wtorek, 31 sierpnia 2010

TragiFarsa 8. Nowa era

OD AUTORKI:

Utwór, który macie okazję teraz czytać, to już ósma część mojej groteskowo-satyrycznej serii dramaturgicznej o UB-eku Zdzisławie Baumfeldzie. O ile akcja poprzednich dramatów rozgrywała się w czasach stalinizmu albo współcześnie, o tyle teraz fabuła sztuki teatralnej “obraca się” wokół odwilży gomułkowskiej (ważnego procesu destalinizacji, który doprowadził do złagodzenia polityki wewnętrznej PRL, uwolnienia wielu więźniów politycznych, likwidacji Urzędu Bezpieczeństwa, osądzenia najokrutniejszych zbrodniarzy komunistycznych i tak dalej). Wprawdzie odwilż gomułkowska miała miejsce w roku 1956, jednak akcja “TragiFarsy 8. Nowej ery” rozgrywa się w 1959, bo właśnie wtedy główny bohater zdecydował się wrócić z emigracji do Polski Ludowej.

Oto tytuły poprzednich części mojego groteskowo-satyrycznego cyklu dramaturgicznego (w kolejności od pierwszej do siódmej): “TragiFarsa socNIErealistyczna”, “TragiFarsa 59 lat później”, “TragiFarsa 3. Skandal stulecia”, “TragiFarsa + 60 lat”, “TragiFarsa 5. Odcinek specjalny”, “TragiFarsa 6. Totalna porażka”, “TragiFarsa 7. Teoria spisku”. Wydaje mi się, iż znajomość wymienionych utworów jest niezbędna do pełnego zrozumienia problematyki “TragiFarsy 8. Nowej ery”.

Pozdrawiam ciepło!


Natalia Julia Nowak




MUZYCZNE MOTTO:

“Choć nie jestem pierwszym królem kontrowersji,
Jestem najgorszą rzeczą od czasów Elvisa Presleya. (…)
Lecz niezależnie od tego, ile jest ryb w morzu,
I tak będzie strasznie pusto beze mnie.
To wygląda na robotę dla mnie,
Więc wszyscy po prostu podążajcie za mną,
Bo potrzebujemy odrobiny kontrowersji,
Bo jest tu odrobinę pusto beze mnie”


Eminem, “Without Me”
(przekład N. J. Nowak)





Czas akcji: 15 lipca 1959 roku, godz. 5:00 rano

Miejsce akcji: Młodzianowice, jedno ze stanowisk na dworcu PKS

Osoby:

Ruta Baumfeldowa (61 lat) - matka Zdzisława i Zdzisławy, średniego wzrostu, tęga, siwiejąca, ale wciąż zdrowa i energiczna

Zdzisława Baumfeldówna (35 lat) - siostra Zdzisława Baumfelda, wysoka, ładna, obdarzona czarnymi włosami i czarnymi oczami, podobna do brata

Miłochna Jabłońska (33 lata) - ex-Tajna Współpracowniczka UB, znajoma Zdzisława z czasów UB-eckich, ciemnorude włosy, brązowe oczy, piegi, okulary

Zdzisław Baumfeld (38 lat) - były funkcjonariusz Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Młodzianowicach, zbrodniarz stalinistyczny, reemigrant, ex-kochanek Marii Lolity, syn Ruty, brat Zdzisławy. Bardzo przystojny, atrakcyjny fizycznie, czarne włosy, czarne oczy, groźne spojrzenie, surowy wyraz twarzy, wąskie usta. Więcej na jego temat w “TragiFarsie socNIErealistycznej”

Maria Lolita (32 lata) - ex-TW UB, była kochanka Baumfelda, drobna, ładna, zgrabna, czarnowłosa, obdarzona jasną karnacją i słodkim, seksownym, acz dziecinnym głosikiem, dokładniej opisana w “TragiFarsie socNIErealistycznej”

Tryfiliusz Zieliński (37 lat) - funkcjonariusz Służby Bezpieczeństwa, brązowe włosy, piwne oczy, szyderczy wyraz twarzy

Agnellus Wąpierz (42 lata) - komendant Komendy Powiatowej Milicji Obywatelskiej w Młodzianowicach, wysoki, dobrze zbudowany blondyn o niebieskich oczach i kwadratowej szczęce, odziany w milicyjny mundur

Zdobysław Kowalski (25 lat) - milicjant

Ammoniusz Pawłowski (25 lat) - milicjant

Wyszeniega Wiśniewska (24 lata) - milicjantka



Na dworcu PKS, na ławce przy jednym ze stanowisk, siedzą trzy kobiety (61-letnia Ruta Baumfeldowa, jej 35-letnia córka Zdzisława i 33-letnia znajoma Miłochna Jabłońska), które czekają na przyjazd autobusu z Warszawy. Z owego autobusu ma wysiąść 38-letni Zdzisław Baumfeld - niegdysiejszy funkcjonariusz Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego, który właśnie wrócił ze Stanów Zjednoczonych do Polski Ludowej. Ruta, Zdzisława i Miłochna co chwilę zerkają w lewą stronę, żeby sprawdzić, czy przypadkiem nie nadjeżdża oczekiwany pojazd. Kobiety, chociaż lekko zniecierpliwione, wcale nie wyglądają na szczęśliwe z powodu reemigracji byłego UB-eka.


NIEWIDOCZNY NARRATOR (słyszalny tylko dla widzów):

Młodzianowice, 15 lipca 1959 roku, godzina 5:00 rano.


RUTA BAUMFELDOWA (stanowczo, do Zdzisławy i Miłochny):

Powiem wam tak, drogie panie. Nie widziałam mojego syna przez całe siedem lat, bardzo za nim tęsknię i chciałabym go zobaczyć, ale uważam, że skoro już wyjechał do tej Ameryki, to powinien tam zostać do końca życia. Czy on nie widzi, że jego powrót do Polski to czyste szaleństwo?! Przecież nie zamieszkał w Stanach Zjednoczonych dla przyjemności, tylko po to, żeby się schronić przed swoimi towarzyszami z Urzędu Bezpieczeństwa, którzy odwrócili się od niego i o mały włos go nie zabili! Wszystkie pamiętamy, jak to wyglądało: w 1952 roku wydano na niego wyrok śmierci, jednak egzekucja okazała się nieudana i Zdzisław doświadczył “tylko” śmierci klinicznej. Dziesięć dni po odzyskaniu przytomności mój syn wziął nogi w troki i uciekł do Ameryki Północnej, żeby nie trafić ponownie w ręce swoich wrogów. A teraz co? Ni z gruszki, ni z pietruszki postanowił wrócić do kraju! Co mu strzeliło do głowy?! Czyżby kompletnie stracił rozum?!


ZDZISŁAWA BAUMFELDÓWNA:

Ja też się nad tym zastanawiam, mamo. W ostatnim czasie wielokrotnie dzwoniłam do Zdzisława, prosiłam go, żeby nie ryzykował i nie wracał do Polski. Niestety, on nie słuchał moich argumentów, tylko powtarzał, że przemyślał sobie parę spraw i że zdecydował się pogodzić ze swoimi współtowarzyszami.


RUTA BAUMFELDOWA (zdumiona, oburzona):

Pogodzić ze swoimi współtowarzyszami?! Ci łajdacy bez cienia litości skazali go na śmierć, a on twierdzi, że chce się z nimi pogodzić?! To oni powinni go prosić o łaskę, nie odwrotnie! Mało tego, powinni go przeprosić za ogrom cierpienia, jakiego doznał z ich winy! (Bierze głęboki oddech, żeby się uspokoić) Zdzisławo, co jeszcze powiedział ci Zdzisław? W jaki sposób próbował wytłumaczyć swoją głupotę i lekkomyślność?


ZDZISŁAWA BAUMFELDÓWNA:

Szczerze mówiąc, nie za bardzo chciał ze mną o tym rozmawiać. Powiedział tylko, że zadzwonił do niego jakiś stary znajomy, Tryfiliusz Zieliński, który powiadomił go o polepszeniu się sytuacji w Polsce. Z tego, co powiedział Zdzisław, wynika, że Zieliński przekonał go o nadejściu spokojnych czasów, w których królują wyrozumiałość i tolerancja, a torturowanie i zabijanie odszczepieńców jest surowo zakazane. Mój brat doszedł do wniosku, że skoro w Polsce Ludowej jest już bezpiecznie, to w każdej chwili może do niej powrócić i zacząć wszystko od nowa. Oczywiście, pierwszym krokiem do “zaczęcia wszystkiego od nowa” ma być szczera rozmowa z dawnymi towarzyszami i wyciągnięcie do nich ręki “na zgodę”.


RUTA BAUMFELDOWA (ponuro):

Szkoda tylko, że Zieliński zataił przed Zdzisławem szczegóły - nie poinformował go, iż właściwie nie ma do kogo i do czego wracać. Pułkownik Waldebert Werfelberg, dyrektor Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Młodzianowicach, nie żyje już od sześciu lat, gdyż został otruty przez swoich zastępców, podpułkowników Mroczysławę Kalinowską-Wójcik i Rzędzimira Wszebora Witkowskiego. Następnie Mroczysława otruła Witkowskiego i w ten sposób stała się szefową lokalnego UB (jej zastępczyniami zostały Ożanna Dudek i Kwieta Kapitolina Kowalczyk). W 1956 roku, po likwidacji Urzędu Bezpieczeństwa, trucicielka Werfelberga i Witkowskiego popełniła samobójstwo, strzelając sobie w głowę z służbowego pistoletu. Jej podwładni, w tym Archibald Moździerz i bracia Skwarowscy, zostali zaś aresztowani i trafili do więzienia za stosowanie niedozwolonych metod przesłuchań.


MIŁOCHNA JABŁOŃSKA (uściśla wypowiedź Ruty):

Archibald dostał osiem lat, a Gorgoniusz i Fulgencjusz - po cztery. Mówi się, że gdyby Werfelberg żył, to niechybnie otrzymałby powyżej dziesięciu lat, może nawet piętnaście. A Kalinowska-Wójcik? Gdyby nie popełniła samobójstwa, mogłaby dostać nawet karę śmierci za dwa pospolite morderstwa!


RUTA BAUMFELDOWA:

Wieloletnie więzienie groziło również Świętożyźni Klemermann, jednak ona została skazana na przymusowe leczenie w szpitalu psychiatrycznym, bo zdiagnozowano u niej zaczątek schizofrenii. No, a Gliceria Gościwit? Wiecie, drogie panie, co się stało z Glicerią? Sama się oddała w ręce milicji i - w zamian za niższy wyrok - “wsypała” garstkę Tajnych Współpracowników!


MIŁOCHNA JABŁOŃSKA (uśmiecha się kwaśno):

Na szczęście, o mnie i o Marii Lolicie zapomniała, za co będziemy jej dozgonnie wdzięczne…


RUTA BAUMFELDOWA (do córki i Jabłońskiej):

Jak sądzicie, moje drogie, co się stanie ze Zdzisławem, kiedy odpowiednie służby dowiedzą się o jego powrocie do Polski? Aresztują go od razu czy pozwolą mu przez chwilę rozkoszować się widokiem rodzinnych stron? (Wzdycha smutno) Ach, biedny Zdziś… Ja wiem, że ma dużo przewinień na sumieniu, że znęcał się nad ludźmi i przeprowadzał egzekucje w lasach… Ale przecież… To jest mój syn… Mój jedyny, ukochany syn… Moje dziecko… Dlatego wolałabym, żeby do końca życia mieszkał w Stanach Zjednoczonych, z daleka ode mnie i mojej córki, niż żeby wrócił do Polski i trafił za kratki… (Zaczyna płakać) Kurka felek, doczekałam się syna-zbrodniarza!!!


MIŁOCHNA JABŁOŃSKA (nie mogąc powstrzymać ironii):

Zbrodniarz - to brzmi dumnie!


Zirytowana Baumfeldówna daje Jabłońskiej ostrzegawczego kuksańca, sycząc groźnie: “Ej!”. Ruta Baumfeldowa wyjmuje ze swojej torebki ładną, haftowaną chusteczkę, wyciera nią sobie oczy, a potem wysmarkuje nos. Przez chwilę żadna z kobiet nic nie mówi. Matka Zdzisława łka i szlocha, natomiast Zdzisława i Miłochna udają, że wypatrują oczekiwanego autobusu. Nagle Baumfeldówna wyraźnie się ożywia.


ZDZISŁAWA BAUMFELDÓWNA (spostrzegając pojazd na horyzoncie):

Oho! Coś jedzie!


Wszystkie kobiety wstają z ławki i podchodzą do krawężnika. Po chwili na wyznaczonym stanowisku zatrzymuje się autobus międzymiastowy San H01A, z którego wysiada Zdzisław Baumfeld trzymający torbę podróżną.


RUTA BAUMFELDOWA (wzruszona, na widok byłego UB-eka, całkowicie zapominając o smutku i niepewności):

Synku, tyle lat cię nie widziałam! Chodź, niech cię uścisnę!


Ruta podbiega do syna, czule go przytula i całuje, a kiedy się od niego odrywa, Zdzisława wita go w ten sam sposób.


ZDZISŁAWA BAUMFELDÓWNA (żartuje, aby ukryć własne wzruszenie):

Ech, Zdzisiek, już zapomniałam, jak wyglądasz! Cieszę się, że znów jesteś z nami!


RUTA BAUMFELDOWA (zachwycona):

Dzidziu i Dzidzia - moje dzieci wreszcie razem!


ZDZISŁAW BAUMFELD (radośnie, do obu krewnych):

Hello, hello… I mean: cześć, cześć… Kurde, jakoś nie mogę się przestawić na Polish… Znaczy: na język polski… Za długo przebywałem w Ameryce, hehehe… (Zauważając Miłochnę Jabłońską) Witajcie, comrade… I mean: towarzyszko Jabłońska! Nie spodziewałem się, że przyjdziecie!


MIŁOCHNA JABŁOŃSKA (chichocząc):

Zrobiłam wam niespodziankę, towarzyszu Baumfeld…


RUTA BAUMFELDOWA (pogodnie, z zaciekawieniem):

No, Zdzisiu, opowiadaj, jak ci się leciało do Polski! Nie nudziłeś się w samolocie? Jadłeś coś po wylądowaniu w Warszawie?


ZDZISŁAW BAUMFELD:

Well, lot jak to lot… Miałem transfer w Londynie, więc zjadłem małą sandwich na lotnisku… W Warszawie też jakiegoś snacka przegryzłem, więc nie jestem hungry… (Do Baumfeldówny) Zdzisława, you look so gorgeous! I mean: pięknie wyglądasz! Kuźwa, ja chyba naprawdę zapomniałem języka polskiego! Tam, w Stanach Zjednoczonych, nie znałem any Polish-language person so… przepraszam: nie znałem ani jednej polskojęzycznej osoby, więc mówiłem wyłącznie po angielsku! To dlatego mam problemy z przestawieniem się na Polish! Chyba wam to nie przeszkadza, co?


ZDZISŁAWA BAUMFELDÓWNA (życzliwie):

Spokojnie, Zdzisiu. Przyzwyczaisz się do “nowych-starych” warunków.


Niespodziewanie Ruta Baumfeldowa traci dobry humor.


RUTA BAUMFELDOWA (poważnie, do syna, ze złością i z wyrzutem):

Po coś wrócił do Polski? Chciałeś się popisać odwagą? Już nie pamiętasz, jakie przyczyny skłoniły cię do emigracji? Zdzisław!


ZDZISŁAW BAUMFELD (zdumiony zachowaniem matki):

O co ci chodzi? Nie cieszysz się, że przyjechałem?


RUTA BAUMFELDOWA:

Cieszę się… Synku, bardzo się cieszę… Ale uważam, że powinieneś był zostać w Ameryce… Czy ty nie wiesz, że ktoś, kto ma za sobą taką przeszłość jak ty, powinien na siebie uważać?! Siedem lat temu o mały włos nie zostałeś zabity przez swoich towarzyszy! Z tego powodu musiałeś uciec na drugi koniec świata! A teraz wracasz do państwa, które jest dla ciebie takie niegościnne?! Przecież to szaleństwo!


ZDZISŁAW BAUMFELD (grzecznie, ale stanowczo):

Mamo, ja wracam właśnie po to, żeby raz na zawsze wyjaśnić tę sprawę! Tryfiliusz Zieliński powiedział mi przez telefon, że czasy się zmieniły i że mogę spokojnie wrócić do kraju! Teraz już nic mi nie grozi!


RUTA BAUMFELDOWA (zirytowana):

Kimże jest ten Tryfiliusz Zieliński, że wierzysz mu na słowo?! A gdyby on powiedział, że w Polsce zaczęły rosnąć eukaliptusy, to też byś mu uwierzył?!


