czwartek, 28 kwietnia 2011

TragiFarsa, czyli przygody UB-eka Zdzisława

Nazywam się Natalia Julia Nowak i już od kwietnia 2010 roku tworzę serię dramaturgiczną o Zdzisławie Baumfeldzie (cynicznym funkcjonariuszu Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego), Marii Lolicie (jego bezmyślnej kochance, a zarazem Tajnej Współpracowniczce UB) oraz Wespazjanie Cipce (niewinnym więźniu, którego Zdzisław fałszywie oskarża o działalność wywrotową). Rzeczona seria, której wszystkie części zawierają w tytule słówko “TragiFarsa”, ukazuje głównych bohaterów z dwóch perspektyw. Raz poznajemy ich jako młodych ludzi żyjących w okresie Polski Ludowej, innym razem - jako staruszków próbujących się odnaleźć we współczesnym świecie.

Cykl sztuk teatralnych jest rozwinięciem wątków, które opisałam w moim opowiadaniu “Biblia ubecji, czyli teczka towarzysza Zdzisława” oraz w czwartej i piątej scenie (tudzież w epilogu) dramatu “Bardzo Spiskowa Teoria Dziejów”. Adresuję go przede wszystkim do starszych nastolatków (16-19 lat), którzy zazwyczaj nie interesują się historią, mają nikłe pojęcie o przeszłości Polski i Europy oraz są podatni na różnego typu manipulacje. Ale nie tylko do starszych nastolatków. Myślę, że osoby dojrzałe również mogą być zainteresowane TragiFarsą ze względu na jej specyficzną tematykę. A teraz informacja dla niewtajemniczonych: sama mam 20 lat (rok urodzenia 1991).

Czytelników, którzy jeszcze nie znają mojej TragiFarsowej serii, zachęcam do zapoznania się z poniższymi opisami jej poszczególnych części. Zapewniam, że wszystkie dramaty można bez trudu znaleźć w Internecie. Życzę przyjemnej lektury!


“TragiFarsa socNIErealistyczna”
(rozmiar dramatu według serwisu Opowiadania.pl - 45 KB)


Jest rok 1948. SocNIErealistyczna przygoda, która spotyka 27-letniego Zdzisława Baumfelda, rozpoczyna się dosyć banalnie. Młody podporucznik Urzędu Bezpieczeństwa i jego towarzysz Archibald Moździerz jak zwykle wyruszają na “nocne łowy”, aby aresztować podejrzanie zachowujących się ludzi pod zarzutem działalności wywrotowej. Łapanka od samego początku wiąże się z niepożądanymi perypetiami, jednak w końcu dwóm funkcjonariuszom bezpieki udaje się zatrzymać 24-letniego Wespazjana Cipkę - obywatela, który spaceruje po mieście o godzinie 11:00 w nocy. Zdzisław nie ma żadnych wątpliwości: Wespazjan musi być jednym z ONYCH! A jeśli nim nie jest, to trzeba zrobić wszystko, aby okazało się, że jednak jest! 24-latek zostaje siłą wepchnięty do czarnej wołgi i zawieziony do budynku UB. Dwadzieścia godzin później rozpoczyna się jego przesłuchanie, w którym uczestniczą Baumfeld, Moździerz oraz wolna obserwatorka Maria Lolita (TW, którą Zdzisław nieregulaminowo zabrał ze sobą do pracy). Wespazjan, zamiast odpowiadać na pytania przesłuchujących, ostentacyjnie pokazuje im, że się ich nie boi: gra funkcjonariuszom na nerwach, kpi z nich, pozwala sobie na głupie żarty i brzydkie określenia pod ich adresem. Pytanie: czy cierpliwość UB-eków, znanych z brutalności i bezwzględności, będzie trwała wiecznie?


“TragiFarsa 59 lat później”
(rozmiar dramatu według serwisu Opowiadania.pl - 34 KB)


Jest rok 2007. Zdzisław Baumfeld, niegdysiejszy funkcjonariusz UB i oprawca Wespazjana Cipki, jest już 86-letnim starcem. Pewnego dnia spotyka w parku miejskim swoją byłą kochankę, ex-TW Marię Lolitę, z którą zaczyna dyskutować na temat przeszłości. Zdzisław jest przekonany, że komunizm skończył się wraz z okresem stalinizmu, czyli w roku 1956. Twierdzi także, iż od tej pory sytuacja w Polsce nieustannie się pogarsza, a ludzie jego pokroju - zamiast cieszyć się powszechnym respektem - stają się wyrzutkami społecznymi. Baumfeld naśmiewa się z byłych agentów Służby Bezpieczeństwa i opisuje ich jako marne podróbki radykalnych UB-eków. Potem temat dyskusji się zmienia - Zdzisław opowiada Marii Lolicie o nowym sąsiedzie, który zamieszkał w jego wieżowcu. Chwilę później ów sąsiad, czyli 83-letni Wespazjan Cipka, również pojawia się w parku miejskim w towarzystwie swojej wnuczki, 16-letniej Kordelii Kordelas. Baumfeld nie może się powstrzymać przed zaatakowaniem swojej dawnej ofiary: zaczepia Wespazjana, oskarża go o umyślne zalanie mieszkania, a nawet grozi procesem sądowym. Dziadek Kordelii jest zaszokowany cynizmem człowieka, który kiedyś go torturował, a teraz udaje ofiarę losu. Gdy Zdzisław próbuje uderzyć Cipkę, w obronie ex-więźnia staje Siemomysł Ciesielski, skądinąd były SB-ek…


“TragiFarsa 3. Skandal stulecia”
(rozmiar dramatu według serwisu Opowiadania.pl - 50 KB)


Jest rok 1948. Kilka minut po wydarzeniach opisanych w “TragiFarsie socNIErealistycznej” Zdzisław Baumfeld i jego współtowarzysze rozpoczynają przygotowania do czegoś karygodnego i niecodziennego - libacji alkoholowej w UB-eckiej piwnicy. Do udziału w zakazanej zabawie zostaje zaproszona garstka funkcjonariuszy, TW Maria Lolita, a nawet Wespazjan Cipka, który jeszcze przed chwilą był w tej piwnicy przesłuchiwany. Niektórzy UB-ecy są sceptycznie nastawieni do pomysłu młodego podporucznika, ale - jako niżej od niego postawieni - muszą się stosować do jego poleceń. Tymczasem sam Baumfeld przekonuje przedstawicieli bezpieki, że o skandalicznej imprezie “nikt się nie dowie”. W pewnym momencie jeden z szeregowców wpada na pomysł, aby sprowadzić Wespazjanowi towarzystwo - młodą więźniarkę. Ową więźniarką zostaje 24-letnia Franciszka Ksawera, która jest bardzo skatowana, spokorniała, złamana psychicznie i ma stopy owinięte zakrwawionymi bandażami. Zabawa się rozpoczyna, a obłudni UB-ecy udają, że tego dnia “wszyscy są solidarni” i “rezygnują ze sztucznego podziału na swoich i ONYCH”. W połowie libacji funkcjonariuszka Jozafata przynosi biesiadnikom przerażającą wiadomość: dyrektor i wicedyrektorka UB wrócili do Młodzianowic wcześniej niż zaplanowali!


“TragiFarsa + 60 lat”
(rozmiar dramatu według serwisu Opowiadania.pl - 58 KB)


Jest rok 2008. 84-letni Wespazjan Cipka oraz jego wnuczka, 17-letnia Kordelia Kordelas, robią zakupy w hipermarkecie Eldoradis. Dziewczyna zwraca uwagę na to, że od dawna nie widuje Zdzisława Baumfelda - byłego funkcjonariusza UB, który niegdyś przesłuchiwał jej dziadka. Wespazjan zdradza Kordelii, że Baumfeld wyjechał do Ameryki Północnej, aby promować swoją zakłamaną autobiografię, w której przedstawił fałszywy obraz stalinistycznej bezpieki. Zarówno dziadek, jak i wnuczka, oburzają się faktem, że dawny oprawca Polaków staje się międzynarodową gwiazdą, a jego kłamstwa uchodzą na Zachodzie za prawdę. W pewnym momencie do Cipki i Kordelas dołącza 81-letnia Maria Lolita, ex-kochanka Zdzisława i ex-Tajna Współpracowniczka UB. Wespazjan informuje ją, że ona również jest lansowana przez współczesne media na bohaterkę - dwaj amerykańscy reżyserzy kręcą o niej dramat historyczny, a poślubiona Japończykowi Polka i jej nastoletnia córka rysują mangę. Zarówno film, jak i komiks, są inspirowane poczytną biografią Marii Lolity, którą opublikowano bez wiedzy i zgody tejże. Gdy 81-latka schodzi ze sceny, Wespazjan i Kordelia spotykają samego Baumfelda. Były UB-ek chwali się, że jest już znany i ceniony w USA, a młodzi ludzie noszą koszulki z jego podobizną. Zupełnie, jakby był drugim Ernesto “Che” Guevarą…


“TragiFarsa 5. Odcinek specjalny”
(rozmiar dramatu według serwisu Opowiadania.pl - 71 KB)


Jest rok 1952. W życiu 31-letniego Zdzisława Baumfelda, funkcjonariusza Urzędu Bezpieczeństwa, nastają ciężkie czasy. Nie dość, że zostaje on dyscyplinarnie zwolniony z pracy przez swojego dyrektora, płk Waldeberta Werfelberga, to jeszcze odwracają się od niego wszyscy przyjaciele, łącznie z Archibaldem Moździerzem. Zdzisław, który nie ma już czego szukać w Młodzianowicach, wyjeżdża do stolicy Polski Ludowej, gdzie szybko zdobywa popularność i staje się znany w różnych środowiskach. Wówczas w życie byłego UB-eka zaczynają ingerować "siły wyższe". Jakaś ważna osoba z Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego dzwoni do Werfelberga i składa mu propozycję oddania Baumfelda w ręce warszawskiej bezpieki. Czy szef lokalnego UB zgodzi się na zlikwidowanie Zdzisława? Jaki los spotka odtrąconego przez wszystkich ex-funkcjonariusza, który wyjechał do Warszawy w poszukiwaniu szczęścia? Czym są Pierwsza, Druga i Trzecia Tajemnica Młodzianowicka? Jaka nadprzyrodzona istota zna ich treść? A tak w ogóle, to kim jest "ważna osoba z Warszawy" i dlaczego zawraca sobie głowę trzeciorzędnym UB-ekiem z małego miasteczka? Czy to prawda, że "jak nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi o pieniądze"? Odpowiedź na wszystkie te pytania znajduje się w "TragiFarsie 5. Odcinku specjalnym"!


“TragiFarsa 6. Totalna porażka”
(rozmiar dramatu według serwisu Opowiadania.pl - 53 KB)


Jest rok 1949. Wespazjan Cipka (24,5 roku), który kilka miesięcy wcześniej został aresztowany przez Urząd Bezpieczeństwa i fałszywie oskarżony o działalność wywrotową, jest już częściowo złamany brutalnym śledztwem, jakie prowadzi przeciwko niemu 28-letni funkcjonariusz, podporucznik Zdzisław Baumfeld. Zbuntowany młodzieniec nadal - aczkolwiek coraz rzadziej - próbuje udawać człowieka nieustraszonego i pewnego siebie. Jego czyny przeczą jednak temu wizerunkowi: Wespazjan zdążył już się podpisać pod sfałszowanym zeznaniem, obciążającym jego oraz kilka słabo znanych mu osób. Jeśli chodzi o przedstawicieli bezpieki, są już oni na etapie redagowania aktu oskarżenia, który ma zostać wysłany do Wojskowego Sądu Rejonowego, a który przedstawia Cipkę w skrajnie niekorzystnym świetle. Jednak przed procesem Wespazjan musi podpisać jeszcze jedno zeznanie, tym razem wymierzone w jego ojca. Ponieważ młody mężczyzna nie ma na to najmniejszej ochoty, Zdzisław grozi mu, że wyśle do niego niejakiego Dżafara Takiffa - człowieka, przed którym drżą nawet najdzielniejsi więźniowie. Kim on jest? Dlaczego sam Baumfeld się go boi? Aż strach pomyśleć!


