niedziela, 26 września 2010

TragiFarsa 10. Część jubileuszowa

OD AUTORKI:


Drodzy Czytelnicy, stało się! 25 września 2010 roku, między godziną 16:00 a 17:00, skończyłam pisać dziesiątą, jubileuszową część mojej groteskowo-satyrycznej serii dramaturgicznej znanej jako “TragiFarsa socNIErealistyczna”! Nie da się ukryć, że ów cykl to najobszerniejsze, najbardziej wielowątkowe i prawdopodobnie najlepsze dzieło, jakie kiedykolwiek stworzyłam. Jestem dumna, że dzięki ciężkiej pracy, entuzjazmowi i samozaparciu zdołałam dotrzeć do tej pięknej, okrągłej, dwucyfrowej liczby, jaką jest 10!

Chociaż najnowszy odcinek TragiFarsy ma charakter jubileuszowy, znacznie różni się on od części poprzednich. W utworze nie występuje bowiem ani Zdzisław Baumfeld, ani Wespazjan Cipka, ani Maria Lolita. Dlaczego? Z takiej prostej przyczyny, iż opisane wydarzenia mają miejsce w roku 1953, czyli akurat wtedy, gdy:

a) Zdzisław Baumfeld przebywa na emigracji (wiemy ze wcześniejszych odcinków, że do ucieczki z Polski Ludowej zmusił go nieudany zamach na jego życie, który miał miejsce na przełomie kwietnia i maja 1952 r.)

b) Maria Lolita już nie współpracuje z Urzędem Bezpieczeństwa (w “TragiFarsie 8. Nowej erze” było wyraźnie napisane, że po wyjeździe Baumfelda kobieta zrezygnowała z bycia TW i prosiła Werfelberga, żeby pozwolił jej odejść z bezpieki)

c) Wespazjana Cipkę już dawno wypuszczono na wolność (jak wynika z “TragiFarsy 59 lat później”, więzień został ocalony przez Marię Lolitę, chociaż UB-ek Zdzisław miał ogromną ochotę go zabić)

Tematem “TragiFarsy 10. Części jubileuszowej” jest niespodziewana śmierć Waldeberta Werfelberga (dyrektora Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Młodzianowicach) oraz sposób, w jaki jego podwładni zareagowali na to wydarzenie. Sztuka teatralna składa się z dwóch scen zatytułowanych “NieGorzkie Żale” i “Garderoba Lady Mroczysławy”. W tej pierwszej występują wyłącznie bohaterowie fikcyjni, jednak w drugiej pojawia się postać historyczna: niesławna dyrektorka Departamentu V Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, Julia Brystiger (Brystygier), która - ze względu na zamiłowanie do torturowania mężczyzn - była nazywana Krwawą Luną.

W moim groteskowo-satyrycznym cyklu dramaturgicznym nigdy wcześniej nie występowały postacie autentyczne. Co prawda wypadki opisane w “TragiFarsie 5. Odcinku specjalnym” były konsekwencjami działalności rzeczywistej osoby (pułkownika Józefa Różańskiego, uznawanego za najokrutniejszego kata w historii Urzędu Bezpieczeństwa), jednak postać ta nigdy nie pojawiła się w dramacie osobiście. Tym razem, z okazji wielkiego jubileuszu TragiFarsy, akcja sztuki teatralnej rozgrywa się “z gościnnym udziałem” prawdziwej funkcjonariuszki UB, Julii Brystiger (Brystygier).

Z drugiej strony, “TragiFarsa 10” zawiera wiele elementów znanych ze wcześniejszych odcinków. Mamy tutaj sporo pytań o charakterze etycznym, szczyptę filozofii i moralistyki, radykalnie antykomunistyczne przesłanie, specyficzne poczucie humoru, dużą dawkę absurdu, a także liczne cytaty i aluzje do dzieł innych autorów. Satyra jak zwykle opiera się na trzech rodzajach komizmu: sytuacyjnym, słownym i charakterologicznym. Problematyka utworu wyraźnie koresponduje z częścią pierwszą, albowiem obie sztuki teatralne demaskują i ośmieszają zjawisko fałszywej żałoby.

Czytelnikom “TragiFarsy 10” życzę przyjemnego czytania, a sobie natchnienia, siły i zapału do pisania następnych tomów. Czy kiedykolwiek uda mi się dotrzeć do kolejnej części jubileuszowej - tym razem dwudziestej? Niestety, na to pytanie nie da się dzisiaj odpowiedzieć.

Tradycyjnie pozdrawiam. Tradycyjnie zapraszam do lektury. Tradycyjnie wyrażam nadzieję, iż groteskowo-satyryczny dramat przypadnie odbiorcom do gustu.



Zmęczona, ale dumna i szczęśliwa
Natalia Julia Nowak (En-Dżej-En)





SCENA PIERWSZA:
NieGorzkie Żale




Czas akcji: 11 stycznia 1953 roku
Miejsce akcji: siedziba młodzianowickiego PUBP
Osoby: Świętożyźń Klemermann, Doroteusz Kpina, Archibald Moździerz, Fulgencjusz Skwarowski, Gorgoniusz Skwarowski, Gliceria Gościwit, Ubysław Hoffmendel, Jędrzej Świniarz


W jednym z pomieszczeń należących do budynku Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Młodzianowicach przebywają: porucznik Świętożyźń Klemermann, podporucznik Doroteusz Kpina, sierżant Archibald Moździerz, szeregowiec Fulgencjusz Skwarowski, szeregowiec Gorgoniusz Skwarowski, starsza szeregowiec Gliceria Gościwit, starszy szeregowiec Ubysław Hoffmendel oraz kapral Jędrzej Świniarz (ten ostatni jest dyrektorem Gminnego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Wolisławowie). Wszyscy funkcjonariusze bezpieki mają przypięte do mundurów czarne wstążeczki, co sugeruje, iż przeżywają oni żałobę. Świętożyźń i Gliceria płaczą, Jędrzej i Ubysław mają smutne miny, Doroteusz sprawia wrażenie zirytowanego i zażenowanego, natomiast Archibald, Fulgencjusz i Gorgoniusz są zupełnie spokojni i nieporuszeni. W tle gra “Marsz Pogrzebowy“ Fryderyka Chopina, jednak nie zagłusza on wypowiedzi poszczególnych postaci.


GLICERIA GOŚCIWIT (zapłakana, pełnym emocji głosem):

Nie wiem, jak wy, towarzysze, ale ja nadal nie mogę w to uwierzyć… Kiedy kapitan Ożanna Dudek przyniosła mi tę straszną wiadomość, roześmiałam się, bo myślałam, że obywatelka żartuje… Ale to nie był żart… Gdy już żona Mardoniusza wytłumaczyła mi, iż mówi zupełnie poważnie, poczułam się, jakby… jakby… no, jakby krew zamarzła mi w żyłach… Waldebert Werfelberg, dyrektor Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Młodzianowicach, nie żyje! To się w głowie nie mieści! (Ociera sobie łzy chusteczką) Stalinie przenajczerwieńszy… Przecież to był zdrowy, pełen siły i zapału człowiek… Był taki młody, miał niespełna 50 lat, a właściwie, to 49,5... Mógł osiągnąć jeszcze wiele sukcesów w życiu prywatnym i zawodowym, jednak bezduszny los odebrał mu tę szansę… (Z rozpaczą, krzyczy) Ach, pułkownik Werfelberg wielkim człowiekiem był!


ARCHIBALD MOŹDZIERZ (złośliwie, pogardliwie):

Wielkim człowiekiem o małym sercu.


GLICERIA GOŚCIWIT (nie zwracając uwagi na słowa Archibalda Moździerza):

On był… On był dla mnie jak ojciec… Dla nas wszystkich był jak ojciec… Mądry, zaradny, zrównoważony emocjonalnie i taki odpowiedzialny… Odpowiedzialny za wszystko, co się działo w młodzianowickim Urzędzie Bezpieczeństwa… A teraz co? Odszedł od nas na wieki i już nigdy więcej go nie zobaczymy! Osierocił ubecję i cały powiat młodzianowicki! (Żałośnie, pretensjonalnie) Żal, żal, żal wielki zagościł w naszych sercach! Bo jak tu nie płakać, gdy odchodzi od nas tak wybitny człowiek, Ojciec Całego Powiatu Młodzianowickiego?!


ARCHIBALD MOŹDZIERZ (zjadliwym tonem, szyderczo):

Taaa… Niejeden ojciec pije i bije, a jednak dzieci po nim płaczą…


Gliceria spogląda ze złością i wyrzutem na Moździerza.


GLICERIA GOŚCIWIT (oburzona drwinami sierżanta):

Och, towarzyszu Moździerz, jak możecie mówić takie rzeczy?! I to teraz, kiedy każde niewłaściwie dobrane słowo brzmi tysiąc razy gorzej niż w normalnej sytuacji?! Czy nie uczono was, że o zmarłych należy mówić albo dobrze, albo wcale?!


DOROTEUSZ KPINA (unosząc sceptycznie brwi):

Albo dobrze, albo wcale? Hitler i Mussolini też już nie żyją, a jednak mówi się o nich źle! Czy fakt, że ktoś umarł, ma jakikolwiek wpływ na jego życiorys? Czy niegodziwy człowiek w momencie śmierci przestaje być niegodziwcem? Czy złe uczynki zostają automatycznie anulowane, kiedy ich sprawca umiera?


ARCHIBALD MOŹDZIERZ:

Oj, nie wydaje mi się!


DOROTEUSZ KPINA (poważnie):

Mnie też nie. Przeciwnie, uważam, że to, co robiliśmy za życia, jest ważniejsze od tego, jak umarliśmy. Na ocenę człowieka nie powinien wpływać sposób odejścia z tego świata, tylko jego uczynki. A te, ma się rozumieć, są popełniane wyłącznie za życia.


Świętożyźń Klemermann podchodzi do Glicerii Gościwit i przytula ją po przyjacielsku.


ŚWIĘTOŻYŹŃ KLEMERMANN (pocieszająco, przez łzy):

Obywatelko Gościwit, nie przejmujcie się sierżantem Moździerzem i podporucznikiem Kpiną. Oni, jak również bracia Skwarowscy, to UB-ecka Loża Szyderców tudzież Towarzystwo Wzajemnej Adoracji. Ta sitwa czerpie energię życiową z siania zamętu, wydrwiwania wartości marksistowskich i opluwania zasłużonych rewolucjonistów. Zaiste, dziwię się, że pułkownik Werfelberg był wobec nich taki wyrozumiały. Tymczasem oni, zamiast szanować jego pamięć i dziękować mu za cierpliwość, urządzają sobie kpiny z jego śmierci!


DOROTEUSZ KPINA (zaczepnie, do Świętożyźni):

A wy co, poruczniku Klemermann? Wielka obrończyni Werfelberga? Ciekawe, od kiedy?! (Nawiązując do wydarzeń opisanych w “TragiFarsie 7. Teorii spisku”) Przypomnijcie sobie, obywatelko, jak niespełna rok temu wymyślaliście idiotyczne teorie spiskowe z towarzyszem pułkownikiem w roli głównej i buntowaliście pozostałych UB-eków przeciwko niemu!


FULGENCJUSZ SKWAROWSKI (również zaczepnie, do Doroteusza):

Przyganiał kocioł garnkowi, a sam smoli! Z całym szacunkiem, towarzysze, ale wydaje mi się, że podporucznik Doroteusz Kpina nie jest najwiarygodniejszym moralistą w okolicy! Sam zabija i torturuje ludzi, a pomimo tego rości sobie prawo do pouczania innych…


DOROTEUSZ KPINA:

Wy również uczestniczycie w zabijaniu i torturowaniu ludzi, obywatelu Skwarowski.


GORGONIUSZ SKWAROWSKI (z dumą):

Cała nasza grupa uczestniczy!


ARCHIBALD MOŹDZIERZ (anachronicznie śpiewa fragment piosenki “Dzieci“ zespołu Elektryczne Gitary):

“Wszyscy mamy źle w głowach,
Że żyjemy.
Hej, hej, la, la, la, la,
Hej, hej, hej, hej!
Wszyscy mamy źle w głowach,
Że żyjemy.
Hej, hej, la, la, la, la,
Hej, hej, hej!”


FULGENCJUSZ SKWAROWSKI (przejęty, podchwytując słowa zanucone przez Archibalda):

Taka jest prawda! Denerwują mnie osoby, które jeszcze wczoraj krzyczały “Werfelberg musi odejść”, a dzisiaj lamentują, iż “odszedł od nich wielki człowiek”! Skoro odszedł, to chyba powinny się z tego cieszyć, nieprawdaż?!


UBYSŁAW HOFFMENDEL:

Istnieje takie przysłowie: “Uważaj na marzenia, bo mogą się spełnić”!


FULGENCJUSZ SKWAROWSKI (wciąż przejęty):

Bulwa nać, tak samo było przed i po Tamtych Wydarzeniach! Najpierw Świętożyźń Klemermann i Gliceria Gościwit publicznie oczerniały Zdzisława Baumfelda, a potem, kiedy Zdzisiek został uznany za zmarłego, strasznie po nim rozpaczały oraz angażowały się w działalność bezsensownego ruchu społecznego Kelvin 2/5/52 (który i tak upadł, zanim zdążył się na dobre rozkręcić)!


ARCHIBALD MOŹDZIERZ (dobitnie, wyzywająco):

Ja po Werfelbergu nie płaczę
I nie próbuję udawać, że jest inaczej!


FULGENCJUSZ SKWAROWSKI:

No i słusznie! Świętożyźń Klemermann, Gliceria Gościwit i wiele innych osób pogrąża się w fałszywej żałobie, melancholijnie wzdycha i leje krokodyle łzy, a towarzysz pułkownik leży w trumnie i kwiczy!


Gorgoniusz, Archibald i Doroteusz wybuchają głośnym, aczkolwiek odrobinę diabelskim śmiechem. Gliceria i Świętożyźń robią wielce oburzone miny (ta druga nawet wydaje z siebie niebezpieczny syk), jednak nic nie mówią. Tymczasem Moździerz wymyśla naprędce okolicznościowy wierszyk.


ARCHIBALD MOŹDZIERZ (mentorskim tonem recytuje swój najnowszy utwór):

Ja na te płacze nic nie poradzę,
Lecz bardzo przykrą prawdę Wam zdradzę:
Kto Werfelberga najmniej tu kochał,
Ten dziś najgłośniej łka po nim, szlocha!


GORGONIUSZ SKWAROWSKI (zachwycony fraszką, ze szczerym podziwem):

Pięknie, towarzyszu sierżancie! Powinniście to gdzieś opublikować! Za kilkanaście lat będę mógł się pochwalić, że znałem osobiście laureata literackiej Nagrody Nobla, Archibalda Moździerza!


ARCHIBALD MOŹDZIERZ (mile połechtany komplementem):

Dziękuję, towarzyszu Skwarowski. Wymyślam te satyry na poczekaniu, nawet się nie zastanawiając, czy mają jakąś wartość artystyczną.


FULGENCJUSZ SKWAROWSKI:

Jak to kiedyś napisała Ewa Felińska o księdzu Bace:
“U niego wiersze sypały się jak z rękawa.
Gębę otworzy o czymkolwiek, to i wiersz zaraz”


Gorgoniusz, Moździerz i Kpina chichoczą, a gdy się uspokajają, w pomieszczeniu przez chwilę panuje cisza. W końcu Świętożyźń Klemermann bierze się w garść i rozpoczyna rozmowę na temat spraw organizacyjnych.


