niedziela, 31 października 2010

Dobrze albo wcale?

Wyjątkowy okres w roku

Przełom października i listopada to okres, w którym wyjątkowo często wspomina się o śmierci - 31 października mieszkańcy Ameryki Północnej i Wielkiej Brytanii obchodzą groteskowe święto Halloween, natomiast Polacy 1 i 2 listopada celebrują kolejno uroczystość Wszystkich Świętych i Dzień Zaduszny. Przed wiekami, jeszcze w czasach pogańskich, na przełomie dziesiątego i jedenastego miesiąca Słowianie i Bałtowie odprawiali obrzędy Dziadów (źródło: Wikipedia.org). Myślę, że ten wyjątkowy okres w roku jest idealną okazją do tego, aby zastanowić się nad samą kwestią pamięci o zmarłych. A właściwie: nad jednym z poglądów dotyczących tej kwestii, który brzmi: “O zmarłych należy mówić albo dobrze, albo wcale”. Czy rzeczywiście jest tak, jak twierdzą zwolennicy zacytowanej opinii? Spróbujmy się zastanowić!


Ludzie są różni

Jak wiadomo, ludzie nie są identyczni: mają różne systemy wartości i postępują w rozmaity sposób. Jedni są dobrzy, uczciwi, sprawiedliwi, kochają swoją Ojczyznę, działają w taki sposób, aby nie przynosić szkody innym osobom, bezinteresownie pomagają bliźnim, niosą ulgę cierpiącym i pocieszenie zmartwionym. Inni są źli, działają na szkodę ludzi lub Ojczyzny, dopuszczają się niegodziwych czynów, przysparzają bliźnim zmartwień i problemów, sprawiają, że świat staje się coraz gorszym i straszniejszym miejscem. Jednakże obie grupy - ludzi prawych i nieprawych - łączy jedna, bardzo ważna i wyrazista cecha.


Dobrzy i źli zmarli

Otóż wszystkie te osoby, bez względu na stosunek do życia i otaczającej nas rzeczywistości, kiedyś umrą. Przestaną istnieć zarówno ci, którzy robili za życia coś dobrego, jak i ci, którzy postępowali w odwrotny sposób. Jeśli ktoś umrze jako człowiek prawy, to już nie będzie miał możliwości zejścia na złą drogę (pozostanie dobry na wieki wieków). Jeśli ktoś umrze jako człowiek nieprawy, to już nie zdąży się poprawić (pozostanie zły na wieki wieków). Co zostanie na Ziemi po dobrych i złych umarłych? Oczywiście, pamięć - wspomnienie u żywych. Niby nic odkrywczego, jednak na tym polu pojawia się pewien problem. Otóż znaczna część polskiego społeczeństwa uważa, że o osobach zmarłych należy mówić “albo dobrze, albo wcale”.


Manipulacja, cenzura, zafałszowywanie rzeczywistości

Moim zdaniem, wspomniany wyżej pogląd jest nie tylko głupi, ale również niebezpieczny, gdyż wiąże się z manipulacją, cenzurą i zafałszowywaniem rzeczywistości - idealizacją osób przeciętnych, wybielaniem niegodziwców oraz zatajaniem ponurych faktów dotyczących ludzi, którzy odeszli z tego świata. Jeżeli ktoś za życia kradł i gwałcił, to czy po śmierci przestaje być sprawcą kradzieży i gwałtów? Czy zgon automatycznie uświęca kogoś, kto za życia bynajmniej nie był święty? Czy łotra wolno krytykować dopóty, póki on żyje, a potem trzeba zaprzestać wszelkich krytyk i udawać, że jego czyny były dobre lub neutralne? Oczywiście, że nie! Więc skąd przekonanie, iż “o zmarłych należy mówić albo dobrze, albo wcale”?


Jak mówić o nieżyjących już zbrodniarzach?

Gdyby ta kuriozalna reguła była powszechnie obowiązującym prawem, to nie moglibyśmy wypowiadać się na temat nieżyjących już wielkich zbrodniarzy. To znaczy: moglibyśmy, ale tylko życzliwie. Niestety, przedstawianie owych zbrodniarzy w pozytywnym świetle (albo zatajanie ich niegodziwości) byłoby zakłamywaniem historii oraz obrazą dla ich ofiar. Mądrzy ludzie mawiają, iż o negatywnych zjawiskach z przeszłości należy stale przypominać, aby nie dopuścić do nich w przyszłości. To prawda. Trzeba wyciągać wnioski z błędów innych ludzi, ostrzegać społeczeństwo przed nieszczęściami, które - przy braku ogólnoludzkiej czujności - mogłyby się powtórzyć i znowu zebrać krwawe żniwo. Co z tego, że sprawcy dawnych tragedii już nie żyją? Przecież śmierć nie cofnęła ich zbrodni oraz nie przywróciła życia lub zmarnowanych chwil ich ofiarom!


Możliwość krytykowania Stalina? Dopiero po jego śmierci

Weźmy na przykład Józefa Stalina. Niesławny przywódca Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich mordował i skazywał na cierpienie miliony niewinnych ludzi (Katyń, łagry, psychuszki, agresywna polityka zagraniczna, wielki głód na Ukrainie, zabijanie i torturowanie przeciwników politycznych - to tylko niektóre z jego przewinień). Kiedy żył, nie wolno było mówić ani pisać o jego zbrodniach, obywatele ZSRR musieli go gloryfikować i przedstawiać jako postać pozytywną. Dopiero, gdy Stalin umarł, można było zacząć publicznie wypowiadać się na temat jego niegodziwości (z tej możliwości skorzystał np. Nikita Chruszczow). Czy ktoś - w imię idiotycznej zasady “O zmarłych mówimy albo dobrze, albo wcale” - ośmieliłby się zanegować konieczność ujawnienia zbrodni stalinizmu? Jeśli tak, to byłoby to niesprawiedliwe i godne najwyższej pogardy!


Zakończenie

Jak widać, opinia, według której “o zmarłych należy mówić albo dobrze, albo wcale”, jest kompletnie nietrafiona. Po świecie chodzili wszak ludzie, którzy postępowali tak źle, że przedstawianie ich w pozytywnym świetle byłoby zniewagą dla skrzywdzonych przez nich osób. Taką zniewagą byłoby również milczenie o niegodziwościach zbrodniarzy, udawanie, iż tego typu skandale nigdy nie miały miejsca. Według mnie, zawsze trzeba mówić prawdę - nawet, jeśli jest ona mroczna i źle świadczy o osobach, które już nie żyją.


Natalia Julia Nowak,
31 października 2010 r.

środa, 27 października 2010

Człowiek fotelu, uszy ryżu i montaż miejscowej ludności

Sama sobie zgotowałam ten los

Ponieważ jestem studentką i mam na studiach przedmiot związany z polityką, nie należy się dziwić, że pewnego dnia pojawiła się w moim życiu konieczność przygotowania informacji na temat ustroju Korei Północnej. Tych Czytelników, którzy mi współczują, chcę od razu zapewnić, iż sama sobie zgotowałam ten los. Każda osoba z mojej uczelnianej grupy musiała wybrać jedno, dowolne państwo, a ja, przez nikogo nie namawiana, zdecydowałam się właśnie na Koreańską Republikę Ludowo-Demokratyczną. Dlaczego? Po pierwsze dlatego, że chciałam być oryginalna, a po drugie dlatego, że sprzątnięto mi sprzed nosa Rosję, Białoruś i Chiny.


SI - sztuczna inteligencja? Raczej sztuczny idiotyzm!

Odrabianie pracy domowej postanowiłam zacząć od poszukania w Internecie konstytucji Korei Północnej - i rzeczywiście, znalazłam ją, ale w angielskiej wersji językowej (nawiasem mówiąc, jest to najnowsza wersja konstytucji KRLD z 2009 roku!). Ponieważ rzeczona konstytucja jest napisana bardzo trudnym, prawniczym językiem i pełna górnolotnych słów, których nigdy wcześniej nie widziałam, zdecydowałam się przepuścić ją przez automatyczny translator Google (wiecie, ten, który wyświetla się po naciśnięciu odnośnika “Narzędzia językowe”). Przekład, który otrzymałam po kilku sekundach, okazał się kompletnie nietrafiony: niegramatyczny, nieskładny i chwilami zupełnie niezrozumiały. Jaka szkoda, że w drugiej połowie 2010 roku, w dobie nieustannego postępu technicznego i rozwoju sztucznej inteligencji, automatyczne translatory nadal nie potrafią poprawnie przetłumaczyć tekstu z języka angielskiego na polski!


Zdumiewające rozwiązania językowe translatora Google

W niniejszym artykule chciałabym zacytować najgłupsze i najśmieszniejsze fragmenty tłumaczenia północnokoreańskiej konstytucji opracowanego przez translator Google. Znać po nich, że są one dziełem maszyny, bo człowiek - jak to się mówi - “musiałby bardzo długo myśleć, żeby coś tak głupiego wymyśleć”. Życzę przyjemnego czytania i ubawu po pachy!

Cytat pierwszy: “Towarzysza Kim Ir Sena wzmocnione i rozwinięte Republiki w mas ludowych-centered kraju socjalistycznym i socjalistycznego państwa niezależności, samowystarczalności i samoobrony, przedstawiając chuch'e zorientowanych rewolucyjnej linii i mądrze prowadzi różnych etapach rewolucji społecznej i prac budowlanych”

Komentarz do cytatu pierwszego: tego akurat nie mogę skomentować, bo nie mam pojęcia, co autor tłumaczenia, czyli translator Google, miał na myśli!

Cytat drugi: “Deputowanych do organów władzy wszystkich szczebli mają ścisłe powiązania z ich części składowych i jest odpowiedzialny za ich pracę. Składniki może odwołać zastępcę wybrali w danym czasie w przypadku tej ostatniej traci pewność siebie”

Komentarz do cytatu drugiego: ja rozumiem, że deputowany może stracić mandat albo dietę poselską, ale żeby odbierać mu pewność siebie? Szkoda, iż z powyższego cytatu nie da się wywnioskować, w jakich okolicznościach owo “odbieranie pewności siebie” następuje!

Cytat trzeci: “KRLD opiera prawdziwego zorientowane na ludzi i kultury, który służy rewolucyjnych socjalistycznych ludzi pracy. W budynku socjalistycznej kultury narodowej, państwo nie może sprzeciwić się przenikanie kultury imperializmu i restorationist tendencje i ochrona polskiego dziedzictwa kulturowego, i dziedziczyć i rozwijać je zgodnie z socjalistyczną rzeczywistością”

Komentarz do cytatu trzeciego: ochrona polskiego dziedzictwa kulturowego? Polskiego? Dlaczego wcześniej nie wiedziałam, że nad naszym dorobkiem kulturalnym czuwa rząd Korei Północnej? A tak w ogóle, to co to jest “budynek socjalistycznej kultury narodowej”? Miejsce, w którym marksiści przechowują swoje dzieła? A może coś w rodzaju Młodzieżowego Domu Kultury dla synów i córek działaczy partyjnych? Dlaczego akurat tam państwo nie może sprzeciwiać się przenikaniu kultury imperializmu? Wirtualny translator Google odmawia udzielenia odpowiedzi na te pytania!

Cytat czwarty: “Zadaniem sił zbrojnych KRLD jest przeprowadzenie pierwszego wojskowego rewolucyjnej linii w celu ochrony centrum nerwowe rewolucji, ochrony interesów ludzi pracy, obrony ustroju socjalistycznego i zdobyczy rewolucji z zagranicy agresji i ochrony wolności, niezależności i spokoju ojczyzny”

Komentarz do cytatu czwartego: what the f**k is centrum nerwowe rewolucji? Czy to epicentrum komunistycznego przewrotu? Obszar, na którym marksiści tak bardzo się denerwują, że są w stanie wywołać rewolucję w celu zrealizowania swoich planów? Nie mam zielonego pojęcia!

Cytat piąty: “Państwo ustala rewolucyjny system kierowania etosu wojska i wojskowych; wzmocnienia dyscypliny wojskowej i dyscypliny w armii masowych oraz promować wyświetlacz o wysokiej wzniosłych mocy tradycyjnej jedności między oficerów i żołnierzy, harmonii pomiędzy wojskowym i politycznym [sprawy ], i jedności armii i narodu”

Komentarz do cytatu piątego: co promować? Wyświetlacz? Zaiste, brak mi słów!

Cytat szósty: “Obywatele są wartości i miłości własnością państwa i organizacji społecznych, współpracy, walki z wszelkimi formami sprzeniewierzenia i odpadów, i pilnie zarządzania w gospodarce kraju w sposób godny mistrza. Własnością państwa i organizacji społecznych spółdzielni są nietykalne”

Komentarz do cytatu szóstego: no i wyszło szydło z worka! W totalitarnej Korei Północnej obywatele są własnością państwa! Ale nie tylko… Mieszkańcy KRLD są również własnością organizacji społecznych, współpracy oraz walki z wszelkimi formami sprzeniewierzenia i odpadów. Ciekawe, czy ta walka uświadamia sobie, jak ważną rolę odgrywa w kraju Kim Dzong Ila? Wszak bycie właścicielką ludzi to nie tylko zaszczyt, ale również ogromna odpowiedzialność! Walka musi przyjąć do wiadomości, iż jej własność w postaci zasobów ludzkich powinna być dla niej priorytetem. Odpady nie zając, nie uciekną!