“TragiFarsa 7. Teoria spisku”
(rozmiar dramatu według serwisu Opowiadania.pl - 44 KB)



Jest rok 1952. Świętożyźń Klemermann, dawna koleżanka z pracy Zdzisława Baumfelda, zaprasza do siebie garstkę zaufanych UB-eków, żeby porozmawiać z nimi o wypadkach opisanych w “TragiFarsie 5. Odcinku specjalnym”. Kobieta uważa, że oficjalna wersja Tamtych Wydarzeń, podana przez pułkownika Waldeberta Werfelberga, jest naciągana i niewiarygodna. Zdaniem funkcjonariuszki, dyrektor młodzianowickiego Urzędu Bezpieczeństwa okłamuje swoich podwładnych, a niedawny zamach na życie Baumfelda to mistyfikacja na niespotykaną wcześniej skalę. Świętożyźń przekonuje swoich towarzyszy, że całe oszustwo zostało starannie zaplanowane przez samego Zdzisława, będącego w zmowie z Werfelbergiem oraz “ważną osobą z Warszawy”. UB-ecy początkowo nie wierzą w teorię Klemermann, jednak później większość z nich zmienia zdanie i dołącza do utworzonego przez nią ruchu społecznego Kelvin 2/5/52 (nie mylić z Farenheit 9/11!). Celem owego ruchu ma być odkrycie i upublicznienie prawdy na temat wydarzeń, które miały miejsce między 30 kwietnia a 2 maja 1952 roku. W pewnym momencie do dyskutujących komunistów dołącza 17-letnia córka Świętożyźni, Gniewosądka, która przynosi im paczkę od pewnego warszawskiego milicjanta. Zawartość przesyłki przemawia na korzyść relacji Werfelberga…


“TragiFarsa 8. Nowa era”
(rozmiar dramatu według serwisu Opowiadania.pl - 54 KB)


Jest rok 1959. 38-letni Zdzisław Baumfeld, który po Tamtych Wydarzeniach był zmuszony uciec z Polski Ludowej do USA, niespodziewanie wraca do kraju. Spontaniczna decyzja byłego UB-eka bynajmniej nie wprawia w euforię jego rodziny i znajomych. Matka Baumfelda, jego młodsza siostra i koleżanka Miłochna Jabłońska uważają, że powrót niegdysiejszego funkcjonariusza bezpieki to szaleństwo oraz niepotrzebne ryzyko. Zdzisław upiera się jednak przy opinii, iż postąpił słusznie, albowiem stary znajomy Tryfiliusz Zieliński przekonał go o polepszeniu się sytuacji w Polsce. W pewnym momencie na spotkanie komunistycznego reemigranta wychodzi jego dawna kochanka, 32-letnia Maria Lolita, która opowiada mu o tym, co się z nią działo pod jego siedmioletnią nieobecność. Baumfeld dowiaduje się wówczas, że ex-TW, która współpracowała z ubecją wyłącznie dla niego, chciała po jego ucieczce popełnić samobójstwo. Zostaje również poinformowany, iż Maria Lolita była perfidnie szantażowana przez dyrektora młodzianowickiego UB, pułkownika Waldeberta Werfelberga. W trakcie rozmowy Zdzisław dowiaduje się także o szokującej śmierci owego oficera oraz o burzliwych losach jego zastępczyni. Niespodziewanie wchodzi na scenę Tryfiliusz Zieliński, który podejrzanie się zachowuje i kpi z naiwności Baumfelda…


“TragiFarsa 9. Rok 2009”
(rozmiar dramatu według serwisu Opowiadania.pl - 38 KB)


Jest rok 2009. Zdzisław Baumfeld, żyjący na świecie już 88 lat, siedzi w swoim mieszkaniu i ogląda telewizyjny reportaż, w którym występują jego sąsiedzi. Państwo Rysikowie, Minigniew Sadowski i Niestanka Kwasigroch żalą się, że były UB-ek, nazywany “Zdzisławem B.”, regularnie dokucza im oraz innym mieszkańcom Młodzianowic. Bohaterowie reportażu zwracają szczególną uwagę na sposób, w jaki niegdysiejszy funkcjonariusz Urzędu Bezpieczeństwa traktuje swoją ex-ofiarę, czyli Wespazjana Cipkę. Mówią, że Zdzisław B. dręczy Wespazjana psychicznie i za pośrednictwem Internetu oraz nieustannie przypomina mu o przesłuchaniach i niedoszłej egzekucji sprzed ponad 60 lat. Zdaniem Rysików, Sadowskiego i Kwasigroch, całe miasto żywi do Zdzisława niechęć i jest gotowe dokonać na nim samosądu za kilka dekad okrucieństwa i złośliwości. W pewnym momencie Baumfeld słyszy dzwonek do drzwi, toteż wyłącza telewizor. Niespodziewanym gościem Zdzisława okazuje się 18-letnia wnuczka Cipki, Kordelia Kordelas, która niedawno zaprzyjaźniła się z byłym UB-ekiem. Nastolatka twierdzi, że odkąd uczyniła Baumfelda swoim przyjacielem, społeczeństwo uważa ją za zdrajczynię i kolaborantkę. Niespodziewanie przychodzi po Kordelię Wespazjan, który przypomina jej o zbrodniach Zdzisława i prosi ją o ostrożność…


“TragiFarsa 10. Część jubileuszowa”
(rozmiar dramatu według serwisu Opowiadania.pl - 43 KB)


Jest rok 1953. Funkcjonariusze Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Młodzianowicach są wstrząśnięci niespodziewaną śmiercią swojego dyrektora, niesławnego pułkownika Waldeberta Werfelberga. Wiadomość o zgonie szefa PUBP, chociaż szokująca dla wszystkich pracowników, wywołuje u nich bardzo różne reakcje. Świętożyźń Klemermann i Gliceria Gościwit, które niegdyś nienawidziły Werfelberga i oskarżały go o nieszczerość wobec podwładnych, teraz po nim płaczą i bronią jego reputacji. Archibald Moździerz, znany z cynizmu i specyficznego poczucia humoru, układa na poczekaniu satyryczne fraszki o śmierci swojego dyrektora oraz o zachowaniu innych UB-eków. Doroteusz Kpina oskarża Świętożyźń i Glicerię o obłudę i niekonsekwencję. Ubysław Hoffmendel i przybyły z Wolisławowa Jędrzej Świniarz pogrążają się w zadumie i melancholii. Fulgencjusz i Gorgoniusz Skwarowscy wtórują Moździerzowi w żartowaniu ze śmierci Werfelberga. Cztery dni później, na krótko przed pogrzebem pułkownika, pełniąca obowiązki dyrektora PUBP Mroczysława Kalinowska-Wójcik spotyka się ze swoją przyjaciółką, postacią historyczną - Krwawą Luną, Julią Brystiger (Brystygier). Podczas rozmowy wychodzi na jaw, że Werfelberg został otruty przez Mroczysławę, która chciała zostać nowym szefem młodzianowickiego UB…


“TragiFarsa 11. Strajk ścisły”
(rozmiar dramatu według serwisu Opowiadania.pl - 36 KB)


Jest rok 1948. Jakiś czas po wydarzeniach opisanych w “TragiFarsie socNIErealistycznej” i “TragiFarsie 3. Skandalu stulecia” funkcjonariusze Urzędu Bezpieczeństwa, 27-letni ppor. Zdzisław Baumfeld i 43-letni plut. Archibald Moździerz, samowolnie organizują strajk na terenie UB-eckiego budynku. Pracownicy bezpieki chcą w ten sposób zaprotestować przeciwko ostatniej decyzji swojego dyrektora, którą uważają za bezsensowną i podjętą z czystej złośliwości. Strajk funkcjonariuszy UB ma polegać na powstrzymywaniu się od przesłuchiwania, a co za tym idzie: katowania aresztantów. Baumfeld i Moździerz wywiązują się ze swojego postanowienia: zamiast znęcać się nad 24-letnim więźniem Wespazjanem Cipką, nawiązują z nim całkiem sympatyczną rozmowę na tematy niezwiązane ze śledztwem. Podczas rzeczonej rozmowy Zdzisław opowiada co nieco o swojej sytuacji rodzinnej, planach na przyszłość, błyskotliwych pomysłach oraz niechęci do własnego szefa, czyli płk Waldeberta Werfelberga. Pogawędka UB-eków z aresztantem, do której w pewnym momencie przyłącza się również TW Maria Lolita, zostaje przerwana przez nadejście wicedyrektorki UB, Mroczysławy Kalinowskiej-Wójcik. Zastępczyni Werfelberga krytykuje zachowanie podwładnych i grozi im karą za zbyt łagodne traktowanie więźniów…


“TragiFarsa 12. Kukułcze gniazdo”
(rozmiar dramatu według serwisu Opowiadania.pl - 30 KB)


Jest rok 1953. Ppłk Mroczysława Kalinowska-Wójcik, która kilka tygodni wcześniej zamordowała W. Werfelberga, a następnie R. W. Witkowskiego, jest nowym dyrektorem młodzianowickiego Urzędu Bezpieczeństwa. Kobieta nadal zmaga się ze schizofrenią, a jej zastępczynie, kpt. Ożanna Dudek i kpt. Kwieta Kapitolina Kowalczyk, czuwają nad tym, aby regularnie zażywała leki psychotropowe. Nie wie jednak, iż niegodziwe wicedyrektorki podają jej - oprócz niezbędnych medykamentów - narkotyki, aby móc manipulować jej umysłem. Wprawdzie zauważa, że otrzymuje więcej tabletek niż powinna, ale nie może się sprzeciwić Ożannie i Kwiecie, gdyż zastępczynie grożą jej odesłaniem do tzw. psychuszki. Tymczasem w samym UB panuje chaos. Po śmierci Werfelberga i Witkowskiego część UB-eków uznała, iż owi zmarli mężczyźni byli wielkimi bohaterami, którym należy wybudować pomniki. Inni przyjęli zaś tezę, według której Werfelberg i Witkowski byli niegodnymi uwagi nieudacznikami. Oba skłócone obozy mają swoich zwolenników wśród dygnitarzy MBP (ideę budowy pomników popierają m.in. Fejgin, Różański i Czaplicki, a potępiają Berman, Brystygierowa i Minc). Ożanna i Kwieta boją się, że taki rozłam w UB może doprowadzić do czystek partyjnych, aresztowań i innych nieszczęść…


“TragiFarsa 13. Krótka forma teatralna”
(rozmiar dramatu według serwisu Opowiadania.pl - 18 KB)


Jest rok 1952. Dwa tygodnie przed Tamtymi Wydarzeniami Zdzisław Baumfeld, 31-letni podporucznik UB, zostaje wezwany “na dywanik” do swojej wicedyrektorki, podpułkownik Mroczysławy Kalinowskiej-Wójcik. Kobieta gani podwładnego za nieodpowiedzialne zachowanie, którego ten dopuścił się poprzedniego dnia. Tak się bowiem złożyło, że Baumfeld nieumyślnie doprowadził do śmierci przesłuchiwanego przez siebie więźnia, Syzyniusza Podgórskiego. Mroczysława twierdzi, iż Urząd Bezpieczeństwa będzie miał trudności z wytłumaczeniem społeczeństwu, dlaczego ów człowiek - skądinąd przeznaczony na stracenie - zmarł przed zaplanowaną rozprawą sądową. W pewnym momencie wchodzi do pomieszczenia szef młodzianowickiej ubecji, pułkownik Waldebert Werfelberg. Kiedy Kalinowska-Wójcik opowiada mu o ostatnim przewinieniu Zdzisława, Werfelberg stwierdza, iż cała ta afera to “burza w szklance wody”, a przedwczesną śmierć Podgórskiego można łatwo zatuszować. Ponieważ Baumfeld myśli, że dyrektor UB przebaczył mu jego występek, zaczyna głośno chwalić “mądrość” i “wyrozumiałość” swojego szefa. Radość Zdzisława okazuje się jednak nieuzasadniona, albowiem pułkownik wyraża pogląd, iż 31-letni podporucznik zasługuje na karę za akty niekompetencji, które zdarzają mu się coraz częściej…


“TragiFarsa 14. Kryzys wieku średniego”
(rozmiar dramatu według serwisu Opowiadania.pl - 31 KB)


Jest rok 1962. Były funkcjonariusz młodzianowickiego Urzędu Bezpieczeństwa, Zdzisław Baumfeld, mający już 41 lat, przeżywa kryzys wieku średniego. Mężczyzna, który niegdyś był pewny siebie, energiczny i pełen optymizmu, sprawia wrażenie pogrążonego w depresji. Nie dość, że jest nieustannie przygnębiony, to jeszcze zamyka się w sobie i izoluje od ludzi. Na nietypowe zachowanie Baumfelda zwraca uwagę jego matka, 64-letnia Ruta, która bezskutecznie próbuje go pocieszyć. Kobieta zachęca syna, aby zwierzył jej się ze swoich problemów. Początkowo Zdzisław nie chce rozmawiać z Rutą, ale potem się przełamuje i opowiada jej o swoich zmartwieniach. Mężczyzna nie może zaakceptować faktu, że z wysoko postawionego, dobrze zarabiającego i chwalonego przez przełożonych funkcjonariusza UB zamienił się w wyrzutka społecznego, powszechnie pogardzanego za zbrodnie z okresu stalinizmu. Zarzuca matce, iż to ona wychowała go na oprawcę i mordercę, przez co zmarnował sobie życie. Podkreśla, że mieszkańcy Młodzianowic mają identyczne odczucia, tym bardziej, iż to właśnie Ruta przyczyniła się do przedterminowego zwolnienia Baumfelda z więzienia. W pewnym momencie Zdzisław - zdenerwowany faktem, że matka traktuje go jak zagubione dziecko - rzuca się z pięściami na własną rodzicielkę…

Jako autorka powyższych czternastu TragiFars nie wykluczam możliwości napisania części piętnastej. Kto wie, może już niedługo poznamy kolejne sekrety UB-eka Zdzisława, jego kochanki Marii Lolity, szalonego w swej śmiałości więźnia Wespazjana oraz innych postaci? Mam już sporo pomysłów na kontynuację serii, ale nie wiem, czy i kiedy je zrealizuję. Dlatego dzisiaj nie chciałabym niczego obiecywać ani przekreślać. Wszystko zależy od tego, czy nie zabraknie mi weny twórczej…


Natalia Julia Nowak,
12 lipca 2010 - 28 kwietnia 2011



P.S. Zapraszam również do lektury opowiadań “Biblia ubecji, czyli teczka towarzysza Zdzisława” i “PUBP, czyli polska Strefa 51”. Ponadto, informuję o istnieniu felietonów zatytułowanych “TragiFarsa od kuchni” i “Pan Iksiński, pierwowzór towarzysza Zdzisława”.

piątek, 22 kwietnia 2011

Historia Weroniki

MUZYCZNE MOTTO:

“Wyśmiana przez człowieka, do granic wstydu
Mała dziewczynka mająca przed sobą całe życie
By zachować wspomnienie jednego życzliwego słowa
Pozostanie pomiędzy bestiami
Czas na jeszcze jeden śmiały sen
Przed jej ucieczką, zgasimy promyk raju
Jej własnym kochającym sercem”


Nightwish, „Eva”
(tłum. Maestro - Tekstowo.pl)




Weronika, lat 20, Małopolska

Znam osobiście dziewczynę, która na własnej skórze doświadczyła ludzkiej podłości i bezduszności. Dziewczyna, o której mowa, ma równe 20 lat i mieszka w Małopolsce. W niniejszym artykule będę ją nazywać Weroniką, chociaż tak naprawdę nosi ona zupełnie inne imię. 20-latka wiele razy doświadczyła w swoim życiu przemocy fizycznej i psychicznej, przejawiającej się na wiele sposobów. Nabrała przez to przekonania, iż naiwny, pozytywny światopogląd może się zawalić, a życie jest po prostu brutalne. Jednak to nie życie jest brutalne, tylko człowiek. Jak napisała Zofia Nałkowska: “To ludzie ludziom zgotowali ten los”.