ZDZISŁAW BAUMFELD:

Skąd ta ironia, mamo? Poczytałem co nieco na temat aktualnej sytuacji w Polsce i doszedłem do wniosku, że nic nie stoi na przeszkodzie, abym wrócił do domu. Mój amerykański przyjaciel Theodore także twierdzi, iż odkąd umarł Stalin, nic strasznego nie może mi się stać. A Theodore to Master of Political Science, wiesz? Jego zdaniem, w Polsce jest teraz zdecydowanie lepiej niż jeszcze pięć lat temu!


ZDZISŁAWA BAUMFELDÓWNA (stanowczo):

Owszem, jest zdecydowanie lepiej, ale NIE dla takich jak ty!


ZDZISŁAW BAUMFELD:

Postanowiłem, że jeszcze dzisiaj, kiedy odpocznę, udam się do budynku młodzianowickiego UB…


MIŁOCHNA JABŁOŃSKA (przerywa Zdzisławowi):

Towarzyszu, UB zostało zlikwidowane kilka lat temu! Już go nie ma!


Baumfeld wytrzeszcza oczy ze zdumienia.


ZDZISŁAW BAUMFELD (zszokowany, do Miłochny):

Już go nie ma?! A co jest, towarzyszko?


MIŁOCHNA JABŁOŃSKA:

SB.


ZDZISŁAW BAUMFELD (jeszcze bardziej zszokowany):

What the f**k?!


MIŁOCHNA JABŁOŃSKA:

SB to Służba Bezpieczeństwa. Taki kontrwywiad, który zajął miejsce ubecji po likwidacji tejże. (Widząc, że Zdzisław nadal nic nie rozumie) Wiecie, obywatelu Baumfeld, w ostatnich latach dokonało się w Polsce mnóstwo zmian. Najpierw pozwalniano wiele osób z UB, potem zlikwidowano Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego i powołano do życia Ministerstwo Spraw Wewnętrznych, wreszcie unicestwiono sam Urząd Bezpieczeństwa i zastąpiono go Służbą Bezpieczeństwa. Używając fachowego języka, była odwilż gomułkowska. (Ironicznie, po krótkiej pauzie) Czemu tak się gapicie, towarzyszu Zdzisławie? I skąd te głupie pytania? Z choinki się urwaliście?! A dopiero mówiliście, że wiecie, jaka sytuacja panuje teraz w Polsce!


ZDZISŁAW BAUMFELD (oszołomiony informacjami, które usłyszał):

Bo wydawało mi się, że wiem, towarzyszko Miłochno. (Z niezadowoleniem i rozczarowaniem) Wygląda na to, że Theodore i Tryfiliusz Zieliński zataili przede mną kilka faktów. Tylko… dlaczego to zrobili?! Jaki cel im przyświecał?! Ten pierwszy, jako Amerykanin, mógł to zrobić zupełnie nieumyślnie, ale Tryfiliusz? Dlaczego nie powiedział mi, że UB i MBP zostały zlikwidowane?!


MIŁOCHNA JABŁOŃSKA (słodziutkim głosikiem):

Hmmm… Pewnie dlatego, towarzyszu Baumfeld, że nie pytaliście!


ZDZISŁAW BAUMFELD (powtarza jak papuga usłyszaną kpinę):

“Pewnie dlatego, towarzyszu Baumfeld, że nie pytaliście”?! A czemu, kuźwa, miałbym pytać, skoro w dniu mojego wyjazdu nic nie zapowiadało tak wielkich zmian?! Nawet by mi do głowy nie przyszło, żeby się zastanawiać, czy ubecja i Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego jeszcze istnieją! Ich istnienie wydawało mi się tak oczywiste, że nie czułem potrzeby, aby regularnie je weryfikować! (Załamuje się) Choroba… Byłem przekonany, że jeśli w Polsce stało lub stanie się coś ważnego, to Zieliński sam mi o tym powie… A tu taki psikus!


MIŁOCHNA JABŁOŃSKA (pogardliwie, drwiąco):

Czy to moja wina, obywatelu, że jesteście ćwierćgłówkiem?!


ZDZISŁAW BAUMFELD (zirytowany, do Miłochny):

Ćwierćgłówkiem? Ciekawe, jak wy byście się czuli, towarzyszko, gdyby ktoś was tak wystawił do wiatru!


ZDZISŁAWA BAUMFELDÓWNA:

Zdzisiek, a nie mogłeś porozmawiać o tych sprawach ze mną? Gdybyś mnie zapytał o politykę, to bym ci odpowiedziała najlepiej, jak bym potrafiła! Sama niczego ci nie powiedziałam, bo nie miałam pojęcia, że nie wiesz o tym, o czym ja wiem! Wierzyłam, że skoro zdecydowałeś się przyjechać do Polski, to jesteś świadomy, do czego wracasz! A teraz to ja sama jestem zdezorientowana i czuję się, jakbym się urwała z choinki!


Przez chwilę panuje nieprzyjemne milczenie.


RUTA BAUMFELDOWA (pogodnie, chcąc rozładować napięcie):

Może zmienimy temat? Siedem lat się nie widzieliśmy, a zaczynamy nasze spotkanie od kłótni… Zdzisiu, opowiedz trochę o tej Ameryce! Co tam ostatnio robiłeś, hę?


ZDZISŁAW BAUMFELD (ucieszony z propozycji zmiany tematu):

Dużo rzeczy, mamo. Na przykład byłem na koncercie Elvisa Presleya. A niedawno, tzn. w ostatnich dniach, rzuciła mnie kochanka, taka jedna Mary Sue.


MIŁOCHNA JABŁOŃSKA (rozbawiona):

Kochanka was rzuciła, towarzyszu Baumfeld? A w czym jej się nie spodobaliście?


ZDZISŁAW BAUMFELD:

Heh, chciałem ją trochę zabawić, więc zaprosiłem ją do kina na nowy film…


ZDZISŁAWA BAUMFELDÓWNA (zaciekawiona):

Jaki?


ZDZISŁAW BAUMFELD:

“Plan 9 from Outer Space” - “Plan 9 z Kosmosu”.


ZDZISŁAWA BAUMFELDÓWNA (wydymając pogardliwie wargi):

Nie znam i nie chcę znać.


ZDZISŁAW BAUMFELD (kontynuuje swoją opowieść):

Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że jest to jedna z najbardziej nieudanych produkcji w historii światowej kinematografii. Tak czy owak, zaprosiłem ją do kina na ten film i oboje spędziliśmy w sali projekcyjnej najgorsze 80 minut naszego życia. Po seansie Mary Sue spojrzała na mnie jak na coś obrzydliwego, nazwała mnie “assholem” i oświadczyła, że najzwyczajniej w świecie nie chce mnie znać. Po tych słowach odeszła w swoją stronę i już nigdy więcej jej nie zobaczyłem.


MIŁOCHNA JABŁOŃSKA (chichocze):

Hehehe, ten film musiał być naprawdę beznadziejny, skoro kochanka rzuciła was zaraz po jego projekcji!


ZDZISŁAW BAUMFELD (z przekonaniem):

Bo był, towarzyszko Jabłońska. Tak czy owak, jedno jest pewne… (Robiąc anachroniczną aluzję do pewnego hasła) Kino światowe skończyło się na “Metropolis” - potem była już tylko komercja!


RUTA BAUMFELDOWA:

Słyszę to od ćwierć wieku…


ZDZISŁAW BAUMFELD (dobitnie, do matki):

I będziesz słyszeć aż do końca swoich dni!


Niespodziewanie wchodzi na scenę 32-letnia Maria Lolita, była kochanka Zdzisława i Tajna Współpracowniczka Urzędu Bezpieczeństwa. Kobieta ma na sobie śliczną, jasnoróżową sukienkę w białe cętki, a na głowie - biały kapelusz ze sztucznymi kwiatami. Kiedy ex-TW spostrzega Baumfelda, wydaje z siebie głośny, głupiutki, piskliwy okrzyk radości.


MARIA LOLITA (nie posiadając się ze szczęścia):

Zdzisiu! A więc wróciłeś! Po tylu latach!


ZDZISŁAW BAUMFELD (półgębkiem, do Ruty, Zdzisławy i Miłochny):

Nie mówcie jej o Mary Sue…


Maria Lolita jest tak rozradowana, że rzuca się w ramiona Baumfelda i długo się do niego przytula.


MARIA LOLITA (drżącym z euforii głosem):

Zdzisiu, jak ja za tobą tęskniłam! Wybacz mi, że przyszłam dopiero teraz! Miałam na ciebie czekać razem z twoją mamą, siostrą i Miłochną Jabłońską, ale zaspałam i wyszłam z domu później niż zaplanowałam! Mój kochany, jak ja chciałam się z tobą spotkać! Popatrzeć na ciebie, dotknąć cię, pocałować!


ZDZISŁAW BAUMFELD (czule, do Marii Lolity):

Teraz masz do tego okazję!


Ex-Tajna Współpracowniczka całuje Zdzisława w usta, po czym kontynuuje swój egzaltowany monolog.


MARIA LOLITA:

Zdzisiu, ty nawet nie wiesz, jak wiele dla mnie znaczysz! Siedem lat temu, kiedy miały miejsce Tamte Wydarzenia, a wszyscy dookoła uznali cię za zmarłego, poczułam się, jakbym została wdową! Gdy okazało się, że jednak żyjesz, dosłownie płakałam ze szczęścia! A gdy udałeś się na emigrację… poczułam się, jakbym została wdową po raz drugi!!! (Znowu mocno się przytula do Baumfelda) Mój słodki, musisz wiedzieć, że nigdy nie przestałam cię kochać! Wprawdzie przez te siedem lat miałam wielu mężczyzn… bo ja, nimfomanka, nie umiem wytrzymać bez mężczyzny… ale psychicznie pozostałam wierna tobie! Zawsze, gdy się z kimś spotykałam, wyobrażałam sobie, że to ty nim jesteś!


ZDZISŁAW BAUMFELD (uprzejmie, zupełnie nieporuszony niewiernością kochanki):

A z kim się spotykałaś, jeśli mogę spytać?


MARIA LOLITA (wymijająco, ze śmiechem):

Cha, cha, cha, za dużo, żeby opowiadać! Tak czy siak, mogę wymienić tych, których najlepiej zapamiętałam! Pierwszym facetem, z którym się związałam po twoim wyjeździe, był funkcjonariusz PUBP, plutonowy Brykcjusz Blum…


ZDZISŁAW BAUMFELD (zaciekawiony, z amerykańskim akcentem):

Brictius Bloom? (Zwyczajnie, po polsku) Dlaczego akurat on?


MARIA LOLITA (wzruszając ramionami):

Sama nie wiem… Może dlatego, że wydał mi się taki czuły i wrażliwy, bardziej romantyczny od większości facetów? Drugim człowiekiem, z którym się spotykałam pod twoją nieobecność, był podporucznik Doroteusz Kpina.


Zdzisław Baumfeld jest tak zdumiony, że wytrzeszcza oczy i otwiera szeroko usta.


ZDZISŁAW BAUMFELD (zszokowany, krzyczy):

Z Kpiną się spotykałaś?! Przecież on jest taki… przykry!


MARIA LOLITA (obojętnie):

Co się stało, to się nie odstanie.


ZDZISŁAW BAUMFELD:

Spotykanie się z Kpiną samo w sobie jest kpiną…


MARIA LOLITA:

Mówisz jak Wespazjan Cipka!


ZDZISŁAW BAUMFELD (groźnie, ostrzegawczo):

Nie przypominaj mi o tym gronkowcu!


MARIA LOLITA (prowokacyjnie):

Dlaczego nie? Ostatnio bardzo często go widuję. Czasem nawet się sobie kłaniamy.


ZDZISŁAW BAUMFELD (z najwyższą pogardą i nienawiścią, mrużąc oczy):

Wespazjan Cipka… Patefon… Gramofon… Kutafon…


MARIA LOLITA:

Ostatnim mężczyzną, z którym “chodziłam” przed twoim powrotem do Polski, był młody poeta związany ze “Współczesnością”, Nietubył Król.


ZDZISŁAW BAUMFELD (źle zrozumiawszy Marię Lolitę):

Nie-Tu-Był-Król? A gdzie był?


MARIA LOLITA (z mieszaniną irytacji i rozbawienia):

Och, Zdzisiu! Nietubył Król! “Nietubył” to takie staropolskie imię, a “Król” to nazwisko! Mój przyjaciel specjalnie wybrał ten pseudonim literacki, żeby się wyróżniać z tłumu! W rzeczywistości nazywa się Leander Pawłowski.


ZDZISŁAW BAUMFELD:

Leander… Jak jakiś książę albo rycerz!


RUTA BAUMFELDOWA (strofującym tonem, wtrącając się do rozmowy):

Zdzisław! Nie kpij sobie z cudzego imienia!


ZDZISŁAW BAUMFELD (przypominając sobie o obecności matki):

Przepraszam, mamo, to się więcej nie powtórzy.


Maria Lolita niespodziewanie poważnieje, wręcz smutnieje.


MARIA LOLITA (nieśmiało):

Wiesz, Zdzisiu… Mogłabym ci opowiedzieć o jeszcze jednym kochanku… Ale… Musiałabym to zrobić na osobności…


ZDZISŁAW BAUMFELD (poważnie):

Tak szczerze mówiąc, ja też bym chciał porozmawiać z Marysią na osobności. (Do Ruty, Zdzisławy i Miłochny) Mamo, siostro, towarzyszko Jabłońska, czy mogłybyście zostawić mnie samego z Marią Lolitą? Nie pomyślcie sobie, że was wyganiam, ale wszystko wskazuje na to, iż ja i moja kochanka mamy sobie sporo do powiedzenia. No, to co? Zostawicie nas samych? Ja zaraz do was dołączę…


RUTA BAUMFELDOWA (nieszczerze, nie chcąc urazić Zdzisława):

W porządku, nie ma sprawy. Spotkamy się u nas w Świńskiej Czaszce, dobra?


ZDZISŁAW BAUMFELD:

Jak zupa z bobra!


ZDZISŁAWA BAUMFELDÓWNA (do brata):

Przy okazji zabierzemy twoją torbę podróżną, żebyś nie musiał jej więcej dźwigać.


ZDZISŁAW BAUMFELD (grzecznie):

Terima kasih.


ZDZISŁAWA BAUMFELDÓWNA:

Słucham?


ZDZISŁAW BAUMFELD (z pięknym, wręcz “filmowym“ uśmiechem):

To po malajsku “dziękuję”.


Zdzisława zabiera od Zdzisława torbę podróżną.


RUTA BAUMFELDOWA (pogodnie, do syna):

No, to na razie, Zdzisiu!


ZDZISŁAWA BAUMFELDÓWNA:

Na razie!


MIŁOCHNA JABŁOŃSKA:

Na razie, towarzyszu Baumfeld!


ZDZISŁAW BAUMFELD (do matki, siostry i Miłochny):

Na razie, na razie, na razie!


Baumfeldowa, Baumfeldówna i Jabłońska schodzą ze sceny.


ZDZISŁAW BAUMFELD (zachęcająco, do ex-TW):

No, Marysiu? O czym, a właściwie: o kim chciałaś ze mną porozmawiać?


MARIA LOLITA (smutno):

Ach, Zdzisiu! Musisz wiedzieć, że ja po twojej emigracji wpadłam w straszną depresję, a nawet chciałam się zabić! No, bo rozumiesz… Współpracowałam z ubecją wyłącznie dla ciebie… Robiłam to nie dlatego, że chciałam, tylko dlatego, że w dniu naszego poznania się zawarliśmy specyficzną umowę… Zgodziłeś się, żebym została twoją kochanką, ale kazałeś mi spełnić jeden warunek: zostać Tajną Współpracowniczką…


ZDZISŁAW BAUMFELD (pogodnie, przerywając Marii Lolicie):

Tak… Doskonale to pamiętam… “Nie ma donosów, nie ma seksu”, hehehe! Właśnie tak ci powiedziałem!


MARIA LOLITA (kontynuuje przerwaną wypowiedź):

Więc nawiązałam stałą współpracę z Urzędem Bezpieczeństwa… Przez pięć i pół roku szpiegowałam “wrogów ludu” i składałam na nich donosy, aby móc być blisko ciebie… Oczywiście, doskonale wiedziałam, z czym to się wiąże… Nie byłam, jak chcieliby niektórzy, nieświadomą idiotką, manipulowaną przez swojego demonicznego partnera… Zdawałam sobie sprawę z tego, że ludzie, których wydaję w twoje ręce, są przez ciebie torturowani i zabijani… Zresztą, ty nigdy tego przede mną nie ukrywałeś… Sam nieregulaminowo zabierałeś mnie do pracy i zachęcałeś do przyglądania się niektórym “lżejszym” przesłuchaniom…


ZDZISŁAW BAUMFELD:

To prawda. Miałaś “kino za darmo“.