ŚWIĘTOŻYŹŃ KLEMERMANN (poważnie, do wszystkich zgromadzonych):

Dobra, towarzysze. Żarty żartami, a tymczasem trzeba człowieka pochować. Orientujecie się może, kto będzie organizował Werfelbergowi pogrzeb? Rodzina, państwo…?


UBYSŁAW HOFFMENDEL:

Z tego, co wiem, podpułkownicy Mroczysława Kalinowska-Wójcik i Rzędzimir Wszebor Witkowski już dawno zadzwonili do Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego i donieśli jego dyrektorowi o śmierci Werfelberga. Kiedy Pomponiusz Kanaliński usłyszał tę sensacyjną wiadomość, natychmiast zdecydował się wziąć w sprawy w swoje ręce. Podobno obiecał, że pogrzeb naszego szefa będzie bardzo uroczysty i że zaprosi nań parę ważnych osób z Warszawy.


Bracia Skwarowscy i Archibald Moździerz niespodziewanie zaczynają kasłać. Ubysław robi zdumioną minę.


UBYSŁAW HOFFMENDEL (zaniepokojony, do kaszlących funkcjonariuszy):

Eeee… Czy coś jest nie tak, towarzysze?


GORGONIUSZ SKWAROWSKI (słodkim głosikiem, jakby nigdy nic):

Nie, nie, obywatelu Hoffmendel! Wszystko jest w porządku, naprawdę!


FULGENCJUSZ SKWAROWSKI (lekkim tonem, robiąc aluzję do pewnego motywu z “TragiFarsy 5. Odcinka specjalnego” i ‘TragiFarsy 7. Teorii spisku”):

Wszystko w porządeczku. Tylko te “ważne osoby z Warszawy” wywołały u nas… hmmm… nieprzyjemne skojarzenie.


ARCHIBALD MOŹDZIERZ:

Warsaw VIPs, psiamać!


ŚWIĘTOŻYŹŃ KLEMERMANN (do Ubysława, zniecierpliwiona bezsensownymi wypowiedziami Skwarowskich i Moździerza):

Towarzyszu Ubysławie, skąd wy to wszystko wiecie? Rozmawialiście z Kalinowską-Wójcik i Witkowskim?


UBYSŁAW HOFFMENDEL:

Z Kalinowską-Wójcik. Bardzo jej zależy na tym, żeby w pogrzebie pułkownika Werfelberga wzięła udział Pierwsza Trójka PRL-u: Bolesław Bierut, Jakub Berman i Hilary Minc, a także takie znane osobistości jak Roman Romkowski, Anatol Fejgin, Józef Różański, Józef Światło, Józef “Akower” Czaplicki czy Julia “Krwawa Luna“ Brystiger.


GLICERIA GOŚCIWIT (wytrzeszcza oczy ze zdumienia):

Oni wszyscy mają się pojawić na pogrzebie Waldeberta Werfelberga? O rany!


JĘDRZEJ ŚWINIARZ (wiejską gwarą, wzdychając):

Hej, Leniniczku czerwoniuchny… Gdybym ci ja wiedzioł, że Werfelberg to taka Wasza Wysokość, to bym go był szanowoł jeszcze więcy… A tera to już po ptokach trochy… Ino szkoda mi, że to na mojem weselisku się tem wińskiem zatruł… Ja go zaprosił, coby mu pokazoć, że go Gminny Urzund Byzpieczeństwa z Wolisławowa ceni i szanuje, a tu kicha taka… I oczów wypłakiwanie zamiast wesołości jest!


ŚWIĘTOŻYŹŃ KLEMERMANN:

Tak, to rzeczywiście przykre… Nienawidzę, kiedy wielki ból i rozpacz przychodzą do mnie tak nagle…


UBYSŁAW HOFFMENDEL (moralizatorsko, a zarazem melancholijnie):

Zgadzam się z funkcjonariuszką Klemermann. Gdybyśmy byli przygotowani na śmierć pułkownika Werfelberga, z pewnością byłoby nam łatwiej pogodzić się z losem. Ale nam nie chciało się pamiętać o śmierci, z uporem maniaka lekceważyliśmy maksymę “Memento Mori”. Teraz już wiemy, że zawsze musimy być gotowi na nieszczęśliwe zdarzenia, bo nie znamy dnia ani godziny.


ARCHIBALD MOŹDZIERZ (wesoło):

Gdy ktoś niespodzianie w kalendarz kopnie,
Wszyscy są wokół zdumieni okropnie!


Bracia Skwarowscy i Doroteusz Kpina śmieją się z fraszki Moździerza.


JĘDRZEJ ŚWINIARZ (sentymentalnie, gawędziarskim tonem, gwarą):

Ja zawszy lubił Werfelberga, bo to człek bystry, mundry i obrotny był. On nam zawszy radził, cobyśmy twarde ludzie byli. I my go słuchali jak radia. Raz jak sabotażysty i prowokatyry państwowy rozrzutnik gnoju popsuli, to my rwetes ogromny na całę gminę podnieśli, aż nam Tajne Współpracowniki zbójów przyprowadzili. Wtedy my rozbójników do wsypania reszty bandziorów przymusili, we widły wzięli i za popsucie rozrzutnika pokarali. Potym ja do miasta do Werfelberga pojechoł, o cały aferze opowiedzioł i Werfelberg wesół był wielce, że we Wolisławowie takie twarde chłopy miyszkają. A we gminie jaki porzundek był! Cały powiot widzioł, że umią UB-eki nasze PGR-ów solidnie pilnować!


DOROTEUSZ KPINA (siląc się na uprzejmość):

Moje gratulacje, obywatelu Świniarz!


JĘDRZEJ ŚWINIARZ (z uśmiechem, naiwnie wierząc w szczerość Kpiny):

Dziękuje ślicznie, kumie towarzyszu. Ja o Werfelbergu zawszy dobrze godoł, to tera tym bardziyj będę. Ja go cenił, ja mu zawszy bańkę mleka przywoził, jak żem do Młodzianowic z ważnemi sprawami jechoł. A bywało, że i Halina mu mleko lub kraśne jabłka przywoziła. I się cieszył wosz derektor, że my takie proste, a takie koleżeńskie ludzie. Kalinowska-Wójcik i Witkowski tyż.


Długa pauza, po której Gorgoniusz nagle się ożywia.


GORGONIUSZ SKWAROWSKI (gwałtownie, jakby odkrył Amerykę):

Hej, towarzysze! Przepraszam, że poruszam ten temat właśnie w takich okolicznościach, ale chodzi mi po głowie jedno pytanie… Czy to prawda, że Waldebert Werfelberg i jego żona Fredeswinda utopili własnego noworodka w beczce?!


Świętożyźń i Gliceria znowu robią takie miny, jakby w ich obecności dopuszczono się świętokradztwa. Osoby, które wcześniej zostały nazwane Lożą Szyderców, uśmiechają się demonicznie.


DOROTEUSZ KPINA (nie tracąc zimnej krwi, do Gorgoniusza):

Ja słyszałem, że tak. Zrobili to kilkanaście minut po porodzie. Nalali wody do beczki, utopili tam dziecko, a gdy noworodek był już martwy, raz na zawsze zamknęli wieko. Podobno ta beczka nadal stoi w piwnicy ich willi. Mały trupek pewnie już dawno się zakisił, bo rodzice zrobili z niego ogóraska.


ARCHIBALD MOŹDZIERZ (cynicznie, dając upust swojemu specyficznemu poczuciu humoru):

Ciekaw jestem, kto będzie go jeść?!


Kolejny “niemy napad bulwersacji” u por. Klemermann i st. szer. Gościwit.


GORGONIUSZ SKWAROWSKI:

Myślę, że Zdziśko Baumfeld by się skusił. Jaka szkoda, że osiem miesięcy temu wyjechał do Stanów Zjednoczonych i zerwał z nami wszelkie kontakty! Gdyby nadal mieszkał w Polsce Ludowej, pewnie zorganizowałby zaczepistą stypę po Waldebercie!


ARCHIBALD MOŹDZIERZ (ironicznie, z udawaną czułością):

Waldebert… Waldebercik… Bercik… Berciuś… Słoneczko nasze kochane!


GORGONIUSZ SKWAROWSKI (tym samym tonem co przedmówca):

Niestety, to słoneczko już zgasło…


ARCHIBALD MOŹDZIERZ (anachronicznie recytuje fragment piosenki “White Robe” rosyjskiego duetu t.A.T.u.):

“Sun is painted in the corner,
But it’s never getting warmer”!


Gorgoniusz Skwarowski wyjmuje z kieszeni kartkę i długopis, rysuje infantylne słońce ze smutną buzią, a potem pokazuje swoje “dzieło” pozostałym UB-ekom. Funkcjonariusze Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Młodzianowicach są tak zażenowani, że tylko bezradnie kręcą głowami.


FULGENCJUSZ SKWAROWSKI (do Doroteusza Kpiny, zaciekawiony jego makabryczną opowieścią):

Dlaczego Waldebert i Fredeswinda utopili swojego noworodka? Nie chcieli mieć czwartego dziecka?


DOROTEUSZ KPINA (dosyć obojętnym tonem):

Chcieli, ale nie z mongolizmem. Fakt, że doczekali się niepełnosprawnego potomka, widocznie godził w ich dumę oraz miłość własną. Dlatego go zamordowali.


Świętożyźń Klemermann wysoko unosi brwi.


ŚWIĘTOŻYŹŃ KLEMERMANN:

Wierzycie w takie plotki, podporuczniku Kpina? Wydawało mi się, że to wy jesteście tutaj największym sceptykiem, racjonalistą i przeciwnikiem teorii spiskowych!


DOROTEUSZ KPINA (zawstydzony, oblewając się rumieńcem):

No, bo jestem, ale… Na litość Marksa, nie wrzucajmy do jednej beczki irracjonalnego Kelvina 2/5/52 i całkiem prawdopodobnej zbrodni kryminalnej!


ARCHIBALD MOŹDZIERZ (zjadliwym tonem):

Do jednej beczki? BECZKI?!


Bracia Skwarowscy wybuchają śmiechem.


DOROTEUSZ KPINA (ze złością, zniecierpliwiony):

Tak, obywatelu Archibaldzie, beczki!


GORGONIUSZ SKWAROWSKI (roześmiany):

Ale beka!


FULGENCJUSZ SKWAROWSKI:

Beczka śmiechu!


DOROTEUSZ KPINA (zachęcająco, rozrywkowym tonem):

No to teraz coś z zupełnie innej… beczki. Powiedzcie mi, towarzysze - mówię “towarzysze”, a nie “towarzyszki” - za co najbardziej nienawidziliście Werfelberga?


Ubysław Hoffmendel i Jędrzej Świniarz niespodziewanie tracą cierpliwość.


UBYSŁAW HOFFMENDEL (oburzony i zdenerwowany, do Loży Szyderców):

Wiecie co, obywatele?! Ja stąd wychodzę! Nie jestem w stanie dłużej wysłuchiwać waszych kpin i bluźnierstw! (Do Świniarza) Towarzyszu Jędrzeju, nic tu po nas! Wychodzimy!


Po tych słowach Hoffmendel i Świniarz opuszczają pomieszczenie (ten drugi niekulturalnie trzaska drzwiami).


FULGENCJUSZ SKWAROWSKI (szyderczo, patrząc w stronę zamkniętych drzwi):

Od razu jedźcie do Watykanu, żeby złożyć wniosek o beatyfikację Werfelberga!


ARCHIBALD MOŹDZIERZ (również szyderczo, z fałszywą czułością i rozczuleniem):

Berciuś… Słoneczko nasze będzie błogosławionym!


Porucznik Klemermann i starszy szeregowiec Gościwit także tracą cierpliwość.


ŚWIĘTOŻYŹŃ KLEMERMANN (ostro, do drugiej kobiety):

Towarzyszko Glicerio, na nas też już pora! Nie warto tutaj siedzieć i marnować czasu na wysłuchiwanie kretyńskich pseudożartów! (Patrząc z pogardą na Kpinę, Skwarowskich i Moździerza) Zaiste, nie lubię, kiedy dorośli mężczyźni zachowują się jak dzieci!


GLICERIA GOŚCIWIT (zbierając się do wyjścia):

Do zobaczenia na pogrzebie, obywatele!


Obie funkcjonariuszki UB wychodzą z pomieszczenia.


ARCHIBALD MOŹDZIERZ (stanowczo, do Gorgoniusza, Fulgencjusza i Doroteusza):

Ja na ten pogrzeb nie pójdę! Nie ma mowy! Specjalnie się przeziębię, żeby zostać w domu! Jest 11 stycznia 1953 roku, więc złapanie porządnego kaszlu i kataru raczej nie będzie dla mnie problemem. Przysięgam, że w pogrzebie nie wezmę udziału!


DOROTEUSZ KPINA:

Ja też się wykpię od tego przykrego obowiązku. Skoro nigdy nie lubiłem Werfelberga, to dlaczego miałbym udawać, że było inaczej?! Nie jestem aktorem tragicznym, nie potrafię udawać rozpaczy i wyciskać sobie łez z oczu!


Fulgencjusz Skwarowski unosi głowę i uśmiecha się z wyższością.


FULGENCJUSZ SKWAROWSKI (dumnie, wyzywająco):

A ja pójdę na pogrzeb Berciusia, bo może być całkiem zabawnie! (Do młodszego brata) Gorgon, pójdziesz ze mną na pogrzeb?


GORGONIUSZ SKWAROWSKI (entuzjastycznie):

Oczywiście, że pójdę!


FULGENCJUSZ SKWAROWSKI (tryumfalnie, do Archibalda i Doroteusza):

Widzicie, towarzysze? My z Gorgoniuszem nie boimy się smutnych uroczystości pogrzebowych!


Gorgoniusz Skwarowski chichocze demonicznie i zaciera ręce.


GORGONIUSZ SKWAROWSKI:

Towarzysze… Pomyślcie tylko, jaka będzie pompa… Czerwone sztandary, flagi radzieckie i polskie, mnóstwo kwiatów, monumentalna muzyka, setki ludzi w żałobnych strojach…


FULGENCJUSZ SKWAROWSKI (rozmarzony):

Taaak… Oczyma wyobraźni widzę Mistrza Ceremonii w długiej, czarnej szacie… Widzę spięty aż do śmieszności kondukt żałobny… Widzę Bieruta, Bermana, Minca, Romkowskiego, Fejgina, Różańskiego, Czaplickiego, Światłę i Krwawą Lunę ze smutkiem na twarzach i radością w oczach… Wszyscy stoją, wpatrują się w pięknie udekorowaną trumnę Werfelberga…


GORGONIUSZ SKWAROWSKI:

A w tle…
(Anachronicznie nuci fragment piosenki “Alejandro” Lady Gagi, aby nawiązać do skandalizującego teledysku pod tym samym tytułem)
“Alejandro.. Alejandro…
Ale-ale-jandro… Ale-ale-jandro…
Alejandro.. Alejandro…
Ale-ale-jandro… Ale-ale-jandro…”


DOROTEUSZ KPINA (stanowczo, zamykając scenę pierwszą):

I to tyle w tym temacie.