“W obliczu bólu nie ma bohaterów”

Moja znajoma, z którą kontaktuję się zarówno w realnym świecie, jak i przez Internet, nie lubi opowiadać o swoich przeżyciach, bo uważa to za rozdrapywanie starych ran i ponowne przeżywanie własnego nieszczęścia. Dla mnie zrobiła jednak wyjątek i wtajemniczyła mnie w swój mroczny, ciążący na duszy sekret. Weronika nie chce zdradzać swojego prawdziwego imienia, gdyż jej opowieść jest bardzo osobista. Twierdzi również, iż bolesne przeżycia to nie jest powód do chwalenia się ani do robienia z siebie bohatera. Kiedy przytoczyłam 20-latce jeden z moich ulubionych cytatów, słowa “W obliczu bólu nie ma bohaterów” George’a Orwella, ona się z nim zgodziła. Są w życiu przykrości, przy których człowiek “wymięka” - nawet, jeśli wcześniej uważał się za odważnego i niezłomnego. Weronika mówi, iż mogłaby to “poświadczyć własną krwią”.


Co przytrafiło się Weronice?

Moja znajoma opowiedziała mi o tym, jak targano ją za włosy, jak popychano ją na ścianę, jak popychano ją na schodach, jak kopano ją i jej rzeczy, jak na nią pluto, jak ją policzkowano, jak rzucano w nią różnymi przedmiotami (np. papierowymi kulkami, kawałkami jedzenia, kawałkami gumki do ścierania, kawałkami długopisu albo pustymi, plastikowymi butelkami), jak wysypywano jej na głowę resztki chipsów, jak szarpano trzymane przez nią książki, jak ją gryziono, jak wsypywano jej do torby jakieś paskudztwa, jak fotografowano ją bez pytania o zgodę, jak bezprawnie umieszczano jej zdjęcia w Internecie, jak dotykano ją wbrew jej woli, jak podglądano ją w toalecie, jak grożono jej pobiciem i podpaleniem włosów, jak zabraniano jej odzywania się, jak życzono jej śmierci, jak kradziono jej własność intelektualną, jak zmuszano ją do zmiany środowiska, jak ją wyzywano, obrażano (także w Internecie) i ośmieszano przy obcych osobach, jak ją pomawiano o różne czyny i wyszukiwano fałszywych świadków potwierdzających te oszczerstwa, jak otwarcie mówiono jej, iż jest dyskryminowana, jak krytykowano i negowano jej osiągnięcia, jak podkładano jej nogę, jak krzyczano jej do ucha, jak na nią dmuchano, jak znieważano jej rodzinę, jak podchodzono bardzo blisko niej, aby ją przestraszyć, jak w tym samym celu ją otaczano, jak obgadywano ją w taki sposób, żeby to słyszała…


Przemoc psychiczną trudno udowodnić!

Weronika podkreśla, że częściej niż przemocy fizycznej doświadczała przemocy psychicznej. Ta zaś jest - z przyczyn oczywistych - trudna do opisania i udowodnienia, przez co sprawców szykan zazwyczaj nie da się ukarać. 20-latka wspomina różne doświadczenia ze swojego życia, na przykład to, jak jesienią i zimą chowano jej kurtkę i buty, przez co nie mogła się ubrać i wrócić do siebie. Dziewczyna bała się wtedy, że jej odzież mogła zostać skradziona, jednak później odnajdywała swoje rzeczy w dziwnych oraz trudno dostępnych miejscach. Nieważne, gdzie to wszystko się działo. Grunt, że działo się naprawdę… chociaż nie powinno. Grunt, że działo się bardzo długo i było dostrzegane przez osoby postronne.


Utrata moralnej niewinności

Doświadczenia, które spotkały Weronikę, mogą być nazywane różnie: znawcy tematu zapewne mają na nie odpowiednie określenia. Sama 20-latka nazywa je po prostu torturami, gdyż twierdzi, iż doprowadziły one do złamania jej psychiki. Dziewczyna mówi, że najgorszy był dla niej przełom lat 2008 i 2009. To właśnie wtedy agresja jej prześladowców była największa, a jej nerwy - najbardziej nadszarpnięte. W tym kryzysowym okresie prześladowały Weronikę myśli samobójcze. Zresztą, nie tylko myśli samobójcze, ale również chorobliwa żądza zemsty, marzenie, aby podłość jej wrogów szybko do nich powróciła. Dziewczyna przekonała się na własnej skórze, że cierpienie nie uszlachetnia, tylko zabija w człowieku “moralną niewinność” (miłość do bliźniego, wiarę w dobro, nadzieję na lepsze jutro, radość życia, życzliwość i cierpliwość).


Strach, desperacja i nagłe wybawienie

20-latka deklaruje, iż kiedyś chodziła jej po głowie myśl, jaka dla ludzi nieznających przemocy i złego traktowania może być tzw. bajką o żelaznym wilku. Otóż w najtrudniejszych czasach zdarzało jej się myśleć, że gdyby jej oprawcy umarli, to przestaliby ją dręczyć. Jakby tego było mało, dziewczyna cierpiała na chroniczną bezsenność - często nie mogła zasnąć ze strachu przed dniem jutrzejszym. Bała się nie tyle swoich dręczycieli, bo ci byli ludźmi prymitywnymi i niemądrymi, ile tego, co jeszcze mogłoby im wpaść do głowy. Wprawdzie Weronika szukała pomocy u odpowiednich osób, ale one okazywały się całkowicie bezradne. Raz usłyszała nawet od pedagoga, iż w jej sprawie nic nie da się zrobić. Gdy moja znajoma miała 18 lat, w jej życiu nastąpił pewien przełom, który przerwał jej gehennę. Dziewczyna uwolniła się od swoich prześladowców, ale nie od bolesnych wspomnień i urazu psychicznego. Te zaś w dużej mierze wpłynęły na jej mentalność oraz postawę życiową.


Niemal jak Upiór z “Dziadów”

Podobno moja znajoma, mimo młodego wieku, czuła się tak zmęczona, jakby miała całe życie za sobą. A przecież dopiero wchodziła w dorosłe życie, przygotowywała się do nowego, wyjątkowo ciężkiego etapu egzystencji! Weronika lękała się, że skoro dorosłe życie uchodzi za znacznie brutalniejsze od nastoletniego, to w przyszłości czekają ją tylko ból psychiczny, strach, poniżenie i gniew - tysiąc razy okrutniejsze od tych, które ma za sobą. Ze strachu przed dalszym cierpieniem, dziewczyna chciała się zabić, ale ostatecznie zrezygnowała z tego pomysłu i postanowiła zacząć wszystko od nowa. Moja znajoma wspomina, iż był czas, kiedy pomimo posiadania żywego ciała czuła się martwa wewnętrznie. Utrzymuje, że gdyby miała przedstawić siebie w tamtym okresie, to zilustrowałaby swoją osobę jako żywego trupa, kogoś w stylu Upiora-Gustawa z czwartej części “Dziadów” Adama Mickiewicza. Taka się czuła wypalona i zniszczona przez bezdusznych ludzi.


Czas leczy rany, ale nie blizny

Obecnie 20-latka żyje normalnie, studiuje i realizuje swoje hobby. Twierdzi jednak, iż najprawdopodobniej nigdy nie uda jej się odzyskać tego, co jej odebrano: pogody ducha i zaufania do ludzi. Weronika porównuje siebie do porcelanowej lalki, którą rozbito na drobne kawałki, a potem posklejano za pomocą mocnego kleju. Ale to już nie jest ta sama lalka, tylko jej rekonstrukcja, zawierająca nieusuwalne ślady dawnego rozbicia. Czas leczy rany, ale nie blizny. Można zmienić środowisko, znaleźć sobie jakąś pasję, spojrzeć na świat bardziej optymistycznie, jednak część przebytej traumy na pewno w nas pozostanie. To tak jak z pociętym ubraniem. Da się zaszyć dziury, ale - przez szwy - nie da się ukryć, iż kiedyś te dziury istniały. I to jest najstraszniejsze w tym, co moja znajoma nazywa psychicznymi torturami. Szykany to nie jest chwilowy ból, który znika równie szybko jak się pojawił. To jest wypalanie w ludzkiej duszy trwałego piętna.


Lepiej umrzeć niż się poddać!

Zdaniem Weroniki, człowiek, który doświadcza tego co ona, początkowo walczy ze swoimi wrogami. Potem nie walczy już z nimi, tylko z samym sobą, aby nie stracić godności i nie ukorzyć się przed oprawcami. Według dziewczyny, lepiej zacisnąć zęby i się męczyć niż stracić honor dla świętego spokoju. A gdy już naprawdę opada się z sił, gdy traci się zdolność znoszenia cierpienia, lepiej popełnić samobójstwo niż paść na kolana przed prześladowcami. Sądzę, że można, a nawet należy przyznać jej rację. Gdybym ja była na jej miejscu, zapewne myślałabym i postępowałabym podobnie.


Nikt by tak nie chciał…

Nie wiem jednak, czy zniosłabym tyle poniżeń i dokuczliwości ze strony innych ludzi. Pewnie nie, bo jestem słaba psychicznie i lękliwa jak zając. Potwornie współczuję Weronice tego, co w życiu przeszła i tego, co jeszcze może ją spotkać. Nie zaliczam się do najwrażliwszych osób na świecie, ale gdy wczuwam się w sytuację mojej znajomej, jej gorycz staje się moją goryczą. Jestem przekonana, iż nikt nie chciałby przeżyć czegoś takiego jak ona. Może dla osób, które nigdy nie doświadczyły przemocy i złego traktowania, opis gehenny Weroniki brzmi banalnie i trywialnie. Ciekawe jednak, czy te osoby myślałyby tak samo, gdyby znalazły się w identycznej sytuacji? Tak naprawdę, nigdy nie wiadomo, co nas w życiu spotka. To, że dzisiaj jesteśmy na szczycie, nie oznacza, iż jutro nie możemy być na dnie. Już starożytni uważali, że “fortuna kołem się toczy”. W niniejszym akapicie warto również przytoczyć słowa Williama Szekspira: “Drwi z ran, kto cierpienia nie zna”.


Przesłanie do Czytelników

Weronika poprosiła mnie o napisanie tego artykułu, ponieważ takich osób jak ona jest bardzo wiele. Wśród nas żyją ludzie, którzy są upokarzani, dyskryminowani, nieustannie wyśmiewani i zastraszani, jednak my zazwyczaj wolimy tego nie dostrzegać. Uważamy, iż skoro psychicznych ran nie widać, to ich nie ma. Ale one są i sprawiają właścicielom ogromne cierpienie. W skrajnych przypadkach to permanentne, acz niewidzialne cierpienie prowadzi ofiary do samobójstwa. Gdy zdeptana jednostka dokonuje zamachu na swoje życie, społeczeństwo nieoczekiwanie się budzi i zaczyna dostrzegać jej problem (czy pamiętacie 14-letnią Anię, gimnazjalistkę z Gdańska, która zabiła się po tym, jak została perfidnie poniżona przez swoich rówieśników?). Niestety, wówczas jest już za późno. Osobie zmarłej nie da się pomóc.


Natalia Julia Nowak,
21-22 kwietnia 2011 r.

poniedziałek, 18 kwietnia 2011

TragiFarsa 14. Kryzys wieku średniego

OD AUTORKI:

16 kwietnia minął rok, odkąd zaczęłam tworzyć TragiFarsę, czyli groteskowo-satyryczną serię dramaturgiczną o UB-eku Zdzisławie Baumfeldzie i ludziach z jego otoczenia. Fakt, że dzisiaj mam zaszczyt zaprezentować Czytelnikom czternastą część cyklu, świadczy o tym, iż TragiFarsa wciąż jest żywa i się rozwija. Dramat “TragiFarsa 14. Kryzys wieku średniego” nawiązuje do pierwszej, trzeciej, piątej, szóstej, a przede wszystkim ósmej części serii. W “TragiFarsie 8. Nowej erze”, której akcja rozgrywała się w roku 1959, został opisany m.in. moment aresztowania Zdzisława przez milicję pod zarzutem zbrodni z okresu stalinizmu. W świeżutkiej “TragiFarsie 14. Kryzysie wieku średniego” widzimy zaś, co działo się trzy lata później (w roku 1962), czyli już po procesie głównego bohatera.