MARIA LOLITA (patrząc mężczyźnie w oczy):

Wydaje ci się, że to było dla mnie przyjemne? Że, w głębi serca, nie cierpiałam razem z twoimi… naszymi… ofiarami? Myślisz, że nie zdarzało mi się płakać do poduszki, przeklinać samej siebie, przepraszać w myślach ludzi, których rozmyślnie krzywdziłam? Otóż zdarzało mi się, i to często…


ZDZISŁAW BAUMFELD (zszokowany):

Dopiero teraz mi to mówisz?! Ożeż ty!


MARIA LOLITA:

Te wszystkie smutki i wyrzuty sumienia wynagradzała mi twoja bliskość… Kiedy stałeś obok mnie, kiedy mnie całowałeś, kiedy brałeś mnie w swoje ramiona, byłam najczęśliwszą kobietą na świecie… I właśnie dla takich chwil kontynuowałam swoją chorą grę… Zbierałam informacje na temat niewinnych ludzi, a potem ich denuncjowałam… Aż w końcu przyszedł rok 1952. Czy wiesz, co oznaczał dla mnie twój wyjazd? To, że nie miałam już powodu, żeby dalej współpracować z ubecją! Chciałam wyrwać się z tego środowiska, zerwać kontakt z tą instytucją i jej reprezentantami! Ale… nie wiedziałam, jak to zrobić… Bałam się, że jeśli powiem, iż nie chcę dłużej współpracować z bezpieką, to jej funkcjonariusze się na mnie zemszczą… Obawiałam się aresztowania, tortur, śmierci… Oraz tego, że UB przyczepi się również do moich krewnych… To właśnie ten strach, Zdzisiu, doprowadził mnie do depresji i myśli samobójczych…


ZDZISŁAW BAUMFELD (ze szczerym zainteresowaniem):

Jak to wszystko się skończyło?


MARIA LOLITA:

Nie wytrzymałam. Najnormalniej w świecie nie wytrzymałam i udałam się do Waldeberta Werfelberga, żeby mu powiedzieć, iż nie chcę dłużej być Tajną Współpracowniczką. Wiem, że to było głupie z mojej strony, ale wtedy uważałam, że nie mam nic do stracenia.


ZDZISŁAW BAUMFELD:

Jak Werfelberg zareagował na twoje słowa?


Ex-kochanka Baumfelda spuszcza wzrok i przez chwilę nic nie mówi.


MARIA LOLITA (podnosząc głowę, po długim milczeniu):

Powiedział, że jeśli… ekhem… że jeśli pójdę z nim do łóżka, to pozwoli mi odejść z ubecji i nie zastosuje wobec mnie żadnej kary…


ZDZISŁAW BAUMFELD (widocznie bojąc się odpowiedzi):

A ty co na to?


MARIA LOLITA (ze zgrozą, piskliwie):

Zdzisiu, ja się zgodziłam!!!


Po usłyszeniu tych słów Zdzisław zaczyna przeraźliwie krzyczeć.


ZDZISŁAW BAUMFELD (wstrząśnięty do głębi):

Aaaaaa!!! Maria Lolita z Werfelbergiem!!! O, Stalinie przenajczerwieńszy! O, Leninie wiecznie żywy! O, Marksie! O, Engelsie! MARIA LOLITA Z WERFELBERGIEM!!!


Były funkcjonariusz UB siada na ławce, żeby się nie przewrócić.


ZDZISŁAW BAUMFELD (nadal wstrząśnięty):

Maria Lolita z Werfelbergiem! To chyba jakiś żart! (Do kobiety) No i gdzie się podziały twoje solenne deklaracje, że nie lubisz facetów po czterdziestce?! TY I WERFELBERG!!! Marysiu, jeśli naprawdę spałaś z tym… tym… tym… tym podstawczakiem, to było to twoją największą życiową porażką!


MARIA LOLITA (chichocze, aby choć trochę rozładować napięcie):

Wiesz co, Zdzisiu? Zachowujesz się jak Freder z “Metropolis” po zobaczeniu własnego ojca w towarzystwie Fałszywej Marii! Powinieneś jeszcze złapać się za głowę i zemdleć!


ZDZISŁAW BAUMFELD (łapiąc się za głowę):

Maria Lolita z Werfelbergiem! Co ona w nim zobaczyła?! Przecież u niego to ani wyglądu, ani charakteru…! (Krótka pauza, podczas której Zdzisław kręci głową z niedowierzaniem i ciężko oddycha) Choróbka, wróciłem ze Stanów Zjednoczonych, żeby się dowiedzieć, iż moja wieloletnia kochanka spała z tym obleńcem! Koniec świata!


MARIA LOLITA (anachronicznie parafrazując ulubione hasło Baumfelda):

Świat skończył się w 1939 - potem była już tylko komercja!


Zdzisław wstaje z ławki, na której przed chwilą usiadł.


ZDZISŁAW BAUMFELD (lekko zawstydzony):

No, fakt… Zapomniałem o Apokalipsie Spełnionej…
(Powraca do lamentowania z powodu sprawy Marii Lolity i Waldeberta Werfelberga)
Maria Lolita z Werfelbergiem!!!
Stalinie przenajczerwieńszy - widzisz, a nie grzmisz!
Leninie wiecznie żywy - widzisz, a nie grzmisz!
Ławrientiju Berio - widzisz, a nie grzmisz!
Wiaczesławie Mołotowie - widzisz, a nie grzmisz!
Iwanie Sierowie - widzisz, a nie grzmisz!
Marksie przedwieczny - widzisz, a nie grzmisz!
Engelsie barmeński - widzisz, a nie grzmisz!
Bolesławie Bierucie - widzisz, a nie grzmisz!
Jakubie Bermanie - widzisz, a nie grzmisz!
Stanisławie Radkiewiczu - widzisz, a nie grzmisz!
Mieczysławie Mietkowski - widzisz, a nie grzmisz!
Mieczysławie Moczarze - widzisz, a nie grzmisz!
Julio Brystygier - widzisz, a nie grzmisz!
Anatolu Fejginie - widzisz, a nie grzmisz!
Józefie Różański - widzisz, a nie grzmisz!
Józefie Czaplicki - widzisz, a nie grzmisz!
Józefie Światło - widzisz, a nie grzmisz!
Amelio Leśniewska - widzisz, a nie grzmisz!
Adamie Humerze - widzisz, a nie grzmisz!
Janie Ptasiński - widzisz, a nie grzmisz!
Grzegorzu Korczyński - widzisz, a nie grzmisz!
Romanie Romkowski - widzisz, a nie grzmisz!


MARIA LOLITA (ostro przerywa swojemu kochankowi):

A cóż to takiego, Zdzisiu?! Litania Młodzianowicka do Wszystkich Nieświętych Bolszewickich?! Co ty, sektę religijną zakładasz?! (Prycha pogardliwie) Phi! Może jeszcze zaczniesz chodzić od drzwi do drzwi i rozdawać ludziom ulotki?!


ZDZISŁAW BAUMFELD (cynicznie, z ironią):

Taaak, żebyś wiedziała: zakładam sektę religijną! I to destrukcyjną! Ja jestem jej guru, a moja siostra vice-guru! Zadowolona?!


MARIA LOLITA (stanowczo, dobitnie):

Nie!


Były UB-ek, który najwyraźniej już się uspokoił, wstaje z ławki i podchodzi do Marii Lolity.


ZDZISŁAW BAUMFELD (poważnie):

No, dobra, Marysiu. Przepraszam, że się uniosłem. To nie twoja wina, że wylądowałaś w łóżku z Werfelbergiem. Z tego, co powiedziałaś, wynika, iż dyrektor młodzianowickiego PUBP zmusił cię do nierządu w zamian za możliwość opuszczenia tej instytucji oraz gwarancję bezpieczeństwa. Młodzianowicka seksafera, ot co! Nie wiem, jak ty, ale ja uważam to za szantaż zakończony gwałtem!


MARIA LOLITA (w zamyśleniu):

Hmmm… Chyba masz trochę racji…


ZDZISŁAW BAUMFELD:

Powiedz mi, gdzie teraz pracuje ten czerw, to cię pomszczę! Tak, pomszczę cię! Mówię to jako ex-funkcjonariusz UB, który wyrywał więźniom paznokcie z rąk, wybijał im zęby, pozbawiał ich snu, skazywał na “stójkę”, gasił sobie na nich papierosy oraz bił ich czym popadło! Mówię to jako ktoś, kto wbijał ludziom igły pod paznokcie z taką lekkością, jakby to było przypinanie pinezek do tablicy korkowej! Mówię to jako człowiek, który wykonywał wyroki śmierci i przyrządzał potrawy z kotów! Gadaj: gdzie mogę spotkać pułkownika Werfelberga?!


MARIA LOLITA (zdumiona ignorancją Zdzisława):

Zdzisiu! Przecież Werfelberg nie żyje od sześciu lat!


ZDZISŁAW BAUMFELD (znów zszokowany):

Nie żyje?! Santa pazienza! A co mu się stało?!


MARIA LOLITA:

To ty nie wiesz, że w 1953 roku Werfelberg został otruty przez Mroczysławę Kalinowską-Wójcik i Rzędzimira Wszebora Witkowskiego?!


ZDZISŁAW BAUMFELD (wytrzeszczając oczy):

A został?


MARIA LOLITA:

Tak! A potem Kalinowska-Wójcik otruła Witkowskiego, żeby przejąć pełnię władzy w młodzianowickim UB!


ZDZISŁAW BAUMFELD (rozbawiony):

Co tu dużo mówić… Uprzedziła mnie kobita!


MARIA LOLITA:

Mroczysława nigdy nie mogła się pogodzić z myślą, że jest w Młodzianowicach numerem dwa. Marzyła, żeby być numerem jeden. Poza tym, nie mogła ścierpieć faktu, iż jej bezpośrednim zwierzchnikiem jest facet. Dlatego zdecydowała się otruć Werfelberga, a potem, na wszelki wypadek, także swojego wspólnika Witkowskiego. Gdy Kalinowska-Wójcik przejęła władzę w PUBP, okazała się jeszcze bardziej despotyczna i surowa od swojego poprzednika. Złośliwi nazywali ją nawet “Carycą Mroczysławą”. Po likwidacji Urzędu Bezpieczeństwa owa “Caryca Mroczysława” strzeliła sobie w głowę, żeby nie mieć problemów z nową, gomułkowską władzą.


ZDZISŁAW BAUMFELD (urzeczony, chichocząc):

Ech, co za intryga! Powtórka z Szekspira lub Słowackiego, hehehe! Jak to dokładnie wyglądało, Marysiu? To otrucie Werfelberga?


MARIA LOLITA (wzrusza ramionami):

Nie wiem. Słyszałam tylko tyle, że Mroczysława dolała mu trucizny do wina.


Zdzisław Baumfeld wybucha głośnym śmiechem.


ZDZISŁAW BAUMFELD:

Cha, cha, cha, cha, cha! W jakiej epoce my żyjemy?! Jest połowa dwudziestego wieku, a ona mu wlała truciznę do wina! Totalne średniowiecze!


MARIA LOLITA (obojętnie):

Średniowiecze, nie średniowiecze… Ja się nie znam na historii! (Krótka pauza) Wiesz, Zdzisiu, co jeszcze się mówi na mieście? Że podpułkownik Kalinowska-Wójcik miała schizofrenię. Podobno przed zamordowaniem dyrektora skarżyła się swoim przyjaciółkom, że słyszy w głowie tajemnicze głosy, które zmuszają ją do określonego postępowania. Całkiem możliwe, że to właśnie te głosy nakłoniły ją do popełnienia zbrodni.


ZDZISŁAW BAUMFELD (uśmiechnięty, kiwając głową):

Obłąkana kobieta z krwią na rękach? A mówiłem, że to powtórka z Szekspira lub Słowackiego! Mroczysława Kalinowska-Wójcik - komunistyczna Lady Makbet! Ewentualnie Balladyna!


MARIA LOLITA:

Tak, tak… TragiFarsa socNIErealistyczna nie jest już tragifarsą… Jest dramatem elżbietańskim!


ZDZISŁAW BAUMFELD (anachronicznie parafrazując tytuł pewnej rapowej piosenki):

“TragiFarsa to NIE zabawa już!”


MARIA LOLITA:

Ale wiesz, Zdzisiu? Podpułkownik Kalinowska-Wójcik była odpowiedzialna nie tylko za zabicie Werfelberga i Witkowskiego, ale również za… twoją śmierć kliniczną.


ZDZISŁAW BAUMFELD (zdumiony):

Naprawdę? Jak to możliwe? Wydawało mi się, że to “ważna osoba z Warszawy” zainicjowała Tamte Wydarzenia!


MARIA LOLITA (spokojnie, poważnie, nawiązując do wydarzeń opisanych w “TragiFarsie 5. Odcinku specjalnym“):

Gliceria Gościwit opowiedziała mi, że 28 kwietnia ’52 roku, kiedy odbyło się to niesławne zebranie w sali konferencyjnej PZPR, Werfelberg powiedział do swoich podwładnych: “Jeżeli ktoś zna powód, dla którego Zdzisława Baumfelda należy utrzymać przy życiu, niech przemówi teraz albo niech zamilknie na wieki!”. A Mroczysława zaczęła krzyczeć: “Obywatele, nie odzywajcie się, bo towarzysz pułkownik nie wyda wyroku śmierci!”. I dlatego nikt się nie odezwał…


ZDZISŁAW BAUMFELD (z gorzką ironią):

Myślałby kto, że byli z nich tacy małomówni ludzie… Ja akurat zauważyłem coś zupełnie odwrotnego…


MARIA LOLITA:

Kto wie, może gdyby Kalinowska-Wójcik nie krzyczała “Nie odzywajcie się!”, to ktoś powiedziałby coś w twojej obronie? Może nigdy nie doszłoby do Tamtych Wydarzeń, a ty nie musiałbyś uciec za granicę? Każdy ma własną opinię na temat tego, kto był winien twojej śmierci klinicznej. Ludzie oskarżają “ważną osobę z Warszawy”, Werfelberga, bezpośrednich wykonawców wyroku, młodzianowickich UB-eków, którzy się nie odezwali, a nawet samego ciebie… Jednak ja uważam, że to Mroczysława Kalinowska-Wójcik ponosi największą winę w tej sprawie.


ZDZISŁAW BAUMFELD (zbulwersowany, anachronicznie parafrazując pewien znany cytat):

“Mroczysława z taką eutanazją…?! Ty czarownico! Ja ci dam! Jak [chcesz] zabijać ludzi, to sama się podstaw pierwsza!”


MARIA LOLITA (lekko rozbawiona):

Czarownica? Wyobrażasz sobie Kalinowską-Wójcik płonącą na stosie jak Fałszywa Maria z “Metropolis”?


ZDZISŁAW BAUMFELD (dumnie):

Wyobrażam sobie! I czuję z tego powodu mściwą satysfakcję, jako że jestem psychopatą i mam w tej sprawie orzeczenie od amerykańskiego psychiatry! Tak, Mario Lolito! Jestem prawdziwym psychopatą, a nie żadnym pozerem! I jeszcze sadystą! Jeśli nie wierzysz, to zapytaj doktora Irenaeusa Wilsona!


MARIA LOLITA:

Nie muszę pytać, Zdzisiu. Sama to zauważyłam.


ZDZISŁAW BAUMFELD (widocznie dumny ze swoich zaburzeń psychicznych):

A wiesz, co jeszcze u mnie zdiagnozowano? Uśpioną zoofilię! Chociaż mnie nigdy nic nie łączyło z żadnym czworonogiem, cha, cha, cha!


MARIA LOLITA (chichocząc):

Ale konsumowałeś zwierzęta w inny sposób: dosłownie, poprzez układ pokarmowy!


ZDZISŁAW BAUMFELD:

No, fakt, wegetarianinem nigdy nie byłem. Jak większość ludzi na Ziemi.


MARIA LOLITA (stanowczo):

Ja jem tylko te zwierzęta, których spożywanie jest akceptowane w naszym kręgu kulturowym. Chociaż raz zrobiłam ci przyjemność i zjadłam razem z tobą tego zapchlonego kundla Awita. Wiesz, którego. Tego od srania w windzie. Jego właścicielem był Eutychian Kilianowicz, jeśli dobrze pamiętam.


ZDZISŁAW BAUMFELD (z uśmiechem):

Dobrze pamiętasz, Marysiu. (Zamyśla się) Hmmm… Moje sadystyczne i psychopatyczne skłonności przejawiły się już w dzieciństwie… Ja już jako dziecko uwielbiałem patrzeć na ból i śmierć, a dorośli, zamiast się tym niepokoić, wykorzystywali moje zboczenie do własnych celów. Moja rodzina nie była chrześcijańska, ale miałem sąsiadów-chrześcijan, którzy “wynajmowali” mnie do zabijania karpi wielkanocnych…


MARIA LOLITA (poprawia):

Wigilijnych, Zdzisiu, wigilijnych.