Cytat siódmy: “SPA wymaga kworum ponad dwóch trzecich głosów ogólnej liczby posłów w celu zaspokojenia”

Komentarz do cytatu siódmego: tak wielu posłów potrzeba do zaspokojenia…? Kurde szlagier! Wolę nie wiedzieć, o co chodzi! Swoją drogą, powyższy cytat przypomniał mi znany dowcip: “Jak wielu prawdziwych mężczyzn potrzeba do wkręcenia żarówki? Ani jednego! Prawdziwy mężczyzna nie boi się ciemności!”. Hehehe, analogicznie do tego można powiedzieć: “Jak wielu posłów potrzeba do zaspokojenia potrzeb bytowych obywateli Korei Północnej? Ani jednego! Według oficjalnej propagandy, wszelkie łaski zsyła z zaświatów towarzysz Kim Ir Sen!”.

Cytat ósmy: “SPA komitetów sektorowych wykonuje swoją pracę pod kierunkiem Prezydium gdy SPA SPA znajduje się w zagłębieniu”

Komentarz do cytatu ósmego: w jakim zagłębieniu? Może w Zagłębiu? Pozdrowienia dla Czytelników z Sosnowca!

Cytat dziewiąty: “Deputowanych do SPA jest zagwarantowana nienaruszalność. Nr zastępca SPA może być zatrzymany lub podlegać kar za przestępstwa bez zgody SPA, lub gdy jest we wnęce bez zgody jego Prezydium, za wyjątkiem oczywistych przestępstwa”

Komentarz do cytatu dziewiątego: no dobrze, a jeśli Numer Zastępca jest we wnęce za zgodą Prezydium? Czy wolno go wtedy zatrzymać albo pociągnąć do odpowiedzialności karnej? Nawiasem mówiąc, określenie “Numer Zastępca” brzmi trochę jak “Lord Kanclerz”, “Ojciec Dyrektor” albo “Towarzysz Generał”.

Cytat dziesiąty: “Przewodniczący KRLD NDC mają obowiązki i uprawnienia do:
1. Przewodnik ogólnej sprawy państwa.
2. Bezpośrednio przypomnienie pracy NDC.
3. Powoływania lub odwoływania ważnych kadry narodowej sektora obronnego.
4. Ratyfikacja lub uchylenia znaczących umów z innymi krajami.
5. Ćwiczenia prawo do udzielania specjalnych odpustów”


Komentarz do cytatu dziesiątego: ładne kwiatki! Zawsze wiedziałam, że komuchy traktują swoją ideologię jak religię (wszak pisał o tym już Gustaw Herling-Grudziński, autor wstrząsającej książki “Inny świat” poświęconej sowieckim łagrom), ale nie sądziłam, iż w ich rzekomo racjonalistycznym środowisku istnieje zwyczaj udzielania odpustów!

Cytat jedenasty: “SPA Prezydium może mieć kilka honorowych wiceprezesów. Funkcjonariusze wśród posłów SPA, którzy uczestniczyli w pracach dotyczących budowy państwa przez długi czas i się wyróżnia składki mogą zostać honorowym wiceprzewodniczących SPA Prezydium”

Komentarz do cytatu jedenastego: panie translatorze Google! Czy mógłby pan powtórzyć? Kto może zostać honorowym wiceprzewodniczącym Prezydium SPA?

Cytat dwunasty: “Ustanowienie lub zniesienie narządów pod bezpośrednią kontrolą Rady Ministrów, głównych organów administracyjnych i ekonomicznych, i przedsiębiorstw, oraz ustanowić środki w celu poprawy organizacji administracji państwowej”

Komentarz do cytatu dwunastego: o rany! Sformułowanie “zniesienie narządów” jednoznacznie kojarzy mi się z amputacją jakiejś części ciała! A przecież organizacje praw człowieka donoszą, iż obywatelom KRLD często brakuje pieniędzy na środki anestezjologiczne, przez co wiele amputacji odbywa się bez żadnego znieczulenia! Tragedia… Źle się dzieje w państwie koreańskim… Ej, a może te amputacje to jakaś forma tortur lub eksperymentów medycznych, którym poddaje się przeciwników politycznych i ich rodziny?

Cytat trzynasty: “Komitety i ministerstw Rady Ministrów kieruje posiedzeniach komisji i kadry spotkań. Posiedzenia komisji i kadry posiedzeń komisji i ministerstw ma dyskusji i podjęcia decyzji w sprawie środków na wykonanie szafy decyzje i zarządzenia, jak również inne ważne kwestie”

Komentarz do cytatu trzynastego: to się nazywa biurokracja! Zobaczcie, jak wiele zachodu potrzeba, żeby legalnie wykonać szafę! Posiedzenia, dyskusje, wspólne podejmowanie decyzji… Z drugiej strony, skoro jest to “ważna kwestia”, to chyba nie wypada się tym bulwersować, co?

Cytat czternasty: “Kadencja wojewódzkich (gmina bezpośrednio pod władze centralne), komunalnych (dzielnica), i powiatowych zespołów ludzi wynosi cztery lata. Nowe wybory montażu miejscowej ludności odbywa się przed upływem jego kadencji”

Komentarz do cytatu czternastego: wybory montażu miejscowej ludności? Na Zeusa, o co tu chodzi?

Cytat piętnasty: “4. Elect lub odwołania przewodniczącego, vice przewodniczącego, sekretarza i członków komisji ludzi na odpowiednim poziomie.
5. Elect lub wycofania sędziów i asesorów ludzi sądu na odpowiednim poziomie.
6. Odstąpić błędnych decyzji i dyrektyw komisji ludzi na odpowiednim poziomie i zespołów ludowych i komitetach ludzi na niższych szczeblach”


Komentarz do cytatu piętnastego: cha, cha, cha! To akurat mi się podoba! Szkoda, że w Polskiej konstytucji nie jest napisane, iż komisje i sądy powinny być na odpowiednim poziomie! Mam jednakże jedno pytanie: o jakie zespoły ludowe chodzi? Czy o te, które śpiewają socrealistyczne piosenki na cześć chłopów i ich pracy?

Cytat szesnasty: “montaż lokalnych ludzi wybiera swojego przewodniczącego. Człowiek fotelu przewodniczy hali na sesji”

Komentarz do cytatu szesnastego: niestety, znowu nie mam pojęcia, co autor tłumaczenia, translator Google, miał na myśli. Wiem, co to znaczy “człowiek sukcesu” albo “człowiek czynu”, jednak wyrażenie “człowiek fotelu” jest mi zupełnie obce. Może mowa tu o kimś, kto “siedzi na stołku”, czyli pełni jakąś funkcję publiczną?

Cytat siedemnasty: “Expose przestępców i sprawców prawo i pociągnięcie ich do konta prawnych w celu ochrony suwerenności KRLD, system socjalistyczny, własnością państwa i organizacji społecznych, spółdzielni i praw konstytucyjnych, życie i mienie ludzi”

Komentarz do cytatu siedemnastego: a to ciekawe! W Polsce expose wygłasza premier, a w Korei Północnej przestępcy! Tak przynajmniej wynika z powyższego tłumaczenia opracowanego przez sztuczną inteligencję (właśc. sztuczny idiotyzm).

Cytat osiemnasty: “Postępowanie sądowe prowadzone są przez Centralny Sąd prowincji (gmina bezpośrednio pod władze centralne) Sądy i gminy (powiat) i powiat ludzi sądów i sądów specjalnych. Wyroki muszą być dostarczane w nazwę KRLD”

Komentarz do cytatu osiemnastego: hmmm… Nazwa KRLD musi być strasznie długa, skoro dołącza się do niej treści wyroków sądowych… Zaraz, zaraz! Czy KRLD nie nazywa się po prostu KRLD?

Cytat dziewiętnasty: “Godło KRLD przedstawia projekt wspaniały hydroelektrowni pod Mt Paektu, świętą górę rewolucji, i świetnie świeci pięcioramienna czerwona gwiazda, w owalnej ramce składający się z uszu ryżu, pleciony z czerwonym wstęga z napisem Ludowo-Demokratyczna Republika Korei"

Komentarz do cytatu dziewiętnastego: no cóż… W Polsce często się mówi, że “ściany mają uszy”, ale o “uszach ryżu” nigdy się nie wspomina. Może północnokoreański ryż różni się od tego, który importujemy z Chin?


Kilka słów na zakończenie

Jak widać, przekłady z języka angielskiego dokonywane przez automatyczny translator Google są mało zrozumiałe, niepoprawne pod względem językowym i niezgodne z tekstami źródłowymi, ale za to zabawne i dziwaczne do granic absurdu. Najważniejsze jest jednak to, iż mogą one stać się źródłem rozrywki na długie jesienne wieczory. Ciekawe tylko, co by powiedział Kim Dzong Il, gdyby się dowiedział, że wirtualny tłumacz zrobił farsę (ewentualnie: tragifarsę) z jego komunistycznego reżimu? Czy zdumiewające rozwiązania językowe translatora Google by go rozbawiły?…


Natalia Julia Nowak


P.S. Anglojęzyczny przekład konstytucji Koreańskiej Republiki Ludowo-Demokratycznej jest dostępny na stronie:

http://asiamatters.blogspot.com/2009/10/north-korean-constitution-april-2009.html

A to pełna wersja osławionego tłumaczenia translatora Google:

http://translate.google.pl/translate?u=http%3A%2F%2Fasiamatters.blogspot.com%2F2009%2F10%2Fnorth-korean-constitution-april-2009.html&sl=en&tl=pl&hl=&ie=UTF-8

sobota, 23 października 2010

Neutralność na sto procent

Krzyże mogą zostać


Ostatnio dużo się w Polsce dyskutuje o obecności krzyży w miejscach publicznych, a ściślej: o tym, czy eksponowanie chrześcijańskich symboli religijnych nie rani uczuć ateistów, agnostyków i innowierców. Podczas tego typu dyskusji wielokrotnie wspomina się o tolerancji. Część dyskutantów twierdzi, że wieszanie krzyży w miejscach użyteczności publicznej świadczy o braku akceptacji dla odmiennych przekonań religijnych, inni uczestnicy debaty utrzymują zaś, iż nagłe usunięcie chrześcijańskich symboli byłoby aktem nietolerancji wobec wyznawców Jezusa Chrystusa.

Jeśli chodzi o mnie, kwestia obecności krzyży w przestrzeni publicznej jest mi zupełnie obojętna. Jestem osobą niewierzącą (aczkolwiek od czasu do czasu podejrzewaną o agnostycyzm lub wręcz kryptokatolicyzm), jednak krzyże w szkołach i urzędach mi nie przeszkadzają. No, po prostu odnoszę się do nich jak do zwykłych elementów dekoracyjnych. Denerwuje mnie za to inna rzecz, a mianowicie wszelkiego typu symbole polityczne umieszczane w widocznych miejscach. To właśnie nad nimi chciałabym się dzisiaj zastanowić.


Czymże jest światopogląd?


Podczas dyskusji, o których wspomniałam w akapicie pierwszym, często używa się zwrotu “neutralność światopoglądowa państwa”. Kiedy ktoś mówi, że życzy sobie “państwa neutralnego światopoglądowo”, zapewne wyobraża sobie utopijny świat, w którym administracja publiczna nie narzuca nikomu żadnego światopoglądu i nie manifestuje żadnej filozofii poprzez zmuszanie obywateli do patrzenia na jakieś symbole. Myślę, iż w tym miejscu warto się zastanowić nad samym pojęciem “światopoglądu”, którego podczas wspomnianych dyskusji raczej się nie definiuje.

Czy słowo “światopogląd” odnosi się tylko do przekonań religijnych i filozoficznych? A może w skład “światopoglądu” wchodzą również poglądy polityczne, ideologie, doktryny, programy i sympatie partyjne? Jeśli tak, to czy w “państwie neutralnym światopoglądowo” powinno się tolerować symbole polityczne (emblematy, znaczki, hasła, propagandowe plakaty) w miejscach publicznych, takich jak szkoły, uczelnie, ulice, aleje, place, skwery, ronda, kościoły i tym podobne? Załóżmy, że nie.


Zmuszanie do czczenia czegoś, czego się nie popiera


Czy, wobec tego, nadawanie szkołom patronów-polityków (np. Szkoła Podstawowa im. Lecha Kaczyńskiego w Chełchach) jest słuszne i akceptowalne? Jak poczułby się rodzic, gdyby szkoła, do której uczęszcza jego dziecko, otrzymało patrona w postaci nielubianego w danej rodzinie polityka? A co z coraz częściej spotykanymi pomnikami NSZZ “Solidarność”? Dlaczego ktoś, kto nie popiera tego związku zawodowego (np. ja, bo jestem antydemokratką, marzącą o autorytarnej, konserwatywno-nacjonalistyczno-tercerystycznej Wielkiej Polsce) musi na takie monumenty patrzeć? Przecież obecność pomników “S” wywiera na przeciwników tego ugrupowania bardzo przykrą presję!