TragiFarsy można podzielić na “te bardziej poważne” i “te bardziej jajcarskie”. Czternasty tom cyklu zdecydowanie zalicza się do tej pierwszej kategorii. Nie tylko dlatego, że opowiada o depresji Baumfelda, związanej z kryzysem wieku średniego, ale również dlatego, iż zawiera sporo trudnych pytań. Chodzi mi tu przede wszystkim o pytania moralne, jakie zadaje Ruta Baumfeldowa, matka Zdzisława, pod koniec utworu. Oczywiście, TragiFarsa - jak to TragiFarsa - zawiera także dużą dawkę specyficznego poczucia humoru. TF ma być dziełem groteskowym, stąd wymieszanie elementów poważnych z niepoważnymi, depresyjnych z humorystycznymi, moralizatorskich z obscenicznymi, podniosłych z prymitywnymi, refleksyjnych z sensacyjnymi, edukacyjnych z satyrycznymi, sentymentalnych z brutalnymi, historycznych z fikcyjnymi itd. Co więcej, ma być utworem na swój sposób postmodernistycznym, stąd rozmaite cytaty oraz aluzje literackie.

Pozdrawiam ciepło i zachęcam do czytania zarówno tej, jak i pozostałych trzynastu części przygód UB-eka Zdzisława!



Natalia Julia Nowak


P.S. Nazwiska Motowidełko i Jakoktochce - podobnie jak Baumfeld i Cipka - istnieją naprawdę. “Werfelberg” jest neologizmem stworzonym przeze mnie, aczkolwiek istnieją nazwiska Werfel i Berg (oraz szereg nazwisk zakończonych na -berg).

P.S.2. Jeśli ktoś chce wiedzieć, skąd czerpię dziwaczne imiona dla niektórych bohaterów i bohaterek TragiFarsy, to niech zajrzy na strony:

http://pl.wikipedia.org/wiki/Kategoria:Imiona_m%C4%99skie

http://pl.wikipedia.org/wiki/Kategoria:Imiona_%C5%BCe%C5%84skie




Czas akcji: październik 1962 r.

Miejsce akcji: Świńska Czaszka, jeden z pokoi w domu Ruty Baumfeldowej (który niegdyś był również domem Zdzisława Baumfelda)

Osoby: Zdzisław Baumfeld (41 lat), Ruta Baumfeldowa (64 lata), Niewidoczny Narrator (słyszalny tylko dla widzów)


41-letni Zdzisław Baumfeld, który przed laty był pewnym siebie, zadowolonym z życia funkcjonariuszem Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego, siedzi na krześle przy stole i sprawia wrażenie kompletnie załamanego. Mężczyzna, który widocznie nie może opanować silnych emocji, ciągle zmienia pozycję - raz “siedzi jak w knajpie” (łokieć na stole, ociężała głowa oparta na pięści), innym razem ukrywa całą twarz w dłoniach, jeszcze innym razem - prostuje się i kładzie ręce swobodnie na blacie stołu. W pewnym momencie wchodzi do pokoju 64-letnia Ruta Baumfeldowa, matka Zdzisława, trzymająca w rękach jakieś ręczniki. Kiedy starsza pani spostrzega, w jakim stanie znajduje się były UB-ek, kładzie ręczniki w pierwszym lepszym miejscu i siada przy stole obok syna.


RUTA BAUMFELDOWA (zatroskanym tonem):

Synku kochany! Czemuś ty znowu taki smutny? Ostatnio bardzo często do mnie przyjeżdżasz, jednak ani razu nie widziałam, żebyś był wesoły, zadowolony z życia! Co cię trapi, Dzidziu? Przecież te czarne chmury, które tak długo nad tobą wisiały, już zostały rozwiane! (Pauza, podczas której Ruta czeka na odpowiedź Zdzisława, ale jej nie otrzymuje) Może ty masz jakiś problem, Zdzisiu, z którym nie potrafisz sobie poradzić? Dlaczego mi o nim nie powiesz? Komu jak komu, ale mnie możesz zaufać!


ZDZISŁAW BAUMFELD (niewyraźnie, od niechcenia):

Daj mi spokój, mamo…


RUTA BAUMFELDOWA (zrozpaczona):

Syneczku drogi, przecież ja, matka, podskórnie czuję, że coś jest nie tak! Czemu nie chcesz mi się zwierzyć, wygadać? Gdybyśmy szczerze porozmawiali, od razu zrobiłoby ci się lżej na duszy!


ZDZISŁAW BAUMFELD (w taki sam sposób, jak poprzednio):

Mamo, ja cię proszę…


RUTA BAUMFELDOWA:

Jak mam cię pocieszyć? Może zrobić ci herbatki, Dzidziu? Nie chcesz? To może kawy? (Widząc, że niegdysiejszy UB-owiec nie wykazuje zainteresowania tymi propozycjami) A może ci sprowadzić prostytutkę, Zdzisiu? Kiedy ostatnio miałeś w ramionach jakąś dziewczynę? Nie pamiętasz? Dziecko, przecież ty się zagłodzisz na śmierć! A ja widziałam w Młodzianowicach nową kurtyzanę - taką śliczną, z niebieskimi oczkami! Nie chciałbyś takiej, Dzidziu? Na pewno by ci się spodobała!


Pauza, podczas której ani Zdzisław, ani Ruta się nie odzywają.


RUTA BAUMFELDOWA (płaczliwie, ze współczuciem i litością):

Och, Dzidziu, kiedy widzę twoją smutną buzię, to mi się serce kraje! Przypominają mi się te straszne chwile w 1952 roku, kiedy źli milicjanci przyprowadzili cię - takiego biednego i skatowanego - na Rynek Starego Miasta w Warszawie, po czym powiesili cię za nogi na specjalnej szubienicy. Ludzie szydzili z ciebie, wołali, że zasłużyłeś sobie na taki los i że powinieneś jak najszybciej umrzeć. A ja tylko stałam przed tą szubienicą i płakałam - w pewnym oddaleniu od ciebie, gdyż MO nie pozwoliło mi podejść bliżej. Stabat Mater Dolorosa…


ZDZISŁAW BAUMFELD (zirytowany, opryskliwie):

Wiesz co, mamo?! Jesteś nietaktowna! Widzisz, że czuję się jak zbity pies, a mimo to przypominasz mi o Tamtych Wydarzeniach, jakbyś chciała jeszcze bardziej mnie pogrążyć! Może byś sobie darowała takie “wspominki”, co?!


Ruta Baumfeldowa zrywa się z krzesła, podchodzi do Zdzisława i przytula go bardzo serdecznie.


RUTA BAUMFELDOWA (z rozpaczą, krzyczy):

Ach, Dzidziu, wybacz mi, że cię zraniłam! Naprawdę nie chciałam, żebyś przeze mnie poczuł się jeszcze gorzej! Ale pomyśl, jak może się czuć matka, która widzi własne dziecko w takim stanie…


Ruta puszcza Zdzisława i “rozkleja” się na dobre.


RUTA BAUMFELDOWA (słowami z “Lamentu świętokrzyskiego” - “Żalów Matki Boskiej pod Krzyżem”, takim tonem, jakby naprawdę miała przed oczami umierającego syna):

“Synku miły i wybrany,
Rozdziel z matką swoje rany;
A wszekom Cię, Synku miły, w swym sercu nosiła,
A takież Tobie wiernie służyła.
Przemów k'matce, bych się ucieszyła;
Bo już idziesz ode mnie, moja nadzieja miła.
Synku, bych Cię nisko miała,
Niecoś bych Ci wspomagała:
Twoja główka krzywo wisa, tęć bych ja podparła;
Krew po Tobie płynie, tęć bych ja utarła;
Picia wołasz, piciać bych Ci dała,
Ale nie lza dosiąc Twego świętego ciała.
O, aniele Gabryjele,
Gdzie jest ono twe wesele,
Cożeś mi go obiecował tako bardzo wiele,
A rzekący…”


ZDZISŁAW BAUMFELD (z nagłą furią, ryczy):

Mamo, zamknij się!!!


Baumfeldowa staje jak wryta. W pokoju przez chwilę panuje cisza. Kiedy starsza pani otrząsa się z szoku, robi wielce oburzoną minę i obdarza Zdzisława morderczym spojrzeniem.


RUTA BAUMFELDOWA (karcącym tonem):

Zdzisław, jak ty się do mnie odzywasz?! Co to za zachowanie?! Przeproś mnie natychmiast!


ZDZISŁAW BAUMFELD (nieszczerze, dla św. Spokoju):

Przepraszam.


Po usłyszeniu przeprosin Ruta się uspokaja i siada na krześle przy stole.


RUTA BAUMFELDOWA (spokojnie, delikatnie):

No, to co, Zdzisiu? Może jednak powiesz mi, co się dzieje? Przecież ja cię nie wyśmieję, nie obrzucę mięsem!


Baumfeld namyśla się przez chwilę, po czym decyduje się opowiedzieć matce o swoich zmartwieniach.


ZDZISŁAW BAUMFELD:

Zobacz, mamo, jakie życie pisze scenariusze. W 1946 roku, po długich staraniach, podczas których popisywałem się swoim wrodzonym sprytem i przebiegłością, zostałem przyjęty do pracy w Powiatowym Urzędzie Bezpieczeństwa Publicznego w Młodzianowicach. Ówczesny dyrektor PUBP, Nieprzebąd Torwald Motowidełko…


RUTA BAUMFELDOWA (rozbawiona, chichocząc):

Motowidełko? To jego prawdziwe nazwisko?


ZDZISŁAW BAUMFELD (niecierpliwie):

Nie, jego prawdziwe nazwisko to Jakoktochce. (Znacznie spokojniej) W każdym razie, już on uważał, że jestem bardzo utalentowanym człowiekiem, który dużo w życiu osiągnie i przyniesie chwałę Polsce Ludowej. Drugi dyrektor PUBP, Waldebert Werfelberg, który przybył do nas z Warszawy w 1947 roku, był identycznego zdania. Chociaż często go denerwowałem, a nawet oburzałem swoim lenistwem i niesubordynacją, postrzegał mnie on jako niezwykle skutecznego oficera śledczego. Działałem w Urzędzie Bezpieczeństwa przez sześć lat i osiągałem sukces za sukcesem. Przez moje ręce przeszło mnóstwo AK-owców, NSZ-owców, WiN-owców i innych wrogów ludu, którzy pozostawili na nich - jak w sitku - szereg przydatnych zeznań. Nawet wicedyrektorka młodzianowickiego UB, Mroczysława Kalinowska-Wójcik, która nienawidziła mnie od pierwszego wejrzenia, musiała przyznać, iż posiadałem spore zdolności w zakresie prowadzenia przesłuchań.


RUTA BAUMFELDOWA (złośliwie):

No tak, miałeś zdolności w tym zakresie… Tylko czasami przychodziłeś do domu w ubraniach poplamionych krwią. Powodowało to, łobuzie, że miałam przez ciebie więcej rzeczy do prania.


ZDZISŁAW BAUMFELD (lekceważąc matkę, kontynuuje swoją opowieść):

Doceniano mnie w pracy, doceniano mnie w partii, byłem kimś, zarabiałem dużo pieniędzy, robiłem zakupy w “sklepach za żółtymi firankami”, podczas gdy większość obywateli żyła w ubóstwie. Ludzie czuli przede mną respekt, kłaniali mi się w pas i obchodzili się ze mną jak z jajkiem. Miałem mnóstwo adoratorek - panny, a nawet mężatki śliniły się na mój widok, marząc skrycie, bym wziął je w ramiona i rozpracował. Niektóre - mam tu na myśli Marię Lolitę - były w stanie nawiązać stałą współpracę z UB, tylko po to, by móc ze mną regularnie współżyć. (Wzdycha) Taaak… Maria Lolita była moją stałą kochanką… Ale trzeba podkreślić, że nigdy nie tworzyliśmy związku w tradycyjnym tego słowa znaczeniu. Nie byliśmy parą, chociaż wiele osób usilnie próbuje nam to wmówić. Jedyne, co nas łączyło, to służbowy seks traktowany jako zapłata za składane przez nią donosy. Posuwałem Marysię, bo taka była między nami umowa - ona donosiła, a ja ją za to nagradzałem. Nigdy jej nie kochałem i nie uważałem za swoją partnerkę, aczkolwiek ona po którymś orgazmie rzeczywiście się we mnie zakochała.


RUTA BAUMFELDOWA (dumnie):

A przypomnij sobie, Dzidziu, kto wam ścielił łóżko i robił rano śniadanie! Do dzisiaj niektórzy posądzają mnie o kuplerstwo (nie mylić z sutenerstwem i stręczycielstwem)!


ZDZISŁAW BAUMFELD:

Wiem, mamo, i pamiętam o twoich zasługach…


RUTA BAUMFELDOWA (jeszcze dumniej):

Cóż, ja po prostu chciałam, żeby mój syn kochał się w humanitarnych warunkach, a nie np. w stodole jak Sulpicjusz Mróz. Ech… Za moich czasów coś takiego by nie przeszło… Ale to była inna epoka, międzywojnie. Wiesz, Dzidziu, że przed wojną powiat młodzianowicki był zdominowany przez endecję? Pamiętam takiego jednego kolesia z ONR Falangi… Nie lubiłam go, bardzo nie lubiłam…


ZDZISŁAW BAUMFELD (zniecierpliwiony zbędnymi dygresjami):

Wracając do mojej opowieści: za stalinizmu czułem się jak ktoś wielki, bo i byłem osobą lepszą od większości młodzianowiczan. W końcu przedobrzyłem z tą pewnością siebie, zostałem zwolniony z pracy i zdecydowałem się wyjechać do Warszawy w poszukiwaniu szczęścia. Tam spotkało mnie coś, co na zawsze zmieniło moje życie. Zostałem skazany na śmierć z inicjatywy dyrektora Departamentu Śledczego Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, Józefa Różańskiego - za przyzwoleniem mojego byłego szefa, Waldeberta Werfelberga. Jak sama wspomniałaś, zgładzono mnie, ale moja śmierć okazała się śmiercią kliniczną i niebawem odzyskałem świadomość (kuźwa, dobrze, że nie zdążyli mnie pochować żywcem!). Ze śmierci klinicznej wybudziłem się niemal natychmiast, jednak wyszedłem z kostnicy dopiero dwa dni później, kiedy mój głód, pragnienie i zniecierpliwienie stały się silniejsze od strachu. A gdy nadszedł odpowiedni moment, wyemigrowałem do Stanów Zjednoczonych, aby uniknąć kolejnego zamachu na swoje życie.