SCENA DRUGA:
Garderoba Lady Mroczysławy




Czas akcji: 15 stycznia 1953 roku
Miejsce akcji: gabinet Mroczysławy Kalinowskiej-Wójcik
Osoby: Mroczysława Kalinowska-Wójcik oraz Julia Brystiger/Brystygier (Krwawa Luna), postać historyczna, o której można poczytać na stronach:
http://www.jerzyrobertnowak.com/ksiazki/zbrodnie_ub.htm#Krwawa_Luna_
http://pl.wikipedia.org/wiki/Julia_Brystiger


Podpułkownik Mroczysława Kalinowska-Wójcik przebywa w swoim gabinecie mieszczącym się w budynku młodzianowickiego Urzędu Bezpieczeństwa. Kobieta pełniąca obowiązki dyrektora PUBP ma na sobie długą, czarną, elegancką, najprawdopodobniej zachodnią suknię w nieco wiktoriańskim stylu, czarne buty na obcasach oraz czarne, ozdobne rękawiczki z jedwabiu. Nagle wchodzi do pomieszczenia postać autentyczna, Julia “Krwawa Luna” Brystiger (znana również jako Brystygier, Brystyger, Bristiger, Brüstiger, Briestiger), która w przeciwieństwie do Mroczysławy jest ubrana w oficerski mundur. Niesławna szefowa Departamentu V Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego sprawia wrażenie zaskoczonej wyglądem swojej koleżanki.


JULIA BRYSTIGER (zszokowana, parafrazując znane słowa Czerwonego Kapturka):

Mroczysławo, Mroczysławo, a po co ci cywilna sukienka?!


MROCZYSŁAWA KALINOWSKA-WÓJCIK:

Żeby lepiej wyglądać na pogrzebie Werfelberga! No, bo wiesz… Skoro pozwolili mi pójść bez munduru, to chyba powinnam skorzystać z tego zezwolenia…


JULIA BRYSTIGER (krzywi się z niesmakiem):

Wystroiłaś się, jakby to było Kij-Wie-Jakie-Wyjście.


MROCZYSŁAWA KALINOWSKA-WÓJCIK:

Bo to JEST Kij-Wie-Jakie-Wyjście!


JULIA BRYSTIGER (odrobinę zniecierpliwiona):

Siadaj na krześle i wypinaj gębę. Prosiłaś mnie, żebym cię umalowała, czyż nie?


Kalinowska-Wójcik chwyta najbliżej stojące krzesło, ustawia je na środku gabinetu (naprzeciwko wielkiego, bogato oprawionego lustra), po czym na nim siada. W tym samym czasie Julia “Krwawa Luna” Brystiger bierze do rąk pędzel kosmetyczny i puderniczkę. Gdy Mroczysława jest już usadowiona na krześle, postać historyczna otwiera pojemnik z pudrem i nanosi substancję na pędzel.


JULIA BRYSTIGER (bojowym tonem, przystępując do robienia makijażu):

Najpierw zapudruję ci buźkę. Nie masz jakoś szczególnie zniszczonej czy pomarszczonej twarzy, ale trzeba się tobą odpowiednio zająć, jeśli rzeczywiście chcesz wyglądać jak bogini. Wolisz grubą warstwę czy cienką?


MROCZYSŁAWA KALINOWSKA-WÓJCIK (zdecydowanie):

Wal śmiało grubą. Możesz nawet zużyć cały pojemnik.


Krwawa Luna robi lekko zdziwioną minę.


JULIA BRYSTIGER (ponownie parafrazując pytanie Czerwonego Kapturka):

Mroczysławo, Mroczysławo, a po co ci taki ciężki makijaż?!


MROCZYSŁAWA KALINOWSKA-WÓJCIK:

Żebym w wieku 45 lat wyglądała na 35!


JULIA BRYSTIGER (znowu się krzywi):

Ja mam 51 i jakoś żyję…


Brystiger, pudrując Kalinowską-Wójcik, popada w lekką zadumę. Przez chwilę żadna z funkcjonariuszek Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego nic nie mówi.


JULIA BRYSTIGER (nagle, ożywiając się):

Wiesz co, Mroczysławo? Ty jesteś całkiem ładną i zadbaną kobietą. Moim zdaniem, aż taka gruba warstwa makijażu nie jest ci potrzebna.


MROCZYSŁAWA KALINOWSKA-WÓJCIK:

Dlaczego tak uważasz, Brystiger?


Dyrektorka Departamentu V MBP wzdycha.


JULIA BRYSTIGER:

No cóż… Kilka dni temu wdałam się w szczerą rozmowę z Karolem Więckowskim i poprosiłam go: “Karolku miły, rozwiej wątpliwości kobiece! Kto jest najpiękniejszy w bezpiece?”. Wówczas on odpowiedział mi jak to Magiczne Lusterko z “Królewny Śnieżki i Siedmiu Krasnoludków”: “Piękna jesteś, Julio, jak gwiazda na niebie, lecz Mroczysława jest tysiąc razy piękniejsza od ciebie!”


MROCZYSŁAWA KALINOWSKA-WÓJCIK (chichocze):

A ty wtedy zzieleniałaś z zazdrości, tak? I zapragnęłaś, żeby jakiś myśliwy zabrał mnie do lasu, zabił i przyniósł ci w prezencie moje serce?


JULIA BRYSTIGER (wyzywająco, unosząc wysoko brwi):

Muszę cię zaskoczyć, ale nie!


MROCZYSŁAWA KALINOWSKA-WÓJCIK (również unosząc brwi):

Nie?


JULIA BRYSTIGER:

Tak jak powiedziałam. Nie byłam zazdrosna, bo cię lubię i uważam za moją przyjaciółkę. No i doskonale rozumiem fakt, że gdyby zorganizowano kiedyś wybory Miss Ubecji, to miałabyś szansę na zwycięstwo. Właściwie, byłabyś faworytką konkursu.


Mroczysława uśmiecha się promiennie.


MROCZYSŁAWA KALINOWSKA-WÓJCIK (chcąc się upewnić, czy Julia jest wobec niej szczera):

Naprawdę tak myślisz, Brystiger? Uważasz, że jestem najpiękniejszą kobietą w Urzędzie Bezpieczeństwa?


JULIA BRYSTIGER (gorąco, z przekonaniem):

No tak! Jeśli nie wierzysz, to spójrz w lustro i zobacz, jaka jest różnica między tobą a mną!


Mroczysława Kalinowska-Wójcik wpatruje się w odbicie swoje i Brystigerowej.


MROCZYSŁAWA KALINOWSKA-WÓJCIK (wzdycha, robiąc anachroniczną aluzję do demotywatorów):

To uczucie, kiedy w twoim lustrze zamiast Krwawej Mary pojawia się Krwawa Luna…


Szefowa Departamentu V Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego wybucha śmiechem.


JULIA BRYSTIGER (rozbawiona, śmiejąc się):

Bardzo demotywujące, prawda?


MROCZYSŁAWA KALINOWSKA-WÓJCIK:

Żebyś wiedziała!


Julia, która już skończyła pudrować Kalinowską-Wójcik, odkłada puder i pędzel tam, skąd je wzięła.


JULIA BRYSTIGER:

Skorupa pudrowa wykonana. Co mam teraz zrobić?


MROCZYSŁAWA KALINOWSKA-WÓJCIK (wskazując głową na biurko, na którym stoją przygotowane kosmetyki):

Weź beżowy, fioletowy oraz jasnoczerwony cień do powiek i zrób mi podkrążone oczy.


JULIA BRYSTIGER (zdumiona, po raz trzeci parafrazuje słowa Czerwonego Kapturka):

Mroczysławo, Mroczysławo, a po co ci podkrążone oczy?!


MROCZYSŁAWA KALINOWSKA-WÓJCIK (z perfidnym uśmieszkiem):

Żeby wszyscy myśleli, że przez całą noc płakałam po Werfelbergu!


JULIA BRYSTIGER:

A nie płakałaś?


Pełniąca obowiązki dyrektora PUBP prycha szyderczo.


MROCZYSŁAWA KALINOWSKA-WÓJCIK (nieco oburzona pytaniem swojej rozmówczyni):

Oczywiście, że nie płakałam! Nie po to truje się ludzi, żeby potem po nich płakać, mam rację?


JULIA BRYSTIGER (po raz czwarty parafrazuje słynną kwestię Czerwonego Kapturka):

Mroczysławo, Mroczysławo, a po co ci śmierć Werfelberga?!


Pani podpułkownik robi najbardziej przerażającą minę, na jaką ją stać.


MROCZYSŁAWA KALINOWSKA-WÓJCIK (straszliwym głosem, krzyczy):

Żebyś, kuźwa, miała o co pytać!!!


Krwawa Luna wytrzeszcza oczy na tyle mocno, by widzowie mieli ochotę zapytać: “Julio, Julio, a po co ci takie wielkie oczy?”. W tle gra charakterystyczna, kilkunastosekundowa melodia z filmu “Kill Bill”, znana jako “Ironside Excerpt” (jest ona często wykorzystywana w humorystycznych filmikach typu “Polish Youtube Poop”, właśnie podczas parodiowania scen, w których bohaterowie doświadczają szoku i wytrzeszczają oczy). Kiedy Brystiger odzyskuje nad sobą kontrolę, przystępuje do malowania “podkrążonych oczu”.


MROCZYSŁAWA KALINOWSKA-WÓJCIK (spokojnie, powracając do normalnego tonu):

A tak na serio, to miałam już dosyć tego nieudacznika, który partaczył wszystko, za co się zabierał, a który był pośmiewiskiem UB-eków z innych miast. Denerwowałam się, widząc, jak ten dyletant popełnia błąd za błędem, podczas gdy ja mogłabym skierować Powiatowy Urząd Bezpieczeństwa Publicznego w Młodzianowicach na właściwe tory. Nie mogłam się pogodzić z myślą, że taki ćwok ma nade mną władzę. W ogóle nie podobało mi się, iż moim bezpośrednim zwierzchnikiem jest facet. Bo ja nienawidzę, kiedy mężczyzna sprawuje nade mną kontrolę, wiesz? Po prostu tego nienawidzę. Muszę być górą, bo inaczej dzieje się ze mną coś niedobrego. Nie toleruję patriarchatu i prowadzę z nim otwartą wojnę.


JULIA BRYSTIGER (z przejęciem i podziwem):

Oooo, Mroczysława, w tym cię popieram! (Śmieje się) Hehehe, sama mam sprawdzony sposób na walkę z tym molochem: podczas przesłuchań zawsze biję facetów po jądrach, bo wtedy stają się tacy bezradni i słabiutcy!


MROCZYSŁAWA KALINOWSKA-WÓJCIK:

Na początku stycznia, kiedy siedziałam tutaj, w swoim gabinecie i pisałam jakieś przeklęte sprawozdanie dla Werfelberga, niespodziewanie usłyszałam… usłyszałam w głowie… nie wiem, jak to nazwać… coś w rodzaju natarczywych głosów, które sugerowały mi, że powinnam zabić swojego szefa. Nie miałam pojęcia, skąd one pochodzą. Teraz też nie wiem, choć wydaje mi się, że są to głosy istot spoza naszej planety, które pragną skierować mnie na właściwe tory i wykorzystać do modernizacji świata ludzi.


JULIA BRYSTIGER (wesoło):

No proszę, Mroczysławo… Nie wiedziałam, że wierzysz w UFO!


MROCZYSŁAWA KALINOWSKA-WÓJCIK (kontynuuje przerwane opowiadanie):

Tak czy owak, sama idea zabicia Werfelberga wydała mi się tak rozsądna i obiecująca, że zaczęłam się nad nią poważnie zastanawiać. W końcu postanowiłam, że zdobędę się na odwagę i uwolnię PUBP od nieudolnego dyrektora. Jeszcze tego samego dnia poszłam do podpułkownika Rzędzimira Wszebora Witkowskiego i zdradziłam mu mój szatański plan.


JULIA BRYSTIGER (zaintrygowana):

A on co na to?


MROCZYSŁAWA KALINOWSKA-WÓJCIK:

Zgodził się od razu. Zdecydowaliśmy, że “załatwimy” Waldeberta na weselu towarzysza Jędrzeja Świniarza, szefa Gminnego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Wolisławowie (bo tak się składa, iż byliśmy zaproszeni na tę uroczystość). Scenariusz naszej zbrodni był opracowany bardzo dokładnie i szczegółowo. W połowie biesiady podpułkownik Witkowski miał zorganizować jakąś prowokację, która sprawi, że wszyscy goście oprócz mnie uciekną z sali weselnej. Tak też się stało. A gdy już zostałam sama, błyskawicznie wyjęłam z torebki maleńką fiolkę i wlałam Werfelbergowi truciznę do wina.


JULIA BRYSTIGER (urzeczona opowieścią, zachłystując się zachwytem):

Ożeż ty! Zupełnie jak w jakieś starej książce!


MROCZYSŁAWA KALINOWSKA-WÓJCIK:

Kiedy Werfelberg wrócił do sali i napił się wina, zrobiło mu się dziwnie niedobrze, toteż podziękował państwu młodym za zaproszenie, założył kurtkę i opuścił dom weselny. Kilka minut później ja również wyszłam pod pretekstem chęci pomocy cierpiącemu pułkownikowi. Początkowo nie mogłam go znaleźć, bo będący pod wpływem trucizny mężczyzna kompletnie stracił rozum i poszedł w niewłaściwym kierunku. Poza tym, była noc, a śnieg sypał prosto na mnie. Waldeberta dopadłam kilkanaście metrów za Wolisławowem, kiedy był już tak słaby, że ledwo przebierał nogami i ciągle się potykał. Gdy zaś upadł na śnieg, podeszłam blisko niego i zdradziłam mu, iż to ja go otrułam. Werfelberg, wzorem Juliusza Cezara, zdołał tylko wyjąkać: “I ty, Mroczysławo, przeciwko mnie?!”. A potem stracił świadomość i już nigdy jej nie odzyskał.


Julia Brystiger jest widocznie zafascynowana “sprytem” i “skutecznością” swojej przyjaciółki.


JULIA BRYSTIGER (pełnym emocji głosem):

Ech, Mroczysława, ty jesteś po prostu fenomenalna! Otrułaś go! Otrrrrrułaś jak Lady Makbet!


MROCZYSŁAWA KALINOWSKA-WÓJCIK (chichocze, anachronicznie nawiązując do teledysku “Telephone” Lady Gagi i Beyonce Knowles):

Lady Makbet? Raczej Lady Gaga!


JULIA BRYSTIGER (tym samym tonem co poprzednio):

Otrrrrrułaś go jak Lady Gaga!


MROCZYSŁAWA KALINOWSKA-WÓJCIK:

Jeśli chcesz, możesz na mnie mówić Lady Mroczysława!


JULIA BRYSTIGER:

Lady Mroczysława? Nie lepiej Carrrrryca Mroczysława?


MROCZYSŁAWA KALINOWSKA-WÓJCIK (z uśmiechem):

Może być i Caryca Mroczysława!


Chwila ciszy, podczas której obie kobiety poważnieją.


JULIA BRYSTIGER (do Mroczysławy):

No dobra, otrułaś Werfelberga, ale co dalej?


MROCZYSŁAWA KALINOWSKA-WÓJCIK:

Jak to: co dalej? Odkąd Waldebert nie żyje, pełnię obowiązki dyrektora młodzianowickiego Urzędu Bezpieczeństwa. Teraz pozostaje mi tylko czekać, aż Pomponiusz Kanaliński z WUBP, zachwycony moją charyzmą i talentem organizacyjnym, oficjalnie mianuje mnie na nową szefową PUBP. Myślę, moja Krwawa Luno, że skoro teraz jestem w Młodzianowicach numerem jeden i doskonale sobie radzę, to Kanaliński będzie mnie dalej promował.


JULIA BRYSTIGER:

Skąd wiesz, że będzie promował ciebie, a nie Witkowskiego?


MROCZYSŁAWA KALINOWSKA-WÓJCIK (zaskoczona pytaniem, mruży oczy):

Słucham?


