówi o tym, że w piątkowe przedpołudnie wszyscy wypełniają swoje obowiązki, a wieczorem bawią się w najlepsze. W utworze pojawiają się radosne okrzyki, wyrażające aprobatę dla tego porządku społecznego, występuje też kult w pełni zorganizowanego tygodnia pracy, nauki i odpoczynku.


Video clip i tekst

A teledysk? Cóż, teledysk rozpoczyna się od prezentacji kalendarza Rebecci Black, potem zaś widać, jak nastolatka zrywa się z łóżka i z uśmiechniętą gębą śpiewa:

“Godzina siódma, muszę wstać o poranku
Muszę się odświeżyć, muszę zejść po schodach”


W dalszej części utworu padają głupkowate, niewiele mówiące, ale szalenie entuzjastyczne stwierdzenia typu:

“Jest piątek, piątek
Muszę wziąć się za siebie w piątek
Każdy czeka na weekend, weekend
Piątek, piątek
Wziąć się za siebie w piątek
Każdy czeka na weekend
Imprezować, imprezować (tak!)
Imprezować, imprezować (tak!)
Radość! Radość! Radość! Radość!
Czekamy na weekend”


W jednym z najważniejszych fragmentów piosenki, poprzedzającym rap Pato (producenta “Piątku”), panna Black informuje słuchaczy:

“Wczoraj był czwartek, czwartek
Dzisiaj jest piątek, piątek
Jesteśmy, jesteśmy tacy pobudzeni
Tacy pobudzeni
Zamierzamy mieć dzisiaj bal
Jutro jest sobota
A po niej przychodzi niedziela
Nie chcę, by ten weekend się skończył!”


Co z tego wynika? Sądzę, że zupełnie nic. Tak jak z powtarzającego się kilkakrotnie fragmentu refleksyjnego (“Fikają na przednim siedzeniu. Siedzą na tylnym siedzeniu. Łamię sobie głowę: które siedzenie zająć?”).


Zakończenie

Nie jestem wybitną znawczynią muzyki światowej, więc nie potrafię powiedzieć, czy “Friday” Rebecci Black rzeczywiście jest najgorszą piosenką w historii ludzkości. Nie wiem (i chyba nikt nie wie), czy 5 lat temu w Bułgarii, 10 lat temu w Albanii, 20 lat temu we Francji, 30 lat temu w Holandii, 40 lat temu w Norwegii, 50 lat temu w Kanadzie czy 60 lat temu w Anglii nie nagrano gorszego utworu. Jestem jednak pewna, że “Piątek” to jeden z najsłabszych przebojów ostatnich lat, dorównujący beznadziejnością pieśniom socrealistycznym. Nagranie Rebecci Black wzbudza we mnie mieszane uczucia. Z jednej strony, nie mam nic przeciwko temu, aby ludzie oddawali się swoim pasjom i spełniali swoje artystyczne marzenia. Z drugiej strony, oburza mnie, że pozbawiona talentu Rebecca jest promowana przez media, a ktoś naprawdę uzdolniony i wyedukowany muzycznie nie może się w żaden sposób przebić.


Natalia Julia Nowak,
20 czerwca 2011 roku

czwartek, 16 czerwca 2011

Polacy, Czesi i rok 1968

“Operacja Dunaj” to polsko-czeska komedia historyczna, nakręcona w 2009 roku przez Jacka Głomba. Tematyka filmu, jak nietrudno odgadnąć, obraca się wokół sierpnia 1968 roku, kiedy to wojska Układu Warszawskiego - w tym Ludowe Wojsko Polskie - zaatakowały Czechosłowację w celu ukarania jej za demokratyczne reformy zwane praską wiosną. W komedii występują zarówno aktorzy polscy, jak i czescy, poza tym pojawiają się dialogi wypowiadane w obu słowiańskich językach. Gwiazdą filmu jest Jiri Menzel - sławny czeski aktor i reżyser, który w latach sześćdziesiątych otrzymał Oscara za film pt. “Pociągi pod specjalnym nadzorem”.

“Operacja Dunaj” rozpoczyna się od alarmu, który zrywa na równe nogi polskich żołnierzy i zmusza ich do stawienia się w jednostce wojskowej. Został bowiem wydany rozkaz, z którego wynika, iż polscy wojskowi mają wziąć udział w inwazji na sąsiednią Czechosłowację, rzekomo zaatakowaną przez Teutonów (Niemców). Wkrótce żołnierze LWP, w tym główni bohaterowie - załoga zasłużonego czołgu Biedroneczka - ruszają na Czechosłowacką Republikę Socjalistyczną. Droga jest długa i niełatwa.

Bohaterów komedii od początku prześladuje pech: stara i doświadczona Biedroneczka sprawia wrażenie uszkodzonej, a sami żołnierze nie znają drogi do Pragi. Te dwie rzeczy, połączone z przyśnięciem wojskowych w czołgu, doprowadzają w końcu do nieszczęścia - Biedroneczka całkowicie zbacza z kursu i uderza w ścianę czeskiej gospody, w której właśnie trwa przyjęcie połączone z rozmowami na tematy polityczne. Czesi są przerażeni i zbulwersowani wydarzeniem, które jawi im się jako atak obcego wojska na ludność cywilną. Nic więc dziwnego, że odnoszą się do Polaków z ogromną pogardą i próbują ich wygonić z karczmy.