W jaki sposób? Otóż nachalnie sugeruje, że Niezależny Samorządny Związek Zawodowy “Solidarność” jest formacją cudowną i wspaniałą, której należy się cześć, chwała, uwielbienie, a najlepiej miłość. A jeśli ktoś nie zgadza się z tą opinią? A jeśli ktoś myśli inaczej? A jeśli ktoś czuje się urażony taką pro-solidarnościową propagandą (piszę “propagandą”, bo stawianie Solidarnościowcom pomników wyraźnie wskazuje na to, że ktoś uważa ich za bohaterów i pragnie narzucić ten pogląd reszcie społeczeństwa)? Jak ja, przeciwniczka Złotej Polskiej Opozycji Demokratycznej, mam się zachowywać w sytuacji, kiedy moje otoczenie bezgłośnie krzyczy: “NSZZ jest super! Musisz go kochać i czcić, czy ci się to podoba, czy nie!”? Czy ja, reprezentantka politycznej mniejszości, mam w tym kraju jakiekolwiek prawa?!

Niektórym osobom nie mieści się w głowach, że ktoś może mieć negatywne zdanie na temat “Solidarności”. Ale tak właśnie jest, czego dowodem mogę być ja sama. Swoją drogą, jeśli działacze Niezależnego Samorządnego Związku Zawodowego “S” rzeczywiście uważają się za obrońców wolności słowa, myśli, sumienia i wyznania, to powinni być w tym przekonaniu konsekwentni i nie narzucać nikomu swojej symboliki. Z całym szacunkiem, ale zmuszanie ludzi do patrzenia na solidarnościowe emblematy wydaje mi się sprzeczne z ideą, do której tak często odwołują się przedstawiciele tego związku zawodowego! Podobno działacze “Solidarności” chcą, aby każdy mógł myśleć co mu się żywnie podoba, ale jak ja mam w to wierzyć, skoro pomniki tej formacji narzucają mi określony pogląd?!


Zakończenie


I to tyle w tym temacie. Mam nadzieję, że ktoś zastanowi się nad moimi słowami i przyjmie wreszcie do wiadomości, iż niektórym ludziom nie podobają się symbole polityczne w miejscach publicznych. Jeśli chcemy żyć w “państwie neutralnym światopoglądowo”, to nie róbmy od tej reguły żadnych wyjątków. Wszak wyraz “światopogląd” - jak już ustaliliśmy - odnosi się nie tylko do przekonań religijnych i filozoficznych, ale także do poglądów politycznych, ideologii, doktryn, programów i sympatii partyjnych.

poniedziałek, 18 października 2010

Prowokacje religijne w muzycznych video clipach

LITERACKIE MOTTO:

“Każdego dnia biedaczek ten o słodkiej twarzy
Opodal mnie pokornie klękał u ołtarzy,
A zapał, z jakim wznosił do nieba swe modły,
Oczy wszystkich obecnych wciąż ku niemu wiodły:
To wzdychał, to się krzyżem rozkładał na ziemi,
Aby dotknąć posadzki usty pokornemi,
A gdym wychodził, za mną pospieszał w zawody,
Aby w drzwiach jeszcze podać mi święconej wody”


Molier - „Świętoszek”




Inspirujący felieton K. Kłopotowskiego

Jakiś czas temu natknęłam się na arcyciekawy artykuł “Kazanie na górce: zgaga po Lady Gaga” Krzysztofa Kłopotowskiego, będący nieocenzurowaną wersją felietonu “Go, Gaga, go!” opublikowanego w serwisie Onet.pl. Artykuł ten, zawierający opisy najbardziej kontrowersyjnych teledysków amerykańskiej piosenkarki Lady Gagi, zachęcił mnie do zapoznania się z twórczością tej ekscentrycznej artystki. Gdy już obejrzałam video clipy Gagi, mogłam bez cienia wątpliwości powiedzieć, że największe wrażenie zrobił na mnie jej teledysk “Alejandro”, który ma charakter religijno-obyczajowej prowokacji, a który, zdaniem Kłopotowskiego, jest inspirowany “nocą długich noży” (jeśli ktoś nie wie, co takiego specyficznego było w tym wydarzeniu historycznym, powinien zajrzeć do wirtualnej encyklopedii Wikipedia.org i zwrócić uwagę na słowa Alfreda Rosenberga zacytowane w rozdziale “Przebieg”). Filmik “Alejandro” zachęcił mnie również do zainteresowania się innymi video clipami, których kontrowersyjność opiera się na nieortodoksyjnych nawiązaniach do chrześcijaństwa i instytucji Kościoła.


Nie będzie o Lady Gadze, nie będzie o Madonnie

W niniejszym tekście nie będę opisywać samego “Alejandro”, gdyż jest to teledysk stosunkowo nowy i tak popularny, że znaczna część moich Czytelników pewnie już go oglądała albo o nim słyszała (a jeśli nie, to odsyłam niewtajemniczonych do artykułu “Kazanie na górce: zgaga po Lady Gaga“ Krzysztofa Kłopotowskiego). Nie scharakteryzuję też starego “Like a Prayer” Madonny, gdyż to dzieło również zalicza się do tworów znanych i rozpoznawalnych. Zajmę się za to filmikami mniej sławnymi, ale także mającymi charakter religijnych prowokacji. Moje opisy nie będą ambitnymi analizami czy interpretacjami owych dzieł, tylko ich zwykłymi streszczeniami, uzasadniającymi tezę, iż skandalizująca ostatnio Lady Gaga nie wniosła do kultury niczego nowego, a obrazoburcze, świętokradcze lub bałwochwalcze video clipy są dosyć często spotykaną formą artystycznego wyrazu. Życzę przyjemnej lektury!


Mylene Farmer - “Je Te Rends Ton Amour”
(“Zwracam Ci Twoją Miłość”)


Wydarzenia przedstawione w tym teledysku najprawdopodobniej mają miejsce w XIX wieku, gdyż różowa suknia noszona przez Mylene Farmer przypomina odzież właśnie z tamtej epoki. Piosenkarka wciela się w rolę niewidomej damy, która zmierza ku stojącemu na łonie natury kościołowi. Do tej samej świątyni idzie również inna postać, a mianowicie tajemniczy mężczyzna w czarnej todze, który - jak wynika z angielskojęzycznej Wikipedii - jest szatanem o wyglądzie człowieka.

Kiedy główna bohaterka wchodzi do kościoła, zaczyna “czytać” Biblię napisaną alfabetem Braille’a, natomiast antropomorficzny szatan zanurza w wodzie święconej swoje demoniczne, obdarzone długimi pazurami palce (gest ten powoduje, iż poświęcona ciecz zaczyna parować). Diabeł-mężczyzna sprawia również, że kościelne świece gasną, a drewniane krzesła samoistnie się przewracają. W pewnym momencie niewidoma dama zdejmuje ze swojego palca ślubną obrączkę, co bez wątpienia jest symbolem rozwodu, a więc czynu potępianego przez Kościół katolicki. Później kobieta przystępuje do sakramentu spowiedzi, ale ponieważ jest niewidoma, nie zauważa, iż w konfesjonale zasiada szatan, którego oczy mają czerwone tęczówki.

Podczas spowiedzi główna bohaterka niespodziewanie zaczyna krwawić - z wewnętrznej części jej nadgarstków, a potem również z nóg zaczyna lecieć krew. Jeśli chodzi o szatana-spowiednika, bez pozwolenia dotyka on kobiety, a następnie chwyta ją za ramię i próbuje wciągnąć do konfesjonału. Niewidoma dama, broniąc się przed gwałtem, doprowadza do upadku i rozbicia na drobne kawałki kamiennej rzeźby anioła.

W kolejnej scenie widzimy kobietę zupełnie nagą, związaną i zakneblowaną, jednak później diabeł-mężczyzna zwraca jej wolność i wykonuje z nią czynności seksualne, rozprowadzając krew po całym jej ciele. Co ciekawe, główna bohaterka wygląda, jakby poddawała się tym pieszczotom dobrowolnie i z przyjemnością. Krwi jest coraz więcej, czerwona substancja zajmuje coraz większą powierzchnię kościelnej podłogi.

W końcu diabeł, już czysty i ubrany w czarną togę, zmierza ku drzwiom wyjściowym. Oczom widzów ukazuje się widok rozebranej, zakrwawionej, śpiewającej bohaterki przywiązanej w pozycji krzyżowej do jakiejś drewnianej konstrukcji. Kiedy szatan “na odchodne” zanurza swoje palce w wodzie święconej, niespodziewanie zamienia się ona w krew. Później widzimy, jak naga kobieta spaceruje, klęczy, aż w końcu leży w kałuży krwi na podłodze oraz topi swoją ślubną obrączkę. Gdy niewidoma dama wychodzi z kościoła, ma na sobie czarną suknię, zupełnie inną od tej różowej, którą nosiła na początku teledysku.


Within Temptation - “Running Up That Hill”
(“Biegnąc W Górę Tego Wzgórza”)


Akcja video clipu rozgrywa się w kościele, w którym ma wystąpić holenderski zespół Within Temptation. Przed wejściem do świątyni jeden z fanów WT spostrzega, że kamienny posąg anioła, pilnujący wejścia do Domu Bożego, płacze prawdziwymi łzami i świeci nieziemskim blaskiem. Posąg ten jest odrobinę podobny do wokalistki Sharon den Adel, która z kolei stoi w prezbiterium i właśnie rozpoczyna występ. Co ciekawe, w innej części tego samego kościoła modli się anioł będący dosłownie sobowtórem Sharon.

Kiedy artystka zaczyna śpiewać drugą zwrotkę piosenki “Running Up That Hill“, na koncert zespołu Within Temptation przybywa jakaś nadludzka, otoczona cudownym blaskiem istota, która może się widzom kojarzyć z Duchem Świętym (owa istota także posiada twarz pani den Adel). W pewnym momencie tajemnicza postać przenika do wnętrza Sharon, a ta rozbłyskuje boskim światłem i unosi się w powietrze, przyjmując pozycję ukrzyżowanej i wywołując zachwyt lub zdumienie u naocznych świadków. Później artystka bezpiecznie ląduje na podłodze, zaś istota kojarząca się z Duchem Świętym opuszcza jej ciało. Formacja Within Temptation kontynuuje swój występ, a gdy impreza dobiega końca, Sharon den Adel znajduje na chodniku przed kościołem białe, świecące boskimi promieniami pióro oraz zauważa płacz kamiennego posągu. Na tym teledysk się kończy.


Lacrimosa - “Satura”
(“Nasycenie”)


Kolejny video clip, którego akcja rozgrywa się na terenie kościoła. Tym razem widzimy, jak Tilo Wolff - lider zespołu Lacrimosa - odprawia jakiś mistyczny rytuał nad leżącą na ołtarzu Anne Nurmi. Kobieta zachowuje się bardzo spokojnie, a mężczyzna wykonuje nad nią tajemnicze gesty, które bardziej przypominają odprawianie zaklęcia niż jakikolwiek chrześcijański obrzęd (istnieje prawdopodobieństwo, że to, co robi Tilo, to po prostu składanie ofiary Bogu lub diabłu, czyli akt pogański, okultystyczny, może nawet satanistyczny). Na terenie świątyni znajdują się również inne kobiety - wszystkie ubrane w skąpe, czarne, gotyckie stroje. Owe kobiety wdzięczą się do kamery, wyginają, przeciągają i wykonują różne czynności o charakterze erotycznym (np. jedna z nich pieści krucyfiks). Później widzimy, jak jedna z pań siedzi na leżącym Wolffie i go pieści. Ostatnia scena teledysku przedstawia zasztyletowanie Tilo przez mroczne kobiety oraz lament Anne Nurmi nad jego martwym ciałem. Symbolem śmierci głównego bohatera jest zgaśnięcie białej, krwawiącej świecy pokazanej na samym końcu video clipu.


Zakończenie

Jak nietrudno się domyślić, trzy teledyski opisane w niniejszym felietonie nie są jedynymi prowokacjami religijno-obyczajowymi, na które można się natknąć podczas poznawania twórczości różnych zespołów i solistów. Gdybym chciała streścić wszystkie obrazoburcze, świętokradcze lub bałwochwalcze filmiki, które miałam okazję obejrzeć w całym swoim życiu, musiałabym ślęczeć nad tym artykułem przez kilka dni (a efekt końcowy byłby tak obszerny i rozwlekły, że niewielu Czytelników zdołałoby przezeń przebrnąć). Jeśli ktoś, czytając mój felieton, zainteresował się problemem prowokacji religijnych w muzycznych video clipach, powinien obejrzeć nie tylko trzy wybrane przeze mnie teledyski, ale również inne - te, dla których w niniejszym artykule nie wystarczyło miejsca. Na początek mogę zaproponować filmiki z poniższej listy:

Behemoth - “At The Left Hand Ov God” (grzech Adama i Ewy, przerażająca, pełna bólu i cierpienia wizja piekła, palenie symboli religijnych, bunt potępionych przeciwko “miłosiernemu” Bogu, który skazuje niektórych ludzi na wieczne męki)

Mylene Farmer - “Que Mon Coeur Lache” (Bóg Ojciec jako polityk lub biznesmen w garniturze i z gazetą w rękach, swobodnie zachowujący się Chrystus, anioł z słuchawkami w uszach, Michael Jackson przygnieciony przez upadający krzyż)

Nightwish - “Nemo” (nietradycyjne wyobrażenie piekła jako pustyni lodowej, potępiona kobieta pokryta smołą, nieudana próba samobójcza, obrócenie się głównej bohaterki w proch i pył po dotarciu do krzyża)

Nightwish - “Amaranth” (znalezienie rannego, nieprzytomnego, upadłego anioła przez dwóch młodzieńców, próba pomocy cierpiącej istocie, spalenie bezbronnego anioła przez nietolerancyjną starszyznę wioski)

Within Temptation - “Angels” (zabicie łatwowiernej kobiety przez mordercę przebranego za księdza lub pastora, powrót głównej bohaterki i innych ofiar pod postacią aniołów, kara śmierci dla zbrodniarza)

Within Temptation - “The Dance” (teledysk stylizowany na japońskie anime, wojownik pragnący uratować swoją ukochaną, która została porwana i przywiązana do krzyża, nieumyślne zabicie kobiety przez głównego bohatera)

Era - “Ameno” (osadzenie akcji w średniowieczu, przedstawienie katarów jako jedynego słusznego wyznania, katolicki rycerz pełniący funkcję czarnego charakteru, dokonanie cudu przez katarską dziewczynkę)

Poza tym, przypominam o teledyskach wspomnianych na początku niniejszego artykułu: “Alejandro” Lady Gagi i “Like a Prayer” Madonny. Uważam, że ci, którzy jeszcze tego nie zrobili, powinni obejrzeć te kontrowersyjne video clipy. Pierwszy z nich trwa ponad osiem minut, jednak warto poświęcić ten czas na zapoznanie się z dziełem, o którym obecnie dużo się mówi i dyskutuje.