RUTA BAUMFELDOWA (sama do siebie):

Zabili go i uciekł…


ZDZISŁAW BAUMFELD (podchwytując wypowiedź Ruty):

Zanim uciekł: zmartwychwstał trzeciego dnia, jak oznajmia pismo… urzędowe z PUBP. (Wracając do tematu) Tak czy owak, w USA znalazłem wymarzony spokój i bezpieczeństwo. Jak łatwo odgadnąć, imałem się różnych zajęć, miałem wiele kochanek i zainteresowań. A potem… No cóż, sama wiesz, co było potem. W 1959 roku zadzwonił do mnie stary znajomy, Tryfiliusz Zieliński, i poinformował mnie, że w Polsce zrobiło się tak bezpiecznie, iż mogę do niej spokojnie powrócić. Posłuchałem go, a gdy już dotarłem do Młodzianowic, zostałem natychmiast aresztowany pod zarzutem zbrodni stalinowskich. (Ze złością i oburzeniem) Ten torbiel Zieliński okazał się funkcjonariuszem Służby Bezpieczeństwa, mającym na celu ściągnięcie mnie do kraju! Zapluty kwintylion zastawił na mnie pułapkę, a ja dałem się w nią złapać, chociaż mogłem pozostać w Ameryce i wieść tam hulaszczo-rozpustny żywot!


RUTA BAUMFELDOWA (z politowaniem):

Boś głupi, Zdzisiu. A twoja siostra wielokrotnie prosiła cię przez telefon, żebyś nie ryzykował i nie opuszczał USA.


ZDZISŁAW BAUMFELD (zniecierpliwiony):

Mamo, przecież pamiętam… Zresztą, rozmawialiśmy o tym już wiele razy… W każdym razie, niedługo po moim aresztowaniu rozpoczął się mój proces. Podczas kilku rozpraw prokuratorka, Baldomera Wojciuk, wyciągała na światło dzienne wszystkie moje UB-eckie przewinienia. Opowiadała o tym, jak wbijałem ludziom igły pod paznokcie albo po prostu im te paznokcie wyrywałem, jak biłem więźniów pięściami, pałką, batem i innymi przedmiotami, jak wybijałem im zęby, jak przypalałem ich papierosami, jak pozbawiałem ich snu i możliwości załatwiania potrzeb fizjologicznych, jak zmuszałem ich do wielodniowego stania na mrozie, jak polewałem ich zimną wodą, jak ich wyzywałem, zastraszałem i pomawiałem o wyimaginowane czyny. Podkreślała, że z pełną premedytacją zadawałem swoim ofiarom ból oraz czyniłem spustoszenie w ich psychikach. Wspominała także o tych osobach, na których wykonałem wyroki śmierci i o tych, które nieumyślnie zamęczyłem.


RUTA BAUMFELDOWA (smutno, powoli):

Tak, Dzidziu… Byłam na wszystkich tych rozprawach, więc dokładnie to pamiętam… Pamiętam także wypowiedzi niektórych twoich ofiar i ich rodzin… Mój Boże, ta jedna kobieta, Teonilla Kwiecień, tak strasznie płakała… Mówiła, że odebrałeś jej sens życia…


ZDZISŁAW BAUMFELD:

Po tych wszystkich łzawych “spektaklach” i prezentacji materiałów dowodowych wiedziałem, że raczej nie uda mi się uniknąć kary. Kiedy zbliżała się ostatnia rozprawa, zdecydowałem się na poważną rozmowę z moim adwokatem, doktorem nauk prawnych Kunibertem Adamczakiem. Mówiłem do niego: “Panie doktorze, niech pan będzie ze mną szczery… Proszę mi powiedzieć prawdę… Czy jest aż tak źle? Czy nie ma dla mnie żadnej nadziei? Może da się jeszcze coś zrobić, żeby mnie uratować? Może jest jeszcze nikła szansa na to, że uda mi się z tego wyjść? Panie doktorze… Jestem przygotowany na najgorsze… Ale to jeszcze nie jest wyrok! Jeszcze nie wszystko stracone!”. Kiedy później powtórzyłem tę rozmowę Zdzisławie, moja “życzliwa” siostrzyczka stwierdziła, że rozmawiałem z adwokatem jak z lekarzem.


RUTA BAUMFELDOWA (z przekonaniem):

I miała rację!


ZDZISŁAW BAUMFELD:

Jak sama pamiętasz, wyrok został ogłoszony 1 września 1960 roku. Do dzisiaj brzmią mi w uszach przerażające słowa sędzi Genadii Kryjak: “…i skazuję go na karę ośmiu lat pozbawienia wolności…”. Kiedy usłyszałem ten wyrok, po prostu zrobiło mi się słabo!


RUTA BAUMFELDOWA (szczerze, pełnym emocji głosem):

Mnie też zrobiło się słabo, Dzidziu! Moje dziecko, mój jedyny syn, został skazany na tak surową karę! Ja nie przeczę, Zdzisiu, że torturowałeś ludzi, a wielu z nich posłałeś na tamten świat. Ale sędzia Kryjak powinna była wziąć pod uwagę dwie rzeczy. Po pierwsze: nie byłeś pospolitym przestępcą, działałeś w ramach legalnej pracy zawodowej! Jak można ukarać kogoś za to, że robi to, co do niego należy?! Czy uczciwa praca w państwowej instytucji to zbrodnia? Po drugie: ty nie jesteś złym człowiekiem, ty po prostu jesteś chory! Sadyzm i psychopatia to straszliwe choroby, za które pacjent nie ponosi odpowiedzialności. To nie twoja wina, że masz problemy z psychiką (bo psychopatia to kwestia psychiki) i seksualnością (bo sadyzm to kwestia seksualności). Jak można ukarać kogoś za to, że jest chory?! Choremu człowiekowi należy współczuć, a nie zatruwać życie! (Ponownie wstaje z krzesła i czule przytula byłego UB-eka) Moje dziecko kochane… Biedne, niezrozumiane, odrzucone przez ludzi maleństwo… Jak tu nie kochać chorego dziecka?! Oni mi cię chcieli odebrać, tak jak wtedy, w 1952 roku! A ja cię na rękach nosiłam, własną piersią karmiłam…!


Ex-funkcjonariusz Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego dość niegrzecznie wyszarpuje się z uścisków matki.


ZDZISŁAW BAUMFELD (ze złością):

No, właśnie, mamo! Sędzia wydała wyrok, ludzie zaczęli się podniecać, że okrutny zbrodniarz - który zdzierał więźniom paznokcie z palców i bił ich do nieprzytomności - zostanie wreszcie ukarany, a ty wyskoczyłaś z durnymi tekstami w stylu “moje szkraby kochane”, “mój Dzidziu malutki”, “mój syn jednorodzony”… Co gorsza, wyjęłaś jakieś stare zdjęcia, na których widnieję jako niemowlę, i zaczęłaś jazgotać: “Patrzcie, ludzie! To jest mój Zdzisiu, moje dziecko najmilsze! Jak można skazać takiego Zdzisia na osiem lat więzienia?!”. (Z niepohamowaną wściekłością) Kuźwa, wolałbym umrzeć tam, na Rynku Starego Miasta w Warszawie, niż jeszcze raz przeżyć taki obciach! Ja kiełbolę… Co za wyrodna matka… Żeby tak ośmieszyć własnego syna… Makabra!


Ruta zakrywa sobie usta dłońmi, jakby się czegoś przestraszyła.


RUTA BAUMFELDOWA (z rozpaczą i przerażeniem):

Dzidziu, przepraszam!!!


ZDZISŁAW BAUMFELD (zirytowany, drwiąco):

Dzidziu… Dzidziu… Daruj sobie te spieszczenia, dobrze?! Jestem dorosłym mężczyzną, mam 41 lat, a ty nazywasz mnie Dzidziem, co ma się kojarzyć z dzidziusiem! (Rozkazującym tonem) Masz mnie nazywać Zdzisławem, ewentualnie Zdziśkiem, rozumiesz?!


Matka Baumfelda siada znowu na krześle.


RUTA BAUMFELDOWA (ze skruchą w głosie):

Syneczku, wybacz mi, jeśli przez przypadek sprawiłam ci przykrość! Ale pomyśl: kto pomógł ci tak “zbajerować” odpowiednie podmioty, że uznały cię za niepoczytalnego? Kto pomógł ci przekonać tych ludzi, że należy cię leczyć, a nie więzić? Komu zawdzięczasz to, iż ostatecznie uzyskałeś etykietkę “psychopaty” i wyszedłeś z więzienia już po miesiącu? Wprawdzie po zwolnieniu z więzienia przesiedziałeś jeszcze trzy miesiące w szpitalu psychiatrycznym, ale to i tak cud, że nie przetrzymywano cię - jak planowano - całe osiem lat!


NIEWIDOCZNY NARRATOR (słyszalny tylko dla widzów):

Ciekawostka: akcja “TragiFarsy 14” rozgrywa się w roku 1962. To jest dokładnie ten rok, w którym Amerykanin Ken Kesey opublikował powieść pt. “Lot nad kukułczym gniazdem”. Czy to przypadek, czy znak czasu? Dziękuję za uwagę, koniec ciekawostki!


ZDZISŁAW BAUMFELD (ironicznie):

Spłynęła na mnie Cudowna Boża Łaska - Amazing Grace.


RUTA BAUMFELDOWA (poważnie, kiwając głową):

Cudowna Łaska… Taaaaak… To jest to…


W tle gra melodia popularnej, protestanckiej pieśni religijnej “Amazing Grace”, znanej w Polsce jako “Cudowna Boża Łaska” lub “Nim Świt Obudzi Noc”. Potem muzyka milknie.


ZDZISŁAW BAUMFELD (powracając do głównego wątku rozmowy):

Wiesz, mamo, po co ci to wszystko mówię?


RUTA BAUMFELDOWA (ciekawa odpowiedzi):

No?


ZDZISŁAW BAUMFELD:

Bo chcę, żebyś dostrzegła to, co ja: niewysłowioną złośliwość losu. Spójrz na mnie, proszę. Oto ja, Zdzisław Bonifacy Baumfeld, urodzony 31 stycznia 1921 roku. Niegdyś funkcjonariusz Urzędu Bezpieczeństwa, podziwiany za skuteczność oficer śledczy, obywatel respektowany przez społeczność lokalną, obiekt westchnień niezliczonej liczby kobiet, dobrze zarabiający pracownik ważnej instytucji państwowej, klient “sklepów za żółtymi firankami”, człowiek utożsamiany z władzą i potęgą. A teraz: wyrzutek społeczny, parias omijany szerokim łukiem, powszechnie pogardzany zbrodniarz i wariat, wyklęty odmieniec, potępiony na wieki wróg publiczny, którego nawet SB nie chciało widzieć w swoich szeregach. (Spoglądając wymownie na matkę) Wiesz, jak się z tym czuję?


RUTA BAUMFELDOWA:

Jak?


ZDZISŁAW BAUMFELD (żałośnie, z rozpaczą, krzyczy):

Jak Mała Księżniczka z powieści Frances Hodgson Burnett!!!


Baumfeldowa wybucha gwałtownym płaczem.


RUTA BAUMFELDOWA (łkając):

Ach, Zdzisiu! Mój ty mały, wzgardzony, zacny Królewiczu!


ZDZISŁAW BAUMFELD:

Tak jak Mała Księżniczka, straciłem wszystko, co miałem. Los odebrał mi pozycję społeczną, dobrze płatną pracę, przyjaciół, powodzenie u kobiet, sprzyjającą rzeczywistość polityczną, a nawet sympatię Marii Lolity… Jedyne, co mogę, to wyobrażać sobie, że jest tak jak kiedyś… (Załamuje się) Kuźwa! Wyobrażać sobie! Jak jakaś ciota!


Zrozpaczony komunista ukrywa twarz w dłoniach, po czym znowu ją odsłania. W pomieszczeniu panuje cisza, przerywana przez łkanie i szlochanie jego matki. Nagle kobieta się uspokaja, rozchmurza i spogląda z ogromną życzliwością na ex-funkcjonariusza stalinowskiej bezpieki.


RUTA BAUMFELDOWA (jakby olśniła ją odkrywcza myśl):

Ale… Zdzisiu! Przecież Mała Księżniczka na końcu książki znowu stała się Księżniczką!


Zdzisław Baumfeld spogląda ze zdumieniem na Rutę i również się rozchmurza. Robi przy tym minę pt. “A, no tak! Że też wcześniej na to nie wpadłem! Mamo, dziękuję ci!”.


RUTA BAUMFELDOWA (ciepło, kładąc dłoń na ramieniu syna):

Zobaczysz, Zdzisiu, że jeszcze będziesz Małym Królewiczem. Zobaczysz i przypomnisz sobie moje słowa.