ZDZISŁAW BAUMFELD (zawstydzony swoją pomyłką):

No tak, wigilijnych… Przepraszam za błąd, ale nigdy jakoś szczególnie mnie nie interesowało, co oni świętują… (Powraca do swoich wspomnień) Tak czy siak, jako 13-letni smarkacz zarabiałem na słodycze, wyręczając dorosłych w zabijaniu karpi wigilijnych. Kiedy na mnie patrzyli, robiłem to jednym, zamaszystym ruchem, który wprawiał ich w zachwyt i zdumienie. Lecz gdy nikt nie widział, uśmiercałem karpie powoli i spokojnie, uważnie obserwując ich mękę i frustrację.


MARIA LOLITA:

Dlaczego?


ZDZISŁAW BAUMFELD (z dziwną lubieżnością w głosie):

Fascynowało mnie, że te ryby przeze mnie cierpią, że z każdym ruchem zadaję im coraz większy ból. Bawił mnie ich strach, słabość i bezradność. Byłem dumny, że mam nad nimi absolutną władzę, że ich los jest zależny od mojego widzimisię. W mojej gestii leżało decydowanie, czy mają dalej cierpieć, czy już umrzeć. Torturowanie tych zwierząt sprawiało mi jakąś dziwną, zakazaną przyjemność. Z drugiej strony, miałem wiele wątpliwości natury moralnej, gdyż zawsze uczono mnie, że nie wolno się pastwić nad słabszymi.


MARIA LOLITA (poruszona):

Miałeś 13 lat, gdy się nad nimi znęcałeś, tak?


ZDZISŁAW BAUMFELD:

Tak. Później, już jako dorosły mężczyzna i zwolennik rewolucji, musiałem nauczyć się torturować ludzi. Trudnej sztuki katowskiej uczył mnie pewien NKWDzista, Jewstachij Mawrodijewicz, który miał ogromną wprawę i doświadczenie w wydobywaniu zeznań z opornych więźniów. Najpierw kazał mi się przyglądać, jak on i Afinogien Pałładijewicz dręczą Sawwatieja Sawwicza, a potem zachęcał mnie, bym sam “zajął się” innym jeńcem, Fieofiłaktem Wieniaminowiczem. Pamiętam, że pierwsza próba nie była dla mnie łatwa…


MARIA LOLITA (zaciekawiona):

Czemu? Znowu miałeś jakieś wątpliwości natury moralnej?


ZDZISŁAW BAUMFELD:

Heh, może to głupie, ale speszyłem się, kiedy Fieofiłakt zaczął krzyczeć i się trząść. Na szczęście, Jewstachij Mawrodijewicz spokojnie do mnie powiedział: “Niepotrzebnie spanikowaliście, towarzyszu Baumfeld. Tortury należy prowadzić śmiało i zdecydowanie. Macie robić swoje i nie zwracać uwagi na wrzaski i tym podobne. Tak jak pielęgniarka, która robi dziecku zastrzyk, chociaż to płacze i próbuje się wyrwać”. Od tej pory byłem twardy i niewzruszony, a jęki i piski ofiar nie robiły na mnie żadnego wrażenia.


Maria Lolita ociera sobie łzy, które napłynęły jej do oczu pod wpływem opowieści Zdzisława.


ZDZISŁAW BAUMFELD (zdumiony, do Marii Lolity):

Marysiu, ty płaczesz?


MARIA LOLITA (wymijająco, posługując się cytatem z powieści “W pustyni i w puszczy” Henryka Sienkiewicza):

“Ja nie chcę płakać… tylko mi się tak… oczy pocą”


ZDZISŁAW BAUMFELD (kpiąco):

Teraz to ci się “oczy pocą”… Ale za czasów UB-eckich, kiedy byłaś Tajną Współpracowniczką i wydawałaś ludzi w moje ręce, jakoś ci się nie pociły…


MARIA LOLITA:

Pociły się, ale nie w twoim towarzystwie.


ZDZISŁAW BAUMFELD (zirytowany):

To dlaczego, do choroby ciężkiej, ze mną nie zerwałaś?! Możesz mi wierzyć, że doskonale radziłbym sobie bez ciebie! Znalazłbym sobie inną stałą kochankę, bo miałem takie powodzenie u kobiet, że na jedno miejsce u mojego boku przypadało kilkanaście kandydatek! Zresztą… do tej pory nic się nie zmieniło.


MARIA LOLITA (również zirytowana):

Wiesz, dlaczego? Bo cię kochałam! Kiedy cię poznałam, odczuwałam do ciebie tylko biologiczny pociąg, za którym nie kryły się żadne uczucia. Jednak później naprawdę cię pokochałam i zrozumiałam, iż dla kogoś takiego jak ty jestem w stanie poświęcić… wszystko i wszystkich!


ZDZISŁAW BAUMFELD (dosyć szyderczo):

No to brawo, Marysiu!


MARIA LOLITA:

Niestety, u ciebie taka ewolucja nie nastąpiła. Nigdy nie odczuwałeś do mnie miłości ani szacunku, twój stosunek do mnie pozostał czysto fizyczny i przedmiotowy. Właśnie tak, Zdzisiu! A ja naprawdę cię kochałam i kocham! Oczywiście, wiem, że przez miłość do ciebie stałam się jedną z najbardziej znienawidzonych i niezrozumianych kobiet w Młodzianowicach. Społeczeństwo nie rozumiało i nadal nie rozumie, co taka delikatna, wrażliwa, urocza dziewczyna jak ja mogła widzieć w takim… takim… UB-eckim krwiopijcy, który stanowił zagrożenie nie tylko dla niewinnych obywateli, ale również dla niej samej. (Błagalnie) Ach, Zdzisiu, przytul mnie, proszę!!!


Maria Lolita i Zdzisław Baumfeld tulą się jak za dawnych lat. W tle słychać charakterystyczną melodię z filmu “Twilight” (“Zmierzch“). Nagle wchodzi na scenę 37-letni Tryfiliusz Zieliński.


TRYFILIUSZ ZIELIŃSKI (głośno, szyderczo):

Podporucznik Baumfeld! Widzę, że towarzysz już w Polsce!


Zdzisław i jego kochanka odrywają się od siebie, po czym odwracają się w stronę Tryfiliusza.


ZDZISŁAW BAUMFELD (neutralnie, do Tryfiliusza):

Dzień dobry, obywatelu Zieliński. Rzeczywiście, wróciłem do kraju. Po siedmiu latach wygnania.


TRYFILIUSZ ZIELIŃSKI:

Szczerze mówiąc, nie spodziewałem się, że wrócicie. Myślałem, że macie w sobie więcej ostrożności i zdrowego rozsądku, towarzyszu. No, ale cóż. Wasz powrót tylko utwierdził mnie w przekonaniu, iż jesteście idiotą, którego można opluć, a on będzie się cieszył, że deszcz pada.


ZDZISŁAW BAUMFELD (nabierając pewnych podejrzeń):

O co wam chodzi, towarzyszu Tryfiliuszu?


Zieliński robi kwaśną minę i kiwa głową z politowaniem.


TRYFILIUSZ ZIELIŃSKI (śpiewnym tonem):

Och, podporuczniku Baumfeld, czy wy nie wiecie, że teraz jest sezon na aresztowanie i sądzenie zbrodniarzy stalinowskich?! Cóż, to nie moja wina, iż taką modę nam wiatr dziejów przyniósł!


ZDZISŁAW BAUMFELD (zdumiony i zaniepokojony):

Sezon na aresztowanie i sądzenie zbrodniarzy stalinowskich? A mówiliście, obywatelu Zieliński, że nadeszły lepsze czasy!


TRYFILIUSZ ZIELIŃSKI:

Owszem, nadeszły lepsze czasy, ale NIE dla takich UB-eckich zwyrodnialców jak wy! Właściwie, dla was nadeszły czasy o wiele gorsze. Jeśli nie wierzycie, to dowiedzcie się, jak skończyli wasi koledzy: Archibald Moździerz i bracia Skwarowscy. Wszyscy od dawna siedzą w więzieniu! Natomiast Świętożyźń Klemermann wylądowała w psychiatryku, bo wykryto u niej zaczątek schizofrenii!


ZDZISŁAW BAUMFELD (ze złością, mrużąc oczy):

Zrobiliście mnie w konia, towarzyszu Zieliński…


Tryfiliusz Zieliński uśmiecha się chytrze.


TRYFILIUSZ ZIELIŃSKI (obłudnym, słodkim głosikiem):

Owszem, podporuczniku Baumfeld. Powiedzieć wam, dlaczego? (Wyjmuje z kieszeni służbową legitymację i pokazuje ją Zdzisławowi) Otóż dlatego, że jestem funkcjonariuszem Służby Bezpieczeństwa, który otrzymał zadanie, aby zwabić was z powrotem do Polski.


ZDZISŁAW BAUMFELD (wściekle):

Niech was szlag i siedem plag egipskich!


MARIA LOLITA (poprawia, skądinąd również błędnie):

Dwanaście…


TRYFILIUSZ ZIELIŃSKI (chowając legitymację do kieszeni):

Nie siedem, nie dwanaście, tylko dziesięć.


ZDZISŁAW BAUMFELD (do SB-eka):

I co teraz niby ma się wydarzyć? Pójdę do więzienia i płakać będę?


TRYFILIUSZ ZIELIŃSKI (lekko, pogodnie):

Na to wygląda!


Funkcjonariusz Służby Bezpieczeństwa wyjmuje zza pazuchy krótkofalówkę, włącza ją i przystawia sobie do ust.


TRYFILIUSZ ZIELIŃSKI (do krótkofalówki, anachronicznie posługując się słowami Paula Bremera):

“Panie i panowie: mamy go! Tyran stał się więźniem!”


ZDZISŁAW BAUMFELD (do Marii Lolity):

Wiesz co, Maryśka? Radziłbym ci uciekać!


Kobieta - zupełnie jak postać z japońskiej kreskówki - wykonuje pojedyncze, acz bardzo wyraziste skinienie głową, po czym bierze nogi za pas. Kilka sekund później wchodzi na scenę grupa uzbrojonych, umundurowanych milicjantów: Zdobysław Kowalski (25 lat), Ammoniusz Pawłowski (25 lat) i Wyszeniega Wiśniewska (24 lata). Na ich czele stoi - również uzbrojony i umundurowany - komendant Komendy Powiatowej Milicji Obywatelskiej w Młodzianowicach, Agnellus Wąpierz (42 lata). W tle rozlega się charakterystyczny temat muzyczny skomponowany przez Rona Wassermana - straszna, mroczna melodia, którą było słychać za każdym razem, gdy w drugim sezonie serialu “Mighty Morphin Power Rangers” pojawiał się Lord Zedd.


AGNELLUS WĄPIERZ (kpiąco, z wyższością, do Baumfelda):

Witajcie, towarzyszu Zdzisławie! Czekaliśmy na was całe trzy lata! Jesteśmy niezmiernie szczęśliwi, że będziemy mieli zaszczyt gościć was w naszych milicyjnych i SB-eckich progach! Zdzisław Bonifacy Baumfeld - ostatnia żyjąca ikona młodzianowickiej ubecji! Mówią o was, że na przełomie 1949 i 1950 roku rozpracowaliście Podziemny Klub Anonimowych Antykomunistów! (Do Tryfiliusza) Towarzyszu Zieliński, gratuluję ściągnięcia tego człowieka do kraju! Teraz jednak biegnijcie na komendę i każcie wszystkim przygotować się na spotkanie z Baumfeldem!


TRYFILIUSZ ZIELIŃSKI (mile połechtany pochwałą):

Dziękuję za słowa uznania, towarzyszu! I… tak jest, już biegnę na komendę!


Po tych słowach funkcjonariusz SB pośpiesznie schodzi ze sceny.


ZDZISŁAW BAUMFELD (chłodno, do Agnellusa):

Kim jesteście, towarzyszu?


AGNELLUS WĄPIERZ (ironicznie, słowami J. W. Goethego):

“Jam częścią tej siły, która wiecznie zła pragnąc, wiecznie dobro czyni”


Baumfeld wytrzeszcza oczy ze zdumienia, ale nic nie mówi.


AGNELLUS WĄPIERZ:

A tak na serio, to nazywam się Agnellus Wąpierz i jestem komendantem Komendy Powiatowej Milicji Obywatelskiej w Młodzianowicach. To ja byłem tym, który w 1956 roku przeprowadził szturm na “twierdzę“ Urzędu Bezpieczeństwa, przepędził UB-eków, buntujących się przeciwko likwidacji swojej instytucji i przestraszył niesławną Mroczysławę Kalinowską-Wójcik do tego stopnia, iż obłąkana pani podpułkownik popełniła samobójstwo. To ja sprawiłem, że z komendy młodzianowickiej milicji zniknęły portrety Stalina, a ich miejsce zajęły moje własne. Pozbyłem się “Carycy Mroczysławy”, doprowadziłem do aresztowania UB-eckich zbrodniarzy i teraz jestem władcą Młodzianowic!


ZDZISŁAW BAUMFELD (drwiącym tonem):

Cieszę się, że się cieszycie, komendancie Wąpierz.


AGNELLUS WĄPIERZ (arogancko, lekceważąc Zdzisława):

Cała Milicja Obywatelska, Służba Bezpieczeństwa i lokalna gawiedź leżą u moich stóp! Wy też będziecie leżeć, towarzyszu Baumfeld! Sezon pierwszy serialu “PRL” już się zakończył, a teraz trwa drugi! (Anachronicznie parafrazuje cytat z hip-hopowej piosenki “Rapowe Ziarno”) “Druga zwrotka, bo zawsze chciałem zacząć od środka”, cha, cha, cha, cha, cha! Na kolana, obywatelu Zdzisławie! Na kolana, wypierdku Werfelberga!!!


ZDZISŁAW BAUMFELD (groźnie, ostrzegawczo):

Nie nazywajcie mnie wypierdkiem Werfelberga!


AGNELLUS WĄPIERZ (despotycznie, do trojga podwładnych):

Towarzysze - brać go!


Zdobysław Kowalski, Ammoniusz Pawłowski i Wyszeniega Wiśniewska rzucają się na Baumfelda, żeby zakuć go w kajdanki. Zdzisław przez chwilę walczy z przedstawicielami Milicji Obywatelskiej, ale ostatecznie przegrywa szarpaninę. Zdobysław i Ammoniusz chwytają byłego UB-eka za ramiona, żeby uniemożliwić mu ucieczkę.


ZDZISŁAW BAUMFELD (histerycznie, krzyczy):

Nie możecie mnie wsadzić do paki! Ja nie jestem zbrodniarzem!


ZDOBYSŁAW KOWALSKI (szyderczo):

Nie? A kto uciekał się do niedozwolonych metod przesłuchiwania więźniów? Kto wykonywał bezprawnie wydane wyroki śmierci?


ZDZISŁAW BAUMFELD:

Powtarzam: nie możecie mnie zamknąć! Jestem ciężko chory!


WYSZENIEGA WIŚNIEWSKA (drwiąco, sceptycznie):

Taaa… Jasne…


ZDZISŁAW BAUMFELD (anachronicznie parafrazując słowa ze znanego filmiku “Jestem hardkorem!” opublikowanego na Youtube.com):

“Jestem psychopatą! Mam na to certyfikaty cztery!”


AMMONIUSZ PAWŁOWSKI (wybuchając śmiechem, cytatem z tego samego filmiku):

“Certyfi…!”


ZDOBYSŁAW KOWALSKI (złośliwie, chcąc przestraszyć Baumfelda):

Wiecie, obywatelu podporuczniku, jaki dostaniecie wyrok za torturowanie i zabijanie ludzi? Sto czterdzieści lat więzienia plus podwójne dożywocie!


ZDZISŁAW BAUMFELD (przestraszony i oburzony):

O, a to dlaczego?!


ZDOBYSŁAW KOWALSKI (zjadliwym tonem):

No jak to: dlaczego? Bo jesteście takim trochę Amerykaninem i będziecie sądzeni według standardów amerykańskich!


ZDZISŁAW BAUMFELD:

Nie wierzę.


ZDOBYSŁAW KOWALSKI (dalej straszy Baumfelda):

To uwierzcie, obywatelu podporuczniku. Dostaniecie sto czterdzieści lat więzienia plus podwójne dożywocie! Co wy sobie myślicie, że amerykańskie prawo nie zna takich wyroków?! Heh, w Stanach Zjednoczonych to nawet na tysiąc lat potrafią człowieka zamknąć! Kto wie… Może teraz, po odwilży gomułkowskiej, sąd znowu okaże się surowy? Może skaże bezwzględnego oprawcę z UB na tysiąc lat pozbawienia wolności? Może towarzysz Zdzisław spędzi całe tysiąclecie w jednej celi z Dżafarem Takiffem?!