Natalia Julia Nowak,
17-18 października 2010 r.

niedziela, 10 października 2010

TragiFarsa 11. Strajk ścisły

OD AUTORKI:

Dramat, który oddaję dziś w ręce Czytelników, jest już jedenastym tomem przygód UB-eka Zdzisława Baumfelda, TW Marii Lolity, niewinnego więźnia Wespazjana Cipki oraz innych postaci. Fabuła utworu wyraźnie nawiązuje do części pierwszej, albowiem 11 to dwie sąsiadujące ze sobą cyfry 1. Akcja sztuki teatralnej - podobnie jak miało to miejsce w “TragiFarsie socNIErealistycznej” i “TragiFarsie 3. Skandalu stulecia” - rozgrywa się w roku 1948. Miejscem wydarzeń jest zaś ta sama sala przesłuchań, która pojawiła się w tomie pierwszym i trzecim.

Chociaż “TragiFarsa 11. Strajk ścisły” jest jedną z najkrótszych części mojej groteskowo-satyrycznej serii dramaturgicznej, jej problematyka obraca się wokół głównego wątku cyklu, czyli relacji między funkcjonariuszem UB, jego bezczelnym i nieco nierozsądnym więźniem oraz bezmyślną, hedonistyczną kochanką. Nastrój utworu jest taki sam jak w poprzednich częściach: groteskowy, absurdalny, czasem wesoły, innym razem smutny i poważny. Tradycyjnie, przez sztukę teatralną przewijają się nie tylko specyficzne żarty i cięte riposty, ale również trudne pytania o charakterze etyczno-filozoficznym.

Oto tytuły wszystkich części TragiFarsy:

1. “TragiFarsa socNIErealistyczna”
2. “TragiFarsa 59 lat później”
3. “TragiFarsa 3. Skandal stulecia”
4. “TragiFarsa + 60 lat”
5. “TragiFarsa 5. Odcinek specjalny”
6. “TragiFarsa 6. Totalna porażka”
7. “TragiFarsa 7. Teoria spisku”
8. “TragiFarsa 8. Nowa era”
9. “TragiFarsa 9. Rok 2009”
10. “TragiFarsa 10. Część jubileuszowa”
11. “TragiFarsa 11. Strajk ścisły”

Jeśli ktoś chce wiedzieć, skąd się wziął ten groteskowo-satyryczny cykl dramaturgiczny oraz jakie są jego związki z moimi innymi utworami, powinien przeczytać mój artykuł pt. “TragiFarsa od kuchni”. Tych, którzy mają ochotę przeczytać krótkie opisy poszczególnych TragiFars, odsyłam zaś do tekstu “TragiFarsa, czyli przygody UB-eka Zdzisława”.


Z pozdrowieniami
Natalia Julia Nowak





MUZYCZNE MOTTO:

"Nie… Nie… Nie…
Nienawidzę szefa!
Nie… Nie… Nie…
Nienawidzę szefa!
Nie… Nie… Nie…
Nienawidzę szefa!
Nie… Nie… Nie…
Nienawidzę szefa!

Na bankiecie przy kieliszku
niczym ojciec, druh i brat.
Gdy do błędu się nie przyznasz,
bezlitosny jest jak kat.
Nienawidzisz jego gestów,
gdy szyderczo śmieje się
i uprzejmie, przy kolegach
jak codziennie zbeszta cię”


Big Cyc - “Nienawidzę Szefa”



Czas akcji: rok 1948 (jakiś czas po wydarzeniach opisanych w “TragiFarsie socNIErealistycznej” i “TragiFarsie 3. Skandalu stulecia”)

Miejsce akcji: budynek Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Młodzianowicach, sala przesłuchań (ta sama co w wymienionych wcześniej utworach)

Osoby: Zdzisław Baumfeld (27-letni podporucznik UB), Archibald Moździerz (43-letni plutonowy UB), Wespazjan Cipka (24-letni więzień UB, fałszywie oskarżony o działalność wywrotową), Maria Lolita (21-letnia Tajna Współpracowniczka UB, a zarazem kochanka Baumfelda), Niewidoczny Narrator (słyszalny tylko dla widzów), Mroczysława Kalinowska-Wójcik (40-letnia podpułkownik, wicedyrektorka młodzianowickiego UB)


W ciemnej, obskurnej sali przesłuchań (którą oświetla tylko jedna, mała lampka, stojąca na biurku przesłuchującego) przebywają trzy osoby: Zdzisław Baumfeld, Archibald Moździerz oraz Wespazjan Cipka. Ci pierwsi, odziani w UB-eckie mundury i wyraźnie rozdrażnieni, stoją na środku pomieszczenia, a ten ostatni siedzi na małym, skromnym krześle przesłuchiwanego i uważnie obserwuje obu funkcjonariuszy Urzędu Bezpieczeństwa. Wespazjan - podobnie jak w poprzednich częściach TragiFarsy - jest zmęczony i przestraszony, ale za wszelką cenę usiłuje udawać pogodnego, beztroskiego luzaka. W sali przesłuchań panuje cisza i spokój, jednak czuć, że “coś wisi w powietrzu”.


ZDZISŁAW BAUMFELD (głośno, uroczyście, patrząc na Wespazjana Cipkę):

Ja, podporucznik Zdzisław Baumfeld, oświadczam publicznie… tutaj, przed tym licznym, jednoosobowym audytorium… że w dniu dzisiejszym, to jest 15 listopada 1948 roku, o godzinie 9:00 rano, czyli… (Spogląda na zegarek) za jakieś dwadzieścia sekund, rozpocznie się w budynku Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Młodzianowicach strajk funkcjonariuszy bezpieki. Innymi słowy, ja i towarzysz Archibald Moździerz kiełbolimy swoją robotę, wypinamy się na cały świat i nie robimy nic. Dziękuję za uwagę oraz życzę miłego dnia!


WESPAZJAN CIPKA (oszołomiony tym, co właśnie usłyszał):

Strajk funkcjonariuszy bezpieki? To wy w ogóle macie prawo do strajku?


ZDZISŁAW BAUMFELD (lodowatym tonem, mrużąc niebezpiecznie oczy):

Sugerujecie, towarzyszu Wespazjanie, że nie mamy?


WESPAZJAN CIPKA (wzruszając ramionami):

Niczego nie sugeruję. Zapytałem z czystej ciekawości. (Krótka pauza) Czyli mówisz, Zdzisiek, że ty i Archibald rezygnujecie dzisiaj z wykonywania obowiązków zawodowych?


ZDZISŁAW BAUMFELD:

Dokładnie!


WESPAZJAN CIPKA (z nadzieją w głosie):

Nie będziecie mnie dzisiaj bić?


Zdzisław Baumfeld siada na krześle przesłuchującego, a potem nonszalancko kładzie nogi na biurku. W tym samym czasie Archibald Moździerz siada na innym krześle, stojącym przy jednej ze ścian.


ZDZISŁAW BAUMFELD (stanowczo, do Cipki):

Nie. Dzisiaj nie pytamy, nie bijemy, nie notujemy zeznań, nie piszemy protokołów, nie składamy raportów, nie zabijamy. Strajkujemy.


ARCHIBALD MOŹDZIERZ:

Nawet, jak nam coś upadnie na podłogę, to tego nie podniesiemy, bo nie. To jest strajk ścisły, obywatelu Cipka.


WESPAZJAN CIPKA (ponuro, z wyrzutem):

Wczoraj gasiliście sobie na mnie papierosy, a dzisiaj mówicie, że nie będziecie robić zupełnie nic? To musi być podstęp!


ZDZISŁAW BAUMFELD (spokojnie, nadal z nogami na biurku):

Wczoraj nie było strajku, towarzyszu Wespazjanie. Ale dzisiaj - po tym, co usłyszeliśmy w gabinecie naszego dyrektora, pułkownika Waldeberta Werfelberga - strajk po prostu musiał zostać ogłoszony. (Pogardliwie, ze złością) Cóż, to nie nasza wina, że rządzi nami socjopatyczny krasnorost!


ARCHIBALD MOŹDZIERZ (pod nosem, mając na myśli Werfelberga):

Straszna postać…


WESPAZJAN CIPKA (zaintrygowany oburzeniem UB-eków):

A co on wam takiego zrobił, że postanowiliście zorganizować strajk?


Zdzisław zdejmuje nogi z biurka i siada w pozycji, która bardziej sprzyja mówieniu.


ZDZISŁAW BAUMFELD (przejęty, nie kryjąc zbulwersowania):

Już wam mówię, obywatelu Cipka! Dziś z samego rana plutonowy Archibald Moździerz, chorąży Świętożyźń Klemermann i ja zanieśliśmy naszemu (tfu, tfu, tfu!) szefowi treść zeznania takiego jednego więźnia, Makrobiusza Bzdury, z którym użeraliśmy się przez ostatnie kilka miesięcy. A musicie wiedzieć, towarzyszu, że opracowanie gotowego zeznania to bardzo długa i ciężka robota. Najpierw się człowieka przesłuchuje, co bywa dosyć trudne i męczące, potem się pisze zeznanie i dopasowuje do niego odpowiednie dowody (albo odwrotnie), robi się niezbędną korektę tekstu, daje się kartkę więźniowi do podpisania (z czym również wiążą się rozmaite perypetie), aż w końcu oddaje się gotowe dzieło Werfelbergowi, który wysyła je do Wojskowego Sądu Rejonowego.


WESPAZJAN CIPKA (lekko rozbawiony, przerywając Baumfeldowi):

Heh, jak cię tak słucham, Zdzisiek, to odnoszę wrażenie, że mam do czynienia z dziennikarzem, który opowiada o swojej pracy w redakcji czasopisma!


ARCHIBALD MOŹDZIERZ (szorstko, ostrzegawczo, do Wespazjana):

Nie cieszcie się, towarzyszu Wespazjanie, bo z wami będzie tak samo jak z innymi więźniami. Jesteśmy dopiero na początku naszej wspólnej drogi. (Złośliwie) Czy wiecie, drogi obywatelu, co to jest stójka? Jeśli nie, to po strajku możecie się dowiedzieć!


ZDZISŁAW BAUMFELD (kontynuuje przerwaną opowieść):

Tak czy owak, to zeznanie, o którym wcześniej wspomniałem, było prawdziwym majstersztykiem. Długie, wielowątkowe, wyczerpujące, pełne zapierających dech w piersiach deklaracji i intrygujących szczegółów… Jednym słowem: arcydzieło. Archibald Moździerz, Świętożyźń Klemermann i ja pracowaliśmy nad nim w pocie czoła, niejednokrotnie odmawiając sobie odpoczynku, jednak efekt końcowy okazał się godny tak wielkiego wysiłku i samozaparcia. Szczęśliwi, że zdołaliśmy stworzyć coś tak genialnego, udaliśmy się do gabinetu Waldeberta Werfelberga, aby zaprezentować mu nasze cudeńko.


ARCHIBALD MOŹDZIERZ (unosząc palec wskazujący):

A trzeba zaznaczyć, że miało ono ze trzydzieści stron!


ZDZISŁAW BAUMFELD:

Kiedy dyrektor młodzianowickiego Urzędu Bezpieczeństwa wziął dzieło do rąk i je przekartkował, niespodziewanie zaczął krzyczeć, że to zeznanie jest zbyt długie, że chyba zwariowaliśmy, że zrobiliśmy z poważnego dokumentu opowiadanie, że nasz styl jest zbyt kwiecisty, że żaden więzień nie mówi tak pięknym i poetyckim językiem, że każdy głupi się zorientuje, iż to “fake”… W końcu Werfelberg podarł pracę na strzępy, bezceremonialnie wrzucił jej szczątki do kosza na śmieci i powiedział, że mamy więcej nie przynosić mu takich “tasiemców”. Wyobrażacie to sobie, towarzyszu Cipka?!