JULIA BRYSTIGER:

Waldebert Werfelberg miał dwoje zastępców: ciebie i Rzędzimira Wszebora Witkowskiego. Oboje posiadacie ten sam stopień oficerski i cieszycie się nienaganną opinią Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego. Skąd pewność, że Pomponiusz Kanaliński przekaże władzę właśnie tobie? Przecież równie dobrze może ją przekazać Witkowskiemu!


MROCZYSŁAWA KALINOWSKA-WÓJCIK (oszołomiona słowami Brystigerowej, lekko zawstydzona):

W sumie masz rację, Julio… Nie wzięłam tego pod uwagę…


JULIA BRYSTIGER (z przekonaniem i lekką pogardą w głosie):

Mężczyznom nie można ufać. Oni wspierają się nawzajem i niechętnie widzą kobiety na wysokich stanowiskach. Wiem, co mówię, Mroczysławo. Chociaż brzmi to niezbyt zachęcająco, istnieje większe prawdopodobieństwo, że Kanaliński zrobi dyrektora z Witkowskiego niż z ciebie. A Witkowski nie będzie walczył o wypromowanie twojej osoby, tylko swojej, gdyż perspektywa zostania nowym szefem PUBP pewnie już teraz bardzo go “kręci”. Mówię ci, Mroczysławo: Witkowski będzie dążył po trupach do celu! Biorąc udział w spisku przeciwko Werfelbergowi, udowodnił, że jest do tego zdolny! (Krótka pauza) Czy wiesz, jak to się skończy, kochaniutka?


MROCZYSŁAWA KALINOWSKA-WÓJCIK (widocznie bojąc się odpowiedzi):

Jak?


JULIA BRYSTIGER (ze zgrozą):

Między tobą a Rzędzimirem Wszeborem Witkowskim będzie taka wojna jak między mną a Józefem Różańskim!!!


Tym razem to Kalinowska-Wójcik wytrzeszcza oczy. W tle znowu słychać kilkunastosekundową melodyjkę “Ironside Excerpt” z filmu “Kill Bill” Quentina Tarantino. Gdy kompozycja dobiega końca, Mroczysława z trudem dochodzi do siebie.


MROCZYSŁAWA KALINOWSKA-WÓJCIK (zdecydowanie, do Julii):

To ja już wiem, co zrobię, Brystiger! Otruję Witkowskiego!


JULIA BRYSTIGER (słodkim głosikiem):

Genialny pomysł. Ale to TY na niego wpadłaś! (Wyniośle, do widzów) 15 stycznia 1953 roku - dzień, w którym skazano na śmierć młodzianowicki patriarchat! Zapamiętajcie tę datę dokładnie, bo może wam się przydać w przyszłości!


MROCZYSŁAWA KALINOWSKA-WÓJCIK (podekscytowana, radośnie):

Gdy zabiję Rzędzimira, a swoimi zastępczyniami uczynię Ożannę Dudek i Kwietę Kapitolinę Kowalczyk, już nikt nie stanie mi na drodze, zaś młodzianowicki patriarchat zostanie raz na zawsze obalony!


JULIA BRYSTIGER (także radośnie):

I o to chodzi, Mroczysławo!


Podpułkownik Kalinowska-Wójcik anachronicznie wykonuje fragment piosenki “Lady Macbeth” zespołu Closterkeller.


MROCZYSŁAWA KALINOWSKA-WÓJCIK (śpiewa):

“Uuu-uuu-uuu-uuu! Wyzwolenie!
Uuu-uuu-uuu-uuu! Wyzwolenie!
Uuu-uuu-uuu-uuu! Wyzwolenie!
Uuu-uuu-uuu-uuu! Wyzwolenie!
Jego śmierć…
Jego strach…
I cierpienie…
Będą twoim…
Wyyyzwoooleeenieeeeeeeeeem!!!”


GŁOSY W GŁOWIE MROCZYSŁAWY (słyszalne tylko dla niej i widzów, słowami z tej samej piosenki grupy Closterkeller):

“Ale kiedyś dowiesz się, kim jesteś.
W samej sobie nie zabijesz człowieka.
Krwawy ślad odpędzi sen daleko,
Będzie w twej pamięci, na zawsze przetrwa.
Już do końca plama na twoich rękach…
Na twoich rękach…
Na twoich rękach…
Na twoich rękach…
Na twoich rękach…
Na twoich rękach…
Na twoich rękach…”


Mroczysława Kalinowska-Wójcik zrywa się jak oparzona z krzesła i łapie obiema dłońmi za głowę.


MROCZYSŁAWA KALINOWSKA-WÓJCIK (przerażona, histerycznym tonem):

O, Matko Stalina! To znowu te głosy! Głosy tych… tych… tych… tych pozaziemskich istot, które ingerują w moje życie! Naśmiewają się ze mnie, twierdzą, że będę mieć do końca życia jakąś plamę na rękach!


Julia Brystiger, która - z przyczyn oczywistych - nie słyszała żadnych głosów, wygląda na zaniepokojoną zachowaniem swojej przyjaciółki.


JULIA BRYSTIGER (najdelikatniej jak potrafi):

Wiesz co, Mroczysławo? Radziłabym ci pójść z tymi głosami do lekarza!


GŁOSY W GŁOWIE MROCZYSŁAWY (natarczywie, słowami z utworu “Lady Macbeth” formacji Closterkeller):

“Plama na twoich rękach na zawsze przetrwa…
Plama na twoich rękach na zawsze przetrwa…
Plama na twoich rękach na zawsze przetrwa…
Plama na twoich rękach na zawsze przetrwa…
Plama na twoich rękach na zawsze przetrwa…
Plama na twoich rękach na zawsze przetrwa…”


Mroczysława gwałtownie kuca, ściska sobie głowę rękami i krzyczy, aby dać upust swojemu przerażeniu oraz zagłuszyć niechciane głosy.


MROCZYSŁAWA KALINOWSKA-WÓJCIK:

Aaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa!!!


Dyrektorka Departamentu V Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego bierze nogi za pas, zostawiając swoją przyjaciółkę sam na sam ze straszliwymi, schizofrenicznymi głosami.


GŁOSY W GŁOWIE MROCZYSŁAWY (tymi samymi słowami co poprzednio):

“Plama na twoich rękach na zawsze przetrwa…
Plama na twoich rękach na zawsze przetrwa…
Plama na twoich rękach na zawsze przetrwa…”


Mroczysława - która najwidoczniej sama nie wie, co robi - kładzie się na wznak na podłodze i rozkłada ramiona jak skrzydła.


MROCZYSŁAWA KALINOWSKA-WÓJCIK (śpiewa fragmenty piosenki “Nemo” - “Nikt” fińskiego zespołu Nightwish):

“This is me
For forever
One of the lost ones
The one
Without a name
Without an
Honest heart as compass
This is me
For forever
One without a name
These lines the last endeavor
To find the missing lifeline
Oh how I wish
For soothing rain
All I wish is to dream again
My loving heart
Lost in the dark
For hope I’d give my everything (…)
Oh how I wish
For soothing rain
Oh how I wish to dream again
Once and for all
And all for once
Nemo my name forevermore
Name forevermore!”


Nagle wchodzi do pomieszczenia Świętożyźń Klemermann. Funkcjonariuszka UB, podobnie jak w pierwszej scenie, ma przypiętą do munduru czarną, żałobną wstążeczkę.


ŚWIĘTOŻYŹŃ KLEMERMANN (niepewnie, nieśmiało, zszokowana widokiem Mroczysławy leżącej na podłodze):

Eeeee… Towarzyszko Kalinowska-Wójcik?


Pani podpułkownik wierci się na podłodze, ale nic nie mówi.


ŚWIĘTOŻYŹŃ KLEMERMANN:

Towarzyszko Kalinowska-Wójcik, nie chcę być niegrzeczna, ale jest już bardzo późno. Jeśli się nie pośpieszycie, to spóźnicie się na pogrzeb pułkownika Werfelberga. Fredeswinda Werfelbergowa klnie, na czym świat stoi, Mistrz Ceremonii prawi morały o punktualności i dobrym wychowaniu, Julia Brystiger kłóci się z Józefem Różańskim o jakieś głupstwo, Gliceria Gościwit zalewa się łzami, Jędrzej Świniarz wygłasza nudny wykład o wiejskich zwyczajach żałobnych, a Archibald Moździerz i Doroteusz Kpina ostentacyjnie manifestują swoje oburzenie, bowiem siłą wyciągnięto ich z domów.


MROCZYSŁAWA KALINOWSKA-WÓJCIK (uprzejmie, nie zmieniając swojej pozycji):

Dziękuję za informację, obywatelko Klemermann. Nie martwcie się o mnie, zaraz do was dołączę.


Świętożyźń robi minę pt. “Ja nic z tego nie rozumiem!”, a potem bez słowa opuszcza gabinet swojej przełożonej. W tle gra znany z serwisu Youtube.com remix jednej z najpopularniejszych pieśni pogrzebowych (“Anielski Orszak dance”).



K-U-R-T-Y-N-A

Natalia Julia Nowak,
23-25 września 2010 r.

wtorek, 21 września 2010

Przygoda z językiem rosyjskim

Jakiś czas temu poinformowałam moich Czytelników, że chciałabym studiować językoznawstwo. Niestety, we wrześniu 2010 roku, kiedy poprawiłam niezdaną maturę z matematyki i zaczęłam się rozglądać za idealną uczelnią, ze smutkiem odkryłam, iż językoznawstwo można studiować jedynie na poziomie doktoranckim (a mnie chodzi o studia licencjackie). Chcąc - nie chcąc, musiałam się zdecydować na zupełnie inny kierunek studiów.

Chociaż złośliwy los uniemożliwił mi studiowanie językoznawstwa, nadal istnieje we mnie zainteresowanie językami obcymi, a przede wszystkim fascynacja podobieństwami i różnicami między mowami różnych Narodów. W niniejszym artykule chciałabym napisać parę słów na temat języka naszych braci, Wschodnich Słowian, Rosjan. Naturalnie, nie będzie to żadna rozprawa naukowa ani materiał edukacyjny, tylko lekki felietonik pełen drobnych ciekawostek.

Języka rosyjskiego uczyłam się przez trzy lata, a właściwie: przez dwa i pół roku, gdyż nauka w liceum wiąże się z długimi przerwami typu wakacje czy ferie, a rok szkolny w klasie maturalnej kończy się już w kwietniu. Zawsze miałam po dwie lekcje tygodniowo, toteż - jakkolwiek by na to nie spojrzeć - zdążyłam się nauczyć jedynie podstaw mowy Dostojewskiego. Chociaż było mi dane tylko “liznąć” język rosyjski, postanowiłam stworzyć artykuł dla osób, które nie uczyły się go nigdy. W niniejszym tekście napiszę więc co-nieco na temat gramatyki i słownictwa występującego w mowie Wschodnich Słowian.

O ile kiedyś nauka ruszczyzny była w Polsce obowiązkowa, o tyle teraz niewielki odsetek uczniów uczęszcza na lekcje języka rosyjskiego. Przedmiot ten został niemal zupełnie wyparty przez j. angielski, niemiecki i - rzadziej - francuski lub hiszpański. Jeśli chodzi o mnie, miałam przyjemność należeć do tej nielicznej grupy młodzieży, która oprócz angielszczyzny uczyła się właśnie “ruskawa jazyka” (zapis fonetyczny; nie mam możliwości pisania na komputerze cyrylicą). Myślę, że nic nie stoi na przeszkodzie, abym podzieliła się moimi wrażeniami z “nierosyjskojęzyczną” większością młodych ludzi.

Zacznę od tego, że część nastolatków wybiera naukę języka rosyjskiego z przekonania, iż jest on podobny do polskiego, a co za tym idzie: łatwy do przyswojenia przez Polaka (ja również byłam kiedyś zwolenniczką tego przesądu). Niestety, kiedy po opanowaniu alfabetu nadchodzi czas na “prawdziwą” naukę rosyjskiego, wielu młodych ludzi z bólem uświadamia sobie swoje “zbłądzenie tragiczne”. Okazuje się bowiem, że chociaż w ruszczyźnie występuje odmiana przez liczby, osoby i czasy, przypadki brzmią tak samo jak w języku polskim (aczkolwiek nie ma wołacza), a przyimki i zaimki są zazwyczaj tożsame z naszymi, to zasady gramatyki języka rosyjskiego nie mają nic wspólnego z tymi, które rządzą polszczyzną.

Przykładowo, w języku polskim podróżuje się “pociągiem”, a w rosyjskim “na pociągu”. W języku polskim wysyła się list “do kogoś”, a w rosyjskim “komuś”. W języku polskim jedzie się “do Krakowa”, a w rosyjskim “w Kraków”. W języku polskim oklaskuje się “kogoś”, a w rosyjskim “komuś”. Dowodów na odmienność rosyjskiej gramatyki od polskiej jest nieskończenie wiele. W Polsce żadna osoba dbająca o czystość języka nie powie “chorować czymś” (tylko “chorować na coś”), za to w Rosji uczyni tak każdy szanujący się użytkownik ruszczyzny.

Kolejnym problemem, który spędza sen z powiek osobom uczącym się mowy Puszkina, są tzw. “false friends” - “fałszywi przyjaciele”. Termin “false friends” pochodzi z języka angielskiego i odnosi się do wyrazów obcojęzycznych, które brzmią tak samo lub podobnie jak w naszym ojczystym języku, ale mają zupełnie inne znaczenie. Na przykład angielskie słówko “pamphlet” wcale nie oznacza pamfletu, tylko broszurę, “eventually” nie znaczy “ewentualnie”, tylko “w końcu”, zaś “lunatic” to nie “lunatyk”, tylko “szaleniec”. Wyraz “preservative” nie ma nic wspólnego z prezerwatywą, gdyż określa środek konserwujący, “paragon” to angielski odpowiednik polskiego terminu “archetyp”, natomiast wyrażenie “You have my sympathy” należy rozumieć jako “Składam ci kondolencje”, a nie “Masz moją sympatię” (źródło: wiedza własna i portal e-angielski.com).

W ruszczyźnie “fałszywych przyjaciół” jest jeszcze więcej niż w angielszczyźnie, a niektóre z tego typu słówek brzmią dosłownie identycznie jak w polszczyźnie. Język rosyjski wcale nie jest podobny do polskiego, nawet, jeśli wydaje nam się, iż obie mowy opierają się na tym samym zestawie wyrazów. Osoby, które nie uczyły się mowy Tołstoja, a myślą, że rozumieją teksty rosyjskojęzyczne, powinny mieć się na baczności. Bo kiedy Rosjanin mówi o “szynie”, to wcale nie ma na myśli szyny, tylko oponę, a gdy wydaje nam polecenie “Zapomin!”, to nie każe nam czegoś zapomnieć, tylko to zapamiętać.

Oto lista wybranych “fałszywych przyjaciół” (“false friends”) - słówek, które występują w języku rosyjskim, a które mogą doprowadzić nieuważnego Polaka do błędnego zrozumienia komunikatu. Po lewej stronie znajdują się wyrazy polskie, a po prawej ich rosyjskie odpowiedniki. W niektórych przypadkach “zamienniki” wydają się całkiem logiczne i uzasadnione (np. “ziele” - “trawa”, jeśli mamy skojarzenia z marihuaną), ale w przypadku innych aż chce się zapytać: “Co ma piernik do wiatraka?!”.