Zdzisław Baumfeld wygląda na przerażonego i zrozpaczonego, toteż anachronicznie śpiewa fragmenty utworu “Chwała Mordercom Wojciecha” zespołu Behemoth.


ZDZISŁAW BAUMFELD (tragicznym tonem, słowami z piosenki Behemotha):

“Tysiąc lat…
Tysiąc p***dolonych lat…
Dziesięć ciemnych wieków…
Dlaczego?!
Gnuśnieliśmy w wilczych norach,
A naszą świętość czas pogrzebał.
I krzyż wielki, drewniany
Wciąż rzuca krwawy cień
Na waszą przeszłość!
Co potrzebujecie, będzie wam dane…
Czy ta zdradziecka bestia wciąż żyje?!
I nikt…
Nikt nie zapomni…
Nikt! (…)
To my jesteśmy morzem Apokalipsy,
Ostatnią nadzieją odradzającej się Istoty.
Waszym piekłem…
Waszym…
Ukojeniem!
I nie topory, lecz wspomnienia
Będą piły krew waszą tam,
Na armageddońskich
Polach!”


Na scenę wraca Tryfiliusz Zieliński.


ZDZISŁAW BAUMFELD (szyderczo, na widok funkcjonariusza Służby Bezpieczeństwa):

SB-ek is back!


TRYFILIUSZ ZIELIŃSKI (wesoło, do Wąpierza):

Towarzyszu komendancie, milicja jest już gotowa na przyjęcie Zdzisława Baumfelda! Wszyscy są ciekawi, jak ich były zwierzchnik będzie wyglądał w roli aresztanta!


AGNELLUS WĄPIERZ:

Świetna robota, obywatelu Tryfiliuszu. Właśnie tego nam było potrzeba.


ZDZISŁAW BAUMFELD (ponuro, z niesmakiem):

Dziwne macie te potrzeby…


AMMONIUSZ PAWŁOWSKI:

I kto to mówi? Ten, który jadł koty i przekonywał swoje otoczenie, że rewolucja musi nastąpić także w polskiej kuchni!


WYSZENIEGA WIŚNIEWSKA (chichocząc):

To chyba miała być kulinarna awangarda, hehehe! Albo dieta alternatywna!


ZDZISŁAW BAUMFELD (smutno, melancholijnie):

Ech… Chciałem żyć w świecie, w którym nie ma podziału na biednych i bogatych… W świecie, w którym wszyscy są równi, a takie pojęcia jak “Ojczyzna”, “Naród”, “patriotyzm”, “niepodległość” czy “suwerenność” nie istnieją i nie prowokują nikogo do wszczynania wojen… A jeśli wprowadzenie tego raju na całej Ziemi jest niemożliwe, to chciałem, żeby zapanował on przynajmniej w Polsce… Marzyłem o tym, by Polska była drugim ZSRR… I co z tego mam? Mieszkańcy nadwiślańskiego kraju, zamiast mi dziękować, uważają mnie za zbrodniarza, traktują jak bandytę, oskarżają o niepotrzebne okrucieństwo i chcą wsadzić do więzienia… (Pretensjonalnie, anachronicznie posługując się pewnym cytatem) “Nie o taką Polskę walczyłem”!!!


AGNELLUS WĄPIERZ (do widzów, zniecierpliwiony):

A ponieważ to ja powinienem mieć w tym utworze ostatnie słowo… wypowiadam je głośno i wyraźnie: KONIEC!



K-U-R-T-Y-N-A

Natalia Julia Nowak,
26-31 sierpnia 2010 roku

czwartek, 26 sierpnia 2010

"Dzieci Demokracji" - ostra, złośliwa satyra

OD AUTORKI:

Niniejsza piosenka, ułożona do melodii “Hey Boy (Get Your Ass Up)” młodzieżowego zespołu Blog 27, nie należy do moich najnowszych dzieł. Ułożyłam ją już rok temu, kiedy to zbliżały się wybory do Parlamentu Europejskiego. Początkowo chciałam opublikować ten utwór jeszcze przed rzeczonymi wyborami, jednak później porzuciłam ten pomysł i… zapomniałam o własnym “dziele” na kilkanaście miesięcy. Dopiero teraz przypomniałam sobie, że posiadam w swojej “szufladzie” nieopublikowany tekst piosenki, toteż postanowiłam go zaprezentować szerokiemu gronu odbiorców.

Utwór “Dzieci Demokracji” ma charakter czysto satyryczny: jego celem jest zdemaskowanie wad demokracji za pomocą ostrej, chwilami wręcz złośliwej ironii. Osobą mówiącą w tekście jest młody, anonimowy obywatel państwa demokratycznego, który - z racji posiadania poglądów zgodnych ze zdaniem większości - uważa się za jednego z władców swojego kraju oraz okazuje pogardę przedstawicielowi politycznej mniejszości. Bo, jak słusznie zauważyła pewna osoba publiczna, niesprawiedliwość demokracji polega na uwzględnianiu wyłącznie opinii większości. Oznacza to, że jeśli pytamy o zdanie pięciu głupców i jednego geniusza, to ważniejsza okazuje się wola tych pierwszych (geniusz najzwyczajniej w świecie zostaje przegłosowany). Czy to jest dobre, uczciwe, bezpieczne? Oczywiście, że nie! Dlatego należy ostro się sprzeciwiać systemowi demokratycznemu! Wymówki w stylu Winstona Churchilla (“Demokracja jest najgorszą formą rządów, ale do tej pory nie wymyślono lepszej”) są bezwartościowe i pozbawione sensu.

Pozdrawiam serdecznie!


Natalia Julia Nowak (En-Dżej-En)


P.S. Jak już wspomniałam, prześmiewcza piosenka “Dzieci Demokracji” została ułożona do melodii “Hey Boy (Get Your Ass Up)” formacji Blog 27. Jeśli ktoś nie zna oryginalnego “kawałka”, to powinien się z nim jak najszybciej zapoznać.




Chcę Ci powiedzieć, że Większość ma rację.
Wszędzie - i nie tylko - gdzie masz demokrację.
Dziś Dzieci Demo urządzą DEMOlkę.
Cóż znaczy matka, gdy dzieci jest dziesięć?!
Chyba nic…

Jestem
Dzieckiem Demo,
Jestem
Dzieckiem Neo.
Tutaj
Rządzi Większość dziś,
A Większość
To właśnie my!
Jestem
Dzieckiem Demo,
Jestem
Dzieckiem Neo.
Tutaj
Rządzi Większość dziś,
A Większość
To właśnie my!

Czy to po szkole, czy po imprezie -
- Czytamy “Bravo”, a potem głosujemy.
Nie jesteśmy mądre, za to jest nas więcej.
Naprawdę, Dzieci Demo jest tu dużo więcej!
Aleee kwaaas…

Jestem
Dzieckiem Demo,
Jestem
Dzieckiem Neo.
Tutaj
Rządzi Większość dziś,
A Większość
To właśnie my!
Jestem
Dzieckiem Demo,
Jestem
Dzieckiem Neo.
Tutaj
Rządzi Większość dziś,
A Większość
To właśnie my!

Brutalne życie to nie są pieszczoty.
Jesteśmy Większością, a Ty jesteś zupełnie sam!
Żadne elity nie… nie podskoczą dziś nam!
Tutaj liczy się Większość! To jest demokracja!

Bum czika bum czika bum bum bum bum!
Czika bum czika bum czika bum bum bum bum!

Jestem
Dzieckiem Demo,
Jestem
Dzieckiem Neo.
Tutaj
Rządzi Większość dziś,
A Większość
To właśnie my!
Jestem
Dzieckiem Demo,
Jestem
Dzieckiem Neo.
Tutaj
Rządzi Większość dziś,
A Większość
To właśnie my!

Tak szczerze mówiąc, nie obchodzą nas idee.
Mamy je wszystkie w pupie i Ty dobrze o tym wiesz.
Dobre jest tylko to, co przyjemność sprawia.
Liczy się wygoda… goda…
Wygoda!!!

Wygo wygo wy go go go go go da!
Cziki da cziki da cziki da da da da da!

Ty… faszysto!*

Jestem
Dzieckiem Demo,
Jestem
Dzieckiem Neo.
Tutaj
Rządzi Większość dziś,
A Większość
To właśnie my!
Jestem
Dzieckiem Demo,
Jestem
Dzieckiem Neo.
Tutaj
Rządzi Większość dziś,
A Większość
To właśnie my!

D.E.M.O. - uuaaa!
Z większością jeszcze nikt nie wygrał!
D.E.M.O. - uuaaa!
Z większością jeszcze nikt nie wygrał!
D.E.M.O. - uuaaa!
Z większością jeszcze nikt nie wygrał!
D.E.M.O. - uuaaa!
Z większością jeszcze nikt nie wygrał!






______________________________
* Uwaga! Zamiast “faszysto” równie dobrze może być “komuchu”, “naziolu”, “despoto”, “idioto”, “debilu”, “kretynie”, “wariacie” etc. Właściwie, można tutaj wstawić dowolne wyzwisko liczące sobie trzy sylaby.

wtorek, 24 sierpnia 2010

"Jestem poetą" (na melodię "Jestem kobietą" E. Górniak)

Parafraza piosenki "Jestem kobietą" Edyty Górniak


Każdy wers kryje drugie dno.
Umiem westchnieniem deptać zło,
Słodką przenośnią dotknąć dusz,
Słowem omamić jak woń róż.
Tak jak Tetmajer sławię Cię.
Tak jak Miciński wzbudzam lęk.
Gdy cierpisz jak za łotrów trzech,
Wzbudzam Twój śmiech!

Jestem poetą:
Głosem prawdy i sumieniem tych ziem.
Pławiąc się w myślach,
Jutro, jutro rozsławię sięęęęę!
Jestem poetą...
Wzbudzam radość, wzbudzam lęk,
Wzbudzam zachwyt, wzbudzam niesmak,
Smutek i śmiech.

Jednym przysłówkiem sycę gniew,
Puentą wyzwalam w duszy śpiew.
Mogę w balladzie zabić Cię,
Więc bój się mnie!

Jestem poetą:
Głosem prawdy i sumieniem tych ziem.
Pławiąc się w myślach,
Jutro, jutro rozsławię sięęęęę!
Jestem poetą...
Wzbudzam radość, wzbudzam lęk,
Wzbudzam zachwyt, wzbudzam niesmak,
Smutek i śmiech.



2007 rok

sobota, 21 sierpnia 2010

Uwaga! Podszywają się pode mnie, podkradają teksty!

Jakiś czas temu odkryłam, że w Internecie działa jeszcze jedna osoba, podpisująca się jako Natalia Julia Nowak:

http://himavanti.pun.pl/profile.php?id=73

PROSZĘ PAMIĘTAĆ, ŻE TO NIE JESTEM JA!!!



Na stronie f.kafeteria.pl ktoś umieścił mój artykuł pt. "Mężczyźni są wyższą płcią!" i odpowiada na komentarze... w moim imieniu.
Posty, podpisane jako "Julia Nowak", NIE pochodzą ode mnie!

http://f.kafeteria.pl/temat.php?id_p=4147695&start=0



Inne osoby, które się pode mnie podszywają:

http://www.wierzacychrzescijanin.fora.pl/profile.php?mode=viewprofile&u=229

http://ojezusieimaryi.p2a.pl/profile.php?id=178



KRADZIEŻ WŁASNOŚCI INTELEKTUALNEJ!

Oto strona, na której niejaka GABI_BC umieściła mój dramat "Straszna lektura", zmieniwszy mu tytuł na "LekturaMix". Internautka "zapomniała" zaznaczyć, kto jest autorką wspomnianej sztuki teatralnej:

http://czat-tv.blog.onet.pl/LekturaMix,2,ID394931822,n



Kuźwa! Ledwo opublikowałam mój stary wiersz "Upadli Idealiści", a już ktoś mi go ukradł! I to jeszcze tego samego dnia! Popatrzcie, gdzie go umieszczono:

http://www.gamedesire.com/player/Kotek%252AMyszki/blog/299491

Tak samo było z moim haiku "Quo vadis", które "dziwnym trafem" zamieniło się w opis zdjęcia jakiejś panienki. Wystarczy spojrzeć:

http://www.photoblog.pl/chhillout/71816042



Poniższa prześmiewcza ankietka NIE jest mojego autorstwa:

http://www.ankietka.pl/ankieta/33891/co-sadzisz-o-znanej-polskiej-pisarce-i-publicystce-natalii-julii-nowak.html

wtorek, 17 sierpnia 2010

Fałszywy patriota

Myślałam, że kochasz swe Państwo,
Że chcesz Jego szczęścia, wolności.
Wierzyłam w twe piękne przemowy
O dumie, honorze, miłości.

Jawiłeś się jako obrońca
I strażnik swej cudnej Krainy.
Do snu utulałeś mą czujność
I w oczy wcierałeś mydliny.

Mówiłeś, że wielbisz Ojczyznę,
Że jesteś Jej sługą, rycerzem.
Darzyłam cię wielkim szacunkiem,
Błądziłam w ufności i wierze.

A ty - niespodzianie, znienacka,
Rzecz godną pogardy zrobiłeś:
Złamałeś przysięgę wierności
I własną Ojczyznę zdradziłeś!

Myślałam, że śnię, więc pragnęłam
Obudzić się z tego koszmaru.
Lecz czyn twój był jawą upiorną
I groźną jak otchłań Tartaru.

Dziś czuję jedynie pogardę
I niechęć do twojej osoby.
Niech los cię ukarze surowo -
- On ma swe sprawdzone sposoby!

wtorek, 10 sierpnia 2010

Patriotyczny rachunek sumienia

Drogi Polaku!

Jest 10 sierpnia 2010 roku, toteż chciałabym skierować do Ciebie kilka pytań o charakterze moralnym. Nie zależy mi na tym, żebyś udzielił na nie wyczerpującej, pisemnej odpowiedzi. Pragnę tylko tego, abyś uważnie je przeczytał i rozważył w swoim sercu. Jesteś już gotowy na krótki, patriotyczny rachunek sumienia? Jeśli tak, to przejdź do dalszej części niniejszej notatki!

Czy uważasz się za Polskiego Patriotę? Czy, Twoim zdaniem, suwerenność Ojczyzny to sprawa ogromnej wagi, a zarazem skarb, którego należy strzec jak oka w głowie? Czy jesteś przekonany, że kochasz Polskę i chcesz dla Niej jak najlepiej? Czy podziwiasz polskich Bohaterów Narodowych oraz uznajesz Ich za godne naśladowania Autorytety? Czy święta narodowe i rocznice ważnych wydarzeń historycznych mają dla Ciebie znaczenie? Czy przypuszczasz, że w sytuacji kryzysowej byłbyś skłonny do bezinteresownej obrony swojej Ojczyzny?

Jeżeli na większość powyższych pytań odpowiedziałeś twierdząco, to zapoznaj się jeszcze z tym jednym:

CZY, DO CHOROBY CIĘŻKIEJ, PAMIĘTASZ, ŻE DOKŁADNIE 10 MIESIĘCY TEMU - 10 PAŹDZIERNIKA 2009 ROKU - ZOSTAŁ RATYFIKOWANY TRAKTAT LIZBOŃSKI, CZY JUŻ CI TO WYWIETRZAŁO Z GŁOWY?!

Jeśli Ci wywietrzało, to powinieneś ponownie zastanowić się nad pytaniem pierwszym, które brzmi: "Czy uważasz się za Polskiego Patriotę?". Bo ja myślę, że prawdziwy Patriota nie zapomniałby o tak poważnej i niepokojącej sprawie, jaką była ratyfikacja Traktatu Lizbońskiego.

Pozdrawiam i życzę zdrowego rozsądku!


Natalia Julia Nowak,
dziewczyna, która nie zapomniała

poniedziałek, 9 sierpnia 2010

TragiFarsa 7. Teoria spisku

OD AUTORKI:


Niniejszy utwór jest siódmą częścią groteskowo-satyrycznej serii dramaturgicznej o UB-eku Zdzisławie Baumfeldzie. Oto tytuły poprzednich dramatów (w kolejności od najstarszego do najnowszego): "TragiFarsa socNIErealistyczna, "TragiFarsa 59 lat później", "TragiFarsa 3. Skandal stulecia", "TragiFarsa + 60 lat", "TragiFarsa 5. Odcinek specjalny", "TragiFarsa 6. Totalna porażka".

Życzę miłej lektury!