ARCHIBALD MOŹDZIERZ (równie oburzony jak Zdzisław):

Dokładnie tak było! A potem nasz “ukochany” dyrek oświadczył, że zeznania muszą mieć od 500 do 550 słów… i ani więcej, ani mniej! No, chyba go pogięło! Tak czy siak, zapytałem tego szaleńca, od kiedy obowiązuje taka zasada, a on odpowiedział, iż od dzisiaj. Wtedy chorąży Klemermann przypomniała, że prawo nie działa wstecz, a nasze dzieło zostało napisane w czasach, kiedy owa zasada jeszcze nie obowiązywała. Werfelberg odparł, iż takie tłumaczenia go nie interesują, bo on od dzisiaj przyjmuje zeznania liczące sobie od 500 do 550 słów.


ZDZISŁAW BAUMFELD (z goryczą):

W ten sposób cały nasz wielomiesięczny wysiłek poszedł na marne!


ARCHIBALD MOŹDZIERZ:

Swoją drogą, ciekawe, jak zareaguje Makrobiusz Bzdura, kiedy się dowie, że jego wyznania i podpis - zrodzone w bólach - na nic się nie przydały? Chyba się facet załamie!


ZDZISŁAW BAUMFELD (do drugiego funkcjonariusza UB):

A ja bym chciał wiedzieć, obywatelu Moździerz, czy i jak Werfelberg będzie weryfikował liczbę słów w zeznaniach. Będzie ślęczał godzinami nad kartkami i liczył wyrazy, stukając w nie ołówkiem? Jakoś nie mogę sobie tego wyobrazić! A co się stanie, jeśli jakieś zeznanie będzie miało 551 słów? Od razu zostanie podarte i wrzucone do kosza? Przecież to absurd!


ARCHIBALD MOŹDZIERZ (patrząc na Wespazjana Cipkę):

I dlatego strajkujemy. Dzisiaj ten potwór zmusza nas do liczenia słów, a jutro każe nam liczyć znaki. Nie możemy na to pozwolić!


NIEWIDOCZNY NARRATOR (słyszalny tylko dla widzów):

Oni jeszcze nie wiedzą, że za 60 lat liczenie słów będzie obowiązkowe na maturze pisemnej z języka angielskiego. Limit wyrazów: od 130 do 150. I niech ktoś spróbuje nie zmieścić się w tym przedziale! 151 słów to jeszcze nie katastrofa, ale po przekroczeniu 200 będzie się otrzymywać 0 punktów za formę tekstu!


Wespazjan Cipka ostentacyjnie unosi wzrok ku sufitowi.


WESPAZJAN CIPKA (kościelnym tonem, nieco prowokacyjnie):

Módlmy się, aby funkcjonariusze Urzędu Bezpieczeństwa mieli wiele powodów do strajkowania na każdy dzień roku Pańskiego 1948. Ciebie prosimy - wysłuchaj nas, Panie!


Zdzisław robi wielce oburzoną, aczkolwiek fałszywą minę.


ZDZISŁAW BAUMFELD (podpuszcza Wespazjana, udając człowieka wierzącego i ortodoksyjnego):

Towarzyszu Cipka! Wy nam złorzeczycie! Nie wolno się tak modlić, bo to grzech! Pan Jezus kazał kochać nieprzyjaciół, przebaczać oraz nadstawiać drugi policzek! To oznacza, że gdy strajk się zakończy i znowu zaczniemy was dręczyć, macie pokornie przyjmować wszystkie tortury i prosić o jeszcze więcej!


WESPAZJAN CIPKA (dobitnie, patrząc Zdzisławowi prosto w oczy):

Kunagi!


ARCHIBALD MOŹDZIERZ (zdumiony ripostą Cipki):

“Kunagi”? Czy to jakieś japońskie przekleństwo, obywatelu Wespazjanie?


WESPAZJAN CIPKA:

Nie. To po estońsku “nigdy”. (Spoglądając z obrzydzeniem na komunistów) Dla takich jak wy nie mam ani cierpliwości, ani przebaczenia, ani tym bardziej miłości!


Baumfeld robi odrobinę zaskoczoną minę.


ZDZISŁAW BAUMFELD (do Moździerza):

No proszę! On nie taki święty, towarzyszu Archibaldzie! Bliżej mu do Zaratustry niż do Chrystusa!


ARCHIBALD MOŹDZIERZ (powoli kiwając głową):

Taaak… Woli zgrzeszyć niż pozwolić, by ktoś podeptał jego dumę… (Podobnie jak Baumfeld, udaje człowieka wierzącego i ortodoksyjnego) A najśmieszniejsze jest to, że przez taką postawę zwiększa się jego szansa na wieczne tortury w piekle! (Złośliwie, do więźnia) Widzicie, towarzyszu Wespazjanie Cipko? Znaleźliście się w sytuacji bez wyjścia! Musicie samodzielnie zdecydować, czy chcecie cierpieć na Ziemi, czy w Zaświatach! Brak miłości bliźniego to pierwszy krok do potępienia… czy jakoś tak!


WESPAZJAN CIPKA (opryskliwie):

A ty już się nie wymądrzaj i nie udawaj teologa, bo tak naprawdę jesteś ateistą i sam pójdziesz do piekła… za poglądy…


Chwila ciszy.


WESPAZJAN CIPKA (do Baumfelda, przerywając długie milczenie i zmieniając temat dyskusji):

Jak długo zamierzacie strajkować?


ZDZISŁAW BAUMFELD (z namysłem):

Hmmm… Prawdę powiedziawszy, powinniśmy strajkować tak długo, aż pułkownik Werfelberg cofnie swoją decyzję o wprowadzeniu limitu słów w zeznaniach…


WESPAZJAN CIPKA:

A jeśli jej nie cofnie, to co zrobicie? Będziecie strajkować aż do emerytury czy do usranej śmierci?


Archibald Moździerz, w którym budzi się chwilowo uśpiona skłonność do głupkowatego dowcipkowania, anachronicznie śpiewa parafrazę pewnej znanej piosenki.


ARCHIBALD MOŹDZIERZ (anachronicznie parafrazując fragment utworu “Agnieszka już dawno” zespołu Łzy):

“Była chłodna jesień, jak z cebra padało,
Dużo się strajkowało, mało pracowało.
Tak zaczęła się ta jesienna przygoda,
On był jeszcze młody i ona była młoda.
Zakochani, w zaciszu UB-eckiej piwnicy,
Czerpali garściami z miłosnej skarbnicy.
Tak mijały tygodnie, lecz…”


WESPAZJAN CIPKA (zażenowany, przerywając UB-ekowi):

Zaraz, zaraz… Tam było coś o “onej”… O jaką “oną” chodzi? Gdzie ty ją widzisz, czerwony ksantofilu?!


Nagle wpada do pomieszczenia Maria Lolita, na widok której Zdzisław Baumfeld gwałtownie wstaje z krzesła i wychodzi zza biurka. Wespazjan robi minę pt. “Odwołuję to, co przed chwilą powiedziałem!”. Tajna Współpracowniczka Urzędu Bezpieczeństwa wygląda na rozradowaną widokiem swojego kochanka.


MARIA LOLITA (głośno, piskliwie, głupiutko, entuzjastycznie):

Zdzisiu!!!


Kobieta podbiega do Baumfelda i rzuca się w jego ramiona. Oboje - tuląc się - sprawiają wrażenie, jakby długo się nie widzieli i bardzo za sobą tęsknili. W końcu kochankowie odrywają się od siebie.


WESPAZJAN CIPKA (ostro, do Baumfelda, wskazując na Marię Lolitę):

Dlaczego ta Tajna Współpracowniczka tak sobie wchodzi i wychodzi, kiedy funkcjonariusze UB są na służbie i zajmują się sprawami nie do końca jawnymi? Czy to jest legalne, regulaminowe?


ZDZISŁAW BAUMFELD:

To nie jest regulaminowe. Ale Maria Lolita ma “wejściówkę” na wszystko, bo jest moją kochanką i wszyscy dobrze ją znają. A tak w ogóle, to dzisiaj jest strajk UB-eków, towarzyszu Cipka.


WESPAZJAN CIPKA (ze szczerym zainteresowaniem):

Czy Werfelberg o tym wie? To znaczy: o “wejściówce” Marii Lolity, a nie o strajku?


Zdzisław wzrusza ramionami, aby zademonstrować swój lekceważący stosunek do tej sprawy oraz do dyrektora PUBP.


ZDZISŁAW BAUMFELD (od niechcenia):

Wie.


WESPAZJAN CIPKA:

I co z tym fantem robi?


ZDZISŁAW BAUMFELD:

Przymyka na to oko, pod warunkiem, że ja i pozostali UB-ecy dobrze pracujemy. Jednak kilka razy zdarzyło mu się wyprosić Marysię. Zresztą, ja też kilkakrotnie ją wygoniłem.


Maria Lolita robi żałosną minkę.


MARIA LOLITA (z zalotnym nadąsaniem):

Ty, Zdzisiu, nie rozumiesz, że ja czasami potrzebuję twojej bliskości…


ZDZISŁAW BAUMFELD (zirytowany):

Potrzebujesz mojej bliskości akurat wtedy, kiedy mam ręce pełne roboty! (Znacznie spokojniej) Zrozum, Mario Lolito, że czasami twoja obecność mnie rozprasza i utrudnia mi wykonanie jakiegoś zadania. Poza tym, są takie widoki, na które nie powinnaś patrzeć, bo jesteś zbyt wrażliwa, delikatna i słaba psychicznie. Mówiąc o “takich widokach”, mam na myśli to, czego w TragiFarsie nigdy się nie pokazuje, a jednak się o tym wie. (Chichocze, parafrazując pewien dowcip) Bo w naszym groteskowo-satyrycznym cyklu dramaturgicznym śmierć i okrutna przemoc są jak duchy: ciągle o nich słyszysz, a jeszcze nigdy nie widziałaś!


WESPAZJAN CIPKA (wtrąca się):

A no właśnie. TragiFarsa socNIErealistyczna to NIE Unpop Art, tutaj nie wykracza się poza pewne granice. (Do widzów, usprawiedliwiającym tonem) Przepraszam za dygresję i anachronizm, ale to po prostu MUSIAŁO zostać powiedziane!


ZDZISŁAW BAUMFELD (anachronicznie dodając swoją własną refleksję):

Mimo wszystko, pewne podobieństwo TragiFarsy do ruchu artystycznego Unpop Art jest widoczne. Wszak oficjalna definicja określa Unpop jako “stosowanie popularnej estetyki, stylistyki lub technik do [przekazywania] niepopularnych, nieprzyjemnych, tłumionych lub w inny sposób cenzurowanych idei” (“the application of pop aesthetics, stylings, or techniques to unpopular, unpleasant, repressed or otherwise censored ideas”), a nasza seria dramaturgiczna spełnia ten warunek.


Niespodziewanie Archibald Moździerz traci cierpliwość.


ARCHIBALD MOŹDZIERZ (ostrym, despotycznym tonem, do pozostałych bohaterów sceny):

Ej, towarzysze! Może byśmy wrócili do głównego tematu utworu, co?!


MARIA LOLITA:

Świetny pomysł!


Zdzisław Baumfeld ponownie siada na krześle, kładzie nogi na biurku i krzyżuje ręce na piersiach.


ZDZISŁAW BAUMFELD (stanowczo, dobitnie):

Waldebert Werfelberg powinien przyjąć do wiadomości, że ja i pozostali funkcjonariusze ubecji mamy ważniejsze sprawy na głowie niż liczenie wyrazów w tekstach. Lecz jeśli nie zmieni swojej kretyńskiej decyzji, to ja sam ułatwię sobie życie i skonstruuję maszynę do pisania liczącą słowa! Tak, dokładnie tak! Nad każdym… albo, jeszcze lepiej, nad co dziesiątym… wyrazem będzie się pojawiała stosowna liczba, dzięki której piszący będzie mógł kontrolować długość swojego dzieła! W razie czego, mogę jeszcze stworzyć wersję beta tej maszyny, liczącą nie tylko słowa, ale również znaki!


ARCHIBALD MOŹDZIERZ (zachłystując się zachwytem):

Kuźwa, ja zawsze powtarzałem, że towarzysz Baumfeld powinien dostać Nagrodę Nobla! Tym razem należy mu się Nobel z dziedziny fizyki!


Maria Lolita z godnością unosi głowę.


MARIA LOLITA (dumna z posiadania tak pomysłowego kochanka):

Mój Zdzisio jest ze wszystkiego dobry!


ZDZISŁAW BAUMFELD (narcystycznie):

Prawda. Mam wykształcenie humanistyczne, ale w szkole doskonale sobie radziłem ze wszystkimi przedmiotami. Kto by pomyślał, że urodziłem się i nadal mieszkam w Świńskiej Czaszce?


WESPAZJAN CIPKA (zszokowany, wytrzeszczając oczy):

W Świńskiej Czaszce?! W tej zakutej wiosze?!


ARCHIBALD MOŹDZIERZ (do aresztanta, robiąc aluzję do wydarzeń opisanych w “TragiFarsie 3. Skandalu stulecia“):

Nie wiedzieliście o tym, towarzyszu Cipka? Przecież podporucznik Baumfeld wspomniał o tym podczas tego… tego… jak to określiliście… “skandalu stulecia”, w którym sami wzięliście udział!


Wespazjan robi zawstydzoną minę.