Krzesło - stół

Kanapa - diwan

Dywan - kawior

Kawior - ikra

Mapa - karta

Sklep - magazin

Pociąg - pojezd

Wujek - diadia

Idzie - idiot

Oko - głaz

Cebula - łuk

Brzuch - żywot

Udo - biedro

Przedział - kupie

Opona - szyna

Olej - masło

Chamski - grubyj

Powiedział - skazał

Opowiedział - rozkazał

Zapamiętaj - zapomin

Ropucha - żaba

Narta - łyża

Łóżko - krowat

Otwarty - otkrytyj

Zamknięty - zakrytyj

Filiżanka - czaszka

Łasica - łaska

Fala - wolna

Ogon - chwost

Przyjaźń - drużba

Dźwig - kran

Futro - miech

Kiepski - płochoj

Porażka - porażenie

Pacha - podmyszka

Ustawa - zakon

Prędko - bystro

Termin - srok

Zagięcie - składka

Ziele - trawa

Żyrandol - liustra

Żywica - smoła

Warto jeszcze dodać, że użytkownicy języka rosyjskiego mówią na tarczę “szit”, co może przywodzić na myśl anglojęzyczny wulgaryzm “shit”, którego nawet nie wypada tłumaczyć.

Inną ciekawostką, którą zauważyłam podczas nauki ruszczyzny jest podobieństwo tego języka do mowy staropolskiej. Weźmy na przykład cytat z jednego z renesansowych dramatów autorstwa Mikołaja Reja: “A k temu stanów niemałych”. We współczesnej polszczyźnie zaimka “k” już się nie stosuje (używa się za to “ku”, ale i tak bardzo rzadko, przeważnie w podniosłych tekstach literackich i poetyckich). Natomiast w języku rosyjskim “k” występuje bardzo często, czego dowodem mogą być konstrukcje w stylu “podjechat k tieatru” - “podjechać pod teatr”.

Podobnie przedstawia się sytuacja krótkich form przymiotników. Dawno temu wyrażenia typu “ukrzyżowan”, “pogrzebion” czy “podniesion” były powszechnie stosowane w języku polskim, jednak obecnie uchodzą one za przestarzałe. Tymczasem w języku rosyjskim krótkie formy przymiotników są wciąż często używane (stąd np. “zakryt” zamiast “zakrytyj”). Kolejna sprawa: znaczenie wyrazów. O ile w języku polskim na twarz już nie mówi się “lico”, o tyle w rosyjskim nadal się to robi.

Skoro jesteśmy już przy tym temacie, chciałabym wyznać, iż bardzo intryguje mnie fragment polskiej wersji “Pozdrowienia anielskiego”, czyli popularnej modlitwy “Zdrowaś Maryjo”. Wersja ta jest bardzo, bardzo stara lub napisana archaicznym językiem, a w jednym z jej zdań pojawia się stwierdzenie “błogosławiony owoc żywota Twojego, Jezus”. Mam wrażenie, że ten fragment odnosi się do czasów, kiedy Matka Boska była brzemienna (ciężarna), nosiła Jezusa pod sercem, czyli - mówiąc nieładnie i bardzo kolokwialnie - “w brzuchu”.

W języku rosyjskim wyraz “żywot” oznacza brzuch, więc możliwe, że w staropolszczyźnie miał on takie samo znaczenie. Istnieje prawdopodobieństwo, że w sformułowaniu “błogosławiony owoc żywota Twojego, Jezus” słówko “żywota” należy rozumieć jako “brzucha”. Ale nie jestem pewna, czy mam rację, bo - jak już wspomniałam - uczyłam się ruszczyzny przez dwa i pół roku, a staropolszczyzna również nie jest moją najmocniejszą stroną. Niewykluczone, iż się mylę, a “żywot” z modlitwy to rzeczywiście żywot (życie) Maryi. Dokładna analiza i interpretacja starej modlitwy jest zadaniem dla polonistów, językoznawców i teologów, a nie dla mnie, absolwentki Liceum Ogólnokształcącego.

Mam nadzieję, że niniejszy artykuł okazał się ciekawy i przydatny dla osób, które nie miały okazji uczyć się języka rosyjskiego albo dopiero zaczynają przygodę z mową Sołżenicyna. Byłoby mi bardzo miło, gdyby się okazało, iż mój felieton zainspirował kogoś do rozpoczęcia samodzielnych badań nad językiem Wschodnich Słowian. “Russkij jazyk” nie jest ani piękniejszy, ani brzydszy od polskiego, a jego stopień trudności można porównywać z naszym. Ruszczyzna jest po prostu inna od polszczyzny, chociaż - tak jak np. angielszczyzna - posiada z nią kilka cech wspólnych. Serdecznie dziękuję za lekturę i zachęcam do nauki języka naszych braci z Europy Wschodniej!

sobota, 18 września 2010

Najsmutniej [fraszka polityczna]

Na wozie, a czasem pod wozem -
- wciąż zmienia się Twoja pozycja.
Najsmutniej, gdy gorsza od władzy
wydaje się być... opozycja!


18 września 2010 r.

wtorek, 14 września 2010

Opowieść o rotmistrzu Pileckim

Poemat napisany
z myślą o konkursie
ogłoszonym przez
Fundację Paradis Judaeorum
pana Michała Tyrpy



Czy jestem godna pisać o wielkim Polaku,
Co przewyższał dzielnością większość mych rodaków?
Czy wolno mi poruszyć temat tak poważny,
Uwiecznić w zwykłym wierszu jego czyn odważny?
Czy moje proste słowa nie będą zbyt małe,
Choć temat każe, żeby były doskonałe?
Czy zdołam sprostać temu wyzwaniu wielkiemu:
Napisać utwór w hołdzie Panu Pileckiemu?

Pilecki Witold, Polak zrodzony na Wschodzie,
W mieszkającym w Ołońcu patriotycznym rodzie,
Szlachcic herbu Leliwa, potomek powstańców,
Skazanych na Syberię niezłomnych zesłańców,
Syn Juliana, Ludwiki, harcerz w pierwszej wojnie,
A po niej z bolszewizmem wojujący zbrojnie,
W czasach międzywojennych student i artysta,
Dusza pełna zapału, uczciwa i czysta,
Podporucznik rezerwy, dowódców nadzieja,
Mąż Marii, ojciec Zofii, a także Andrzeja,
Zawsze gotów na każde Ojczyzny wezwanie -
- Druga wojna światowa była dlań wyzwaniem.

We wrześniu uczestniczył w przesławnej kampanii,
Walczył dzielnie sam Witold i jego ułani,
Potem działał Pilecki skrycie, w konspiracji,
Z Janem Włodarkiewiczem w TAP organizacji.
Lecz to nie wystarczyło ambicji żołnierza:
Czynić więcej niż inni Polacy zamierzał.
Gdy wszyscy Oświęcimia pragnęli uniknąć,
On jeden z własnej woli zechciał tam przeniknąć.

On jeden, dla zdobycia wiedzy z pierwszej ręki,
On jeden, dla zbadania skali ludzkiej męki,
On jeden, dla odkrycia, kim ofiary, kaci,
On jeden, dla empatii wobec sióstr i braci,
On jeden, dla rozwiania wszelkich wątpliwości,
On jeden, dla sprawdzenia słów wiarygodności,
On jeden, dla Europy, świata oświecenia,
On jeden, dla poziomu wroga ustalenia,
On jeden, żeby poznać człowieczą naturę
Skazał siebie na Auschwitz, niemiecką torturę.
On jeden, w imię prawdy, jaka by nie była
Wszedł tam, gdzie się największa straszliwość ukryła.

Dni dziewięćset czterdzieści siedem oraz nocy
Spędził w piekle, nie krzycząc “ratunku, pomocy”.
Rozglądał się uważnie, wszystko obserwował,
Pod fałszywym imieniem swą tożsamość chował.
Przedstawiał się nazwiskiem T. Serafińskiego,
Skądinąd późniejszego przyjaciela swego.
Zdobywał doświadczenia, prawdzie się przyglądał,
Codziennie straszne sceny, widoki oglądał -
- Tak straszne, że je nawet trudno w wierszu streścić,
Gdyż grozy tej tekst żaden nie zdołałby zmieścić.

Widział, jak giną masy - bez grzechu, bez winy,
Widział, jak cierpią dzieci - bez wsparcia, rodziny,
Widział, jak umierają ludzie raz za razem,
Widział, jak ich naziści chytrze trują gazem,
Widział, jak krwawe krople spadają na ziemię,
Widział, jak ludzkie usta wykrzywia cierpienie,
Widział, jak ciała więźniów słabną z winy głodu,
Widział twarze oprawców zimne jakby z lodu.
I widział katowanie, brutalność, agresję,
I widział desperację, apatię, depresję,
Był świadkiem ludzkiej trwogi, lęku, przerażenia,
Był świadkiem żądzy zemsty, wściekłości, wzburzenia.

Lecz Witold nie chciał tylko biernie się przyglądać -
- Był tutaj dobrowolnie, więc mógł od losu żądać
Więcej niż pozostali ludzie w tej otchłani,
Cisi i zastraszeni, słabi, schorowani.
Ach, on organizował w Auschwitz konspirację,
Ostrożnie i rozważnie (rozumiał sytuację)!
Utrzymywał kontakty z ludźmi na wolności,
Zdobywał dla współwięźniów zapasy żywności,
Starał się te osoby na duchu podtrzymać,
By mogły do powstania w obozie wytrzymać.

Ciekawe - był Pilecki panem losu swego.
Choć wiedział, że śmierć czyha codziennie na niego,
On wolnym był człowiekiem, mógł sam decydować,
Czy już uciec z obozu, czy go wciąż lustrować.
Aż w końcu, kiedy poczuł, że już czas nadchodzi,
Że z piekła trzeba odejść, by się znów narodzić,
Skorzystał z dobrej chwili, uciekł w swoją stronę,
Opuścił dobrowolnie miejsce złem skażone.

Chciałabym, by w tym miejscu było zakończenie:
“Żył długo i szczęśliwie” - takie wyrażenie.
Lecz los, co dotąd sprzyjał, nagle się odwrócił
I dumnego z ucieczki Witolda zasmucił.
Z początku było dobrze - Pilecki się zjawił,
Dostał stopień rotmistrza, raporty przedstawił.
Spotkał swoją rodzinę, dożył końca wojny…
I wówczas się rozpoczął czas dlań niespokojny.
Komuniści, co w Polsce zaczęli rządzenie
Dostrzegli w bohaterze wielkie “zagrożenie”.
Stwierdzili, że ten, który nie bał się nazistów
Tym bardziej się nie zlęknie władzy ich, marksistów.

Zapragnęli go zniszczyć, więc go oskarżyli
O różne niecne czyny, które wymyślili.
Gdy już go odnaleźli, gdy aresztowali,
Osadzili w więzieniu, tam torturowali.
W tym miejscu pragnę spytać Czytelnika swego:
Czy może być od Auschwitz coś jeszcze gorszego?
Czy ktoś umie wywołać w swojej wyobraźni
Jeszcze okrutniejsze miejsce ludzkiej kaźni?
Nie mnie oceniać przeszłość, gdyż nie znam historii:
Nie widziałam praktyki, żyję wśród teorii.
Lecz ten Witold Pilecki, co w obozie siedział
I dużo o ofiarach tudzież katach wiedział,
Powiedział do swej żony z powagą, szczerością,
Że ubecja przewyższa SS brutalnością.
Możemy sobie dzisiaj tylko wyobrażać,
Co skłoniło Witolda, żeby tak uważać.
Przesłuchania bolały - to nie była fraszka!
Rzekł rotmistrz, że “Oświęcim to była igraszka”
W porównaniu z bezpieką, stalinowskim UB,
Co skazało tak wielu Polaków na zgubę.

Historia Pileckiego skończyła się smutno,
Skazano go na karę niesłuszną, okrutną:
Śmierć poprzez rozstrzelanie, bez żadnej litości -
- Ten wyrok wydał Wymiar Niesprawiedliwości!
I choć żona Witolda, przyjaciele jego,
Starali się o łaski dar dla niewinnego,
Nie zdołali przekonać złej władzy ludowej,
By wyrzekła się kary tak dziwnie surowej.
Odrzucono petycje, wyrok wykonano,
Nie wiadomo, czy i gdzie zwłoki pochowano.
O czynach Pileckiego świat zapomniał cały,
Choć go czasem lewackie media oczerniały.
I choć teraz niektórzy przypomnieli sobie
O tej wielkiej, szlachetnej, niezwykłej osobie,
I choć nawet ten utwór wspomnieniem być może,
Jest za późno: ofierze już nic nie pomoże!

Chciał Pilecki coś zrobić dobrego dla świata,
Lecz świat, zamiast dziękować, skazał go na kata.
Zło jak zwykle wygrało, szlachetność zdeptało
I to, jakie jest życie, w pełni pokazało.
Opowieść o rotmistrzu nie mobilizuje,
Choć honor, wierność Polsce, męstwo ukazuje.
Ach, cóż, że ktoś ma cechy, które warto cenić,
Skoro ludzkość nie umie ich nawet docenić?!
Zbyt często się zdarzało oraz nadal zdarza,
Że świat wspaniałych ludzi niszczy, upokarza,
A docenia nieprawych, zepsutych do szpiku,
Których jest - na nieszczęście - doprawdy bez liku.
Czy warto się narażać, poświęcać dla sprawy,
Chociaż świat nie rokuje żadnych szans poprawy?
Czy warto jest być dobrym, czy dzielność popłaca?
A może bycie podłym bardziej się opłaca?…

Tak mi szkoda Witolda, tak mi szkoda Kraju -
- Świat przenigdy nie będzie podobny do raju!


13-14 września 2010 r.

niedziela, 12 września 2010

TragiFarsa 9. Rok 2009

OD AUTORKI:

Fabuła dziewiątego tomu dziejów UB-eka Zdzisława Baumfelda nawiązuje do części drugiej i czwartej - jego akcja nie rozgrywa się w okresie Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej, tylko w czasach współczesnych. Sztuka teatralna, chociaż niezbyt obszerna (na tle poprzednich części cyklu z wyjątkiem “TragiFarsy 59 lat później“), ma charakter polifoniczny, gdyż możemy się w niej natknąć na wiele głosów dotyczących charakteru i postępowania głównego bohatera. Problematyka utworu obraca się wokół zagadnienia dosyć typowego dla europejskiej literatury: motywu winy i kary. Dowiadujemy się bowiem, iż Zdzisław Baumfeld, który przez wiele lat próbował być wzorowym sąsiadem, ostatecznie powrócił do swojego dawnego (agresywnego, brutalnego) zachowania oraz ściągnął na siebie słuszny gniew okolicznych mieszkańców. Ci zaś są coraz bardziej sfrustrowani i mają ochotę dokonać samosądu na byłym funkcjonariuszu stalinistycznej bezpieki. Co z tego wyniknie? Aby znaleźć odpowiedź na to pytanie, należy uważnie przeczytać “TragiFarsę 9. Rok 2009”!

Oto tytuły wszystkich dramatów z serii o towarzyszu Zdzisławie:

1. “TragiFarsa socNIErealistyczna”
2. “TragiFarsa 59 lat później”
3. “TragiFarsa 3. Skandal stulecia”
4. “TragiFarsa + 60 lat”
5. “TragiFarsa 5. Odcinek specjalny”
6. “TragiFarsa 6. Totalna porażka”
7. “TragiFarsa 7. Teoria spisku”
8. “TragiFarsa 8. Nowa era”
9. “TragiFarsa 9. Rok 2009”

Gorąco zachęcam do lektury zarówno tego, jak i poprzednich tomów cyklu!