Szybko okazuje się, iż żołnierze Ludowego Wojska Polskiego nie mogą opuścić tego miejsca, albowiem Biedroneczka jest kompletnie popsuta. Polscy wojskowi - głodni, zdezorientowani, pozbawieni pieniędzy i kontaktu z dowództwem - dochodzą do wniosku, że są zmuszeni pozostać na jakiś czas w gospodzie. Jednak, aby móc zrealizować ten pomysł, muszą przekonać do siebie nieufnych i obrażonych Czechów. Droga do czeskich serc okazuje się równie niełatwa jak droga do samej Czechosłowackiej Republiki Socjalistycznej. Mieszkańcy CSSR zgadzają się wprawdzie na pozostanie Polaków w gospodzie, ale zmuszają ich do pracy i pozwalają sobie na złośliwości względem nich.

Wraz z upływem czasu żołnierze polscy przekonują się do czeskich cywilów, a czescy cywile - do żołnierzy polskich. Dochodzi nawet do romansów między mężczyznami z PRL a kobietami z CSSR. Trzeba jednak podkreślić, że polskie dowództwo doskonale wie o zaginięciu Biedroneczki z załogą i że wysłało na ich poszukiwanie Czesia i Czesię - małżeństwo oficerów. Mąż i żona, którzy jeżdżą po Czechosłowacji w poszukiwaniu zaginionych żołnierzy, przeżywają wiele zabawnych perypetii, będących drugim wątkiem opowieści.

“Operacja Dunaj” bez wątpienia jest filmem pomysłowym, śmiałym oraz szokującym. Nakręcenie lekkiej komedyjki o tragicznym wydarzeniu sprzed 41 lat, i to przez przedstawicieli obu państw - atakującego i atakowanego - to rzecz niesłychana. Produkcja Jacka Głomba ma zdecydowanie pozytywny wydźwięk, a jej celem jest przełamanie bariery dzielącej dwa słowiańskie narody od czasu tytułowej operacji “Dunaj“. Polscy i czescy widzowie mają, tak jak bohaterowie, spojrzeć na siebie łaskawszym okiem, wzajemnie się zrozumieć i obdarzyć przebaczeniem. Chodzi bowiem o to, aby ludzie nauczyli się odróżniać sprawy polityczne, dziejące się ponad głowami obywateli, od stosunków interpersonalnych między samymi obywatelami.

Idea bardzo piękna, ale nie zmienia ona faktu, iż “Operacja Dunaj” - sama w sobie, jako dzieło filmowe - jest niewiarygodnie słaba. Film jest nieudolnie nakręcony, gra aktorska (o ile można nazwać to “coś” grą aktorską) stoi na bardzo niskim poziomie, fabuła razi naiwnością, infantylizmem i prymitywizmem. “Operacja Dunaj” nie posiada żadnej wartości intelektualnej, nie zawiera inteligentnego, wysublimowanego humoru, nie przekazuje widzowi szerszej wiedzy historyczno-politycznej i nie skłania do głębszych refleksji. Nic z niej nie wynika, nawet rodząca się przyjaźń polsko-czeska jest przedstawiona w sposób nieprawdopodobnie powierzchowny.

Postacie, szczególnie grane przez aktorów polskich, są płytkie, nudne, bezbarwne i nieciekawe - nie ma nikogo, kto mógłby zachwycić, zaintrygować lub wzruszyć odbiorcę. Z komedii Jacka Głomba nie dowiadujemy się, jak wyglądała tytułowa operacja “Dunaj”, bo widzimy prawie wyłącznie czechosłowacką gospodę i dowcipkujących w niej bohaterów. Produkcja nie daje nam również okazji do zapoznania się z klimatem drugiej połowy lat sześćdziesiątych XX wieku, bo i klimatu nie ma w tym filmie za grosz.

Cała komedia sprawia wrażenie nakręconej na siłę propagandówki, będącej ukłonem w stronę aktualnej (2009 rok) polityki Polski i próbą podmurowania przyjaźni Rzeczpospolitej Polskiej z Republiką Czeską. “Operacja Dunaj”, zupełnie jak Prawo i Sprawiedliwość, dąży do polsko-czeskiego pojednania, a jednocześnie utrwala najgorsze stereotypy dotyczące narodu rosyjskiego. Twórcy filmu byli w stanie pokazać, że Polacy to nie urodzeni najeźdźcy i oprawcy, tylko ludzie z uczuciami i poczuciem humoru. Nie byli jednak w stanie zastosować identycznego zabiegu wobec Rosjan - ci są przedstawieni w sposób jednoznacznie negatywny, film nawet nie próbuje ich zaprosić do dialogu ze stroną polską i czeską.

“Operacja Dunaj” sugeruje, że Polak niekoniecznie musi być zły, ale Rosjanin - już tak. To bardzo niesprawiedliwe i krzywdzące dla naszych braci z Europy Wschodniej, którzy są takimi samymi Słowianami jak my i Czesi. Naród rosyjski absolutnie nie jest gorszy od innych - owszem, polityka ZSRR była niewłaściwa, jednak nie wolno utożsamiać rządu jakiegokolwiek państwa z jego obywatelami. Czyż nie takie jest przesłanie “Operacji Dunaj” w odniesieniu do relacji polsko-czeskich? Myślę, że po obejrzeniu komedii Jacka Głomba wielu Czechów spojrzało na Polaków życzliwszym okiem. Dlaczego my, Polacy, nie mielibyśmy spojrzeć w ten sam sposób na Rosjan? Przecież to też są ludzie, a na dodatek Słowianie!