ZDZISŁAW BAUMFELD (delikatnie, udając niewiniątko):

Mam nadzieję, że tak będzie.


RUTA BAUMFELDOWA (poważnie):

Miej nadzieję, synu. I pamiętaj, że bez względu na to, co się wydarzy, mama zawsze będzie cię kochać.


W tle słychać czołówkową piosenkę z serialu “Klan” (“Jak pory roku Vivaldiego zmienia się światło w twoich oczach…”).


RUTA BAUMFELDOWA (zachęcająco, po umilknięciu piosenki):

Nie zjadłbyś jabłka, Dzidziu?


Baumfeld, zupełnie nieoczekiwanie, zrywa się z krzesła i podchodzi bardzo blisko matki (jak niegdyś do Wespazjana Cipki i innych przesłuchiwanych przez siebie więźniów).


ZDZISŁAW BAUMFELD (gniewnie, grożąc Rucie pięścią):

Kuźwa! Jak jeszcze raz mnie nazwiesz Dzidziem, to ci wkiełbolę!


RUTA BAUMFELDOWA (przerażona):

Z-Zdzisiu! Co ty?! Przed chwilą byłeś taki miły, a teraz…?!


ZDZISŁAW BAUMFELD (nie opuszczając pięści):

Zamknij się! Mam cię już naprawdę dosyć! Nie jesteś moją matką, jesteś nikim!


Były UB-ek uderza matkę w głowę, a ta wydaje z siebie krótki pisk i przykłada sobie dłoń do bolącej części ciała.


ZDZISŁAW BAUMFELD (z mieszaniną złości, rozżalenia i wyrzutu):

Te wszystkie nieszczęścia, które wiążą się z moją osobą, to twoja wina. To ty wydałaś mnie na świat, chyba tylko po to, żeby zrobić temu światu na złość. Stworzyłaś potwora jak pieprzony doktor Frankenstein i - zamiast być skruszoną - robisz dobrą minę do złej gry. Ludzie patrzą na ciebie jak na źródło nędzy i patologii, bo nie dość, że urodziłaś zbrodniczą bestię, to jeszcze ułatwiłaś jej przedterminowe wyjście z więzienia. Wychwalasz pod niebiosa swojego syna, o którym wiesz, że jest sadystą i psychopatą, ale nie widzisz w swoim postępowaniu absolutnie nic złego. Nie umiałaś mnie wychować na normalnego człowieka. Gdybyś umiała, zapewne poszedłbym inną drogą i nie zbabrałbym sobie życia. Także dziesiątki innych ludzi uniknęłyby tego zasranego losu, o którym tak szczegółowo opowiadała prokuratorka Baldomera Wojciuk. Rozpieściłaś mnie jak salonowego pieska. A złośliwi mówią, że powinnaś była zrzucić mnie ze skały, kiedy jeszcze byłem słabym i bezbronnym niemowlakiem. Kiełbol się, mamo! Nienawidzę cię, ty pindo!


RUTA BAUMFELDOWA (przez zły):

Mówisz tak, Zdzisiu, ponieważ przeżywasz kryzys wieku średniego - drugi w swoim życiu okres buntu!


Niegdysiejszy funkcjonariusz młodzianowickiego UB zaczyna bić Rutę.


RUTA BAUMFELDOWA (wspaniałomyślnie, będąc bitą):

Przebaczam ci, synu! Przebaczam ci, bo… Aaaaaaa!!! Bo jesteś w trudnym wieku! (Dostając coraz mocniejsze ciosy) Aaaauuuuuu!!! Zdzisiu… przestań! Przestań!


Baumfeld przestaje się znęcać nad matką. Przez chwilę panuje pełna napięcia cisza.


ZDZISŁAW BAUMFELD (zmęczony i zdyszany po “wysiłku fizycznym”):

Wiesz, że gdy chodzę po ulicach Młodzianowic, to ludzie mnie zaczepiają i każą mi “pozdrowić” matkę? Wiesz, że mówią o tobie jako o tej, która wydała na świat zbrodniarza i nie dopuściła do wymierzenia mu sprawiedliwości? Wiesz, że używają powiedzeń typu “wszystko wynosi się z domu” i “niedaleko pada jabłko od jabłoni”?


Ex-funkcjonariusz młodzianowickiego PUBP wyjmuje z kieszeni kartkę zagiętą w kosteczkę, odgina ją i pokazuje Rucie.


ZDZISŁAW BAUMFELD (pokazując matce kartkę):

Widzisz to? Dostałem niedawno taki list od anonimowego nadawcy. Posłuchaj, co tu jest napisane…
(Zaczyna czytać treść listu)
Twoja Stara kopie w nosie łopatą.
Twoja Stara sieje zboże na polu chwały.
Twoja Stara podlewa kwiat wieku.
Twoja Stara nie ulega przedawnieniu.
Twoja Stara stawia bańki mydlane.
Twoja Stara wchodzi w życie z chwilą ogłoszenia.
Twoja Stara chwali dzień przed zachodem słońca.
Twoja Stara przyprawia jedzenie solą ziemi.
Twoja Stara robi sceny dantejskie.
Twoja Stara płynie z prądem elektrycznym.
Twoja Stara niesie za sobą określone skutki prawne.
Twoja Stara dba o linię Curzona.
Twoja Stara kisi kapustę w beczce śmiechu.
Twojej Starej odbija palma pierwszeństwa.
Twojej Starej rośnie róg obfitości.
Twoją Starą boli głowa rodziny.
Twoja Stara śpi jak kamień milowy.
Twoja Stara jest sama jak palec boży.
Twoja Stara zamyka się w sobie na klucz.
Twoja Stara zbiera w lesie Złote Runo.
Twoja Stara plecie jak Piekarski na mękach Tantala.
Twoja Stara najadła się strachu do syta.
Twoja Stara jest piątym kołem u wozu Drzymały.
Twoja Stara śpiewa w Filipinkach.
Twoja Stara zakrochmala na strusiu emu do RFN-u.
Twoja Stara jest tak gruba, że prędzej wielbłąd przejdzie przez ucho igielne niż ona.
Twoja Stara jest tak pusta, że gdy Twój Stary ją bije, to słychać dźwięki a’la miedź brzęcząca albo cymbał brzmiący.
Twój Stary spuszcza się do połowy masztu.
Twój Stary ma czarny charakter.
Twój Stary kopie się z koniem trojańskim w stajni Augiasza.
Twój Stary to błędny rycerz Niepokalanej.
Twój Stary stracił twarz na wojnie.
Twój Stary ma serce z kamienia węgielnego.
Twój Stary wiąże koniec z końcem węzłem gordyjskim.
Twój Stary jest głodny jak wilk w owczej skórze.
Twój Stary nie słyszał o Włodzimierzu Leninie.
Twój Stary chce nas wystrzelać jak kaczki dziennikarskie.
Twój Stary poszedł z dymem do Kanossy.
Twój Stary rzuca słowa na wiatr dziejów.
Twój Stary przeziębił się podczas odwilży gomułkowskiej.
Twój Stary ugryzł się w język polski.
Twoi Starzy są czyści jak krokodyle łzy.
(Kończy czytać treść listu)
Tylko jedna osoba mogła napisać coś takiego. Cipka.


RUTA BAUMFELDOWA (zdumiona):

Słucham?


ZDZISŁAW BAUMFELD:

Cipka. Wespazjan Cipka. Zapomniał tylko, że mój ojciec… znaczy: mój stary nie żyje od dwóch lat, bo przejechał go pociąg towarowy.


RUTA BAUMFELDOWA (smutno, melancholijnie):

Fakt. Biedny Jedediasz… Zginął tak żałosną, niegodną, wręcz TragiFarsową śmiercią… A przecież mógł polec podczas wypełniania swoich obowiązków, jak przodownik pracy!


ZDZISŁAW BAUMFELD (ignorując wypowiedź matki):

Wespazjana Cipkę, jego charakter pisma i idiotyczne poczucie humoru znam bardzo dokładnie, gdyż miałem wątpliwą przyjemność prowadzić śledztwo w sprawie tego człowieka. Stare dzieje, co ja ci będę opowiadał… Tak czy siak, po tamtych miesiącach spędzonych w budynku UB Cipka potwornie mnie nienawidzi i życzy mi wszystkiego najgorszego. Jest też rozczarowany, bo miał nadzieję, iż zostanę dotkliwie ukarany za metody, jakie stosowałem wobec niego i innych ludzi. Przeszkadza mu, że zamiast siedzieć w więzieniu, przebywam na wolności i niekiedy spotykam go w miejscach publicznych. A ponieważ nie może mi w żaden sposób zaszkodzić, rekompensuje sobie tę niemożność kontynuowaniem bezsensownego, prowokacyjnego zachowania rodem z 1948 roku. (Wzdycha) Ech, dawne czasy… Odzywa się we mnie tęsknota za rajem utraconym…


RUTA BAUMFELDOWA (czule, ciepło, jakby zapomniała, że przed chwilą została pobita przez własnego syna):

Rozumiem cię, mój kochany Zdzisiu… Ty masz w sobie coś z Małej Księżniczki, bohaterki powieści Frances Hodgson Burnett… Ale jestem pewna, że kiedyś wszystko wróci do normy i znowu będziesz szczęśliwy…


ZDZISŁAW BAUMFELD (gorzko):

No, tak… “Twoja Stara chwali dzień przed zachodem słońca”…


Dłuższa pauza, podczas której Baumfeldowa sprawia wrażenie, jakby się nad czymś zastanawiała.


RUTA BAUMFELDOWA (poważnie, powoli):

Posłuchaj, Zdzisławie. Opowiedziałeś mi dzisiaj o tym, co ci leży na sercu, więc pozwól, że ja też ci o czymś opowiem. Może to dziwne, ale ostatnio wiele razy zastanawiałam się nad tym, kim właściwie jestem. Czy naprawdę jestem nadopiekuńczą, zaślepioną matką, która rozpieściła swojego syna do tego stopnia, iż stał się on zdemoralizowaną, egoistyczną, brutalną, pozbawioną moralności bestią? Czy może jednak jestem kimś więcej? Dlaczego tak bardzo cię kocham, skoro wiem, jak wielu ludzi skrzywdziłeś lub nawet zabiłeś? Dlaczego tak bardzo cię kocham, skoro ja sama doświadczyłam z twojej strony upokorzeń, strachu i bólu? Z logicznego punktu widzenia, powinnam się ciebie wyrzec, powinnam cię znienawidzić i zerwać z tobą wszelkie kontakty. A jednak cię kocham… Czy można to jakoś zrozumieć, usprawiedliwić? Czy darzenie kogoś takiego jak ty miłością, jest etyczne? Czy mam prawo odczuwać do ciebie jakiekolwiek pozytywne uczucia? Trudno powiedzieć. Możliwe, że po prostu jestem głupia, naiwna i wyzuta z honoru. Jednak… Zdzisiu, nie obchodzi mnie, czy moja postawa jest grzeszna, czy bezgrzeszna. Nie obchodzi mnie także, co o mnie sądzą inni ludzie i czy ktokolwiek mnie rozumie. Ja wiem jedno: bardzo, ale to bardzo mocno cię kocham. Po prostu jestem twoją matką i nie wyobrażam sobie, że mogłabym cię nie kochać.


Zdzisław wygląda na oszołomionego słowami Ruty, a zarazem zawstydzonego swoją wcześniejszą agresją. Chociaż pragnie szybko odpowiedzieć na wyznanie matki, przez chwilę nie jest w stanie nic z siebie wydusić. W końcu mężczyzna odzyskuje nad sobą panowanie.


ZDZISŁAW BAUMFELD (szczerze, ze skruchą, anachronicznie posługując się słowami z piosenki “Cleanin Out My Closet” Eminema):

“Przepraszam, mamo. Nigdy nie chciałem cię zranić. Nigdy nie chciałem doprowadzić cię do płaczu. Ale dzisiejszego wieczoru wyjaśniam swoje osobiste sprawy”.



K-O-N-I-E-C

Natalia Julia Nowak,
13-18 kwietnia 2011 r.

niedziela, 10 kwietnia 2011

Jeszcze raz o pro-aborcyjnej ciemnocie

Tłumaczę jak Abel krowie

Od dłuższego czasu staram się wytłumaczyć aborcjoentuzjastom, że - z naukowego punktu widzenia – nienarodzone dziecko to taki sam człowiek jak każdy z nas. Uczeni ustalili przecież, iż w momencie poczęcia/zapłodnienia, czyli przeniknięcia plemnika do komórki jajowej (radzę zapamiętać tę definicję!) powstaje zupełnie nowy organizm, który posiada własne DNA i należy do gatunku ludzkiego. Później ten organizm się rozwija, a jego rozwój trwa nieprzerwanie aż do śmierci (człowiek, w zależności od wieku, jest nazywany różnie: zygotą, zarodkiem, płodem, noworodkiem, niemowlęciem, dzieckiem, nastolatkiem, dorosłym, starcem. Nie da się jednak podważyć faktu, iż przez całe życie jest tym samym, ludzkim organizmem. Cuda nie istnieją: człowiek nie może się zamienić w innego człowieka, ani tym bardziej w lamparta, szczupaka, jeżozwierza, sępa, homara czy biedronkę). Niestety, doświadczenie pokazuje, że te fakty – chociaż pozornie proste – nie są zrozumiałe dla wszystkich odbiorców.