Natalia Julia Nowak



Czas akcji: kwiecień 2009 r.
Miejsce akcji: mieszkanie Zdzisława Baumfelda (pokój gościnny)
Osoby: Zdzisław Baumfeld (88 lat), Kordelia Kordelas (18 lat), Wespazjan Cipka (85 lat), Milada Rysik (19 lat), różni ludzie w telewizji (32-letnia Niestanka Kwasigroch, 52-letni Minigniew Sadowski, 44-letni Licyniusz Rysik, 43-letnia Modliboga Rysik, 36-letni Reporter)


88-letni Zdzisław Baumfeld, niegdysiejszy funkcjonariusz UB, agent SB i członek PZPR, siedzi w swoim mieszkaniu (pokój gościnny) i ogląda telewizję. Na ekranie telewizora wyświetla się właśnie reportaż poświęcony jego sąsiadom z klatki schodowej: wszyscy skarżą się, że Baumfeld - nazywany “Zdzisławem B.” - zatruwa im życie i że nikt nie potrafi znaleźć wyjścia z tej sytuacji. Co chwilę słychać głosy różnych osób, które opowiadają o skandalicznym zachowaniu starca oraz o jego ponurej, komunistycznej przeszłości. Baumfeld komentuje słyszane wypowiedzi szyderczymi prychnięciami, ciętymi ripostami itp.


NIESTANKA KWASIGROCH (w telewizji):

Pan Zdzisław B. nigdy nie był ideałem, jednak przez wiele lat zachowywał się na tyle cicho i spokojnie, że byliśmy w stanie tolerować jego trudny charakter. Owszem, zdarzało mu się niegrzecznie odzywać do sąsiadów, wypowiadać złośliwe komentarze na ich temat i tak dalej, ale zawsze zachowywał w swojej bezczelności pewien umiar. Niestety, kiedy dwa lata temu wprowadził się do naszego wieżowca Wespazjan C., w pana Zdzisława wstąpiło coś niedobrego. Stał się hałaśliwy, zaczepny, agresywny…


MINIGNIEW SADOWSKI (w telewizji, uściślając wypowiedź Niestanki):

No, po prostu zaczął się zachowywać, jakby na siłę szukał zwady.


NIESTANKA KWASIGROCH (w telewizji):

Początkowo Zdzisław B. prześladował tylko pana Wespazjana, jednak później jego agresja rozszerzyła się na całą klatkę schodową. Ten stan, z przerwami na wyjazdy zagraniczne delikwenta, trwa już dobre półtora roku i nieustannie się pogarsza, a my jesteśmy coraz bardziej znużeni, zmęczeni, zniecierpliwieni…


REPORTER (w telewizji, do Kwasigroch):

Co to znaczy, że Zdzisław B. “prześladował” pana Wespazjana? Dokuczał mu w jakiś sposób, wygrażał się?


NIESTANKA KWASIGROCH (w telewizji, do reportera):

Panie redaktorze, tego, co robił i nadal robi Zdzisław B., po prostu nie da się opisać jednym zdaniem! Bez przerwy zaczepia Wespazjana, obraża go, obrzuca nieprzystojnymi epitetami, wyśmiewa i krytykuje wszystkie jego czyny, szarpie go za ubrania, popycha na ścianę, opluwa, umieszcza na jego blogu po kilka obraźliwych komentarzy dziennie, dręczy głuchymi telefonami w środku nocy, próbuje zmusić do przeprowadzki, grozi, że naśle na niego jakichś chuliganów… Coś strasznego, panie redaktorze… Zdziecinniały, 88-letni terrorysta…


Zdzisław Baumfeld wybucha głośnym śmiechem, zagłuszając dalszą część wypowiedzi Niestanki Kwasigroch.


ZDZISŁAW BAUMFELD (rozbawiony, do siebie):

Cha, cha, cha, cha, cha! 88-letni terrorysta! A to dobre!


REPORTER (w telewizji):

Dlaczego pan Zdzisław tak dokucza panu Wespazjanowi? Nie podoba mu się “nowy” sąsiad?


LICYNIUSZ RYSIK (w telewizji):

Żeby w pełni przedstawić genezę i skalę problemu, trzeba powiedzieć, że konflikt pomiędzy oboma panami rozpoczął się już ponad sześćdziesiąt lat temu, w drugiej połowie lat ’40 XX wieku. Zdzisław B. był wówczas funkcjonariuszem Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego, miał stopień podporucznika. Dał się poznać jako człowiek niezwykle okrutny i bezlitosny, któremu bez trudu przychodziło torturowanie i zabijanie bezbronnych ludzi. Zdzisław ma na sumieniu wiele godnych szacunku osobistości, między innymi znanego w naszym regionie żołnierza Armii Krajowej, kaprala Aulusa Nowakowskiego, który kilkanaście lat temu został oficjalnie zrehabilitowany i awansowany na sierżanta. Jedną…


REPORTER (w telewizji, ciekawsko, przerywając Rysikowi):

Przepraszam, że panu przerwę… Czy ów podporucznik UB, odpowiedzialny za śmierć Aulusa Nowakowskiego, to przypadkiem nie jest ten sukinsyn z filmu “Tajna Współpracowniczka - Jawna Kochanka” Ambrose’a Philemona Novotny’ego i Wenceslausa Evansa?


LICYNIUSZ RYSIK (w telewizji, odrobinę zniecierpliwiony i zażenowany pytaniem):

Tak, to właśnie on. Stary zbrodniarz, który swego czasu zaimponował swoim kolegom z bezpieki, przypisując sobie rozpracowanie konspiracyjnej organizacji zwanej Podziemnym Klubem Anonimowych Antykomunistów. Jak wynika z ostatniego, sensacyjnego raportu lokalnego oddziału Instytutu Pamięci Narodowej, PKAA nigdy nie istniał. Zdzisław B. wymyślił go na potrzeby swojej “kariery“ zawodowej, fabrykując dokumenty, wrabiając wielu niewinnych ludzi i zmuszając ich przemocą do podpisania sfałszowanych zeznań. Jedną z jego ofiar, oskarżoną o współpracę z Anonimowymi Antykomunistami, był właśnie Wespazjan C., który później, po upadku stalinizmu, wielokrotnie próbował pociągnąć go do odpowiedzialności za stosowanie niedozwolonych metod przesłuchań. Zdzisław i Wespazjan przez dziesiątki lat unikali się jak ognia, jednak w 2007 roku ich losy niespodziewanie się skrzyżowały i obaj mężczyźni zostali bliskimi sąsiadami. Bezwzględny oprawca z UB i jego więzień mieszkają w jednym wieżowcu, w tej samej klatce schodowej: kat na pierwszym piętrze, a ofiara na drugim. Właściwie, dzieli ich tylko parę cegieł - podłoga Wespazjana to sufit Zdzisława.


REPORTER (w telewizji, poruszony usłyszanymi informacjami):

Istny chichot historii i ironia losu!


LICYNIUSZ RYSIK (w telewizji):

Zdzisław B. wie, że dzisiaj nie może fizycznie znęcać się nad Wespazjanem, toteż dręczy go w inny sposób: psychicznie oraz za pośrednictwem Internetu.


REPORTER (w telewizji):

Dlaczego?


LICYNIUSZ RYSIK (w telewizji, wzruszając ramionami):

A skąd ja mam wiedzieć, dlaczego?! Myślę, że może to być zemsta za liczne procesy sądowe i za ryzyko poniesienia dotkliwej kary. Albo kontynuacja tortur i represji sprzed kilkudziesięciu lat.


MODLIBOGA RYSIK (w telewizji, do Reportera):

Trzeba jeszcze wspomnieć, panie redaktorze, że karygodne zachowania Zdzisława B. nie ograniczają się tylko do infantylnych zaczepek na poziomie gimnazjum. Najgorsze jest bowiem to, że były UB-ek nieustannie przypomina ex-więźniowi jego dawną gehennę, robi różnorakie aluzje do przesłuchań i niedoszłej egzekucji albo wręcz otwarcie o nich opowiada. Pan Wespazjan C. twierdzi, że w ciągu ostatnich kilku dekad miał wiele koszmarnych snów dotyczących tamtych trudnych chwil, jednak teraz śnią mu się one niemal codziennie. To wszystko przez złośliwe “wspominki” Zdzisława B., który wyraźnie czerpie mściwą satysfakcję ze świadomości, iż pan Wespazjan - słysząc jego słowa - na nowo przeżywa swój dramat.


NIESTANKA KWASIGROCH (w telewizji, smutno kiwając głową):

Rozdrapywanie starych ran pana Wespazjana… To chyba najlepszy dowód na perfidię, cynizm i sadyzm naszego sąsiada…


MINIGNIEW SADOWSKI (w telewizji):

Nie ulega wątpliwości, że Zdzisław B. jest człowiekiem brutalnym, zdemoralizowanym i godnym najwyższej pogardy. Jednak dla nas, zwykłych sąsiadów, którzy (chwała Najwyższemu!) nie mieli z nim żadnych zatargów w przeszłości, największym nieszczęściem jest to, że mimowolnie jesteśmy wciągani w permanentny konflikt, jaki istnieje pomiędzy nim a panem Wespazjanem C. Oraz to, że agresja Zdzisława B. staje się dla nas coraz bardziej odczuwalna i uciążliwa.


REPORTER (w telewizji, poważnym tonem):

W jaki sposób, panie Minigniewie?


MINIGNIEW SADOWSKI (w telewizji):

Starzec ciągle szuka pretekstu, by nas upomnieć, skrytykować lub wyśmiać, próbuje nami rządzić i narzucać nam swoje zdanie. W parku miejskim zdarza się, że były funkcjonariusz UB wygania ludzi z ławek, nawet, jeśli inne są wolne. Zbrodniarz stalinowski usprawiedliwia swoje zachowanie, mówiąc, że starszym osobom należy ustępować i że on potrzebuje siedzieć “akurat na tej ławce”. Również w parku, a także tutaj, na osiedlu, Zdzisław B. często zaczepia dzieci, straszy je i poniża.


REPORTER (w telewizji):

Co pan przez to rozumie?


MINIGNIEW SADOWSKI (w telewizji):

Na przykład kiedyś wylądował na komisariacie policji, bo zwymyślał i uderzył 9-letnią dziewczynkę, która bawiła się przed naszym wieżowcem, a nie przed swoim. Ponadto wmawiał jej, że “za jego czasów” to nie tylko dzieci, ale też dorośli musieli za karę stać całymi dniami na mrozie oraz żywić się chlebem i wodą.


LICYNIUSZ RYSIK (w telewizji):

No proszę… Stary UB-ek popisywał się okrucieństwem przed przedstawicielką najmłodszego pokolenia… Zero wstydu, jak słowo daję!


ZDZISŁAW BAUMFELD (szyderczo, przed ekranem telewizora):

Co ty nie powiesz!


MINIGNIEW SADOWSKI (w telewizji):

Warto jeszcze nadmienić, iż Zdzisław B. często katuje okolicę głośną muzyką - młodzieżowym rockiem i metalem. Pewnego dnia, kiedy bardzo się zirytowałem, poprosiłem go o ściszenie głośników, a on stwierdził, że “słucha głośnej muzyki, bo jest stary i inaczej by jej nie usłyszał”. To kłamstwo, gdyż starzec ma świetny słuch. Potwierdzeniem tego może być sama nasza rozmowa, która przebiegała bez żadnych zakłóceń. 88-latek wierzy w wyższość UB nad SB, sam wielokrotnie powtarzał, że Urząd Bezpieczeństwa ma się tak do Służby Bezpieczeństwa, jak stara wokalistka Nightwish do nowej.


ZDZISŁAW BAUMFELD:

Bo tak jest!


MINIGNIEW SADOWSKI (w telewizji):

Oczywiście, nasz “wielki meloman” musi to w odpowiedni sposób manifestować: najlepiej tak, aby całe otoczenie słyszało sopran liryczny Tarji Turunen. Kilka dni temu - dla odmiany - Zdzisław B. włączył na cały regulator piosenkę “Bring Me To Life” Evanescence. Gdy go upomniałem, zaczął mi tłumaczyć, że słucha tego utworu z przyczyn sentymentalnych. Wszak “Bring Me To Life” znaczy “Przywróć Mnie Do Życia”, a te słowa przypominają mu jego własną śmierć kliniczną w 1952 roku.


MODLIBOGA RYSIK (w telewizji, z odrazą i nienawiścią):

Generalnie, wszyscy brzydzą się tym 88-letnim draniem. Jest powszechnie nienawidzony i pogrążony w niesławie. Nawet ci, którzy nie wiedzą nic o jego przerażającej, bezpieczniackiej przeszłości, odczuwają do niego instynktowną niechęć i lęk. Dzieci się go boją, psy się go boją, koty się go boją…


LICYNIUSZ RYSIK (w telewizji, nieco przewrotnie):

Ale gołębie się nie boją.


MODLIBOGA RYSIK (w telewizji, z politowaniem, do męża):

Bo gołębie nikogo się nie boją, Licyniuszu! Nawet autobusy i ciężarówki nie robią na nich żadnego wrażenia!


Zdzisław Baumfeld ponownie wybucha śmiechem.


ZDZISŁAW BAUMFELD:

Cha, cha, cha, cha, cha! Co za głupi program! Takie idiotyczne dialogi to nawet w “Big Brotherze” się nie zdarzają! Kurde sikor, ta nowopowstała telewizja wkrótce przebije TVN!


NIESTANKA KWASIGROCH (w telewizji, z rozpaczą, do Reportera):

Panie redaktorze, my już naprawdę nie wytrzymujemy z tym człowiekiem… Mamy go dosyć, marzymy, by się od niego uwolnić… (Płaczliwie, do telewidzów) Błagam, niech ktoś coś z nim zrobi, bo w końcu dojdzie do tragedii jak we Włodowie! Ja już wiele razy słyszałam na ulicy, że ten dziad powinien umrzeć dla dobra ludzkości! Tak mówią nie tylko rodziny ludzi, którzy byli przez niego torturowani i mordowani, ale także zwykli mieszkańcy Młodzianowic, którzy mają dosyć terroru psychopatycznego 88-latka!


MODLIBOGA RYSIK (w telewizji, podchwytując słowa Niestanki):

Dokładnie tak! Całe miasto pragnie pozbyć się tej kreatury! Zdzisław B. mieszkał kiedyś w Stanach Zjednoczonych, pozostawił w tym kraju kilka kochanek z dziećmi… Dlaczego nie może tam wrócić?! Dlaczego nie może zamieszkać w USA, skoro jego książki właśnie tam cieszą się największą popularnością?!


LICYNIUSZ RYSIK (w telewizji, do żony):

Dlaczego? Bo to tyran i zwyrodnialec! Woli siedzieć w Polsce i nas męczyć niż spędzać czas z rodziną w Ameryce! Taka jest prawda! Skoro on w przeszłości nie miał skrupułów, by wyrywać jeńcom paznokcie z rąk, bić ich do nieprzytomności, polewać zimną wodą, parzyć papierosami i pozbawiać snu, to teraz tym bardziej nie ma skrupułów, żeby dokuczać sąsiadom z klatki schodowej oraz innym mieszkańcom Młodzianowic!


Baumfeld demonicznie chichocze przed ekranem telewizora, ale tym razem nie komentuje słyszanych wypowiedzi.


NIESTANKA KWASIGROCH (w telewizji, łkając i szlochając):

Panie redaktorze, ja naprawdę się boję, że cała ta sprawa tragicznie się skończy! To nie jest groźba, tylko desperackie ostrzeżenie! Drogi panie, przecież ja to widzę, ja to wyraźnie widzę… Albo Zdzisław B. poważnie skrzywdzi kogoś z nas, albo ktoś załamie się nerwowo i z rozpaczy coś sobie zrobi, albo społeczeństwo straci cierpliwość i dokona samosądu na tej kanalii! Będziemy drugim Włodowem, ot co! Dziad doczeka się zemsty ze strony zdesperowanych młodzianowiczan!