WESPAZJAN CIPKA (dostrzegając swoją pomyłkę):

A, no tak… Rzeczywiście o tym wspomniał… Chyba nie skojarzyłem faktów…


ZDZISŁAW BAUMFELD:

Niektórzy ludzie uważają, że to obciach, iż taki “oświecony” i wysoko postawiony człowiek jak ja mieszka w małej, zacofanej wiosce. Mają rację, dlatego w ciągu najbliższych dwóch-trzech miesięcy zamierzam się wyprowadzić do Młodzianowic. UB-ekiem jestem, stać mnie na duży, dobrze wyposażony dom. Nie będę przez całe życie kisić się w Świńskiej Czaszce.


ARCHIBALD MOŹDZIERZ (szczerze):

Ale wy, towarzyszu Zdzisławie, wcale nie wyglądacie, nie mówicie i nie zachowujecie się jak facet ze Świńskiej Czaszki!


ZDZISŁAW BAUMFELD (spoglądając na drugiego funkcjonariusza Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego):

A jak?


ARCHIBALD MOŹDZIERZ:

Jak Młody-Wykształcony-Z-Dużego-Miasta!


ZDZISŁAW BAUMFELD (gawędziarskim tonem):

Bo ja, tak na dobrą sprawę, wcale nie wywodzę się z chłopskiej rodziny. Moi rodzice to stuprocentowi proletariusze, oboje pochodzą z Młodzianowic, ale ponieważ mieli dosyć miejskiego życia i chcieli być bliżej natury, przeprowadzili się na wieś. Zresztą, moja matka była wtedy w ciąży, chciała mnie urodzić w ciszy i spokoju, dlatego ostatecznie cała nasza rodzina wylądowała w Świńskiej Czaszce. Ale chłopami nie jesteśmy, moi rodzice wciąż pracują w zawodach robotniczych, a ja jestem funkcjonariuszem Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Młodzianowicach. Trzeba jednak pamiętać, że ten stan wkrótce się zmieni, bo - jak już powiedziałem - niedługo zamieszkam na stałe tu, w mieście. Moja siostra, Zdzisława Baumfeldówna, także planuje przeprowadzkę, tyle że do Krakowa. Na studia idzie dziewucha. Lepiej późno niż wcale, no nie?


WESPAZJAN CIPKA (zaciekawiony):

A co będzie studiować?


ZDZISŁAW BAUMFELD (opryskliwie, przypominając sobie, że Wespazjan nie jest jego kolegą, tylko więźniem UB):

To nie wasza sprawa, obywatelu Cipka!


WESPAZJAN CIPKA (krzywi się z niesmakiem):

Jakiś ty niekulturalny!


Zdzisław groźnie mruży oczy.


ZDZISŁAW BAUMFELD (patrząc bezlitośnie na więźnia):

Przysięgam, towarzyszu Wespazjanie, że gdy powrócę do wykonywania obowiązków zawodowych, to wam osobiście powyrywam paznokcie z palców u nóg! Nie będziecie ani pierwszym, ani ostatnim, którego to spotka! Ale musicie jeszcze trochę poczekać, bo teraz jest strajk ścisły, który ma na celu zamanifestowanie sprzeciwu wobec absurdalnych pomysłów pułkownika Werfelberga. Powstrzymując się od robienia czegoś, co naprawdę lubię, stawiam opór swojemu sfiksowanemu dyrektorowi.


MARIA LOLITA (do Baumfelda, robiąc anachroniczną aluzję do pewnego symbolu z lat osiemdziesiątych XX wieku):

Zdzisiu, na znak oporu powinieneś sobie przypiąć do munduru opornik!


WESPAZJAN CIPKA (udaje, że się przesłyszał):

Obornik?


Zdzisław zdejmuje nogi z biurka i robi groźną minę.


ZDZISŁAW BAUMFELD (do więźnia, z udawanym oburzeniem, mentorskim tonem):

Coście powiedzieli, towarzyszu Cipka?! Obornik?! Czy wy w ogóle wiecie, co to jest?!


WESPAZJAN CIPKA (skromnie):

Szczerze mówiąc, nie wiem. Tak mi się skojarzyło: opornik - obornik.


ZDZISŁAW BAUMFELD:

Obornik to inaczej gnój. Wiecie chociaż, co to jest gnój, towarzyszu?


WESPAZJAN CIPKA (z dumą):

No, wiem.


ZDZISŁAW BAUMFELD:

To powiedzcie, co to jest gnój!


WESPAZJAN CIPKA (anachronicznie posługując się definicją z pewnej zabawnej rozmowy telefonicznej opublikowanej na YouTube.com):

“Taka słoma, gdzie świnie na nią srają, to gnije, jest gnój, i się wywala na pole, i rosną pyrki”


Obaj funkcjonariusze bezpieki oraz Maria Lolita wybuchają śmiechem.


ZDZISŁAW BAUMFELD (rozbawiony):

No proszę, jaki wyedukowany!


ARCHIBALD MOŹDZIERZ (także rozbawiony):

Młody-Średnio-Wykształcony-Ze-Średniego-Miasta!


ZDZISŁAW BAUMFELD:

Ale tego, czym jest obornik, nie wiedział. Ja tam doskonale znam się na sprawach wiejsko-rolniczych, bo od urodzenia mieszkam w Świńskiej Czaszce i wiem, czym się chłopi zajmują. (Niespodziewanie zaczyna chichotać) Wiecie, obywatele, co w moim życiu jest najbardziej paradoksalne?


MARIA LOLITA:

Nie…


ZDZISŁAW BAUMFELD (pogodnie):

No to już wam mówię. Otóż mieszkam w wiosce podlegającej Gminnemu Urzędowi Bezpieczeństwa Publicznego w Wolisławowie, ale pracuję w Powiatowym Urzędzie Bezpieczeństwa Publicznego w Młodzianowicach, który jest nadrzędny w stosunku do Wolisławowa. Innymi słowy, kiedy jestem na służbie, to mam wyższość nad szefem GUBP, a gdy wracam do domu, to szef GUBP ma wyższość nade mną. To strasznie głupia i absurdalna sytuacja, zupełnie jakbym był własnym ojcem. Na szczęście, już niedługo uwolnię się od tego paradoksu.


Nagle wchodzi do pomieszczenia 40-letnia ppłk Mroczysława Kalinowska-Wójcik, wicedyrektorka PUBP. Na jej widok wszyscy, którzy do tej pory siedzieli (łącznie z Wespazjanem Cipką), wstają z krzeseł.


ZDZISŁAW BAUMFELD, ARCHIBALD MOŹDZIERZ i MARIA LOLITA (chórem, jak przedszkolaki):

Dzieeeeeń dooooobryyyyy!


MROCZYSŁAWA KALINOWSKA-WÓJCIK (chłodnym tonem):

Dzień dobry. (Do Zdzisława i Archibalda, ignorując TW Marię Lolitę i więźnia) Obywatele, rozmawiałam z towarzyszem pułkownikiem o waszym zachowaniu i oboje zdecydowaliśmy, że wasza wypłata za listopad zostanie pomniejszona w stopniu adekwatnym do nieprzepracowanych godzin, które przeznaczyliście na manifestowanie swojego lekceważącego stosunku do PUBP oraz jego kadry kierowniczej. Jeśli zaś taka sytuacja powtórzy się w przyszłości, to obaj wylecicie na zbity pysk z Urzędu Bezpieczeństwa i jeszcze zostaniecie oskarżeni o prowadzenie sabotażu wewnątrz tej instytucji. Dlatego, moi drodzy towarzysze, radzę wam przestać zachowywać się jak dzieci i zacząć robić to, co do was należy. W przeciwnym wypadku będziecie mieli naprawdę poważne problemy. (Z demonicznym uśmiechem, uświadamiając sobie obecność Wespazjana) Proponuję powbijać temu młodzieńcowi igły pod paznokcie. Mała rzecz, a boli.


ZDZISŁAW BAUMFELD (odważnie, uroczyście, zgrywając bohatera):

Towarzyszko Kalinowska-Wójcik! Nie powrócimy… a przynajmniej ja nie powrócę… do pracy, dopóki pułkownik Werfelberg nie cofnie swojej decyzji dotyczącej liczenia słów w zeznaniach! Przykro mi, ale nie jestem w stanie zaakceptować tego nowego wymogu!


MROCZYSŁAWA KALINOWSKA-WÓJCIK (z politowaniem):

Towarzyszu Baumfeld… Przecież ten nakaz liczenia wyrazów to był zwykły żart! Towarzysz Werfelberg zażartował, że zeznania muszą mieć od 500 do 550 słów, żeby wam uświadomić, iż życzy sobie dokumentów stosownej długości! Uwierzcie mi, że one naprawdę nie muszą mieć 500-550 wyrazów. Wystarczy, że nie są ani za długie, ani za krótkie.


Zdzisław i Archibald robią minę pt. “A to skurczybyk… Zrobił nas na szaro…”. Wespazjan Cipka walczy ze sobą, żeby się nie roześmiać, natomiast Maria Lolita czeka w milczeniu na rozwój wypadków.


ARCHIBALD MOŹDZIERZ (oszołomiony, do Mroczysławy):

Więc to był żart, obywatelko Kalinowska-Wójcik? Jeśli tak, to zupełnie nieśmieszny!


MROCZYSŁAWA KALINOWSKA-WÓJCIK:

Wasze żarty też nie są śmieszne, towarzyszu Moździerz, a jednak uskuteczniacie je przy każdej okazji.


ZDZISŁAW BAUMFELD (ponuro):

Sęk w tym, że na żartach Moździerza wszyscy się znają, a na żartach Waldeberta Werfelberga - nie.


MROCZYSŁAWA KALINOWSKA-WÓJCIK (karcącym tonem, do Zdzisława):

Ej! Chyba się zapominacie, podporuczniku Baumfeld!


NIEWIDOCZNY NARRATOR (słyszalny tylko dla widzów):

Ona jeszcze nie wie, że za pięć lat otruje Werfelberga, aby przejąć pełnię władzy w młodzianowickiej ubecji…


Chwila ciszy, podczas której pani podpułkownik przygląda się Wespazjanowi.


MROCZYSŁAWA KALINOWSKA-WÓJCIK (zaciekawiona):

Czy to przypadkiem nie jest ten więzień, który uczestniczył razem z wami w tej karygodnej, alkoholowej imprezie na terenie PUBP?


ARCHIBALD MOŹDZIERZ:

Tak, to on. Nazywa się Wespazjan Cipka, ma 24 lata i jest członkiem Podziemnego Klubu Anonimowych Alko… przepraszam: Antykomunistów.


Aresztant wpada w złość.


WESPAZJAN CIPKA (wściekle, nie przejmując się obecnością wicedyrektorki PUBP):

Moździerz, ty marksistowski stramenopilu! Dlaczego twoja pusta mózgoczaszka nie może pojąć, że nigdy nie miałem żadnych związków z nielegalnymi organizacjami?! Ty i Zdzisiek oskarżacie mnie o coś, czego nigdy nie robiłem, chociaż doskonale wiecie, że jestem niewinny! Choroba! Puknijcie się wreszcie w te lewackie łby i pozwólcie mi wrócić do domu!


MROCZYSŁAWA KALINOWSKA-WÓJCIK (blada z oburzenia):

Towarzysze! Nie mogę w to uwierzyć, że wy, funkcjonariusze Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego, pozwalacie więźniowi na taką bezczelność w stosunku do was! Dlaczego to ludzkie ścierwo ma jeszcze czelność zwracać się do was na “ty”?! Ono powinno drżeć przed wami ze strachu, patrzeć na was jak na bogów i wpadać w panikę na widok podniesionej ręki! Gdyby do mnie jakiś aresztant odezwał się takim tonem, to kazałbym go rozebrać do naga i lać biczem do nieprzytomności! A wy sobie z nim gawędzicie jak ze starym przyjacielem i pozwalacie, aby wyzywał was od najgorszych! To wy powinniście go wyzywać, nie odwrotnie! Obiecuję, że zaraz pójdę do pułkownika Waldeberta Werfelberga i poproszę go o udzielenie wam siarczystej nagany, bo nie może być tak, jak jest! I to tyle w tym temacie!


WESPAZJAN CIPKA (z rozpaczą, żałując swojego wybuchu):

Boże… Co ja jej zrobiłem, że chce, aby mnie tak męczyli?!


MROCZYSŁAWA KALINOWSKA-WÓJCIK (do Wespazjana, krzyczy):

Milczeć! Jeśli bardzo chcecie, to sama mogę was pomęczyć! Mam swoje sposoby na takich jak wy!


Ni z gruszki, ni z pietruszki zabiera głos Maria Lolita.


MARIA LOLITA (delikatnie, grzecznie, nieśmiało):

Podpułkowniku Kalinowska-Wójcik… Czy towarzyszka nie uważa, że jest… że jest… zbyt… okrutna?


MROCZYSŁAWA KALINOWSKA-WÓJCIK (wybucha ostrym, przerażającym śmiechem):

Cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha! Ta mała, głupia pinda spod latarni śmie twierdzić, że jestem zbyt okrutna! Ale ubaw! Tej dziwki, żeby nie powiedzieć k***y, w ogóle nie powinno tutaj być, bo jest tylko szeregową Tajną Współpracowniczką i piątym kołem u wozu! (Do Marii Lolity) Słuchajcie, obywatelko: jeśli wy nie popieracie torturowania ludzi, to tego nie róbcie, ale nie zabraniajcie tego innym! Ja bym wam nie zabroniła np. usunąć bezbronnego dziecka z macicy! Sama jestem po trzech późnych aborcjach i uważam, że nikt nie ma prawa się tego czepiać!