Natalia Julia Nowak




Czas akcji: 9 maja 1952 roku

Miejsce akcji: pokój gościnny w domu Świętożyźni Klemermann

Osoby: Świętożyźń Klemermann (41 lat), Archibald Moździerz (47 lat), Fulgencjusz Skwarowski (42 lata), Gorgoniusz Skwarowski (40 lat), Gliceria Gościwit (29 lat), Doroteusz Kpina (34 lata), Gniewosądka Klemermann (17 lat), Maria Lolita (25 lat)


W pokoju gościnnym, mieszczącym się w domu por. Świętożyźni Klemermann, przebywa garstka jej znajomych z pracy: sierż. Archibald Moździerz, szer. Fulgencjusz Skwarowski, szer. Gorgoniusz Skwarowski, szer. Gliceria Gościwit i ppor. Doroteusz Kpina. O ile w poprzednich sześciu TragiFarsach wszyscy UB-ecy nosili mundury, o tyle teraz są ubrani po cywilnemu, przez co sprawiają wrażenie zupełnie zwyczajnych ludzi. Pomieszczenie nie jest ani duże, ani małe, ale za to przytulne, zadbane i wyposażone zgodnie z modą z pierwszej połowy lat pięćdziesiątych. Archibald i bracia Skwarowscy siedzą na kanapie przy stole, a Gliceria - nieco dalej, na fotelu. W pewnym momencie wchodzi do salonu Świętożyźń, która niesie tacę z malutkimi, kwiecistymi, porcelanowymi filiżankami i imbrykiem z tego samego zestawu. Funkcjonariuszka Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Młodzianowicach ma na sobie krótką, białą sukienkę w kwiatki, podobną do rzeczonych filiżanek i imbryka. Komunistka wygląda w tym stroju bardzo romantycznie i dziewczęco (nie kobieco, tylko właśnie dziewczęco).


ARCHIBALD MOŹDZIERZ (żartobliwie, na widok Świętożyźni):

Panna Klemermannówna zaprasza na herbatkę!


ŚWIĘTOŻYŹŃ KLEMERMANN (groźnie, opryskliwie):

Nie nazywajcie mnie panną Klemermannówną, towarzyszu Moździerz! Tak bardzo wam przeszkadza, że - pomimo bycia matką siedemnastoletniej Gniewosądki - nie mam męża? Przyjdzie odpowiedni moment, to oskarżę was o odchylenie prawicowo-katolicko-konserwatywno-patriarchalne i wasze głupie żarty się skończą!


Kobieta kładzie tacę na stole i rozdaje gościom filiżanki, nawet na nich nie patrząc.


GLICERIA GOŚCIWIT (do Świętożyźni):

Macie rację, towarzyszko! Ta “panna Klemermannówna” brzmi po prostu makabrycznie! Kiedy ktoś mi o was opowiada, to wyobrażam sobie lodowatą, bezwzględną, pewną siebie, odzianą w oficerski mundur funkcjonariuszkę UB w średnim wieku, która po przesłuchaniu NSZ-owca czy innego AK-owca bierze udział w zebraniu PZPR i rozprawia o tym, jak wielkim zagrożeniem dla bezpieczeństwa publicznego jest patriotyczna czarna reakcja. Tak! Właśnie taki obraz staje mi przed oczami, kiedy ktoś o was wspomina w mojej obecności! (Pogardliwie, wskazując na Archibalda Moździerza) A ten płaziniec mi tu z “panną Klemermannówną” wyjeżdża… Doprawdy, rzygać by się chciało!


Świętożyźń Klemermann, która w trakcie wypowiedzi Glicerii napełniła filiżanki herbatą, siada na fotelu naprzeciwko swojej współtowarzyszki. Podczas całej dalszej rozmowy komuniści powoli piją napój.


ŚWIĘTOŻYŹŃ KLEMERMANN (strofującym tonem, do Moździerza, nadal zbulwersowana):

“Panna Klemermannówna”… W ten sposób możecie się zwracać do Gniewosądki, ale nie do mnie! Proszę was, towarzyszu, żebyście mówili na mnie “towarzyszka Świętożyźń Klemermann” albo “porucznik Świętożyźń Klemermann”. Bo ta “panna Klemermannówna” nie za bardzo do mnie pasuje!


FULGENCJUSZ SKWAROWSKI (wzdycha):

Ach, te baby… Wystarczy powiedzieć dwa słowa za dużo, a one będą zmywać człowiekowi głowę przez następne pięć minut…


GORGONIUSZ SKWAROWSKI:

Towarzyszko Klemermann, po co nas do siebie zaprosiliście, skoro jesteście nie w sosie? Brakowało wam kogoś, z kim moglibyście się kłócić?


ARCHIBALD MOŹDZIERZ (głośno, cynicznie):

Ja tak myślę! Moja matka zawsze powtarzała, że stare panny to kąśliwie osy! A kiedy patrzę na Świętożyźń, to dochodzę do wniosku, że poczciwa staruszka miała rację!


DOROTEUSZ KPINA (rozbawiony, z uznaniem):

Pięknie powiedziane, obywatelu Archibaldzie! Trzeba to gdzieś zapisać!


Świętożyźń Klemermann głośno wzdycha z irytacji.


ŚWIĘTOŻYŹŃ KLEMERMANN:

Chcecie wiedzieć, po co was tu zaprosiłam, towarzysze? Bo uważam was za jedyne osoby, którym mogę zaufać i z którymi mogę się podzielić swoimi refleksjami. Wybrałam to miejsce, ponieważ wiem, że nie ma tu urządzeń podsłuchowych i dlatego mogę sobie pozwolić na większą swobodę niż w miejscu pracy. Mam nadzieję, że będziecie łaskawi to docenić.


ARCHIBALD MOŹDZIERZ (siląc się na to, by być przekonującym):

Ależ doceniamy, doceniamy…


ŚWIĘTOŻYŹŃ KLEMERMANN:

O czym właściwie chciałabym z wami pomówić? O Tamtych Wydarzeniach, które mocno mną potrząsnęły i sprawiły, że zaczęłam się zastanawiać nad kilkoma kwestiami… Chodzi o to wszystko, co miało miejsce między 30 kwietnia a 2 maja 1952 roku. Czyli o rzekomą “śmierć” i “zmartwychwstanie” Zdzisława Baumfelda. Pewnie nie będę odkrywcza, jeśli powiem, że cała ta sprawa jest bardzo dziwna i pobudza myślącego człowieka do stawiania trudnych pytań.


DOROTEUSZ KPINA (sceptycznie):

Zaraz, zaraz… Wydawało mi się, że nasz dyrektor, pułkownik Waldebert Werfelberg, wszystko nam wyjaśnił - zarówno przed Tamtymi Wydarzeniami, jak i po nich…


Klemermann spogląda wymownie na Kpinę.


ŚWIĘTOŻYŹŃ KLEMERMANN:

I tu leży pies pogrzebany, towarzyszu Doroteuszu. Werfelberg przedstawił sprawę w sposób tak plastyczny i przekonywujący, że wszyscy pracownicy UB “kupili” jego wersję wydarzeń i wierzą w nią jak w doktrynę religijną. Tymczasem ja, osoba brzydząca się wszelkim dogmatyzmem, mam czelność zadawać sobie pytanie: czy rzeczywiście było tak, jak twierdzi nasz szef? Przecież nikt z nas nie był wówczas w Warszawie i nie widział, co tak naprawdę się wydarzyło! A to, co nam wmawia pułkownik Werfelberg, jest tak dziwaczne i niewiarygodne, że chyba każda rozumna osoba miałaby do tego jakieś wątpliwości!


DOROTEUSZ KPINA (unosząc wysoko brwi):

Czyli co, towarzyszko Klemermann? Sugerujecie, że obywatel Werfelberg jest kłamcą? Że coś przed nami ukrywa? To jawna insynuacja!


ŚWIĘTOŻYŹŃ KLEMERMANN (spokojnie):

Insynuacja? Ja bym raczej powiedziała, że potrzeba dotarcia do prawdy. Nie mam pewności, drogi podporuczniku Kpina, że Werfelberg rzeczywiście nas okłamuje, ale nie mogę wykluczyć tej możliwości, dopóki nie znajdę niezbitego dowodu na jego prawdomówność. (Po krótkiej pauzie, do wszystkich gości) Wierzcie mi, towarzysze, że nie mam zamiaru was buntować przeciwko Werfelbergowi. Naprawdę, nie jest to moim celem. Ale musicie przyznać, że Tamte Wydarzenia były naprawdę nietypowe i wymagają rychłej weryfikacji. Proszę, streśćcie mi to, co opowiedział wam towarzysz pułkownik - tak, jak wy to zrozumieliście i zapamiętaliście.


GLICERIA GOŚCIWIT (powoli, z namysłem):

Zdzisław Baumfeld, po stracie posady w młodzianowickim PUBP, wyjechał do stolicy Polski Ludowej, gdzie zaczął głosić swoją własną ideologię zwaną marksizmem-zdzisławizmem. Niecały tydzień później o jego działalności dowiedział się jakiś wpływowy człowiek z Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego…


ARCHIBALD MOŹDZIERZ (cicho, ale z dumą):

Ja i Skwarowscy nawet wiemy, kto…


GLICERIA GOŚCIWIT (nie usłyszawszy Moździerza):

…który zadzwonił do Werfelberga i zaoferował mu oddanie Zdziśka w ręce warszawskiej bezpieki (czyli, mówiąc brutalnie, ukatrupienie ex-funkcjonariusza Łowcy Onych). Werfelberg zwołał nadzwyczajne zebranie w sali konferencyjnej PZPR i - po zapoznaniu się z opinią swoich podwładnych, czyli nas - podjął decyzję o przyjęciu oferty “ważnej osoby z Warszawy”.


ARCHIBALD MOŹDZIERZ (pod nosem):

Józefa Różańskiego…


GLICERIA GOŚCIWIT:

W nocy z 29 na 30 kwietnia 1952 roku Baumfeld został aresztowany, a potem, o godzinie 1:00 po południu, zaprowadzony na Stare Miasto i powieszony za nogi na specjalnej szubienicy. Dla niego miała to być dodatkowa forma udręczenia, a dla gawiedzi - przestroga przed karą, jaka grozi zdrajcom, sabotażystom i prowokatorom podburzającym lud.


DOROTEUSZ KPINA (dosyć nieśmiało, do Glicerii):

Czy mogę coś wtrącić, towarzyszko Gościwit? Mogę? Dziękuję. Otóż popularna anegdota głosi, że gdy Zdzisław wisiał do góry nogami, jakiś człowiek podszedł do szubienicy i przypiął do niej karteczkę z napisem: “Młodzianowice przepraszają za Baumfelda!”. Potem przyszła jakaś młoda dziewczyna i dołączyła informację: “Nie płakałam po Baumfeldzie!”. Ponieważ milicja nie zgodziła się na przyczepienie kolejnych kartek (choć był na to popyt, oj był!), na Rynku Starego Miasta rozległy się okrzyki w stylu: “Marne życie, marna śmierć!”. Nagle przylazła jakaś baba po pięćdziesiątce, zapewne matka Baumfelda, i zaczęła błagać funkcjonariuszy MO, żeby ulitowali się nad jej dzieckiem. Wówczas jeden z nich zawołał: “Wstydź się, starucho, żeś syna nie umiała wychować!”. Śmiechu było co nie miara!


Archibald Moździerz i bracia Skwarowscy chichoczą diabelsko oraz zacierają ręce. Gliceria Gościwit uśmiecha się cynicznie, jednak potem poważnieje i powraca do streszczania ostatnich chwil Łowcy Onych.


GLICERIA GOŚCIWIT:

Późną nocą, jeszcze 30 kwietnia, Zdzisław zmarł… a przynajmniej wyglądał, jakby zmarł… na skutek ogólnego wycieńczenia organizmu. Denat został złożony w kostnicy będącej częścią prosektorium “Jaskinia Hadesa”. Niespodziewanie, 2 maja 1952 roku o godzinie 6:00 rano, Zdzisiek wyszedł z budynku, czym przeraził idących po jego “zwłoki” prosektorów oraz milicjantów.


GORGONIUSZ SKWAROWSKI (złośliwie):

Powinni byli go dobić drewnianym kołkiem! Wtedy na pewno by nie wstał!


FULGENCJUSZ SKWAROWSKI:

Otóż to! A tak w ogóle, to powinni obwiesić całe prosektorium czosnkiem, żeby zniechęcić inne trupy do wstawania i straszenia żywych!


GLICERIA GOŚCIWIT (lekceważąc Gorgoniusza i Fulgencjusza):

Jeszcze tego samego dnia Baumfeld wrócił do Młodzianowic i pokazał się Waldebertowi Werfelbergowi, a nazajutrz - jego zastępcom, podpułkownikom Mroczysławie Kalinowskiej-Wójcik i Rzędzimirowi Wszeborowi Witkowskiemu. Werfelberg był wściekły, ponieważ zapłacił “ważnej osobie z Warszawy” kupę szmalu…


FULGENCJUSZ SKWAROWSKI (szybko, przerywając funkcjonariuszce Gościwit):

Trzy tysiące dolarów! Wiem, co mówię, bo podsłuchałem jego prywatną rozmowę z Kalinowską-Wójcik! Mój brat Gorgoniusz i towarzysz Moździerz też podsłuchiwali!


GLICERIA GOŚCIWIT:

Tak czy owak, nasz dyrektor bardzo się zdenerwował, bo zapłacił mnóstwo pieniędzy, a nie dostał tego, czego oczekiwał.


ARCHIBALD MOŹDZIERZ (polemicznie):

A ja słyszałem, że ten problem z pieniędzmi już się rozwiązał. Werfelberg zadzwonił do Ró… eee… do “ważnej osoby z Warszawy” i powiedział, że składa reklamację, bo tamtejsza bezpieka miała zniszczyć Baumfelda, a tego nie zrobiła. “Ważna osoba z Warszawy” odpowiedziała, iż nie wie, czego Waldebert się czepia, albowiem Zdzisław został zniszczony 30 kwietnia 1952 roku. Nasz dyrektor obruszył się: “Jak to… został zniszczony?! Przecież widziałem go żywego!”. A jego rozmówca na to: “Został zniszczony w sensie potocznym”! (Wybucha śmiechem) Ale beka!!!


Pozostali UB-ecy - łącznie ze Świętożyźnią Klemermann, której poprawił się humor - także “rechotają“. Fulgencjusz Skwarowski, gwałtownie parskając śmiechem, wypluwa z ust herbatę, której nie zdążył połknąć (na szczęście, ciecz trafia na podłogę, a nie na człowieka). Mężczyzna, nadal się “brechtając“, wstaje z kanapy, wyjmuje z kieszeni materiałową chusteczkę i idzie wytrzeć brązową kałużę.


FULGENCJUSZ SKWAROWSKI (rozbawiony, ścierając herbatę z podłogi):

“Został zniszczony w sensie potocznym” - a to dobre!


GORGONIUSZ SKWAROWSKI (również rozbawiony):

Cha, cha, cha, cha, cha! Jeśli kiedyś coś zniszczę i ktoś będzie się mnie czepiał, to mu powiem: “Owszem, zniszczyłem tę rzecz… ale w sensie potocznym”!


DOROTEUSZ KPINA:

A ja będę używał pogróżki: “Uważaj, stułbiopławie, bo cię zniszczę! W sensie potocznym!”


GLICERIA GOŚCIWIT (takim tonem, jakby opowiadała dowcip):

Dzwoni Werfelberg do “ważnej osoby z Warszawy” i mówi:
- Dzień dobry, towarzyszu, chciałbym zgłosić reklamację. Zapłaciłem za zniszczenie Baumfelda, a wy go nie zniszczyliście. Należy mi się zwrot pieniędzy!
- Zwrot pieniędzy? To nieporozumienie! Baumfeld został zniszczony 30 kwietnia 1952 roku!
- Jak to… zniszczony?! Przecież widziałem go żywego!
- Został zniszczony w sensie potocznym.


Towarzystwo ponownie wybucha śmiechem. Fulgencjusz, który już się uporał z plamą herbaty, wraca na swoje miejsce przy stole.


DOROTEUSZ KPINA (nieco poważniej, do Archibalda):

No dobra, towarzyszu Moździerz, ale co z tymi pieniędzmi? Werfelberg odzyskał swoje trzy tysiące dolarów czy nie?


ARCHIBALD MOŹDZIERZ:

Z tego co wiem, on i “ważna osoba z Warszawy” zdecydowali się pójść na kompromis. Ponieważ Zdzisiek został zniszczony, lecz nie zabity, UB-ecy podzielili się kasą pół na pół. Podobno obaj byli niezadowoleni, ale mniejsza z tym. Grunt, że uniknęli poważniejszego konfliktu.


Dłuższa pauza.


GLICERIA GOŚCIWIT (poważnie, do Świętożyźni):

Towarzyszko Klemermann, po co kazaliście nam streścić tę historię? Przecież była ona “wałkowana” już wiele razy!