MODLIBOGA RYSIK (w telewizji, robiąc kwaśną minę):

Chociaż w jego przypadku to będzie bardziej eutanazja niż egzekucja… Mówię wam, ludzie, że gdyby jakiś silny, 20-letni dryblas rąbnął to stare próchno w łeb, to ono już by się nie podniosło!


REPORTER (w telewizji, do Kwasigroch, lekceważąc Modlibogę):

Proszę się uspokoić, pani Niestanko. Zdzisław B. nie jest wart pani łez. Niczyich łez.


NIESTANKA KWASIGROCH (w telewizji, ocierając sobie łzy)

Mój Boże, czy naprawdę musi dojść do nieszczęścia, żeby ktoś zainteresował się naszą sytuacją?! Przecież to, co się dzieje dookoła nas, to jest zwykła patologia! Jeden stary piernik, który otrzymał już kiedyś karę ośmiu lat pozbawienia wolności, ale wyszedł z więzienia po miesiącu, zamienił nasze życie w piekło! Nie chcemy, by to trwało w nieskończoność! Mamy dosyć nieustannego poniżenia i zastraszenia! (Krótka pauza) Wczoraj ten łotr zaśmiecił mojemu dziecku profil na Naszej-Klasie.pl, umieszczając nań szereg idiotycznych, pozbawionych sensu komentarzy i wierszyków! Gwendalinka musiała potem bardzo długo je usuwać! O tym, co napisał o niej na forum, nawet nie wspomnę! (Ze złością i nienawiścią) Zaiste, troll internetowy!


LICYNIUSZ RYSIK (w telewizji):

Ten człowiek jest nie tylko trollem internetowym, ale także życiowym! Prawie 90-letnie doświadczenie pokazuje, że on istnieje tylko po to, aby zatruwać innym życie! Nigdy nie słyszałem, by Zdzisław B. kiedykolwiek zrobił coś dobrego dla świata! Ani teraz, ani w odległej przeszłości!


Niegdysiejszy funkcjonariusz Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego po raz kolejny parska śmiechem, aczkolwiek rezygnuje z werbalnego komentarza.


MINIGNIEW SADOWSKI (w telewizji, smutno, wzdychając):

Swoją drogą, trudno uwierzyć w to, że człowiek, który na Zachodzie uchodzi za wybitnego autora książek historycznych i cieszy się autorytetem wśród młodzieży, w Ojczyźnie postępuje tak podle oraz ma za sobą taką niechlubną, pełną krwi, oszustw i niegodziwości przeszłość…


ZDZISŁAW BAUMFELD (wciąż rozbawiony):

Heh, przypomniał mi się cytat z filmu “Metropolis” Fritza Langa: “Ta sama kobieta, którą w podziemiu uważają za świętą?!” (Chichocze przez chwilę) A także teledysk “Baby’s Got A Temper” The Prodigy, w którym trzej eleganccy, dobrze ułożeni panowie, najprawdopodobniej urzędnicy, demaskują swoje prawdziwe, diabelskie oblicza!


Niespodziewanie rozlega się dźwięk dzwonka - znak, że do Zdzisława ktoś przyszedł. Baumfeld chwyta pilot od telewizora, wyłącza odbiornik i idzie w stronę drzwi wejściowych.


ZDZISŁAW BAUMFELD (patrząc przez wizjer):

Kordelia?


KORDELIA KORDELAS (zza drzwi, jeszcze niewidoczna dla widzów):

Tak, to ja.


Zdzisław decyduje się otworzyć młodej znajomej (18-letnia wnuczka Wespazjana Cipki jest przedstawicielką subkultury gotyckiej: posiada długie, proste, czarne włosy z przedziałkiem pośrodku, mroczny, wampiryczny makijaż, brązową bluzeczkę ze skóry, długą, czarną, falbaniastą spódnicę oraz czarne lakierki).


KORDELIA KORDELAS (stając się widoczną dla Baumfelda i widzów):

Dzień dobry.


ZDZISŁAW BAUMFELD (wesoło, wpuszczając 18-latkę do mieszkania):

Dobry, dobry! Hehehe, widzę, że jednak nie boisz się tutaj przychodzić!


KORDELIA KORDELAS (dumnie, wyniośle):

Oczywiście, że się nie boję. To mój dziadek ma jakąś fobię, która sprawia, że mu się wydaje, iż pan Zdzisław z pierwszego piętra wrzuci mnie do pieca jak Baba Jaga. Olewam to. Ja pana odwiedzam, bo jest pan jedyną osobą, z którą mogę pogadać o życiu i dobrej muzie. A to, co pan robił 60 lat temu, wisi mi i powiewa. Poważnie.


Ex-funkcjonariusz UB prowadzi pannę Kordelas do pokoju gościnnego. Kiedy oboje są już w salonie, dziewczyna siada na kanapie, a starzec - z boku, na fotelu.


ZDZISŁAW BAUMFELD:

I właśnie tak powinno być, Kordelio. Robić swoje i nie przejmować się opinią innych. Trzymam się tej zasady, odkąd tylko posiadam własne zdanie, i nie zamierzam nic w tej kwestii zmieniać.


KORDELIA KORDELAS (nadąsana):

Niestety, od dnia, w którym się z panem zaprzyjaźniłam, mój dziadek i sąsiedzi mają do mnie “wąty”. Mówią, że jestem… ekhem… “zdrajczynią” i “kolaborantką”, wołają na mnie “Tajna Współpracowniczka”, “TW“ oraz “Adwokat Diabła“. Próbuję to kiełbolić, ale czasami naprawdę mnie to wkurza.


ZDZISŁAW BAUMFELD (grzecznie, ale stanowczo):

Próbuj dalej. W końcu “kiełbolenie” tak ci wejdzie w krew, że zupełnie przestaniesz się przejmować tym, co ludzie myślą. A o to przecież chodzi, nie?


KORDELIA KORDELAS:

O to chodzi. (Krótka pauza, podczas której Kordelia przez chwilę się nad czymś zastanawia, a potem zaczyna serdecznie chichotać) Wie pan co, panie Zdziśku? Pan mi przypomina Barbarę Kwarc z e-serialu “Klatka B”! Jest pan… za przeproszeniem… stary, a zachowuje się pan jak młody człowiek i ma młodzieżowe zainteresowania tudzież upodobania! To prawdziwy fenomen!


Baumfeld wygląda na mile połechtanego usłyszaną pochwałą.


ZDZISŁAW BAUMFELD (siląc się na skromność):

Heh, takie fenomeny czasami się zdarzają. W ogóle mówi się, że człowiek nie ma tyle lat, ile wynika z jego dokumentów, tylko tyle, na ile się czuje. A ja się czuję… na ile ja się czuję? Na dwadzieścia siedem. Poważnie. Zatrzymałem się w rozwoju jako 27-latek i oby tak pozostało na zawsze!


KORDELIA KORDELAS (z podziwem i uznaniem, uśmiechając się):

Z serca panu gratuluję!


Krótka pauza.


ZDZISŁAW BAUMFELD (chcąc przerwać ciszę):

Jedziesz w tym roku na Castle Party?


18-latka wzdycha smutno.


KORDELIA KORDELAS:

Ech, chciałabym pojechać, ale dziadek nigdy mi na to nie pozwoli. Nie ma szans. A szkoda, bo na Castle Party jeszcze nigdy nie byłam.


ZDZISŁAW BAUMFELD (wesoło, zachęcająco):

Kiełbol dziadka! Jedź razem ze mną!


KORDELIA KORDELAS (nieco zdumiona):

A zabrałby mnie pan, panie Zdziśku? Naprawdę?


ZDZISŁAW BAUMFELD (puszczając do nastolatki oczko):

No pewnie! Nie robi mi różnicy, czy jadę sam, czy zabieram pasażerkę! Wszak płacę za benzynę, a nie za liczbę osób w samochodzie!


KORDELIA KORDELAS:

Panie Zdziśku, dziękuję za zaproszenie, ale… mój dziadek chyba by tego nie przeżył. On już teraz jest zrozpaczony faktem, że jego najukochańsza wnuczka zadaje się z “tym Baumfeldem”. A gdybym pojechała z panem na Castle Party… Nie, mój dziadek by tego nie przeżył! Nie przeżyłby!


ZDZISŁAW BAUMFELD (pogardliwie):

Masz pokiełbolonego dziadka, Kordelio. Wiem, co mówię, bo znam go od ponad sześćdziesięciu lat i nie lubię od pierwszego wejrzenia.


KORDELIA KORDELAS (krzywiąc się):

Wiem, że jest pokiełbolony, ale to mój dziadek, najbliższa mi osoba. Mieszkam razem z nim, odkąd… odkąd… odkąd mój ojciec został pozbawiony praw rodzicielskich. Mamę straciłam już rok wcześniej: zmarła w szpitalu, kilka dni po tym, jak potrącił ją samochód. Od tej pory jestem pod opieką mojego dziadka, Wespazjana Cipki i mam wobec niego dług wdzięczności.


ZDZISŁAW BAUMFELD (fałszywie):

Jakie to przykre. Moje kondolencje, Kordelio. (Zauważając, że jego wypowiedź mogła zabrzmieć nieco dwuznacznie) Z powodu śmierci mamy, a nie opieki i długu wdzięczności wobec Wespazjana!


KORDELIA KORDELAS (poważnie, dając się nabrać na obłudę byłego UB-eka):

Dziękuję, panie Zdziśku.


Nagle po raz drugi rozlega się dźwięk dzwonka. Baumfeld i Kordelas zrywają się z siedzeń, po czym pośpiesznie idą w stronę drzwi wejściowych. Kiedy Zdzisław otwiera, oczom widzów ukazuje się postać Wespazjana Cipki.


ZDZISŁAW BAUMFELD (opryskliwie, na widok swojej dawnej ofiary):

Czego tu szukasz, moherysto? Datków na Radio Maryja czy najświeższego wydania “Naszego Dziennika”?


Kordelia chichocze złośliwie, ale nic nie mówi.


WESPAZJAN CIPKA (lodowato, do Baumfelda):

Przymknij się, Zdzisiek. Nie przychodzę do ciebie w odwiedziny, tylko po to, by odebrać Kordelię.


ZDZISŁAW BAUMFELD (szyderczo):

A co to? Przedszkole?! Palnij się w głowę, turbino gazowa!


WESPAZJAN CIPKA (ostrym tonem, do wnuczki):

Kordelio, wracamy do domu! To nie jest miejsce dla ciebie!


KORDELIA KORDELAS (buntowniczo):

O, a dlaczego nie?! To chyba moja sprawa, gdzie spędzam wolny czas! Jestem już dorosła, więc mogę odwiedzać, kogo chcę!


WESPAZJAN CIPKA (rozpaczliwie):

Dziecko, ty sama siebie narażasz na niebezpieczeństwo! Mówiłem ci ze sto razy, kim był i jest Zdzisław Baumfeld, a ty nadal udajesz głuchą i nierozumną! (Jeszcze bardziej rozpaczliwie) Kordelio… Przecież ten człowiek fałszywie oskarżyłby cię o świństwa, jakich sobie nawet nie wyobrażasz, pobiłby cię drewnianą bądź gumową pałką, wysmagał batem i zmusił do życia w niehumanitarnych warunkach! On powbijałby ci igły pod paznokcie i jeszcze by się śmiał z twoich krzyków! Mówię poważnie, bo ze mną tak zrobił! Nigdy nie zapomnę tego bólu i przerażenia! A ty sama przychodzisz do jego mieszkania, chociaż wiesz, że w sytuacji kryzysowej nie miałby ci kto pomóc! Czy ty szukasz guza, głupia gąsko?!


ZDZISŁAW BAUMFELD (lekko, jakby nigdy nic, do Kordelii, całkowicie ignorując wypowiedź Cipki):

Wiesz, Kordelio, że w tym roku ma się ukazać nowa płyta zespołu Closterkeller? Podobno będzie “wypasiona”!


KORDELIA KORDELAS (tym samym tonem, do Baumfelda):

Wiem! Jakże mogłabym nie wiedzieć?! Już nie mogę się doczekać, bo nowy “krążek” na być lepszy od “Nero”, a przecież “Nero” to arcydzieło!


ZDZISŁAW BAUMFELD:

Aczkolwiek są tacy, którzy uważają tę płytę za najgorsze wydawnictwo Clostera…


KORDELIA KORDELAS (stanowczo):

Kiełbolę ich. Dla mnie “Nero” to mistrzostwo świata. Bardzo lubię “Królową”, “Patrząc jak toniesz”, “Miraż”, “Podziemny Krąg” i “Jak o kamień deszcz”. (Śpiewa fragment tej ostatniej piosenki, nawet nie zauważając własnej hipokryzji) “I naiwnością swoją stoję celnie ugodzona… Wśród morza wstydu aż do serca obnażona… Ona Madonna, ona święta, tego nic nie zmieni… Obudź się, czy nie widzisz, że… Ona żywi się Twoją wiarą w ludzki gest… Weźmie wszystko, co masz i co mógłbyś mieć… Celem byłam ja, a narzędziem tylko Ty… Przebudzenie zaboli Ciebie jak nigdy nic…”


WESPAZJAN CIPKA (zirytowany, do wnuczki):

Kordelio, dosyć tego dobrego! Wracamy do domu!


KORDELIA KORDELAS (lekceważąc Cipkę, wykonuje dalszy fragment piosenki formacji Closterkeller):

“Chcę Cię porwać stąd, lecz moje skrzydła złamane… Pośród ruin co dzień modlę się o jej śmierć… Gdy na czarnym tle czarne znaki wpisane… Ty nie widzisz nic, lecz ja rozumiem je… Powoli tonie sens w powodzi mego tłumaczenia… Gdy spadasz w dół pijany prawdą, której nie ma… Ona Madonna, ona święta, tego nic nie zmieni… Obudź się, czy nie widzisz, że…”


WESPAZJAN CIPKA:

Kordelio, mówię po raz kolejny: wracamy do domu!


KORDELIA KORDELAS (słodkim, prowokacyjnym głosikiem):

A wiesz, dziadziusiu, że ja rozważam możliwość wyjazdu z panem Zdzisławem na Castle Party?


Wespazjan szeroko otwiera oczy z przerażenia.


WESPAZJAN CIPKA (błagalnie, słabym głosem):

Kordelio… Dziecko kochane… Ja cię błagam: nigdzie z nim nie jedź! Przecież on cię wywiezie w las i zastrzeli strzałem w tył głowy!


Kordelia wybucha śmiechem.


KORDELIA KORDELAS (ironicznie, nie dowierzając):

Taaa, jasne!