Rzecz dla niektórych niepojęta

Kiedy tłumaczę innym osobom, skąd się biorą dzieci i jaka jest ich biologiczna tożsamość, niektórym czytelnikom wszystko miesza się w głowach. Ponieważ nie znają lub nie rozumieją oni takich skomplikowanych, naukowych terminów jak „organizm” czy „DNA”, popadają w istną dezorientację i frustrację. Chociaż mają wyraźnie powiedziane, że nowy organizm z gatunku Homo sapiens (czyli człowiek) powstaje w momencie przeniknięcia plemnika do komórki jajowej, nie zawsze potrafią sobie ten fakt przyswoić. Zadają wówczas kuriozalne pytania w stylu: „Czy plemnik też jest człowiekiem? A komórka jajowa?”. Świadczy to o tym, iż nie są w stanie odróżnić gamety od zygoty.

Mimo że denerwuje mnie nieustanne wyjaśnianie tego samego, postaram się jeszcze raz wytłumaczyć, na czym polega rozmnażanie Homo sapiens (przypominam: Homo sapiens to biologiczna nazwa człowieka. Zatem stworzenie, które należy do gatunku Homo sapiens, jest człowiekiem. Nie ma możliwości, aby przedstawiciel naszego gatunku był czymś innym niż istotą ludzką, np. małpiatką, pieskiem preriowym, kolibrem, kangurem albo płaszczką). Postaram się użyć najprostszego i najbardziej zrozumiałego języka, na jaki mnie stać.


Prostym językiem do prostych ludzi

Ludu prosty, słuchaj! Jest sobie coś takiego jak komórka jajowa. Ta komórka jajowa powstaje w organizmie kobiety, czyli samicy Homo sapiens. Komórka jajowa jest komórką rozrodczą, a to znaczy, że służy do robienia dzieci. Pod względem genetycznym, komórka jajowa jest częścią organizmu kobiety. Nie ma własnego DNA, tylko DNA tej kobiety. Nie stanowi osobnego organizmu z gatunku Homo sapiens. A skoro nie stanowi odrębnego organizmu z gatunku Homo sapiens, to nie jest człowiekiem.

Jest też coś takiego jak plemnik. Plemnik powstaje w organizmie mężczyzny, czyli samca Homo sapiens. Tak jak komórka jajowa, jest komórką rozrodczą i służy do robienia dzieci. Pod względem genetycznym, stanowi część organizmu mężczyzny. Nie ma własnego DNA, nie jest odrębnym organizmem z gatunku Homo sapiens. A skoro nie jest odrębnym organizmem z gatunku Homo sapiens, to nie jest człowiekiem.

Kobieta i mężczyzna uprawiają seks, czyli robią dziecko. Plemnik przenika do komórki jajowej. Powstaje zygota, która ma własne DNA i jest odrębnym organizmem z gatunku Homo sapiens. Skoro zygota ma własne DNA i jest odrębnym organizmem z gatunku Homo sapiens, to jest człowiekiem. Z komórki jajowej (która była częścią kobiety i nie stanowiła odrębnego organizmu) i z plemnika (który był częścią mężczyzny i nie stanowił odrębnego organizmu) powstaje nowy organizm.

Ten organizm, czyli dziecko, zagnieżdża się w ciele kobiety i stopniowo się rozwija. Po dziewięciu miesiącach zostaje urodzony, a jeśli rodzi się wcześniej, to nazywamy go wcześniakiem. Urodzone dziecko nadal się rozwija, aż staje się osobą dorosłą. Potem zaczyna się starzeć i w końcu umiera. Proste? Pewnie, że proste. To jest wiedza na poziomie czwartej klasy szkoły podstawowej.


Praca u podstaw

Jeśli ktoś nadal nie pojmuje tego, co próbuję mu przekazać, to niech wie, że ja już prościej nie potrafię wytłumaczyć rozmnażania płciowego ludzi. Powyższy opis starałam się napisać nieskomplikowanym, popularnym (żeby nie powiedzieć: ludowym) językiem - po to, by dotarł zarówno do niewykształconego Stacha z Koziej Wólki, jak i do warszawskiego wykształciucha, który skończył studia humanistyczne, ale nic nie pamięta ze szkolnych lekcji przyrody i biologii. Jak widać, pracuję u podstaw niczym Stasia Bozowska z „Siłaczki”, albowiem chcę, by ludzie zrozumieli podstawowy fakt naukowy: to, że nienarodzone dziecko jest człowiekiem od poczęcia aż do śmierci. Jeśli społeczeństwo zrozumie i zaakceptuje tę prawdę, to może wreszcie przestanie przyzwalać na bezkarne mordowanie takich dzieci?


Relikt ze średniowiecza

Często powtarzana teza, według której nienarodzone dziecko staje się człowiekiem dopiero jakiś czas po poczęciu, to relikt ze średniowiecza. Ówczesny zabobon głosił bowiem, iż istota ludzka staje się istotą ludzką dopiero „w czterdziestym dniu życia” (nie wiem jednak, czy średniowiecznym mędrkom - ze św. Augustynem i św. Tomaszem na czele - chodziło o czterdziesty dzień od poczęcia, czy o czterdziesty dzień od urodzenia). Jako osoba z drugiej dekady XXI wieku, mająca otwarty umysł i znająca dokonania współczesnych naukowców, staram się walczyć z mentalnym zacofaniem części ludzi oraz wykorzeniać przesądy niebezpieczne dla współżycia społecznego.

Zdaję sobie sprawę z tego, że osoby takie jak ja są narażone na krytykę, a nawet agresję ze strony grup przywiązanych do skostniałych przekonań. Zawsze znajdą się ludzie, którzy będą próbowali ze mną „polemizować” za pomocą emocjonalnych i religijnych argumentów, takich jak te, które ośmieszyłam w artykule „Przeciwko pro-aborcyjnej ciemnocie”. Ale oni nic nie wskórają, albowiem - parafrazując słowa Adama Mickiewicza - „mędrca szkiełko i oko silniej mówią do mnie niż czucie i wiara”.


Stojan Adasević o metodach aborcjonistów

Z problemem mordowania nienarodzonych dzieci wiąże się nie tylko zacofany, średniowieczny światopogląd, ale również średniowieczne metody zadawania człowiekowi śmierci. Pozwólcie, że zacytuję słowa belgradzkiego ginekologa Stojana Adasevića - mężczyzny, który zamordował kilkadziesiąt tysięcy nienarodzonych dzieci. Adasević relacjonuje ostatnią przeprowadzoną przez siebie aborcję, opowiada o tym, jak wyrywał dziecku kończyny, miażdżył mu tułów i trzymał w ręku jeszcze bijące serce. Tak zwane „świadectwo Stojana Adasevića” można znaleźć na wielu stronach internetowych (ja ściągnęłam je z portalu Obory.com.pl):

„Nie wiem, ile dokładnie aborcji wykonałem, bo nie prowadziłem na bieżąco statystyk. Z moich obliczeń wynika, że na pewno było to więcej niż 48 000 i mniej niż 62 000. Ostatni raz w życiu, pomyślałem. I zacząłem aborcję. Włączyłem USG i wyraźnie widzę dziecko w czwartym miesiącu, widzę je z profilu, jak trzyma palec w buzi i ssie. Zaczynam aborcję. Rozszerzam macicę, wkładam szczypce i ciągnę. Zaczynają wypływać wody płodowe. Wyciągam szczypce i widzę, że trzymam w nich małą rączkę. Oderwałem dziecku rękę.

Położyłem rączkę na stole, ale nerw z oderwanego ramienia trafił akurat na miejsce, gdzie był rozlany alkohol. I rączka nagle sama zaczęła się ruszać. Zrobiło mi się nieprzyjemnie, ale kontynuuję zabieg. Znów wkładam szczypce do wnętrza i wyciągam. Tym razem małą nóżkę. Myślę sobie: byle nie położyć jej na tej plamie alkoholu. W tym momencie , za moimi plecami, akuszerka, która niesie instrumenty do czterech innych aborcji, przewraca się i przyrządy z wielkim hukiem, upadają na wykafelkowaną podłogę.

Huk jest taki, że aż podskakuję, puszczam uchwyt szczypiec i nóżka, upada tuż obok rączki. I też zaczyna się ruszać. Pierwszy raz w życiu, widzę coś takiego: i rączka, i nóżka same się ruszają. Myślę sobie: trzeba to wszystko, co zostało w macicy, zemleć na miazgę i wyciągnąć już bezkształtną masę. Zaczynam więc mleć, miażdżyć, kruszyć. Wyciągam szczypce i ... to była chyba najstraszniejsza chwila w moim życiu. Trzymam w ręku ludzie serce, które jeszcze bije. Widzę, jak serce pulsuje, coraz wolniej, aż w końcu przestaje bić. Wtedy pojmuję, że zabiłem człowieka. Zrozumiałem też, jak wielu ludzi, zabiłem w swoim życiu."


Znieczulica społeczna

W Polsce tego typu „zabiegi” są jak najbardziej legalne w trzech przypadkach: gdy ciąża stanowi zagrożenie dla życia matki, gdy zapłodnienie nastąpiło na skutek gwałtu lub kazirodztwa i gdy nienarodzone dziecko jest ciężko chore. W większości państw, zarówno na Zachodzie, jak i na Wschodzie, poczęte dziecko można zabić również z innych powodów. Można pourywać mu ręce i nogi, rozpłatać brzuch, wyjąć narządy wewnętrzne, rozbić głowę i nie ponieść za to absolutnie żadnych konsekwencji (ciekawostka: jest tylko dziewięć krajów, w których panuje pełny zakaz uśmiercania nienarodzonych dzieci. Oto ich nazwy: Laos, Malediwy, Watykan, Dominikana, Salwador, Nikaragua, Tuvalu, Chile, Urugwaj). Średniowiecze? Tak, i to w tym najbardziej negatywnym znaczeniu!

Z moich obserwacji wynika, że większość Polaków nie ma nic przeciwko zabijaniu takich dzieci, czyli jest entuzjastycznie nastawiona do rozczłonkowywania, wykrwawiania i miażdżenia ludzkich istot. Jak to się ma do oficjalnych danych, według których psychopaci stanowią tylko 2-3% społeczeństwa? Moim zdaniem, te statystyki są drastycznie zaniżone. Pewnie po to, aby nie straszyć ludzi normalnych, tj. wrażliwych na cudzą krzywdę i przestrzegających zasad etyki.


Poziom intelektualny i „dojrzałość” emocjonalna aborcjonistów

Aby udowodnić, że część aborcjoentuzjastów to ludzie irracjonalni, cyniczni i wyzuci z wszelkiej empatii, przytoczę fragment pro-aborcyjnej piosenki „Płody” zespołu Arka Satana. Utwór ten, ułożony do melodii „Cherry, Cherry Lady” Modern Talking, doskonale ilustruje poziom intelektualny i dojrzałość (a raczej: niedojrzałość) emocjonalną wielu aborcjonistów: „Kiedym rodził jak z nut, wtedy odpadł mi fiut. Moszny brak, tak, to fakt, tak mi żal. Krematoriów brzask, słychać płodów mlask. Spijam gin z pępowin, tak mi żal. Straciłem kał, to był mój ostatni strzał. Płody, płody, płody, wrzucam was do wody, w plastikowej siatce, ku ruchaniu ryb. Płody, płody, płody, zapewniacie wzwody, gdy jesteście martwe, wtedy spuszczam się”. Myślę, że ten cytat doskonale definiuje pojęcie „pro-aborcyjnej ciemnoty”. Gratuluję braku rozumu! Jak to się mówi: leczcie się na nogi, bo na głowę to już za późno!


Zakończenie

Jeśli mam być szczera, pomału tracę wiarę w to, że uda mi się przemówić aborcjoentuzjastom do rozsądku. Większość z nich to osoby głuche na wszelkie argumenty, całkowicie zamknięte na fakty naukowe i brzydzące się zasadami etycznymi. Nie dość, że nie odróżniają one gamety od zygoty, to jeszcze brakuje im wrażliwości na cudzą krzywdę. Istnieje bardzo wysokie prawdopodobieństwo, że ludzie - zarówno w Polsce, jak i poza jej granicami - jeszcze długo będą tkwić w mentalnym średniowieczu. Szkoda, naprawdę szkoda. Cóż więcej mogę napisać?…


Natalia Julia Nowak,
10 kwietnia 2011 roku

piątek, 8 kwietnia 2011

Przeciwko pro-aborcyjnej ciemnocie

Dyskutuję o aborcji od 14 roku życia

Mam 20 lat. Dyskusje na temat aborcji prowadzę co najmniej od 14 roku życia, bo właśnie wtedy założyłam - nieistniejącego już - bloga przeciwko zabijaniu ludzi w majestacie prawa (na blogu tym umieszczałam nie tylko notki antyaborcyjne, ale również antyeutanazyjne, antykryptanazyjne i potępiające karę śmierci). Jak nietrudno się domyślić, miałam już okazję rozmawiać z wieloma osobami, reprezentującymi najróżniejsze środowiska i doktryny polityczne. Podczas tych wieloletnich dyskusji poznałam chyba wszystkie pro-aborcyjne argumenty, jakie ludzkość zdołała z siebie wydalić i rozpropagować. W niniejszym artykule chciałabym przytoczyć niektóre z owych argumentów i zdemaskować ich przechodzący wszelkie granice irracjonalizm.