“Operację Dunaj” można polecić tylko ze względu na garść zabawnych dialogów i ciętych ripost, które pojawiają się zwłaszcza w pierwszej części produkcji. Oprócz tych odzywek i paru aluzji artystycznych (np. do filmu “Zaginiony w akcji”) nie ma w komedii Głomba absolutnie nic interesującego. Polsko-czeska produkcja na pewno nie zadowoli ludzi wymagających, skłonnych do refleksji i rozmiłowanych w inteligentnym humorze. Może za to zachwycić koneserów tanich komedyjek obfitujących w prymitywne żarty i sceny erotyczne na bardzo niskim poziomie.


Natalia Julia Nowak,
16 czerwca 2011 roku



P.S. Zwiastun filmu “Operacja Dunaj”:

http://www.youtube.com/watch?v=9AwvY8fM-Us

poniedziałek, 13 czerwca 2011

France Gall - pierwsza Alizee

Jeśli nie wiecie, kim jest France Gall (właśc. Isabelle Genevieve Marie Anne Gall, ur. 1947), to znaczy, że macie poważne braki w edukacji muzycznej. Bo tak się składa, iż France to legenda francuskiego i europejskiego popu. Gall zadebiutowała w roku 1963, a dwa lata później wygrała Konkurs Piosenki Eurowizji (przy czym nie reprezentowała Francji, tylko Luksemburg). Utworem, który przyniósł jej tak poważne zwycięstwo, był niezwykle żywy, rytmiczny, porywający i uzależniający kawałek pt. „Poupée de cire, poupée de son”. W 1965 roku ukazał się również debiutancki winyl France, „Les Sucettes”. Niestety, zabrakło na nim przeboju z Eurowizji.

Na płytę „Les Sucettes” składa się dwanaście krótkich, trwających zazwyczaj dwie i pół minuty piosenek. Wśród nich znajdziemy zarówno kawałki ciepłe, delikatne, sympatyczne i odrobinę świąteczne („Il Neige”), jak i bardziej zadziorne, drapieżne, wyzywające („La Guerre des Chansons”). Natkniemy się także na utwory sentymentalne, odrobinę melancholijne („Bonsoir John John”) oraz na piosenki zawierające elementy folkowe („L'Echo”).

„J'Ai Retrouvé Mon Chien” to utwór brzmiący mocno, śmiało, zdecydowanie, a zarazem wesoło i optymistycznie. „Oh! Quelle Famille” jest wesolutkie, odrobinę uczniowskie i infantylne, ale wpadające w ucho dzięki nadzwyczajnie chwytliwemu refrenowi. „Quand on Est Ensemble” to utwór na otarcie łez - krzepiący, pocieszający, dobry na zakończenie płyty.

Prawdziwym arcydziełem, zarejestrowanym na winylu francuskiej artystki, jest piosenka „Celui Que J'Aime”. Istnieje w niej jakaś magia i metafizyczność, a sama France używa cudownego, głębokiego, przejmującego głosu, który przenosi odbiorcę do innego wymiaru. Pięknie, nastrojowo brzmi również wykorzystana w kompozycji gitara klasyczna.

Najważniejszy utwór z całej płyty, “Les Sucettes”, brzmi słodko, zalotnie i przebojowo - kawałek wpada w ucho, choć nie aż tak jak wspomniane na początku recenzji “Poupée de cire, poupée de son” z Konkursu Piosenki Eurowizji. Ciekawy jest teledysk nakręcony do „Les Sucettes”. Video clip, chociaż prosty i niskobudżetowy, jest bardzo dwuznaczny i prowokacyjny. Pojawiają się w nim bowiem ludzie przebrani za lizaki, jednak te lizaki… no cóż, przypominają męskie genitalia. Również statystki, występujące w filmiku, spożywają słodycze w sposób wzbudzający wiadome skojarzenia. Co do France, podczas śpiewu trzyma ona lizak na sztorc i odrobinę obłudnie się uśmiecha.

Uważam, że debiutancki album Gall to płyta ciekawa i godna polecenia. Nie dlatego, iż jest stara, tylko dlatego, iż naprawdę nieźle brzmi. Dzisiejszemu słuchaczowi twórczość France może się kojarzyć ze starymi, pochodzącymi z płyty “Gourmandises” piosenkami Alizee. Bo i Alizee jest współczesną odpowiedniczką France Gall. Zwróćcie uwagę na to, w jaki sposób Gall śpiewa kawałki “Il Neige” i “Celui Que J'Aime“, a potem porównajcie je z utworami “Parler tout bas” i „A quoi reve une jeune fille” Alizee. To oczywiste, iż starsza artystka jest wzorem dla tej młodszej!