ŚWIĘTOŻYŹŃ KLEMERMANN:

Po co kazałam wam streścić tę historię? Po to, żebyście sobie uświadomili, iż cała ta opowieść jest bezsensowna i nieprawdopodobna. Towarzysze, pomyślcie sami… Nikomu nieznany, trzeciorzędny UB-ek z zadupia wyjeżdża do Warszawy i zaczyna głosić własną, bezsensowną ideologię marksizmu-zdzisławizmu. Dziwnym trafem, już kilka dni później ten przyjezdny oszołom staje się znany na szczeblu ministerialnym, a jakaś ważna osoba z MBP oświadcza, że zależy jej na śmierci tego popaprańca. Popapraniec zostaje aresztowany i zabity, a potem - ni z gruszki, ni z pietruszki - wychodzi z kostnicy i paraduje po Warszawie. Czy to jest normalne? Chyba nawet dziecko zorientowałoby się, że cała ta sprawa brzydko pachnie! Więc dlaczego nikt nie próbuje jej zweryfikować? Czyżby wszyscy tak bardzo bali się Werfelberga, że nie dopuszczają do siebie krytycznych myśli i uzasadnionych podejrzeń?


DOROTEUSZ KPINA:

Do czego wy właściwie zmierzacie, towarzyszko Klemermann? Tak ciężko wam uwierzyć w prawdziwość Tamtych Wydarzeń? Przecież już Szekspir pisał: “Są w niebie i na ziemi takie rzeczy, o jakich nie śniło się filozofom”!


Świętożyźń wzdycha.


ŚWIĘTOŻYŹŃ KLEMERMANN (smutno, od niechcenia):

No dobrze, obywatele. Powiem wam szczerze, co o tym wszystkim sądzę, ale musicie mi obiecać, że nikomu tego nie powtórzycie.


BRACIA SKWAROWSCY (chórem):

Obiecujemy.


GLICERIA GOŚCIWIT:

Obiecujemy.


ARCHIBALD MOŹDZIERZ:

Obiecujemy.


UB-ecy spoglądają wyczekująco na Doroteusza Kpinę.


DOROTEUSZ KPINA (po długim namyśle, niechętnie):

Obiecujemy.


ŚWIĘTOŻYŹŃ KLEMERMANN (kontynuuje przerwany monolog):

Moi kochani, ja naprawdę uważam, że Werfelberg nas okłamuje. Nie wierzę w ani jedno słowo, które wypowiedział podczas opowiadania o “śmierci” i “zmartwychwstaniu” funkcjonariusza Łowcy Onych. Wiele razy rozmyślałam o Tamtych Wydarzeniach, aż w końcu sformułowałam wniosek, który wielu z was może zaszokować.


GLICERIA GOŚCIWIT (zaciekawiona, z lekkim niepokojem):

Jaki wniosek?


Funkcjonariuszka Klemermann bierze głęboki oddech, żeby dodać sobie odwagi.


ŚWIĘTOŻYŹŃ KLEMERMANN (stanowczo, dobitnie, zdecydowanie):

Nigdy nie było żadnego zamachu na życie Zdzisława Baumfelda.


Rozmówcy Świętożyźni wytrzeszczają oczy ze zdumienia.


ARCHIBALD MOŹDZIERZ (zszokowany):

Co?!


ŚWIĘTOŻYŹŃ KLEMERMANN (spokojnie):

To, co powiedziałam: nigdy nie było żadnego zamachu na życie Zdzisława Baumfelda. Mamy do czynienia z mistyfikacją na niespotykaną wcześniej skalę. Łowca Onych sam wyreżyserował tę szopkę ze “śmiercią” i “zmartwychwstaniem”, żeby potwierdzić swoją bzdurną ideologię oraz zdobyć nowych popleczników.


DOROTEUSZ KPINA (niedowierzając):

Nie… Nie… To niemożliwe… Przecież setki ludzi widziały, jak wisiał do góry nogami na szubienicy, a potem zmarł i został przeniesiony do prosektorium “Jaskinia Hadesa”… Ci, którzy obserwowali scenę od początku, twierdzą, że Baumfeld już w chwili wieszania był bardzo pobity, ledwo żywy… Dlatego nikogo nie zdziwiło, iż w końcu oddał ducha…


ŚWIĘTOŻYŹŃ KLEMERMANN:

A skąd wiecie, towarzyszu Kpina, że tym bardzo pobitym, ledwo żywym, powieszonym za nogi człowiekiem był Baumfeld? Widzieliście go? Przyjrzeliście mu się uważnie? Nie! Dlatego wybaczcie, ale nie macie prawa mówić, iż to na pewno był on!


DOROTEUSZ KPINA (nadal nie dowierzając Świętożyźni):

Na Rynku Starego Miasta była jego matka, która natychmiast go rozpoznała. Czy stara Baumfeldowa mogłaby pomylić własnego syna z kimś innym? Wydaje mi się, iż matka to osoba, która zna swoje dziecko jak własną kieszeń!


ŚWIĘTOŻYŹŃ KLEMERMANN (nie tracąc cierpliwości):

Po przyczepieniu tych dwóch karteczek z szyderczymi hasłami milicjanci przestali pozwalać gawiedzi na podchodzenie do szubienicy. Stara Baumfeldowa musiała więc stać daleko od wisielca, a to oznacza, iż nie widziała go dokładnie. Poza tym, zwróćmy uwagę na fakt, że ten powieszony człowiek był strasznie skatowany. Nawet, gdyby zdołał przeżyć, to jak 2 maja wyważyłby drzwi kostnicy?! (Dłuższa pauza) Wiecie, co myślę, towarzysze? Że tym nieszczęsnym wisielcem, którego wszyscy uznali za funkcjonariusza Łowcę Onych, wcale nie był on, tylko jego sobowtór. Tak, jego sobowtór!


FULGENCJUSZ SKWAROWSKI (zszokowany, wytrzeszczając oczy):

Sobowtór Łowcy Onych?! Nie… Nie może być…


ARCHIBALD MOŹDZIERZ:

Pewnie, że nie może być. Ten facet, który wyszedł z kostnicy, wyglądał tak jak Zdzisław w chwili śmierci, miał zakrwawione ubranie i rany w tych samych miejscach. O czym to świadczy? O tym, że była to jedna i ta sama osoba!


ŚWIĘTOŻYŹŃ KLEMERMANN (unosząc wysoko brwi):

Obywatelu Moździerz, a słyszeliście o czymś takim jak… charakteryzacja?


Archibald robi zdumioną minę. Przez chwilę wygląda, jakby próbował sformułować jakąś ciętą ripostę, ale ostatecznie porzuca ten pomysł. Świętożyźń uśmiecha się triumfalnie.


ŚWIĘTOŻYŹŃ KLEMERMANN (do wszystkich UB-eków):

Tak, tak, towarzysze. 30 kwietnia 1952 roku zabito jakiegoś mężczyznę, który był szalenie podobny do Baumfelda, żeby później, 2 maja, stworzyć pozór, iż Łowca Onych powrócił do życia. Myślę, że cały ten spektakl był dziełem samego Zdzisława… i… Werfelberga… którzy specjalnie na tę okoliczność nawiązali współpracę z “ważną osobą z Warszawy”. No, bo spójrzcie: szopka miała miejsce kilka dni po tym, jak Łowca Onych przybył z Młodzianowic do stolicy. Wyglądało to, jakby Baumfeld celowo pojechał do Warszawy, żeby wziąć udział w tym UB-eckim teatrze absurdu.


GLICERIA GOŚCIWIT:

Sugerujecie, poruczniku Klemermann, że Zdzisław, Werfelberg i “ważna osoba z Warszawy” byli ze sobą w zmowie? Że nasz dyrektor był reżyserem, prawdziwy Baumfeld scenarzystą i aktorem, jego sobowtór kaskaderem, a człowiek z Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego specjalistą od efektów specjalnych?


ŚWIĘTOŻYŹŃ KLEMERMANN (uśmiecha się szeroko):

Bingo!


GORGONIUSZ SKWAROWSKI (w zamyśleniu, do Klemermann):

Wiecie, towarzyszko? Wnioski, do których doszliście, są całkiem logiczne. Na pierwszy rzut oka wyglądają absurdalnie, lecz jeśli zastanowimy się nad nimi głębiej, stwierdzimy, że mają “ręce i nogi”.


DOROTEUSZ KPINA (kompletnie nieprzekonany, krzywiąc się niemiłosiernie):

Eeee, tam! Spiskowa teoria dziejów! Ja nie wierzę w takie gdybanie!


FULGENCJUSZ SKWAROWSKI (do Świętożyźni):

Obywatelko Klemermann, przedstawiliście nam swoje podejrzenia i wnioski. Ale co dalej zamierzacie z nimi zrobić? Widzę, że cała sprawa leży wam na sercu…


ŚWIĘTOŻYŹŃ KLEMERMANN:

Jedyne, co mogę teraz robić, to walczyć o to, żeby społeczeństwo poznało prawdę na temat Tamtych Wydarzeń. Nie twierdzę, że moje tezy są w stu procentach zgodne ze stanem faktycznym, jednak bez wątpienia brzmią one bardziej prawdopodobnie niż wynurzenia pułkownika Waldeberta Werfelberga. O prawdę trzeba walczyć, jaka by ona nie była. Jeśli to ja się mylę, a Werfelberg podaje same fakty, to po prostu trzeba udowodnić jego szczerość.


ARCHIBALD MOŹDZIERZ (dosyć ponuro):

Powiedzcie mi, towarzyszko, w jaki sposób chcecie “walczyć” o prawdę? Przecież obracacie się w środowisku funkcjonariuszy Urzędu Bezpieczeństwa i działaczy Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej! Czy nie boicie się, że zostaniecie posądzeni o zdradę i skończycie w Wojskowym Sądzie Rejonowym? Przecież mogą was oskarżyć o prowadzenie wysublimowanego sabotażu wewnątrz UB!


ŚWIĘTOŻYŹŃ KLEMERMANN (poważnie):

Wiem, obywatelu Archibaldzie, że ryzykuję bardzo dużo. Ale są takie rzeczy, dla których po prostu warto się poświęcić. Zdaję sobie sprawę z odpowiedzialności, jaka na mnie ciąży oraz z możliwych konsekwencji moich poczynań. Jednak zrozumcie, że nie zamierzam się poddać…


ARCHIBALD MOŹDZIERZ:

Towarzyszko Klemermann, czy naprawdę warto? Czy nie będziecie żałować swojej decyzji, jeśli któregoś dnia podwinie wam się noga i wpadniecie jak śliwka w kompot?


Świętożyźń unosi dumnie głowę i uśmiecha się z wyższością.


ŚWIĘTOŻYŹŃ KLEMERMANN (stanowczo, wyniośle):

Nie, nie będę żałować. Przeciwnie, będę z siebie baaaaardzo zadowolona!


DOROTEUSZ KPINA:

A w jakiej formie zamierzacie prowadzić tę swoją działalność, obywatelko?


ŚWIĘTOŻYŹŃ KLEMERMANN (uśmiecha się):

Przewodnicząc swojemu własnemu, opozycyjnemu ruchowi społecznemu o nazwie Kelvin 2/5/52! [wym. kelwin dwa pięć pięć dwa - przypis autorki]


FULGENCJUSZ SKWAROWSKI (chichocze, robiąc anachroniczną aluzję do pewnej książki z XXI wieku):

Kelvin 2/5/52? Dlaczego nie Farenheit 9/11?


ŚWIĘTOŻYŹŃ KLEMERMANN:

Dlatego, że rzekome “zmartwychwstanie” Łowcy Onych miało miejsce 2 maja, a nie 11 września.


GLICERIA GOŚCIWIT (stanowczo, krzyczy):

Kelvin 2/5/52 - żądamy prawdy!


Świętożyźń Klemermann spogląda z dumą na drugą kobietę.


ŚWIĘTOŻYŹŃ KLEMERMANN (uroczyście, patetycznie):

Obywatelko Glicerio Gościwit, niniejszym mianuję was vice-przewodniczącą ruchu społecznego Kelvin 2/5/52!


GLICERIA GOŚCIWIT (uśmiechając się skromnie):

Dziękuję, towarzyszko Klemermann. To dla mnie wielki zaszczyt.


DOROTEUSZ KPINA:

Ech, Kelvin 2/5/52... Będziemy przekonywać ludzi, że Werfelberg kłamie, a 30 kwietnia 1952 roku nie zabito prawdziwego Baumfelda, tylko jego sobowtóra…


ŚWIĘTOŻYŹŃ KLEMERMANN (z przekonaniem):

Bo najprawdopodobniej tak było, towarzyszu Kpina. Chociaż nie wykluczam też innej możliwości: 30 kwietnia mógł zostać uśmiercony prawdziwy Baumfeld, a 2 maja objawił się jego sobowtór, wynajęty przez Werfelberga i “ważną osobę z Warszawy”.


ARCHIBALD MOŹDZIERZ (z nagłą irytacją, do Świętożyźni):

Kobieto! Kiedy wreszcie przestaniesz używać tego idiotycznego związku frazeologicznego “ważna osoba z Warszawy”?! Człowiekiem, który zaproponował Werfelbergowi ukatrupienie Zdziśka, był pułkownik Józef Różański, dyrektor Departamentu Śledczego Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego! Naprawdę nie możesz tego zapamiętać?!


ŚWIĘTOŻYŹŃ KLEMERMANN:

To, kto był ową “ważną osobą z Warszawy”, jest akurat najmniej istotne. Gdyby to był król Jan III Sobieski albo królowa Maria Kazimiera de La Grange d'Arquien, również niewiele by to zmieniało.


GORGONIUSZ SKWAROWSKI (do Świętożyźni, z udawanym oburzeniem):

Towarzyszko Klemermann! Jak można mieszać Jej Królewską Mość Królową Marysieńkę w sprawę Tamtych Wydarzeń?! Toż to karczemne zuchwalstwo, pospolita impertynencja, konfundująca niezręczność, embarrassante faux pas!


ŚWIĘTOŻYŹŃ KLEMERMANN (piskliwie, do przedmówcy):

Nie mieszam w to królowej Marysieńki! Źle mnie zrozumieliście, towarzyszu Skwarowski! (Poważnie, do wszystkich komunistów) Moi drodzy, dla mnie liczy się tylko jedno: prawda. Suche fakty dotyczące Tamtych Wydarzeń. Jak wiecie, podałam wam dwie całkiem prawdopodobne teorie na ich temat. Jednakże bardziej wiarygodna wydaje mi się ta pierwsza: 30 kwietnia 1952 roku publicznie zniszczono sobowtóra Łowcy Onych, a prawdziwy Zdzisław pokazał się światu 2 maja o godzinie 6:00 rano.


DOROTEUSZ KPINA (nieco zażenowany):

Towarzyszko Klemermann, czy nie widzicie, że wasza teoria spiskowa jest w 60% oparta na filmie “Metropolis” Fritza Langa? Naoglądaliście się bajek i nawet sobie nie uświadamiacie, jak wielki mają one wpływ na waszą wyobraźnię tudzież sposób rozumowania! Co tu dużo mówić… Nie odróżniacie rzeczywistości od kinowej fikcji!


ŚWIĘTOŻYŹŃ KLEMERMANN (obrażona):

Towarzyszu Kpina! To jest jawna kpina! Film “Metropolis” oglądałam tylko trzy razy, a w ostatnim czasie w ogóle o nim nie myślałam! Wasze oskarżenia są bezpodstawne!


DOROTEUSZ KPINA:

Bezpodstawne? Przecież widzę, iż wzorujecie się na tej scenie z “Metropolis”, w której robotnicy palą na stosie Fałszywą Marię, a Freder krzyczy “Maaariooo!!!”, ponieważ myśli, że ginie jego ukochana. Tymczasem prawdziwa Maria ucieka przed Rotwangiem, który ściga ją, bo wierzy, że ma do czynienia z Fałszywą Marią. Dokładnie taka sama intryga! Zdzisław to Maria, Fałszywy Zdzisław to Fałszywa Maria, stara Baumfeldowa to Freder, “ważna osoba z Warszawy” to Rotwang, natomiast Werfelberg to Joh Fredersen, który pod koniec filmu już tylko łapał się za głowę i ubolewał nad skutkami całej afery.


ARCHIBALD MOŹDZIERZ (w estetycznej ekstazie):

“Metropolis”… Za każdym razem, kiedy słyszę o tym arcydziele lub je oglądam, robi mi się ciepło na duszy! Zaiste, stary film, a cieszy! Jednak kino na tym poziomie to już historia. Teraz jest moda na romantyczne gumno z Marylin Monroe!


DOROTEUSZ KPINA (urażony, do Archibalda):

No, przepraszam bardzo! Marylin Monroe to świetna aktorka i przepiękna kobieta! Mam w domu jej zdjęcia - wiszą na honorowym miejscu tuż nad moim łóżkiem! Proszę jej nie obrażać, obywatelu Archibaldzie, bo sobie tego nie życzę!


ARCHIBALD MOŹDZIERZ:

A ja mam w domu zdjęcia Brigitte Helm i co mi zrobicie, towarzyszu?