ARCHIBALD MOŹDZIERZ (pod nosem):

No proszę… Dużo się można dowiedzieć, słuchając babskiej rozmowy…


MROCZYSŁAWA KALINOWSKA-WÓJCIK (do kochanki Zdzisława):

Fakt, że kazałam ginekologowi, aby powyrywał kończyny, zmiażdżył główki, pociął plecy, otworzył brzuchy, wypruł flaki i utopił we krwi moje bachory, jest wyłącznie kwestią mojego sumienia, którego i tak nie posiadam! Co zaś do tortur, uważam, że zazwyczaj są one jedynym sposobem na wydobycie zeznań z opornych jeńców albo na zmuszenie ich do podpisania jakiegoś papierka! Cha, cha, cha, cha, cha! Czego to człowiek nie zrobi w imię rewolucji oraz przyszłych korzyści?! Wam, towarzyszko, to wszystko się nie podoba, jednak zrozumcie, iż nie macie prawa mnie od tego odciągać! Bo to, co robię w ramach mojej pracy zawodowej, jest moją prywatną sprawą! Moja kariera - moje zmartwienie! Wy nie lubicie przemocy fizycznej, więc nikt was nie zmusza do jej stosowania, ale wara wam ode mnie i od pozostałych funkcjonariuszy UB! Torturowanie ludzi to nasza prywatna sprawa! Możemy ich kaleczyć, wykrwawiać, a nawet zabijać, gdyż jest to wyłącznie kwestia naszych sumień!


WESPAZJAN CIPKA (pod nosem):

Tortury i aborcja… Ta kobieta twierdzi, że to wyłącznie “kwestia czyjegoś sumienia“, a przecież tylu ludzi przez to cierpi i umiera… Ale co ją obchodzi cudza krzywda?! Przecież ludzki ból, strach, krew, rany i śmierć to jej “prywatna sprawa”! Ech, to chyba najgorsza mentalność, jaką można mieć!


ZDZISŁAW BAUMFELD (nie usłyszawszy słów Wespazjana):

Towarzyszko Kalinowska-Wójcik! Przecież my to wszystko już wiemy!


MROCZYSŁAWA KALINOWSKA-WÓJCIK (opryskliwie, wskazując pogardliwie na Marię Lolitę):

Ale ta lafirynda widocznie tego nie wie! (Znacznie spokojniej) Tak czy owak, muszę już iść. Liczę na to, że wszyscy przemyślą sobie moje słowa i że wyciągną z nich stosowne wnioski. Nim się obejrzycie, będziecie mieli w swoich aktach naganę za niesubordynację i skandaliczne, czyli zbyt łagodne traktowanie więźniów. Myślę, że będzie ona ładnie wyglądać obok tej, której pułkownik Werfelberg udzielił wam za zorganizowanie libacji alkoholowej w miejscu pracy. Do widzenia, towarzysze!


ZDZISŁAW BAUMFELD, ARCHIBALD MOŹDZIERZ i MARIA LOLITA (chórem, jak przedszkolaki):

Dooooo wiiiiidzeeeeeniaaaaa!


Zastępczyni Waldeberta Werfelberga wychodzi z sali przesłuchań i zamyka za sobą drzwi.


ZDZISŁAW BAUMFELD (cedzi przez zęby):

Franca. Próbuje zniszczyć nasze kariery.


Archibald, któremu po konfrontacji z wicedyrektorką chce się śmiać, znowu zaczyna żartować.


ARCHIBALD MOŹDZIERZ (wesoło):

Mroczysława Kalinowska-Wójcik jest jak kukułka w zegarze: wyskakuje ni stąd, ni zowąd, robi hałas na całe pomieszczenie, a potem milknie i wraca do siebie!


Nikt się nie śmieje.


MARIA LOLITA:

Wydaje mi się, że w tym miejscu powinna być puenta. (Do Wespazjana Cipki) Powiedzcie coś, Mistrzu Ciętej Riposty!


WESPAZJAN CIPKA (smutno, ponuro):

Nie mam ochoty na żarty. Po tym, co powiedziała ta pani, nie jestem w stanie śmiać się i dowcipkować. Czuję się jakiś… zdemotywowany…


MARIA LOLITA:

Skoro tak, to nie pozostaje mi nic innego jak zaśpiewać jakąś melancholijną piosenkę. (Powoli, z namysłem) Zaraz, zaraz, co by tu wybrać… O! Już wiem!


Maria Lolita płaczliwym głosem śpiewa całą piosenkę “Pearls of Light” z płyty “Enter” holenderskiego zespołu Within Temptation.


MARIA LOLITA (anachronicznie wykonuje utwór grupy Within Temptation):

“after
the cold darkness
in the heart of the forest
where birds are singing
for the new born sun
in the womb of the leaves
on the branches of the trees
lies the treasure of the morning
the pearls of light
carried away
by thee truculence of my world
i got lost
in the surch for enlightment
the blue ran
covered my roots
and i forgot where i came from
carried away
by thee truculence of my world
i got lost
in the surch for enlightment
the blue ran
covered my roots
and i forgot where i came from”


ARCHIBALD MOŹDZIERZ:

Jeśli dobrze pamiętam, w “TragiFarsie socNIErealistycznej” Maria Lolita też śpiewała piosenkę z płyty “Enter” Within Temptation…


ZDZISŁAW BAUMFELD (do Archibalda):

Dobrze pamiętacie, obywatelu Moździerz. Poza tym, akcja pierwszej TragiFarsy również rozgrywała się w roku 1948. A w scenie drugiej i trzeciej było opisane to samo miejsce, w którym jesteśmy teraz.


ARCHIBALD MOŹDZIERZ:

Skąd to się bierze, towarzyszu Zdzisławie?


Baumfeld zastanawia się przez chwilę.


ZDZISŁAW BAUMFELD (niepewnie, do drugiego UB-eka):

Nie wiem. Może stąd, że niniejszy utwór nosi tytuł “TragiFarsa 11. Strajk ścisły”, a liczba 11 to dwie 1? Jedenasta TragiFarsa nawiązuje do pierwszej ze względu na podobieństwo liczb…


ARCHIBALD MOŹDZIERZ (ożywia się):

Genialna myśl, towarzyszu podporuczniku! Powinniście za to otrzymać Nagrodę Nobla!


ZDZISŁAW BAUMFELD (sceptycznie):

Przecież Nobel z dziedziny matematyki nie istnieje…


ARCHIBALD MOŹDZIERZ (wesoło, uśmiechając się):

Ale można go ustanowić specjalnie dla was, towarzyszu!


Wespazjan Cipka niespodziewanie odzyskuje zdolność formułowania ciętych ripost.


WESPAZJAN CIPKA:

Jak to kiedyś Hegel powiedział: “Jeśli fakty nie pasują do teorii - tym gorzej dla faktów!”.


MARIA LOLITA (ucieszona wypowiedzią Cipki):

No! Na taką odpowiedź czekałam!


WESPAZJAN CIPKA:

Czy teraz ten przeklęty dramat może się skończyć?


MARIA LOLITA (z przekonaniem):

Owszem, może!


ARCHIBALD MOŹDZIERZ (pośpiesznie, chcąc zdążyć przed opadnięciem kurtyny):

A ja jeszcze wtrącę, iż w “TragiFarsie socNIErealistycznej” również była rozmowa o Nagrodzie Nobla i innych wyróżnieniach!


ZDZISŁAW BAUMFELD (ostro, despotycznym tonem, do Moździerza):

Towarzyszu Archibaldzie: KONIEC!




K-U-R-T-Y-N-A

Natalia Julia Nowak,
9-11 października 2010 r.

środa, 6 października 2010

PiS? Nie, dziękuję!

Zanim przejdę do konkretów, chciałabym zaznaczyć, że niniejszy felieton nie ma na celu przekonywania nikogo do moich poglądów. Nie zależy mi na tym, by nawracać kogokolwiek na swój światopogląd, zwłaszcza, że zdecydowana większość społeczeństwa nie posiada skłonności do zmieniania przekonań pod wpływem czyjejś wypowiedzi (znam to z autopsji, wiecie?). Artykuł, który oddaję w Wasze ręce, nie ma być żadnym manifestem, punktem zwrotnym w mojej twórczości ani odkrywczym “błyskiem”. Absolutnie nie wolno go też uważać za ukłon w stronę którejkolwiek z partii parlamentarnych.

Piszę ten tekst tylko dlatego, że chcę wyrzucić z siebie myśli i emocje, które towarzyszą mi od dłuższego czasu. Przez ostatnie pół roku unikałam jak ognia wypowiadania się na tematy polityczne, ograniczając swoją twórczość do tematyki kulturalnej, historycznej i życiowej. Teraz jednak chciałabym się “oczyścić” z tej “negatywnej energii”, która przez ostatni rok nagromadziła się w moim wnętrzu. No, po prostu chciałabym się wykrzyczeć i uświadomić innym ludziom, że nie lubię partii politycznej Prawo i Sprawiedliwość.

Był czas, kiedy wydawało mi się, iż PiS jest najmniejszym złem ze wszystkich partii mających wpływ na polską politykę. Jako gimnazjalistka pokładałam swoje nadzieje w Lidze Polskich Rodzin (ach, ten plan Zero Tolerancji dla Przemocy w Szkole!), lecz gdy to ugrupowanie zupełnie straciło władzę, pozostało mi już tylko Prawo i Sprawiedliwość. Oczywiście, nigdy nie byłam miłośniczką tej formacji, jednak uznawałam ją za jedyną mającą szansę na sukces alternatywę dla Platformy Obywatelskiej (partii, która zawsze przerażała mnie - i nadal przeraża - swoim euroentuzjazmem oraz liberalizmem obyczajowym). W 2005 roku, kiedy byłam przemądrzałą 14-latką o zainteresowaniach politycznych, zachęcałam dorosłych ludzi, żeby w wyborach prezydenckich głosowali na Lecha Kaczyńskiego (albowiem LK, w przeciwieństwie do Donalda Tuska, jawił mi się jako konserwatysta).

W latach 2007-2009, kiedy byłam wierną słuchaczką Radia Maryja i częstą czytelniczką “Naszego Dziennika”, zgadzałam się z promowaną w tych mediach opinią, że chociaż Prawo i Sprawiedliwość jest ugrupowaniem niedoskonałym, to stanowi mniejsze zło od PO. Temu poglądowi byłam wierna jeszcze po zaprzestaniu korzystania z mediów o. Tadeusza Rydzyka. I chociaż moimi ulubionymi formacjami politycznymi były ugrupowania nacjonalistyczne (najpierw Narodowe Odrodzenie Polski, a później Polska Partia Narodowa, z którą nawiązałam współpracę polegającą na publikowaniu wierszy i artykułów w tygodniku “Tylko Polska”), uparcie trzymałam się tezy, iż PiS jest dla Polski mniejszym zagrożeniem niż PO.

Potwierdzeniem tego faktu niech będzie moja rozmowa telefoniczna z pewnym młodym nacjonalistą, który - jak się później okazało - posiadał coś w stylu politycznej intuicji i prekognicji. Rozmowa telefoniczna miała miejsce wiosną lub latem 2009 roku i dotyczyła przede wszystkim spraw politycznych. Narodowiec, z którym rozmawiałam, krytykował politykę prowadzoną przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Ja zaś odpowiadałam, że chociaż działalność głowy państwa znacznie różni się od tej, o której marzymy, to nie powinniśmy nadmiernie tragizować.

“Cieszmy się z tego, co mamy, bo mogło być gorzej - przekonywałam mojego przyjaciela. - Lepiej, że rządzi nami Kaczyński niż na przykład ktoś z SLD”. Mój rozmówca zupełnie nie zgadzał się z tym, co mówiłam. Przeciwnie: uparcie powtarzał, że się łudzę, a gdy uświadomię sobie swój błąd, będzie już za późno. “Nie krytykuj Lecha Kaczyńskiego - prosiłam nacjonalistę, którego wypowiedzi trochę mnie irytowały. - To jedyny człowiek, który może nas uratować przed Traktatem Lizbońskim. Gdyby rządził nami jakiś lewak, Traktat już dawno zostałby ratyfikowany. A Kaczyński jest przeciwnikiem tego dokumentu”.

Takie poglądy głosiłam aż do 9 października 2009 roku włącznie. A co się wydarzyło następnego dnia, czyli 10 października? No cóż… Szkoda, że nie widziałam własnej miny, kiedy przeczytałam w Internecie, iż prezydent Lech Kaczyński podpisał Traktat Lizboński! Parafrazując słowa z pewnej hip-hopowej piosenki: “Natalka była lekko w szoku”! Tak, tak… Teraz z tego żartuję, jednak wtedy, rok temu, bynajmniej nie było mi do śmiechu. Wręcz przeciwnie, chciałam popełnić samobójstwo, choć wielu ludzi do dzisiaj nie może w to uwierzyć albo się z tego śmieje (jednakże ci, którzy znają mnie w realnym świecie, na pewno pamiętają moje łzy oraz to, co mówiłam w przypływie silnych emocji). No, ale nie chcę do tego wracać, albowiem takie “wspominki” mogłyby spowodować nawrót depresji, którą niedawno z trudem udało mi się przezwyciężyć. Wystarczy, że napiszę, iż czułam smutek, i to największy w całym moim życiu. A do tego Złość - taką ogromną, przez duże “Z”.