Przyjrzyjcie się też dyskografii obu piosenkarek. Pierwsza płyta France Gall nosi tytuł „Lizaki” („Les Sucettes”), a Alizee - „Łakocie” („Gourmandises”). W video clipie „Les Sucettes” erotyczna prowokacja zostaje osiągnięta dzięki symbolom fallicznym (podłużnym lizakom), zaś w „Gourmandises” - dzięki aluzjom do zakazanego owocu (truskawkom). Kolejna sprawa: fryzura. Starsza artystka nosiła kiedyś proste, sięgające brody włosy z przedziałkiem na środku głowy. Taki wygląd jest charakterystyczny również dla tej młodszej. Co do wieku, France zadebiutowała jako 16-latka (1963 - 1947 = 16), natomiast Alizee jako 16-latka wydała swoje pierwsze CD (2000 - 1984 = 16).

Tak, France Gall to „pierwsza Alizee”… Jeśli ktoś lubi dziewczynę od „Gourmandises”, to pannę od „Les Sucettes” także powinien polubić!


Natalia Julia Nowak,
12 czerwca 2011 roku

piątek, 10 czerwca 2011

Ma w sobie coś z reportażu

Film, który ma własną historię

Dramat historyczny “Przesłuchanie”, nakręcony przez Ryszarda Bugajskiego, to jedno z tych dzieł artystycznych, które nie tylko opowiadają jakąś historię, ale również posiadają swoje własne dzieje. Film został nakręcony w 1982 roku, czyli w czasach, kiedy w Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej trwał jeszcze stan wojenny (ten, jak wiemy, został zawieszony 31 grudnia ‘82 r. i zniesiony 22 lipca ‘83). “Przesłuchanie” aż do końca PRL było tzw. półkownikiem, czyli filmem zatrzymanym przez cenzurę i zmuszonym do “leżenia na półce”. Jak podaje portal Filmweb.pl, dramat Bugajskiego został nazwany przez władze “najbardziej antykomunistycznym filmem w historii PRL” i stał się pretekstem do zlikwidowania zespołu “X” Andrzeja Wajdy.


Tonia Dziwisz

Bohaterką “Przesłuchania”, graną przez Krystynę Jandę, jest dwudziestokilkuletnia Antonina “Tonia” Dziwisz - kabareciarka, średnio ambitna i średnio wybitna, ale posiadająca grono wielbicieli i wysokie mniemanie o swojej sztuce. Tonia od samego początku daje nam się poznać jako osoba z jednej strony gwałtowna i mająca problem z opanowaniem emocji, a z drugiej - uparta, bezczelna i pragnąca mieć ostatnie słowo. Pewnej nocy kobieta staje się ofiarą podstępu dwóch agentów Urzędu Bezpieczeństwa: zostaje upojona alkoholem i przewieziona do więzienia UB. Antonina jeszcze przed wytrzeźwieniem zostaje niegodnie przeszukana i wtrącona do zatłoczonej celi.


Naiwna i jeszcze trochę dziecinna

W końcu bohaterka odzyskuje przytomność i częściowo uświadamia sobie, co ją spotkało. Wie, że jest uwięziona, ale nie zdaje sobie sprawy z tego, w jak poważnej sytuacji się znalazła. Tonia, przez swoją niewiedzę, zachowuje się wręcz naiwnie - bardzo się bulwersuje, nieustannie przypomina o swojej niewinności oraz chce wyjść na wolność przed wieczorem, albowiem ma zaplanowany kolejny występ. Młoda kobieta (jeszcze nieco dziecinna, a poza tym mająca cechy artystki, której woda sodowa uderzyła do głowy) do wszystkich ludzi odnosi się z ogromną życzliwością, wylewnością i ufnością, zapominając o ostrożności i powściągliwości. Te cechy, w połączeniu ze wspomnianą wcześniej gwałtownością i bezczelnością, będą miały duże znaczenie podczas jej przesłuchań.


Proces pokazowy i fałszywe zeznania

Antonina Dziwisz została zatrzymana w związku z pokazowym procesem majora Olchy - żołnierza Armii Krajowej, którego komuniści pragną zgładzić za rzekomą działalność na szkodę Polski Ludowej. Aby wyrok śmierci mógł zapaść, potrzebni są fałszywi świadkowie i fałszywe zeznania obciążające oficera. Jednym z takich świadków ma być Tonia - osoba znająca Olchę osobiście. Funkcjonariusze UB próbują zmusić kobietę do wyjawienia wszelkich informacji na temat majora oraz do podpisania spreparowanych zeznań. Ponieważ Antonina nie chce tego uczynić, ubecy sięgają po szantaż i tortury. Bohaterka nawet w tak ekstremalnych warunkach jest uparta i bezczelna, co gniewa jej oprawców i skłania ich do sięgania po coraz drastyczniejsze środki.


Film historyczny, polityczny, czy psychologiczny?

Film “Przesłuchanie” jest powszechnie uważany za dramat historyczny i polityczny, jednak ja dostrzegam w nim coś więcej. Według mnie, to dzieło ma charakter psychologiczny. Tak naprawdę, w filmie Ryszarda Bugajskiego niewiele się mówi o sprawach politycznych, społecznych i gospodarczych - owszem, te kwestie się pojawiają, ale na pierwszym planie jest zdecydowanie Tonia i jej osobowość. To Antonina, nie sprawa majora Olchy, znajduje się w centrum zainteresowania reżysera (a co za tym idzie: widza). Twórca dramatu nie podaje nam zbyt wielu szczegółów dotyczących procesu, woli pokazywać Tonię w różnych sytuacjach i na różnych etapach śledztwa. Chce, byśmy obserwowali, jak zmienia się charakter katowanego i upokarzanego człowieka. To jest w filmie najistotniejsze.