Argument najinfantylniejszy z najinfantylniejszych

Zacznijmy od najbardziej pospolitego i infantylnego argumentu aborcjoentuzjastów, który najczęściej jest utrzymany w tonie marudzenia rozkapryszonej małolaty: “A może ktoś nie chce mieć dziecka?”. Kiedy słyszę lub czytam tego typu pytania, od razu wyobrażam sobie zbuntowaną smarkulę, która tupie nóżką i mówi do rodziców: “A może ja nie chcę obiadu?”, “A może ja nie chcę myć zębów?” albo “A może ja nie chcę mieć dobrych ocen?”. Czy przytoczony przeze mnie argument zwolenników mordowania nienarodzonych dzieci ma charakter racjonalny? Nie, jest to argument oparty wyłącznie na emocjach i stanowiący odwołanie do ludzkiego egoizmu!


Syndrom rozkapryszonego dziecka

Taka postawa świadczy o niedojrzałości i przekonaniu, że najważniejszą rzeczą na świecie jest to, czego konkretny człowiek chce. Dziecko, w życiu nie zawsze możemy mieć to, czego chcemy. Czasami zostają na nas nałożone obowiązki, które musimy wypełniać, czy nam się to podoba, czy nie. Jeśli zaś coś robimy, to musimy być przygotowani na płynące z tego konsekwencje. Życie to nie tylko zabawa, dajmy na to seks, ale również odpowiedzialność, na przykład ciąża i wynikające z niej powinności.


“Wolność Twojej pięści musi być ograniczona bliskością mojego nosa”

Kiedy mówisz “Chcę mieć prawo do robienia tego, co mi się żywnie podoba!”, to można Ci odpowiedzieć tylko w następujący sposób: “A ja chcę gwiazdkę z nieba!”. Rozumiem, że możesz czegoś chcieć lub nie. Jednak, jak mówi przysłowie, “wolność Twojej pięści musi być ograniczona bliskością mojego nosa”. Targnięcie się na życie nienarodzonego dziecka jest nadużyciem wolności i pogwałceniem praw innej osoby.


“Chcę” i “nie chcę”

To, że nie chcesz mieć potomstwa, nie oznacza, iż wolno Ci wyrządzić krzywdę drugiej osobie. Dziewczynko, wyrośnij z egoizmu, bądź dojrzała, pogódź się z tym, że nie tylko Ty masz prawa i przywileje. Sformułowania typu “chcę - nie chcę” nie są usprawiedliwieniem dla skrzywdzenia kogoś innego. Równie dobrze Stalin mógłby się tłumaczyć ze swoich zbrodni: “Zabiłem polskich oficerów w Katyniu, bo miałem taką chęć”. Dorosła osoba wie, że trzeba szanować prawa i wolności innych ludzi. Wie też, że czary nie istnieją, a świat się nie zmieni pod wpływem naszego okrzyku “ja chcę” lub “ja nie chcę”. Argument, według którego “aborcja jest dopuszczalna”, bo “kobieta nie chce mieć dziecka”, uważam za obalony.


Selektywna aborcja, czyli mroczna strona in-vitro

Innym argumentem zwolenników mordowania nienarodzonych dzieci, z którym często się spotykam, jest ten, który nazywam “stylizacją na romantyzm”. Nie dotyczy on aborcji w klasycznym tego słowa znaczeniu, tylko części procedury in-vitro. Jak wiadomo, w wyniku tego procesu powstaje wiele zarodków - jeden z nich jest umieszczany w organizmie matki, a reszta zamrażana lub po prostu zabijana (właśnie dlatego mówi się, iż tzw. zapłodnienie pozaustrojowe to “selektywna aborcja“). Chociaż procedura in-vitro bardzo często niesie ze sobą śmierć owych “nadliczbowych”, “niepotrzebnych” dzieci, zwolennicy sztucznych zapłodnień wydają się tym nie przejmować.


Romantyczna postawa zwolenników sztucznych zapłodnień

Wręcz przeciwnie, często mówią oni: “Ach, cóż znaczy śmierć tych paru embrionów?! Jeśli ktoś bardzo, bardzo, bardzo, bardzo chce mieć dziecko, to nikt nie ma prawa stanąć mu na drodze! Cóż znaczy śmierć tych paru embrionów?! Przecież liczy się tylko małżeństwo i jego wszechogarniająca, nieokiełznana, paląca niczym ogień piekielny potrzeba posiadania potomstwa! Cóż znaczy śmierć tych paru embrionów?! To jedno dziecko, które uniknęło uśmiercenia lub zamrożenia, będzie wszak kochane ponad wszystko! Cóż znaczy śmierć tych paru embrionów?! Jeżeli ludzie się kochają, to ich miłość jest najważniejsza i nawet ludzkie życie traci przy niej wartość! Cóż znaczy śmierć tych paru embrionów?! Przecież cel uświęca środki, a chęć zostania rodzicem to szczytna idea, która usprawiedliwia nawet niecne postępki! Ach, człowiek jest demiurgiem - może dawać życie! A skoro może dawać życie, to może je również odbierać!”.


Rzeczywistość contra fikcja

Sposób myślenia, który właśnie sparodiowałam, nadaje się do romantycznego wiersza lub dramatu, ale nie do realizowania w prawdziwym życiu. To, co w utworze literackim może wyglądać efektownie i pobudzać ludzką wyobraźnię, w realnym świecie może być rzeczą niedopuszczalną pod względem etycznym. Trzeba się nauczyć odróżniać rzeczywistość od fikcji. Morderstwo, popełnione z miłości przez bohatera literackiego, jest bardzo piękne, ale tylko na kartach książki - w tak zwanym “realu” byłoby ono ohydną zbrodnią, zasługującą na surową karę.


Życie to nie fabularna opowieść

Nie mam nic przeciwko ludziom, których zachwyca historia opowiedziana w piosence “Tam, gdzie rosną dzikie róże” Anny Marii Jopek i Macieja Maleńczuka (polskiej wersji utworu “Where the Wild Roses Grow” Nicka Cave’a i Kylie Minogue). Miałabym jednak coś przeciwko, gdyby kogoś zachwycała identyczna zbrodnia popełniona w rzeczywistości. Jak już napisałam, zabójstwo z miłości ma prawo nam się podobać tylko w fikcyjnej opowieści. Natomiast nie ma prawa nam się podobać in-vitro, które polega na tym, że jednemu dziecku (z miłości) daje się życie, a kilka innych (również z miłości) się zabija.


Nie wolno zabijać nawet z miłości

Ta część procedury in-vitro, w której umyślnie uśmierca się kilkoro „nadliczbowych” dzieci, jest zbrodnią popełnioną z miłości. Gdyby to była bajka, mogłoby mi się to podobać. Ale to nie jest bajka, to realne życie. Rzadko porusza mnie śmierć lub przemoc pokazana np. w filmie fabularnym (albowiem wiem, że każda scena była wielokrotnie powtarzana, a aktorzy zapewne śmiali się i żartowali na planie filmowym). Jednak śmierć i przemoc w prawdziwym życiu - to co innego! Zrozum, człowieku, że miłość i ludzkie pragnienia nie mogą być usprawiedliwieniem dla zabicia kogoś. Jeśli uważasz inaczej, to znaczy, iż naczytałeś się romantycznych głupot. Życie to nie bajka, a utwór literacki to nie tzw. „real”. Argument, według którego „chęć posiadania dziecka może usprawiedliwić in-vitro i wiążącą się z tym śmierć nadliczbowych płodów”, uważam za obalony.


Nieodróżnianie morderstwa od śmierci naturalnej

Kolejny argument, który chciałabym zaprezentować i raz na zawsze obalić w niniejszym tekście, jest tak przerażająco głupi, że można go pomylić z tanią prowokacją. Otóż wiele osób twierdzi, iż mordowanie nienarodzonych dzieci „jest dopuszczalne”, bo „w naturze wiele zarodków ginie zupełnie samoistnie”. Chociaż trudno w to uwierzyć, tego typu stwierdzenia są czasem pisane zupełnie poważnie! Nie wiem, jak można usprawiedliwiać zadawanie ludziom śmierci, tylko dlatego, iż w naturze także występuje śmierć. Czy autorzy tego typu wypowiedzi nie wiedzą, że umyślne odebranie komuś życia i śmierć naturalna to dwie zupełnie różne rzeczy?!


„Co wolno wojewodzie, to nie tobie, smrodzie”

Przepraszam, że się unoszę, ale to naprawdę niepojęte, iż można stawiać morderstwo na równi ze zgonem z przyczyn naturalnych! Przecież śmierć kogoś, kto został zastrzelony przez ulicznego bandytę, nie jest tym samym, co śmierć kogoś, kto zmarł ze starości w wieku 99 lat! Analogicznie do tego, celowe odebranie życia nienarodzonemu dziecku nie jest tym samym, co poronienie, czyli naturalna śmierć poczętej istoty! To prawda, że Matka Natura często zabija ludzi (jeśli wierzyć stronie Ciekawostki.fotouslugi.net.pl, każdego dnia umiera aż 148.000 osób z całego świata), jednak to jeszcze nie powód, żeby samemu zacząć zabijać! Jak mówi przysłowie: „Co wolno wojewodzie, to nie tobie, smrodzie”. Jest też cytat z Seneki: „Co wolno Jowiszowi, tego nie wolno wołowi”. Proszę Cię, czytelniku, nie posługuj się argumentem o „dopuszczalności aborcji ze względu na istnienie w naturze zjawiska poronienia”, bo albo mnie rozśmieszysz, albo zirytujesz!


Na bakier z genetyką

Teraz napiszę kilka zdań na temat najbardziej nieracjonalnego, a zarazem najbardziej bulwersującego argumentu aborcjoentuzjastów. Chodzi o iście nazistowskie przekonanie, według którego „nienarodzone dziecko nie jest człowiekiem”. Aby wierzyć w ten pogląd, trzeba być na bakier ze współczesną nauką, a zwłaszcza genetyką. Z genetyki wynika bowiem jednoznacznie, iż nienarodzone dziecko - bez względu na wiek - to taki sam człowiek jak każdy z nas. Podobnie jak my, jest ono odrębnym organizmem z gatunku Homo sapiens, posiadającym własny kod genetyczny i zdolnym do stopniowego rozwijania się zgodnie z „linią programową” zapisaną w tymże kodzie.


DNA - kwas deoksyrybonukleinowy

Stwierdzenie, że „poczęte dziecko nie jest człowiekiem” to skrajny irracjonalizm, żeby nie powiedzieć: durnota. Jeśli organizm należący do gatunku ludzkiego nie jest człowiekiem, to czym jest? Tygrysem? Łosiem? Diabłem tasmańskim? Gdyby zarodek miał DNA tygrysa, to byłby zarodkiem tygrysa, a nie człowieka. Gdyby miał DNA łosia, to byłby łosiem, a gdyby miał DNA diabła tasmańskiego, to byłby diabłem tasmańskim. Jeśli jednak embrion posiada DNA człowieka, to jest człowiekiem, albowiem - z naukowego punktu widzenia - nie może być niczym innym!


Ludzkie DNA może mieć tylko człowiek

Istota posiadająca DNA szympansa nie może być ropuchą ani bawołem, zaś istota posiadająca DNA człowieka nie może być szynszylą ani strusiem. A może ktoś twierdzi, że jest inaczej? Może ktoś jest przekonany, iż człowiek może się zamienić w szynszylę albo w strusia? Jeżeli tak, to znaczy, że jest niedojrzały i nie wyrósł jeszcze z książeczek na poziomie „Animorphs” Katherine Alice Applegate! Ale z kimś takim nie warto dyskutować o czymś tak poważnym jak aborcja. Kolejna sprawa: stawianie tez w stylu „nienarodzone dzieci nie są ludźmi” to zniewaga dla całego gatunku ludzkiego, bowiem każdy z nas był niegdyś nienarodzonym dzieckiem. Ja też nim kiedyś byłam i wcale nie uważam, że nie byłam wtedy człowiekiem. Obrażając nienarodzone dzieci, obrażasz mnie, osoby trzecie i siebie.


Ach, te romantyczne argumenty!

Zwolennik zabijania nienarodzonych dzieci może się jeszcze bronić romantycznym stwierdzeniem: „Owszem, nienarodzone dziecko posiada ludzkie DNA, ale nie jest pełnoprawnym człowiekiem, bo niczego nie czuje”. Jest to jednak argument zupełnie nietrafiony, a nawet obraźliwy dla wielu osób już urodzonych. Człowiek, który zemdlał albo znajduje się pod narkozą również niczego nie czuje (pomijam tutaj straszne, wyjątkowe sytuacje rodem z filmu „Przebudzenie”), ale przecież nikt nie powie, iż „wolno go wtedy zabić”! Aborcjoentuzjasta może też odwoływać się do argumentów religijnych, mówić, że zamordowane, poczęte dziecko na pewno pójdzie do nieba. Niestety, tak się składa, iż Bóg i życie po śmierci nie istnieją. Istota ludzka ma tylko jedno, ziemskie życie, dlatego należy go bronić za wszelką cenę.


Zakończenie

Jak nietrudno odgadnąć, argumenty przytoczone i wyśmiane w niniejszym artykule nie są jedynymi argumentami zwolenników mordowania nienarodzonych dzieci. Ponieważ dysponuję ograniczonym czasem, nie jestem w stanie zająć się wszystkimi tezami aborcjoentuzjastów. Gdybym jednak to zrobiła, to mój wywód byłby bardzo długi i zapewne niewiele osób zdołałoby go przeczytać w całości. Poza tym, już po publikacji zwolennicy aborcji mogliby wyskoczyć - jak filip z konopi - z jakąś nową bzdurą. Myślę więc, że w tym miejscu można zakończyć niniejszy tekst. Dziękuję za lekturę i życzę miłego dnia!


Natalia Julia Nowak,
7-8 kwietnia 2011 roku