WESPAZJAN CIPKA:

Wnuczko moja, czy naprawdę musi się stać coś niedobrego, żebyś zrozumiała, że ten starzec jest zły do szpiku kości?! Dlaczego nie pojmujesz, iż Zdzisław Baumfeld, ex-funkcjonariusz Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Młodzianowicach i mój oprawca, to nie jakaś półlegendarna postać z odległej przeszłości, tylko dokładnie ten sam człowiek, który stoi obok ciebie i rozmawia z tobą o twórczości grupy Closterkeller?! Czy wiesz, jakie paskudne czyny ma on na sumieniu? Słyszałaś o Aulusie Nowakowskim, bohaterskim kapralu AK? Pewnie, że słyszałaś, wszak byłaś na uroczystości odsłonięcia tablicy pamiątkowej poświęconej tej postaci! To właśnie Baumfeld go zabił. Tak, tak - ten sam Baumfeld, który obecnie udaje Najlepszego Przyjaciela Młodzieży, słucha gotyckiego rocka i ubiera się jak nastolatek! Ale najgorsze jest to, iż właściwie nie poniósł żadnej kary za swoją zbrodnię. Biedny Aulus Nowakowski… Był torturowany dziesięć razy gorzej niż ja, ale zachowywał się dziesięć razy godniej… Niestety, nie darowano mu życia… Pamiętam, jak jego synek, mały Tomił, płakał po jego śmierci i wołał, że chce do taty… A żona Aulusa, Melizanda, przeklinała Marię Lolitę, bo to właśnie ta Tajna Współpracowniczka uwiodła jej męża na życzenie Zdzisława Baumfelda…


ZDZISŁAW BAUMFELD (do Kordelas, ostentacyjnie “olewając” Wespazjana):

Kordelio, już dawno temu chciałem cię zapytać… Jak oceniasz teledysk “Clown” zespołu The Switchblade Symphony? Z tego, co wiem, video clip wywołuje przeróżne reakcje wśród widzów. Jedni uważają, że jest on “gorący”, inni nazywają go “głupim” i “bezsensownym”…


KORDELIA KORDELAS (entuzjastycznie, do Baumfelda, unikając wzrokiem dziadka):

Jak na mój gust: cudownie obsceniczna prowokacja! Mówię to zupełnie szczerze! Ale i tak nic nie przebije “Satury” Lacrimosy!


ZDZISŁAW BAUMFELD:

No, “Satura” jest ostra… Świętokradcza i obrazoburcza… W porównaniu z nią, “Like a Prayer” Madonny to mały pikuś! Heh, ortodoksyjni chrześcijanie pewnie bardzo się oburzają podczas jej oglądania!


KORDELIA KORDELAS (poważnie):

Pod warunkiem, że są w stanie ją oglądać. Ja nie jestem żadną dewotką, ale wierzę w Boga i chodzę do kościoła, toteż oglądanie “Satury” było dla mnie raczej nieprzyjemnym przeżyciem. Prawdę mówiąc, nawet się zastanawiałam, czy nie ma w tym teledysku zakamuflowanych elementów okultystycznych lub wręcz satanistycznych. Co nie zmienia faktu, iż nadal mam bardzo dobre zdanie na temat Lacrimosy jako zespołu.


ZDZISŁAW BAUMFELD (uśmiecha się):

Lubisz ten duet, prawda?


KORDELIA KORDELAS (w estetycznym uniesieniu):

Czy go lubię? Panie Zdziśku, “lubię” to za mało powiedziane! Ja go kocham! To znaczy: kocham Tilo Wolffa, bo Anne Nurmi śpiewa, jakby chciała, a nie mogła!


ZDZISŁAW BAUMFELD:

No to ciesz się, że robi to tak rzadko. Anne woli grać na instrumentach klawiszowych niż śpiewać - i chwała jej za to.


KORDELIA KORDELAS (dobitnie, jakby chciała przypieczętować opinię byłego funkcjonariusza UB):

Dokładnie tak! Z drugiej strony, lepsza Anne Nurmi niż nowa wokalistka Nightwisha, ta cała Anette Olson…


ZDZISŁAW BAUMFELD (z perfidnym uśmiechem na twarzy):

Co do tego nie mam żadnych wątpliwości!


KORDELIA KORDELAS:

Ja jestem zwolenniczką tezy, że po odejściu Tarji i pojawieniu się Anette Nightwish nie jest już Nightwishem. Analogicznie do tego, uważałabym, że Within Temptation nie jest już Within Temptation, gdyby odeszła zeń Sharon den Adel. Czego jej, oczywiście, NIE życzę. Uwielbiam Sharon i mam nadzieję, że będzie śpiewać w WT jeszcze przez wiele, wiele lat!


ZDZISŁAW BAUMFELD (wesoło):

No to przybij piątkę!


18-latka i 88-latek przybijają sobie piątkę. Ponieważ drzwi od mieszkania nadal są otwarte (w trakcie dyskusji wszyscy zapomnieli o konieczności ich zamknięcia), do rozmawiających osób przyłącza się 19-letnia Milada Rysik, córka Modlibogi i Licyniusza Rysików (tych, którzy wypowiadali się w telewizji na temat skandalicznego zachowania Baumfelda). Milada jest ubrana dziewczęco, ale w stylu hip-hopowym.


MILADA RYSIK (do Wespazjana Cipki, wchodząc bez pytania do mieszkania Zdzisława):

Panie Wespazjanie, ja chyba wiem, dlaczego pańska wnuczka zadaje się z tym bydlakiem! Otóż on jest pisarzem - w Polsce jego książki sprzedają się słabo, ale na Zachodzie, między innymi w USA, Kanadzie i Wielkiej Brytanii, jego “dzieła” są prawdziwymi bestsellerami, o których często mówi się w mediach! Kordelia Kordelas najzwyczajniej w świecie wierzy, że jeśli przybliży się do tego zwyrodnialca, to on wyda oraz wypromuje jej tomik wierszy o Upadłych Aniołach i tego typu bzdurach! Zwykła, pusta karierowiczka, dla której sukces wydawniczy liczy się bardziej niż moralność! Co ją obchodzi fakt, że Baumfeld katował jej dziadka i chciał go zabić? Dla niej takie “szczegóły” są mniej istotne niż perspektywa sukcesu literackiego! (Wybucha demonicznym śmiechem) Cha, cha, cha, cha, cha! Gdyby panna Kordelas żyła sześćdziesiąt lat temu, pewnie zostałaby Tajną Współpracowniczką i Jawną Kochanką na wzór Marii Lolity! Heh, ludzie mają rację, nazywając ją “zdrajczynią”, “kolaborantką”, “TW” i “Adwokatem Diabła”!


ZDZISŁAW BAUMFELD (oschłym tonem, do Milady):

Panno Rysik, czy pozwoliłem ci wejść do mojego mieszkania? Czy zapytałaś mnie o zgodę?


MILADA RYSIK (pogardliwie):

A czy pan zapytał swoje ofiary o zgodę na te wszystkie okropności, które im pan wyrządzał? Zapytał pan czy nie? Oczywiście, że nie! A przypomina pan sobie Septymiusza Kosteckiego i Bertolda Zatorskiego, tych z Ruchu Oporu bez Wojny i Dywersji “Wolność i Niezawisłość”? Do samego końca wmawiał im pan, że Urząd Bezpieczeństwa nic im nie zrobi! Do samego końca, kuźwa! A to właśnie pan był jednym z tych, którzy ich pogrążyli! Ja doskonale wiem, za jakie podłości pan odpowiada: obejrzałam “Tajną Współpracowniczkę - Jawną Kochankę” oraz poczytałam o panu w Internecie!


ZDZISŁAW BAUMFELD (cynicznie, zjadliwie):

Bo ja sławny jestem… Ludzie chcą o mnie wiedzieć wszystko jak o Dodzie…


WESPAZJAN CIPKA (złośliwie, do Baumfelda):

Pewnie. Trzeba poznać wroga!


MILADA RYSIK (spoglądając z obrzydzeniem na Kordelię):

Nie wiem, Kordelas, dlaczego ty, mając taką samą wiedzę jak ja albo jeszcze większą, traktujesz tego bydlaka jak normalnego człowieka i się z nim przyjaźnisz… Chyba naprawdę liczysz na jakieś wymierne korzyści materialne! Bo nie mam pomysłu, jak inaczej wytłumaczyć fakt, iż przychodzisz do mieszkania tego UB-eckiego oprawcy, gadasz z nim o durnotach i uważasz go za “spoko zioma”! Czy wiesz, że ta sama dłoń, która dzisiaj przybiła ci piątkę, sześćdziesiąt lat temu zabijała i torturowała Polaków?! Ty fimbrio, jesteś kompletnie wyzuta z honoru, godności i patriotyzmu! Zamiast walczyć o sprawiedliwość dla swojego dziadka, schodzisz na pierwsze piętro do UB-owca, który go represjonował!


KORDELIA KORDELAS (zirytowana, do Milady):

Nie obrażaj mnie, OK?!


MILADA RYSIK (rozbawiona reakcją Kordelii):

Co, Kordelas? Dotknęły cię moje słowa? Pewnie dlatego, że jest w nich zawarta prawda, cała prawda i tylko prawda! Cha, cha, cha! Przejrzałam cię na wylot, mała, próżna materialistko!


WESPAZJAN CIPKA:

Chcąc - nie chcąc, muszę zgodzić się z moją przedmówczynią.


KORDELIA KORDELAS (rozeźlona):

Słuchajcie, odwalcie się ode mnie i od pana Zdzisława! Wy nie rozumiecie, że ludzie się zmieniają i że każdy zasługuje na drugą szansę!


MILADA RYSIK (rapuje fragmenty utworu “Bywa” Gabi, lekko je parafrazując):

“Nie otaczam się ludźmi bez honoru:
Tu jest prowincja, tu nie mam wyboru.
Tu nie gram, żeby przegrać,
Tu nie ma kompromisu.
Z tą k***ą dałabym radę nawet bez tego dissu! (…)
Jak ci, k***a, nie wstyd? Jestem w ciężkim szoku!
Przyjaźnisz się z UB-ekiem z tego samego bloku!
Taka z ciebie zwykła szmatka:
Mało tego, że ten blok, to ta sama klatka!
Szkoda, że w podłodze brakuje dziury:
Nie schodziłabyś po schodach, tylko zjeżdżała z rury! (…)
Robisz z siebie zwykłe pośmiewisko.
Żałuję bardzo, że byłaś kiedyś blisko.
Wjeżdżasz na mnie - spójrz, śmieciu, w lustro!
W oczach k**wiki, a w głowie pusto!
Dla ciebie jest ważny stan czyjegoś konta:
Kolejna kreska na ścianie - to normalny spontan!
Żałuj więc bardzo, że nie widzisz swojej miny.
Zaczęłaś ze mną - skaczesz na bungee bez liny!”


Wnuczka Wespazjana Cipki, ku najwyższemu zdumieniu Milady i pozostałych bohaterów sceny, odpowiada swojej przeciwniczce inną hip-hopową piosenką. Rysikówna jest widocznie zaszokowana widokiem rapującej gotki.


KORDELIA KORDELAS (rapuje fragmenty utworu “Łap ten diss” Ani Sool):

“Nienawidzisz mnie? Proste! To nie jest mi obce!
Zawsze wszystkie dziewczyny były o mnie zazdrosne!
Znam twój problem, rozumiem tę opcję, ale…
Przestań marudzić, jakbyś wciąż miała okres!
Zamknij mordę, bo pociągnę za cyngiel!
Twoje wywody są żałosne jak Jerry Springer Show!
Ja mam najlepszy flow, a ty masz pringle, ziom.
Szoruj stąd, bo robisz z siebie głupią pindę wciąż! (…)
Udajesz erudytkę, a jak freestyle pojedziesz,
Wtedy srasz grafomańskim g****m pod siebie!
Chcesz należeć do elity w redakcjach,
Lecz twoje artykuły to esencja prostactwa.
Elokwencja ze słownikiem w rękach - to farsa!
Ty pisz o polityce, ponoć znasz się na partiach!
Cha, cha, cha, cha! Taaaaak!
Ty pisz o polityce, ponoć znasz się na partiach!”


Kordelia kończy rapować fragmenty utworu “Łap ten diss” Ani Sool.


MILADA RYSIK (kpiąco, do wnuczki Cipki):

Fajnie, Kordelas, że powiedziałaś mi, co o mnie myślisz, ale moralne zwycięstwo i tak jest po mojej stronie. Wiesz, młodzianowiczanie coraz częściej mówią, że tego s*****ela Baumfelda należy po włodawsku zlinczować. Uważaj więc, Adwokacie Diabła, żeby przy okazji nie oberwało się i tobie!


KORDELIA KORDELAS (mrużąc niebezpiecznie oczy):

Grozisz mi?


MILADA RYSIK:

Nie, po prostu ostrzegam cię przed tym, co może na ciebie czyhać tuż za rogiem. (Do byłego funkcjonariusza bezpieki) A panu, panie Baumfeld, mogę powiedzieć jedno: zasługuje pan na taki los, jaki zgotował pan wielu bezbronnym ludziom w czasach PRL. Jeśli ktoś kiedyś pana zaatakuje albo spotka pana jakieś nieszczęście, to na pewno nie będę pana bronić ani panu współczuć. Rozumie pan: ja się mogę litować nad niewinnymi osobami, ale nie nad tymi, które same przyczyniały się do cierpienia i śmierci swoich bliźnich.


ZDZISŁAW BAUMFELD (unosząc brwi):

Dlaczego?


MILADA RYSIK:

Dlaczego? Ano dlatego, że na tym polega sprawiedliwość. Niestety. To, że jest pan wyluzowany, młody duchem i znany za granicą, absolutnie pana nie rozgrzesza i nie umniejsza pańskich win sprzed kilku dekad. Bez względu na to, za kogo pan uchodzi, musi pan kiedyś ponieść karę za swoje niegodziwości.


ZDZISŁAW BAUMFELD (drwiąco, prycha):

Phi! Słyszę o tym co najmniej od 1959 roku, jednak do tej pory nikt mi nic nie zrobił! Pomijam ten nieszczęsny miesiąc spędzony w więziennych murach!


MILADA RYSIK (kontynuuje przerwany monolog):

Czy wie pan, jak artyści przedstawiają Temidę, boginię sprawiedliwości? Jako kobietę z zasłoniętymi oczami, trzymającą w dłoniach dwa atrybuty: wagę do ważenia ludzkich uczynków oraz miecz. Uważam, że jest to bardzo trafny wizerunek, definiujący istotę samej sprawiedliwości. (Krótka pauza, podczas której Milada przypomina sobie, iż Zdzisław Baumfeld jest wyznawcą poglądów komunistycznych) Tylko, na Zeusa, niech pan nie myli sprawiedliwości z równością, bo to dwie zupełnie różne sprawy! Równość to jednolitość, wrzucanie ludzi, rzeczy i pojęć do jednego worka, co zazwyczaj jest niesprawiedliwe. Natomiast sprawiedliwość polega na tym, że oceniamy i traktujemy kogoś lub coś tak, jak ten ktoś albo coś na to zasługuje. Powtarzam: tak, jak ten ktoś albo coś na to zasługuje!


ZDZISŁAW BAUMFELD (sentencjonalnie):

Kara nie jest zemstą.


MILADA RYSIK:

Owszem, lecz tylko w przypadku dzieci, które - ze względu na brak dojrzałości i uformowanego sumienia - potrzebują wychowania zamiast zemsty. Jednak w przypadku dorosłego, dobrowolnie działającego, świadomego swoich czynów człowieka, takiego jak pan i pańscy towarzysze z UB, kara JEST zemstą. Ale nie tylko. Pełni ona także inne funkcje, o których nie chce mi się dzisiaj rozprawiać.


WESPAZJAN CIPKA (głośno, dobitnie):

Znowu zgadzam się z Miladą Rysik! Zaiste, mądra z niej dziewczyna!


MILADA RYSIK:

I to chyba wszystko, co należało powiedzieć w tej części TragiFarsy. (Do widzów) Dziękuję państwu za uwagę i proszę o przemyślenie moich słów! Do widzenia, do usłyszenia!


K-U-R-T-Y-N-A

Natalia Julia Nowak,
11-12 września 2010 r.