Obiektywizm i neutralność

W “Przesłuchaniu” - oprócz wspomnianego wyżej psychologizmu - zainteresowała mnie jeszcze jedna rzecz. Otóż sposób, w jaki zaprezentowano poszczególne wydarzenia, ma w sobie coś z reportażu. Reżyser jest stuprocentowo obiektywny, bezstronny, neutralny i niezaangażowany - nie stosuje żadnych środków (werbalnych bądź niewerbalnych), które stanowiłyby komentarz do przedstawianych na ekranie zdarzeń. Film nie jest ani trochę moralistyczny, nie pokazuje żadnej z postaci ani w negatywnym, ani w pozytywnym świetle. Tutaj nikt, dosłownie nikt nie jest osądzany: ani Tonia, ani jej oprawcy, ani koleżanki z celi, wywodzące się z różnych środowisk i wyznające rozmaite wartości.


Czy to behawioryzm?

Reżyser, a wraz z nim widz, jest obiektywnym obserwatorem, nie biorącym udziału w wydarzeniach - przypomina właśnie psychologa lub socjologa, śledzącego w celach badawczych ludzkie zachowanie. Czy to behawioryzm? Całkiem możliwe. W dramacie Ryszarda Bugajskiego mamy do czynienia z rzeczową, rzetelną, suchą, zimną i spokojną prezentacją faktów - ale to jest zaletą tego dzieła. Właśnie taki powinien być reportaż (a “Przesłuchanie” chyba częściowo nawiązuje do tego gatunku dziennikarskiego, gdyż w okresie stalinizmu naprawdę zdarzały się nieuzasadnione aresztowania, pokazowe procesy i brutalne tortury).


Nie podpisywać rzeczy oczywistych

Ciekawe, że chociaż historia Antoniny Dziwisz jest przedstawiona w tak neutralny i bezstronny sposób, to cała opowieść mocno potrząsa odbiorcą. Fakt, iż “Przesłuchanie” stanowi dzieło wstrząsające i przygnębiające, nie wynika z jego formy, ale z treści. Treść jest bowiem tak straszna, że człowiek uświadamia sobie jej grozę samodzielnie, bez podpowiedzi reżysera. Widzowi nie trzeba tłumaczyć, iż los Toni jest okrutny i niesprawiedliwy - to po prostu widać gołym okiem. W dramacie Bugajskiego nie ma odautorskich komentarzy, gdyż są one całkowicie zbędne. Po cóż, za pomocą jakichkolwiek środków, wyjaśniać odbiorcy, co się dzieje w filmowym świecie, skoro jest to jasne i jednoznaczne (przypomina mi się tutaj kolejna zasada, tym razem stosowana przez twórców fotoreportaży: nie podpisywać rzeczy oczywistych)?


Jedyna wada filmu - wątek romansowy

Czy w filmie “Przesłuchanie” jest coś, co mi się nie podoba? Niestety, tak, ale przecież ideały nie istnieją. Elementem filmu, który nie przypadł mi do gustu, jest pojawiający się w środku dzieła wątek romansowy (kto oglądał dramat, ten wie, o co chodzi, a kto nie oglądał, niech nadrobi tę zaległość). Wątek, o którym mowa, jest naciągany, wymuszony, wciśnięty do fabuły jakby na siłę i zupełnie niepotrzebny. Nie mam pojęcia, co on w “Przesłuchaniu” robi - czy jest prowokacją artystyczną, próbą uczynienia dramatu bardziej pikantnym, czy zwykłym błędem w scenariuszu. A może chodzi w nim o to, żeby pogmatwać losy Antoniny i wprowadzić do filmu pewne urozmaicenie (no, bo miłość, ciąża, poród…)? Nie wiem. Uważam jednak, iż wątek romansowy wyskakuje jak filip z konopi, głupio się zaczyna i głupio kończy, rozwija się bardzo słabo i - poza dzieckiem - niczego do dzieła nie wnosi. Na szczęście, jest on chyba jedyną wadą filmu.


Podsumowanie

Reasumując: “Przesłuchanie” to bardzo dobry, ambitny i poruszający film, który ukazuje człowieka i jego zmieniającą się osobowość na tle trudnego okresu dziejowego (stalinizm, pierwsza połowa lat ’50 XX wieku). Jeśli nie liczyć zbędnego wątku miłosnego, jest on niezwykle udany i świetnie zrealizowany. W dramacie Ryszarda Bugajskiego istnieje psychologiczna głębia, jednak trzeba ją samodzielnie dostrzec, ponieważ reżyser niczego widzowi nie podpowiada. Polecam “Przesłuchanie” jako dzieło historyczne oraz ciekawe studium ludzkiej psychiki, degradowanej przez trudne warunki więzienne i okrucieństwo funkcjonariuszy stalinowskiej bezpieki.