Od tego momentu nie miałam już żadnych złudzeń do Prawa i Sprawiedliwości. W moim sercu pojawiły się głęboki żal i niechęć do tej partii, spowodowane właśnie urazem z 10 października 2009 roku. Wydarzenie, o którym Wam opowiedziałam, było dla mnie tak wielką traumą, że zapamiętałam nawet godzinę, w której do niego doszło. Uroczystość związana z ratyfikacją Traktatu Lizbońskiego rozpoczęła się o godzinie 12:00 w południe, a wiadomość o podpisaniu tego dokumentu pojawiła się w mediach około godz. 12:40.

Oprócz tego doskonale pamiętam, co robiłam w momencie dowiedzenia się o owym zdarzeniu: siedziałam przy komputerze, jedząc obiad (ziemniaki, fasolkę szparagową i jakieś mięso, najprawdopodobniej kotleta schabowego). Kiedy przeczytałam news o ratyfikacji Traktatu Lizbońskiego, natychmiast straciłam apetyt i się rozpłakałam. Gdy zaś moja Mama weszła do pokoju i zapytała mnie, dlaczego płaczę, od razu zdradziłam jej przyczynę mojej rozpaczy. Przyłożyłam palec do ekranu komputera i powiedziałam: “Zobacz, co tu jest napisane!” (tak, dokładnie tymi słowami). A ten płacz, do którego doprowadziła mnie wiadomość o ratyfikacji TL, trwał u mnie aż do późnych godzin nocnych. Potem płakałam przez cały następny dzień, nawet na korepetycjach z matematyki, co znacznie utrudniało mi skoncentrowanie się na nauce. O depresji, na którą cierpiałam przez następne kilka miesięcy, nawet nie wspomnę, żeby nie wywołać wilka z lasu (szczerze mówiąc, depresja dokuczała mi już wcześniej, jednak po ratyfikacji Traktatu Lizbońskiego wyraźnie się ona nasiliła).

No, ale wróćmy do samego Prawa i Sprawiedliwości. Jak już wspomniałam, po 10 października 2009 roku obudził się we mnie głęboki żal do tej partii, który już nigdy mnie nie opuścił. Uświadomiłam sobie wówczas, że tak naprawdę nigdy nie lubiłam PiS-u, że nie darzyłam go zaufaniem, że okłamywałam samą siebie, powtarzając, iż jest to najmniejsze zło w polskim parlamencie. Odkryłam także, że mój przyjaciel-nacjonalista (ten, z którym rozmawiałam przez telefon), miał rację, ostrzegając mnie przed tym ugrupowaniem oraz przed szokiem, którego prędzej czy później doświadczę.

Ach, jak bardzo bym chciała, żeby ten chłopak był fałszywym prorokiem! Niestety, jego “krakanie” wypełniło się niczym najczarniejsze przepowiednie Nostradamusa! Ja zaś wyszłam na naiwną, nierozsądną dziewuchę, która zaufała niewłaściwym osobom i poniosła konsekwencje swojego błędu. Myślałam, że Prawo i Sprawiedliwość uratuje mnie przed Traktatem Lizbońskim, a tu taka niespodzianka! Gdybym od początku była czujna i nieufna, zapewne nie przeżyłabym aż takiego szoku! Swoją drogą, ciekawe, czy mój dawny medialny ulubieniec, ojciec Tadeusz Rydzyk, także był wstrząśnięty lub przynajmniej zdumiony takim obrotem sprawy? Wszak ten zakonnik również propagował opinię, według której Prawo i Sprawiedliwość to partia eurosceptyczna!

Obecnie, moi Drodzy Czytelnicy, jestem zdecydowaną przeciwniczką PiS-u. Na każdym kroku odkrywam, iż moje przekonania mają niewiele wspólnego z poglądami głoszonymi przez tę formację. Prawo i Sprawiedliwość popiera przynależność Polski do Unii Europejskiej, Rady Europy, Organizacji Narodów Zjednoczonych i Organizacji Paktu Północnoatlantyckiego, a ja nie. Prawo i Sprawiedliwość akceptuje legalność aborcji w trzech wyjątkowych przypadkach, a ja nie. Prawo i Sprawiedliwość dąży do zacieśnienia współpracy z Zachodem i odsunięcia się od Rosji, a ja nie. Prawo i Sprawiedliwość odżegnuje się od ideologii nacjonalistycznej, a ja nie. Prawo i Sprawiedliwość ma pozytywne zdanie na temat NSZZ “Solidarność” i demokracji, a ja nie (marzę o konserwatywno-nacjonalistycznym autorytaryzmie z tercerystyczną gospodarką, wolnością słowa i prawną ochroną życia wszystkich dzieci nienarodzonych).

Po katastrofie smoleńskiej z 10 kwietnia 2010 roku pojawiło się jeszcze więcej zjawisk, które zniechęcają mnie do PiS-u. Nie jestem zadowolona z faktu, że Lech i Maria Kaczyńscy zostali pochowani na Wawelu obok Józefa Piłsudskiego (chociaż mnie, nacjonalistce, Piłsudski i tak źle się kojarzy ze względu na prześladowanie ND-eków). Byłam głęboko zażenowana bojkotem piwa “Lech”, którego reklamę - z niewiadomych przyczyn - zinterpretowano jako kpinę z tragicznie zmarłego prezydenta. Irytuje mnie, iż niektórzy zwolennicy Prawa i Sprawiedliwości przesadnie manifestują swoją żałobę oraz mitologizują ofiary kwietniowego wypadku. Jestem zmartwiona skrajnie rusofobicznymi wypowiedziami umieszczanymi w Internecie przez sympatyków PiS-u.

Przerażają mnie wzajemnie wykluczające się teorie spiskowe oraz fakt, że niektóre osoby ślepo wierzą, iż katastrofa smoleńska była “zamachem terrorystycznym” (jak słusznie zauważył Janusz Korwin-Mikke, część zwolenników PiS-u szuka dziury w całym i dostosowuje fakty do przyjętej z góry tezy, że “Rosja jest wszystkiemu winna”). Poza tym, nie podobają mi się ostatnie wypowiedzi prezesa partii, Jarosława Kaczyńskiego, szczególnie te dotyczące zażywanych przez niego środków uspokajających. A tak w ogóle, to J. Kaczyński i wielu innych PiS-owców (np. Ludwik Dorn, Beata Kempa, Jolanta Szczypińska, Zbigniew Ziobro) głosowało za ratyfikacją Traktatu Lizbońskiego (źródło: Wolnemedia.net/polityka/lista-poslow-glosujacych-za-traktatem-lizbonskim). Nie potrafię się z tym pogodzić, nawet, gdy wytężam siły.

To wszystko, co chciałam napisać w niniejszym artykule. Ufam, że jest on wystarczającym uzasadnieniem mojego negatywnego zdania na temat Prawa i Sprawiedliwości. Przepraszam, jeśli mój felieton kogokolwiek zranił, uraził lub zniesmaczył. Ja po prostu chciałam uświadomić Czytelnikom, że PiS, który w ciągu ostatniego roku tak bardzo mnie rozczarował, zirytował i zasmucił, nie ma co liczyć na moje poparcie.


Natalia Julia Nowak,
3-4 października 2010 roku

niedziela, 3 października 2010

Opinia o 6-tej płycie zespołu Leszek Bubel Band

“Życie i Śmierć dla Narodu” to już szósta płyta zespołu Leszek Bubel Band związanego z Polską Partią Narodową i Stronnictwem Narodowym. Krążek, będący następcą bardzo udanego CD “Rycerze Idei. Panie Romanie, Wielkiej Polski Hetmanie”, jest poświęcony istotnym wydarzeniom oraz wyróżniającym się postaciom z najnowszej historii Polski. Na taki charakter dzieła wskazuje już sama jego okładka, która przedstawia czarno-białe wizerunki księdza Jerzego Popiełuszki, doktora Dariusza Ratajczaka i księdza prałata Henryka Jankowskiego. Do fotografii wymienionych osób jest dołączona biało-czerwona kotwica (popularny w czasach okupacji symbol Polski Walczącej), z której spływa krew - znak, że Popiełuszko został zamordowany przez funkcjonariuszy Służby Bezpieczeństwa, Ratajczak zginął w niewyjaśnionych dotąd okolicznościach, a Jankowski zmarł jako ofiara krzywdzącej, medialnej nagonki.

Na szóstą płytę formacji Leszek Bubel Band składa się siedemnaście utworów muzycznych zróżnicowanych pod względem formy i długości. Mamy tutaj zarówno długie, kilkunastominutowe pieśni (“Ksiądz Prałat Henryk Jankowski”, “My Chcemy Polski Narodowej”), jak i króciutkie, nieprzekraczające minuty melodyjki, będące ilustracjami do patriotycznych i nacjonalistycznych haseł (“Wielka Polska Katolicka”, “Polska Duma Narodowa”, “Czołem Wielkiej Polsce”, “Życie i Śmierć dla Narodu”, “Bóg, Honor, Ojczyzna”. Warto zauważyć, iż te dwie ostatnie kompozycje posiadają identyczną melodię, ale są nieco inaczej zaaranżowane). Większość piosenek jest spokojna i pesymistyczna, jednak na krążku trafiają się również utwory szybkie, rytmiczne i porywające, takie jak “Generale Jaruzelski” czy “Krew Za Krew” (oba rockowe “kawałki” opierają się na tym samym pomyśle muzycznym).

Wyjątkowo oryginalnym i zaskakującym elementem CD jest głęboki, klimatyczny, metafizyczny utwór “Opamiętania”, który - zarówno pod względem formy, jak i treści - koresponduje z ostatnią piosenką zatytułowaną “Bezdroża”. Poza tym, płyta “Życie i Śmierć dla Narodu” zawiera stylizowaną na muzykę sakralną pieśń “Kazanie Ks. Jerzego”, której integralne części stanowią “Litania Naszych Czasów” (modlitwa za ofiary komunistycznych represji) i “Czarna Wodo” (wiersz napisany przez Tadeusza Szymę w odpowiedzi na wiadomość o śmierci ks. Jerzego Popiełuszki). Innymi utworami, zasługującymi na uwagę, są: pełne goryczy “Darek Ratajczak Padł” (aluzja artystyczna do znanej piosenki “Ballada o Janku Wiśniewskim”) oraz “Hymn Narodowców II” (który zaczyna się jak muzyka taneczna, a potem przechodzi w lekki, pogodny rock w stylu Elektrycznych Gitar. Warto jeszcze wspomnieć, iż w “Hymn Narodowców II” jest wpleciony fragment “Mazurka Dąbrowskiego”).

Kluczem do zrozumienia całego krążka jest monumentalne, symfoniczne, wręcz gotyckie intro “Witamy w Świecie Marzeń” trwające 1 minutę i 20 sekund. Ów wstęp zawiera spokojną, rozmarzoną melorecytację pana Leszka Bubla - lidera zespołu, redaktora naczelnego tygodnika “Tylko Polska” oraz prezesa Polskiej Partii Narodowej i Stronnictwa Narodowego. Na płycie “Życie i Śmierć dla Narodu” taka melorecytacja występuje wiele razy, jednak równie często zdarza się śpiew (weźmy na przykład utwór “Do Boju, Polsko”, w którym jeden z członków grupy śpiewa bardzo przejmującym, pełnym emocji, zachrypniętym, rockowym głosem).

Jeśli chodzi o słowa piosenek, są one zróżnicowane w takim samym stopniu jak rytmy i melodie. W utworach z szóstej płyty LBB posłużono się oryginalnymi tekstami pana Leszka Bubla, dziełami Tadeusza Szymy, Antoniego Doleckiego, Stanisława Izydorczyka i Mieczysława Mławskiego, cytatem z “Przesłania Pana Cogito” Zbigniewa Herberta, anonimowym wierszem o generale Jaruzelskim, a także utworami przedwojennych narodowców. Oprócz tego, na CD można usłyszeć liczne parafrazy (przeróbki cytatów z “Pana Wołodyjowskiego”, “Ballady o Janku Wiśniewskim” i tradycyjnych pieśni religijnych). Ciekawym rozwiązaniem jest wykorzystanie na płycie fragmentu Mszy Św. za Ojczyznę z 27 maja 1984 roku oraz słynnego orędzia generała Wojciecha Jaruzelskiego o wprowadzeniu stanu wojennego na terenie całej Polski (13 grudnia 1981 r).

Moim zdaniem, szósty krążek formacji Leszek Bubel Band jest dobry i profesjonalnie zrealizowany, jednak bardziej podobało mi się poprzednie CD pt. “Rycerze Idei. Panie Romanie, Wielkiej Polski Hetmanie”. Uważam, że zespół związany z Polską Partią Narodową i Stronnictwem Narodowym najlepiej radzi sobie z tworzeniem utworów szybkich, mocnych i rytmicznych, a tych jest na najnowszej płycie niewiele (jak już wspomniałam, CD “Życie i Śmierć dla Narodu” składa się głównie z utworów spokojnych i pesymistycznych). Chociaż szósta płyta zrobiła na mnie mniejsze wrażenie niż piąta, bardzo lubię pochodzące z niej kompozycje “Witamy w Świecie Marzeń”, “Generale Jaruzelski”, “Opamiętania” i “Hymn Narodowców II”. Chociaż refren tej ostatniej z niewiadomych przyczyn przypomina mi piosenkę “Wytrąciłaś Mnie z Równowagi” Elektrycznych Gitar.