Natalia Julia Nowak,
10 czerwca 2011 roku

poniedziałek, 6 czerwca 2011

Dziennikarki i publicystki apelują o ochronę życia poczętego

Niedawno rozpoczęła się w Polsce wspaniała akcja, mająca na celu obronę najbardziej bezbronnej, a zarazem najsłabiej chronionej grupy społecznej - nienarodzonych dzieci. Ponad 60 dziennikarek i publicystek z różnych mediów (radia, telewizji, prasy, portali internetowych, agencji informacyjnych) podpisało apel o pełną, prawną ochronę życia poczętych istot.

Lista wciąż jest otwarta i czeka na podpisy kolejnych kobiet z medialnego świata. Odezwa, znana jako List Otwarty Dziennikarek: „Przeciwko aborcji", zostanie wkrótce rozesłana parlamentarzystom, decydentom i ludziom mediów. Już teraz można ją znaleźć na stronie www.za-zyciem.pl

Pragnę poinformować, że mam zaszczyt być jedną z uczestniczek tej ważnej akcji. Podpisałam List Otwarty, ponieważ uważam, iż poczęte dziecko to taki sam człowiek jak osoba już urodzona. Nienarodzona istota jest - od początku swojego istnienia - autonomicznym, odrębnym od matki organizmem, posiadającym DNA Homo sapiens. Z naukowego, a więc racjonalnego punktu widzenia, nie ma innej definicji człowieczeństwa.

Głoszone w niektórych mediach przekonanie, według którego nienarodzone dziecko nie jest człowiekiem, to teoria zupełnie nienaukowa i niemożliwa do udowodnienia. Propagowanie poglądów pro-aborcyjnych jest anachroniczne oraz kompromitujące w dobie genetyki i embriologii.

Dzieci poczęte, jako istoty ludzkie, powinny mieć zagwarantowane prawo do życia, godnego traktowania, bezpieczeństwa osobistego i wolności od tortur. Niestety, obecnie są one często pozbawiane tych praw - także w Polsce. Uważam, że należy to jak najszybciej zmienić.

Mam nadzieję, iż List Otwarty Dziennikarek: „Przeciwko aborcji" pozwoli wnieść nową jakość do polskiego prawodawstwa. My, kobiety mediów, uczestniczki antyaborcyjnej akcji, walczymy o prawa człowieka i obywatela. Domagamy się nowoczesnego, humanitarnego państwa oraz przestrzegania art. 18, 30, 38 i 40 Konstytucji RP.

Natalia Julia Nowak,
współpracowniczka tygodnika “Tylko Polska”,
studentka Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej

niedziela, 5 czerwca 2011

W walce o wyzwolenie kultury

“Kultura remiksu” (w oryginale “RiP: A Remix Manifesto”) Bretta Gaylora jest jednym z najlepszych filmów dokumentalnych, jakie miałam przyjemność oglądać. To powstałe w 2008 roku dzieło porusza temat tradycyjnego prawa autorskiego, które - zdaniem reżysera i głównych bohaterów dokumentu - jest zbyt restrykcyjne i niedostosowane do współczesnego, zelektronizowanego świata. Gaylor oskarża Copyright o uczynienie ze sztuki towaru, a nie dobra wspólnego całego społeczeństwa. Zwraca też uwagę na to, iż prawo patentowe (zezwalające na opatentowanie leków, odkryć naukowych, a nawet gatunków roślin i zwierząt) blokuje rozwój medycyny oraz stanowi zagrożenie dla ludzkiego życia i zdrowia.

Punktem wyjścia dla rozważań Bretta Gaylora jest działalność Grega “Girl Talka” Gillisa - młodego człowieka, który na co dzień styka się z ograniczającym go prawem autorskim i patentowym. Greg Gillis z jednej strony jest inżynierem-laborantem, który nieustannie musi sprawdzać, czy jego odkrycia nie zostały już przez kogoś opatentowane i czy można prowadzić nad nimi dalsze badania. Z drugiej strony, jest twórcą mashupów - specyficznych remiksów powstałych z połączenia fragmentów wielu piosenek. Gaylor uważa, że mashupy są formą sztuki, istnymi muzycznymi kolażami. Właśnie dlatego stoi po stronie Girl Talka, nad którym wisi widmo amerykańskiego prawa autorskiego, zakazującego rozpowszechniania i przetwarzania nawet fragmentów utworów muzycznych.

W filmie Gaylora wypowiada się wielu ludzi - oprócz Grega Gillisa, możemy usłyszeć m.in. Cory’ego Doctorowa (dziennikarza, pisarza science-fiction, zwolennika liberalizacji Copyright), prof. Lawrence’a Lessiga (prawnika, obrońcę użytkowników Napstera, twórcę licencji Creative Commons, krytyka tradycyjnego prawa autorskiego) oraz Gilberta Gila (pieśniarza, brazylijskiego ministra kultury, entuzjastę darmowego dostępu do dóbr kulturalnych). Reżyser dopuszcza do głosu również drugą stronę sporu, obrońców restrykcyjnego Copyright, jednak ich wypowiedzi wypadają blado na tle argumentów głównych bohaterów filmu.

Brett Gaylor, Greg “Girl Talk“ Gillis, Cory Doctorow, Lawrence Lessig i Gilberto Gil walczą o to, żebyś Ty, drogi Internauto, mógł umieścić swoją ulubioną piosenkę na YouTube i żeby ktoś inny mógł ją odtworzyć. Walczą o to, żeby DJ-e mogli remiksować różne kawałki, a twórcy prezentacji multimedialnych - dodawać podkłady muzyczne do swoich tworów. Walczą o to, żeby dzieci mogły robić tzw. przeróbki z Ivoną i filmiki typu YouTube Poop. Walczą o to, żeby satyrycy-amatorzy mogli wykorzystywać słynną scenę z filmu “Upadek” i dodawać do niej dialogi komentujące aktualne problemy. Walczą o to, żeby można było robić śmieszne filmiki zawierające wypowiedzi osób publicznych. Walczą o to, żeby goście na przyjęciu urodzinowym mogli swobodnie śpiewać piosenkę “Happy Birthday”, która obecnie jest opatentowana przez Disneya. Walczą o to, żeby miłośnicy Froda, Harry’ego Pottera, Belli Swan i Eleny Gilbert mogli pisać o nich fan fiction.

Żeby fani zespołów muzycznych mogli oglądać w Internecie teledyski swoich idoli. Żeby można było przegrać film z płyty DVD lub kasety VHS i podarować go przyjacielowi. Żeby każdy blogger mógł dodać do swojej notki obrazek znaleziony w Google. Żeby można było - bez specjalnego, płatnego zezwolenia - malować postacie Disneya na ścianach przedszkoli. Żeby dostęp do e-booków był tak nieograniczony jak dostęp do książek w bibliotece. Żeby można było - oczywiście, z podaniem źródła i nazwiska autora - umieścić cudzy artykuł na swojej stronie internetowej. Żeby można było “wrzucić” do Internetu ciekawy fragment wczorajszego dziennika telewizyjnego. Żeby można było, w celach edukacyjnych, publicznie odtwarzać filmy historyczne, np. o śmierci Witolda Pileckiego. I żeby żadna z wymienionych akcji nie była uważana za przestępstwo.

O filmie “Kultura remiksu” dowiedziałam się na wykładzie z nauki o komunikowaniu - moja wykładowczyni nie tylko go poleciła, ale wręcz kazała obejrzeć przed egzaminem. Jako pilna studentka, obejrzałam to dzieło dwa razy, a moja wypowiedź na temat Lawrence’a Lessiga i licencji Creative Commons najprawdopodobniej zadecydowała o tym, iż otrzymałam z egzaminu piątkę. “Chodzi o to, żeby prawo dostosowało się do nas, a nie my do prawa. Żeby było bardziej ludzkie, bardziej zgodne z realiami współczesnego świata” - właśnie tak powiedziałam.

I podtrzymuję te słowa. Tyche, zachowaj Lessiga i jego Wolną Kulturę! Czytelniku, obejrzyj “Kulturę remiksu”, dostępną na licencji Creative Commons w Internecie (wersja z polskim lektorem znajduje się na stronie Iplex.pl)! Nie pozwól, żeby zbyt restrykcyjne prawo autorskie zabiło remiksy, przeróbki, parafrazy, parodie, misheardy, backmaskingi, amatorskie teledyski i prezentacje audiowizualne! Stop komunikatom typu “Film jest niedostępny w twoim kraju”! Panie Gaylor, gratuluję wspaniałego, porywającego filmu i bycia po jasnej stronie Mocy!


Natalia Julia Nowak,
5 czerwca 2011 roku



P.S. Zwiastun “RiP: A Remix Manifesto”:

http://www.youtube.com/watch?v=9oar9glUCL0

czwartek, 2 czerwca 2011

Nie płakałam po Hitlerze!

Nakręcony w 2004 roku film “Der Untergang” - “Upadek“, będący biograficznym dramatem wojennym, to dzieło niezwykle ciekawe, a zarazem niezwykle kontrowersyjne. Film stanowi adaptację książki “Inside Hitler’s Bunker” J. Festa i “Z Hitlerem do końca” T. Junge (pani Junge była osobistą sekretarką nazistowskiego dyktatora, towarzyszącą mu w bunkrze i obserwującą dramatyczne wydarzenia z 1945 roku). Tematyka “Upadku” obraca się wokół ostatnich kilkunastu dni życia Adolfa Hitlera i jego bliskich współpracowników.

“Der Untergang” rozpoczyna się krótką wypowiedzią prawdziwej T. Junge, która - z perspektywy kilkudziesięciu lat - wspomina i ocenia swoją pracę dla przywódcy III Rzeszy. Potem mamy już fabularną rekonstrukcję wspomnień sekretarki Hitlera: razem z Junge obserwujemy to, co się dzieje w bunkrze fuhrera. A dzieje się dużo, zwłaszcza w psychikach głównych bohaterów. Naziści wiedzą bowiem, iż przegrywają wojnę, ale podchodzą do tej sprawy na wiele sposobów.

Część hitlerowców ocenia swoją sytuację realistyczne - ci Niemcy są świadomi, że nie zdołają pokonać aliantów i że mogą walczyć już tylko o ocalenie własnych żyć. Inni, tacy jak Eva Braun czy sam Adolf Hitler, mydlą sobie oczy, próbują wierzyć, iż liczne porażki mają charakter przejściowy. Są też tacy, którzy - wbrew wszelkim znakom na niebie i ziemi - bezkrytycznie wierzą w zwycięstwo, epatują wojennym entuzjazmem i ostro krytykują defetyzm.

Wraz z upływem czasu, kiedy radziecka ekspansja na Rzeszę postępuje, bohaterowie stają się coraz bardziej pesymistyczni. Spisują testamenty, myślą o swoich rodzinach, lamentują, podsumowują własne dokonania, snują refleksje na temat odchodzenia z honorem i przyszłości świata. O ile wcześniej namawiali Hitlera do wyjazdu z Berlina, o tyle teraz - kiedy nazistowski wódz postanowił pozostać w bunkrze - decydują, czy uciec ze stolicy, czy zginąć razem z fuhrerem. Naturalnie, rodzi to wiele dylematów, gdyż postacie mają różne hierarchie wartości i rozmaicie podchodzą do życia oraz śmierci.

Dookoła szaleje wojna, mieszkańcy Berlina ostatkiem sił bronią swojego miasta przed Rosjanami, chociaż nie mają już żadnych szans na sukces. Ciągle ktoś ginie i odnosi rany, zdarzają się nawet samobójstwa i zabójstwa na życzenie ofiar. Nieustannie pojawiają się pytania o honor, patriotyzm i lojalność wobec zwierzchników, jednak brakuje na nie jednoznacznych odpowiedzi. Berlin jest zrujnowany, żołnierzy ubywa, natomiast dowódcy pomału tracą wiarę w możliwość zwycięstwa.

Jak już wspomniałam, “Der Untergang” - “Upadek” to film kontrowersyjny. Z jednej strony, jest on bardzo poruszający i głęboki pod względem psychologicznym, ukazuje nazistów nie jako puste, głupie, żądne krwi bestie, tylko jako ludzi obdarzonych uczuciami i wyznających określone wartości. Z drugiej strony, stanowi on pewną manipulację, gdyż gra na emocjach odbiorców i zachęca do solidaryzowania się z hitlerowcami. Istne pranie mózgu i ogłupianie widzów, zwłaszcza tych, którzy nie doświadczyli okrucieństw II wojny światowej.

W dramacie “Upadek” naziści zostali przedstawieni jako istoty całkiem sympatyczne, zasługujące na współczucie, kochające i zatroskane o swoich bliźnich. Moim zdaniem, taki obraz hitlerowców jest niebezpieczny, ponieważ skłania odbiorców do litowania się nad katami, a przemilcza ich zbrodnie i niegodziwości. “Der Untergang” ukazuje historię w sposób stronniczy i niesprawiedliwy, prezentuje fakty wyłącznie z punktu popleczników Adolfa Hitlera, koncentruje się na ich zaletach lub pseudozaletach, ukrywa zaś ponurą prawdę o zbrodniczej działalności tej formacji politycznej.

Z filmu “Upadek” wyłania się obraz fuhrera jako nieszczęśliwej, zagubionej, chorej psychicznie jednostki, która nie wie, o czym właściwie mówi i czego żąda od swoich podwładnych. Hitler przypomina TragiKomicznego arlekina, istotę groteskową - śmieszną i wzruszającą jednocześnie. Jest kruchy i słabiutki niczym staruszek, albowiem stres spowodowany niepowodzeniami i zbliżającą się klęską odbiera mu zdrowie oraz przygniata go jak Hugo-Wie-Jakie-Brzemię.

Oglądając “Der Untergang”, odbiorca ma wrażenie, że reżyser próbuje za wszelką cenę usprawiedliwić przywódcę III Rzeszy, a z jego popleczników zrobić wrażliwych ludzi z zasadami. Twórca filmu chętnie pokazuje płaczących nazistów, nie zaś osoby, które płakały przez nich (chociażby w Auschwitz-Birkeneu). Oczywiście, nie zmienia to faktu, iż “Upadek” - jako produkcja filmowa - jest bardzo udany i interesujący. Dramat sam w sobie jest dobry, miło się go ogląda, aczkolwiek po jego obejrzeniu myślący widz ma poczucie zlasowania mózgu.

W niniejszej recenzji nie chodzi o krytykowanie sprawnie nakręconego filmu, tylko o przewidywanie skutków, jakie może on wywołać. Jeszcze jedna taka produkcja, jeszcze jedna wzmianka o “polskich obozach koncentracyjnych” w zachodnich mediach, a światowa opinia publiczna naprawdę uwierzy w “szlachetność” i “niewinność” hitlerowców oraz zrzuci niemiecką winę na Polaków. Bardzo mnie to niepokoi, ponieważ jest to fałszowanie historii, połączone z wybielaniem zbrodniarzy i zniesławianiem osób niewinnych. Nie chcę, żeby społeczeństwo patrzyło na Adolfa Hitlera i jego współpracowników przez pryzmat “Der Untergang”. Po prostu nie chcę i już.

Czy polecam “Upadek” swoim Czytelnikom? I tak, i nie. “Der Untergang”, jako dzieło filmowe, jest rewelacyjny oraz godny uwagi. Ale jako nośnik treści historycznych jest groźny i - na dłuższą metę - bezwartościowy. Nie mam możliwości, aby zabronić Czytelnikom obejrzenia omawianej produkcji. Mogę ich jedynie poprosić, by obcowali z tym dramatem ostrożnie i nie przyjmowali wizji reżysera jako “jedynej słusznej”.


Natalia Julia Nowak,
2 czerwca 2011 roku