DOROTEUSZ KPINA (z pogardą):

Jesteście staroświeccy, żeby nie powiedzieć: reakcyjni. W czasach, kiedy Brigitte Helm była popularna, tacy komuniści jak my cierpieli prześladowania ze strony piłsudczyków. Ale skąd wy możecie o tym wiedzieć, skoro przebimbaliście całe międzywojnie… nie wiadomo gdzie?! Poczytajcie sobie, towarzyszu ignorancie, o zamykaniu działaczy KPP w Berezie Kartuskiej i nie plećcie farmazonów!


GLICERIA GOŚCIWIT (krzyczy):

Kelvin 2/5/52 - żądamy prawdy!


ARCHIBALD MOŹDZIERZ (do Kpiny, lekceważąc Glicerię):

Obywatelu podporuczniku, nie rozmawiamy o międzywojniu i sytuacji ówczesnych komunistów, tylko o kinie światowym. Jeśli wam jedno skojarzyło się z drugim, to znaczy, że macie jakieś kompleksy na punkcie swojej przeszłości. Podejrzana sprawa, jak w mordę strzelił! Będę musiał poinformować o tym Partię!


ŚWIĘTOŻYŹŃ KLEMERMANN (zniecierpliwona, do Archibalda i Doroteusza):

Po co, towarzysze, uskuteczniacie takie durne dyskusje?! Przecież to do niczego nie prowadzi! Ja chcę tylko zwrócić waszą uwagę na fakt, że sprawa “śmierci” i “zmartwychwstania” Baumfelda posiada bardzo wiele niewiadomych. Z relacji Werfelberga wynika, że Zdzisław został aresztowany w nocy z 29 na 30 kwietnia, a około godziny 1:00 po południu zaprowadzono go na Stare Miasto. Pytanie: co się z nim działo w międzyczasie?


GORGONIUSZ SKWAROWSKI (zaskoczony pytaniem):

Hmmm… Werfelberg nigdy nam o tym nie opowiadał!


ŚWIĘTOŻYŹŃ KLEMERMANN:

No właśnie. Skoro w momencie przybycia na Starówkę Baumfeld wyglądał na bardzo skatowanego, to możemy przypuszczać, że przez kilka lub kilkanaście godzin był torturowany. Ale czy rzeczywiście tak było? Czy mamy na to jakikolwiek dowód?


FULGENCJUSZ SKWAROWSKI (powoli, z namysłem):

No… nie!


ŚWIĘTOŻYŹŃ KLEMERMANN (do Fulgencjusza):

Otóż to, towarzyszu Skwarowski. Nie mamy żadnego dowodu. Dlatego sądzę, że przydałyby nam się stenogramy z ostatnich godzin życia Zdziśka. Najlepiej takie, które relacjonowałyby wydarzenia minuta po minucie.


GLICERIA GOŚCIWIT:

Kelvin 2/5/52 - żądamy stenogramów!


DOROTEUSZ KPINA (wytrzeszczając oczy):

Stenogramy z tortur i egzekucji? What the f**k?! Pracuję w UB od samego początku, czyli od 1945 roku, wcześniej udzielałem się w Resorcie Bezpieczeństwa Publicznego, lecz jeszcze nigdy nie widziałem, żeby ktoś sporządzał tego typu dokumenty! Jak wy sobie wyobrażacie te stenogramy, co? “Godzina 1:11: milicjanci prowadzą Baumfelda do miejsca kaźni. Godzina 1:12: milicjanci nadal prowadzą Baumfelda do miejsca kaźni. Godzina 1:13: milicjanci w dalszym ciągu prowadzą Baumfelda do miejsca kaźni. Godzina 1:14: Baumfeld zaczyna bluźnić przeciwko swoim wrogom. Godzina 1:15: Baumfeld kończy bluźnić przeciwko swoim wrogom. Godzina 1:16: Baumfeld potyka się, wywołując rozbawienie u milicjantów. Godzina…”


ŚWIĘTOŻYŹŃ KLEMERMANN (zniecierpliwiona, przerywa Doroteuszowi):

Zamknijcie się, podporuczniku Kpina! (Spokojnie, do wszystkich słuchaczy) Nikt z nas nie wie, dokąd zaprowadzono czy też zawieziono Zdziśka po jego zatrzymaniu. Nikt z nas nie wie, co mu zrobiono. Nikt z nas nie wie, czy był to prawdziwy Łowca Onych, czy jego sobowtór. No i kolejna sprawa… Jeśli był to sobowtór, to czy wiedział on, w co został wplątany, czy też nie był świadomy odgrywania roli Zdzisława Baumfelda? Ja myślę, że mógł doskonale wiedzieć, do jakich celów wykorzystuje go warszawska bezpieka.


FULGENCJUSZ SKWAROWSKI (zdumiony):

Mógł wiedzieć? Skąd to przypuszczenie, towarzyszko?


ŚWIĘTOŻYŹŃ KLEMERMANN:

Bo gdyby nie wiedział, że Urząd Bezpieczeństwa każe mu “robić” za Łowcę Onych, to zapewne krzyczałby na Starym Mieście: “Odczepcie się ode mnie! Nie jestem żadnym Baumfeldem!”. A podobno tego nie robił…


FULGENCJUSZ SKWAROWSKI (kiwając głową w zamyśleniu):

Fakt. O tym nie pomyślałem.


ŚWIĘTOŻYŹŃ KLEMERMANN:

W tym miejscu warto zadać kolejne trudne pytanie. Jeśli sobowtór wiedział, że wciela się w rolę Zdziśka, to czy możemy podejrzewać, iż uczestniczył w tym spektaklu dobrowolnie? Czy ktokolwiek zgodziłby się na to, by go torturowano, a następnie zabito w imię uwiarygodnienia jakiejś mistyfikacji?


GLICERIA GOŚCIWIT (głośno, z przejęciem):

Oczywiście, że nie! Nikt nie jest aż tak głupi!


ŚWIĘTOŻYŹŃ KLEMERMANN:

Czyli co? Sobowtór tylko udawał, że cierpi i umiera? Jego rany były namalowane, a ubranie poplamione czerwoną farbą? Czy Fałszywy Zdzisław był w zmowie z milicjantami, którzy go pilnowali, a potem zdjęli z szubienicy i zanieśli do prosektorium “Jaskinia Hadesa”? Gdzie w tym czasie był prawdziwy Baumfeld? Co robił? Zadaję te pytania, chociaż wiem, że mój tok myślenia może być błędny. Niewykluczone, iż na Rynku Starego Miasta w Warszawie zginął prawdziwy Zdzisiek, a my się po prostu mylimy.


GLICERIA GOŚCIWIT (głośno, stanowczym tonem):

Kelvin 2/5/52 - żądamy prawdy!


DOROTEUSZ KPINA (szyderczo):

Phi! Ja myślę, że wy nie żądacie prawdy, tylko potwierdzenia swojej teorii spiskowej!


ŚWIĘTOŻYŹŃ KLEMERMANN (wyniośle, do Kpiny):

Nie tyle potwierdzenia naszej… jak to określiliście… “teorii spiskowej”, ile zweryfikowania prawdomówności Waldeberta Werfelberga, dyrektora Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Młodzianowicach. Widzę, podporuczniku Kpina, że nie do końca rozumiecie cele i założenia opozycyjnego ruchu społecznego Kelvin 2/5/52.


DOROTEUSZ KPINA:

“Opozycyjnego ruchu społecznego”? A ilu, do choroby ciężkiej, macie członków, że nazywacie się szumnie “opozycyjnym ruchem społecznym”? Tylu, co przeciętne kółko różańcowe?


ŚWIĘTOŻYŹŃ KLEMERMANN (spokojnie, bez żadnych emocji):

Zastanówmy się. Jestem ja, czyli porucznik Świętożyźń Klemermann. Jest moja siedemnastoletnia córka Gniewosądka. Jest szeregowiec Gliceria Gościwit…


GORGONIUSZ SKWAROWSKI:

Jest szeregowiec Gorgoniusz Skwarowski…


FULGENCJUSZ SKWAROWSKI:

Jest starszy brat Gorgoniusza, również szeregowiec, Fulgencjusz Skwarowski…


ARCHIBALD MOŹDZIERZ:

Jest sierżant Archibald Moździerz…


ŚWIĘTOŻYŹŃ KLEMERMANN (dumnie, do Kpiny):

To dość dużo jak na początek istnienia organizacji, nie sądzicie, obywatelu Doroteuszu?


DOROTEUSZ KPINA (krzywi się z niesmakiem):

Czy ja wiem…


Nagle rozlega się dźwięk dzwonka. Świętożyźń Klemermann zrywa się jak oparzona z fotela i wybiega z pokoju, a potem wraca do niego ze swoją 17-letnią córką Gniewosądką, która trzyma w rękach szczelnie zamknięte, kartonowe pudełko. Córka funkcjonariuszki UB jest ubrana tak samo jak matka - nosi krótką, białą, niezwykle dziewczęcą sukienkę w kwiatki.


ARCHIBALD MOŹDZIERZ (pod nosem, uśmiechając się lekko):

Dwie panny Klemermannówny…


Starsza Klemermann “obdarza” Archibalda morderczym spojrzeniem.


ŚWIĘTOŻYŹŃ KLEMERMANN (groźnie, lodowato, do Moździerza):

Słyszałam to! (Do córki) Gniewosądko, ci ludzie to moi znajomi z pracy. Wszyscy wiedzą już o sprawach, o których rozmawiałyśmy wczoraj, przedwczoraj i trzy dni temu. Są po naszej stronie… no, jeśli nie liczyć podporucznika Doroteusza Kpiny, który wprawdzie nie wierzy w nasze teorie, ale obiecał nikomu nie powtarzać naszych sekretów.


GNIEWOSĄDKA KLEMERMANN (uprzejmie, do gości):

Miło mi was poznać, towarzysze. Ja jestem Gniewosądka Klemermann, mam siedemnaście lat i uczę się w pięcioletnim liceum zawodowym.


Gniewosądka kładzie pudełko na stole i razem z matką zaczyna je otwierać.


GNIEWOSĄDKA KLEMERMANN (wyjaśniająco, do gości):

To jest paczka od naszego warszawskiego przyjaciela, Dalmacjusza. Pod tym pseudonimem ukrywa się Makary Posłowicz - jeden z milicjantów, którzy pilnowali Baumfelda na Rynku Starego Miasta, a potem przenieśli go do najbliższego prosektorium. Udało nam się z nim skontaktować i poprosić, żeby opowiedział wszystko, co wie o Tamtych Wydarzeniach. Zaraz się dowiemy, jak zapamiętał te wypadki.


Kiedy pudełko zostaje otwarte, Świętożyźń wyjmuje z niego zagiętą kartkę (którą pośpiesznie odgina i zaczyna czytać), a Gniewosądka - cywilną, męską, pokrytą czerwonymi plamami kamizelkę. Podczas gdy matka zajmuje się lekturą listu, córka ogląda kamizelkę ze wszystkich stron i pokazuje ją gościom.


ŚWIĘTOŻYŹŃ KLEMERMANN (skończywszy czytać list):

Dalmacjusz pisze, że nie wie, czy powieszony na Starówce mężczyzna był prawdziwym Łowcą Onych, czy nie. Ale jest pewien jednego: to, co zrobiono temu człowiekowi, to nie był żaden “fake”. On naprawdę był skatowany i przeznaczony do powolnego konania na oczach podekscytowanego motłochu. Jego ból, rozpacz, wstyd i rany były autentyczne. Ubrania (m.in. kamizelka, którą zgubił) pachniały krwią, a nie farbą czy jakimkolwiek innym barwnikiem.


GNIEWOSĄDKA KLEMERMANN (wąchając w skupieniu kamizelkę):

Faktycznie… Zapach krwi…


GORGONIUSZ SKWAROWSKI:

Heh, ale przynajmniej otrzymaliśmy odpowiedź na jedno z naszych pytań. Wisielec wcale nie udawał, że jest ranny i umierający! On naprawdę taki był!


ŚWIĘTOŻYŹŃ KLEMERMANN (kontynuuje przerwaną wypowiedź):

Jak wynika z treści listu, późną nocą mężczyzna stracił przytomność, a funkcjonariusze Milicji Obywatelskiej i obserwatorzy uznali go za zmarłego. Tylko nasz Dalmacjusz, czyli milicjant Makary Posłowicz, miał do tego wątpliwości. Podobno próbował przekonać pozostałych mundurowych do swoich racji, ale oni go nie słuchali, gdyż cała scena miała miejsce na krótko przed północą. Milicjanci bali się, że jeśli się spóźnią i wyniosą trupa po godzinie dwunastej, to zostaną oskarżeni o Pracę-w-Dniu-Pracy. No, po prostu lękali się, iż skończą tak samo jak ów wisielec. Dlatego nie sprawdzili dokładnie, czy mężczyzna naprawdę jest martwy, czy tylko zemdlał.


ARCHIBALD MOŹDZIERZ:

To wiele wyjaśnia!


GLICERIA GOŚCIWIT (krzyczy):

Kelvin 2/5/52 - żądamy prawdy!


FULGENCJUSZ SKWAROWSKI (zaciekawiony, do Świętożyźni):

Towarzyszko, czy obywatel Makary Posłowicz pseud. Dalmacjusz wie coś o “zmartwychwstaniu” Zdziśka? Czy 2 maja o godzinie 6:00 rano był w pobliżu “Jaskinii Hadesa”?


ŚWIĘTOŻYŹŃ KLEMERMANN (ze smutkiem):

Niestety, nie. Dalmacjusz leżał wówczas w szpitalu, więc nie mógł zobaczyć tego epokowego wydarzenia. A szkoda, bo podobno zawsze marzył o zostaniu świadkiem jakiegoś niecodziennego zjawiska…


GORGONIUSZ SKWAROWSKI:

Dlaczego Dalmacjusz leżał w szpitalu? Co mu się stało?


ŚWIĘTOŻYŹŃ KLEMERMANN (wzruszając ramionami):

A bo ja wiem? Nie napisał o przyczynach swojej niedyspozycji! Mogę tylko przypuszczać, że odniósł rany w jakiejś potyczce z sabotażystami.


ARCHIBALD MOŹDZIERZ (złośliwie, pogardliwie):

Co z niego za milicjant, skoro dał się zakiełbolić jakimś odszczepieńcom?


ŚWIĘTOŻYŹŃ KLEMERMANN:

Też się zastanawiam. (Krótka pauza) Kurde druza, szkoda, że trafił do szpitala akurat przed 2 maja! Kto wie, może dzięki niemu dowiedzielibyśmy się więcej o Tamtych Wydarzeniach?


Niespodziewanie do uszu bohaterów dociera dźwięk dzwonka.


ŚWIĘTOŻYŹŃ KLEMERMANN (zdumiona):

A któż to taki? Gniewosądko, idź sprawdzić, kto do nas przyszedł!


Młodsza Klemermannówna wybiega z pokoju gościnnego. Chwilę później słychać skrzypienie otwieranych drzwi, a potem pełen złości, kobiecy głos dochodzący z przedpokoju.


MARIA LOLITA (jeszcze niewidoczna dla publiczności):

Cześć, Gniewosądko. Jest może twoja matka?


GNIEWOSĄDKA KLEMERMANN:

Tak, jest. A czemu pytasz?


MARIA LOLITA (oschłym, niecierpliwym tonem):

Chcę się z nią widzieć. Natychmiast!


GNIEWOSĄDKA KLEMERMANN (zdziwiona zachowaniem przybyłej):

Bardzo proszę. Jest w salonie.


Córka Świętożyźni i Maria Lolita wchodzą do pokoju gościnnego.


MARIA LOLITA (gniewnie, nienawistnie, na widok matki Gniewosądki):

Świętożyźń, ty stara, zjełczała psychopatko! Przychodzę, żeby cię spoliczkować za… za… za 28 kwietnia!


ŚWIĘTOŻYŹŃ KLEMERMANN (zaskoczona):

A co się wydarzyło 28 kwietnia?


MARIA LOLITA (wściekle, zaczepnie):

Już nie pamiętasz, ty zbutwiała lampucero piorąca slipy Trockiemu?! Otóż, droga córo Koryntu, 28 kwietnia odbyło się nadzwyczajne zebranie funkcjonariuszy UB, podczas którego Waldebert Werfelberg poinformował was o pomyśle “ważnej osoby z Warszawy”. Dyrektor wyraźnie powiedział, że nie przyjmie oferty tego człowieka, jeśli wy nie wyrazicie na to zgody. Zaapelował, żeby ci, którym zależało na życiu Zdzisia, rzekli coś w jego obronie. I co? Nikt się nie odezwał! Zupełnie nikt! Werfelberg zwrócił się indywidualnie do kilku podwładnych - między innymi do ciebie - z prośbą o powiedzenie czegokolwiek, ale nie usłyszał ani jednego słowa. Wiesz, co to oznacza, nierządnico babilońska?! Że wy wszyscy, wspólnymi siłami, skazaliście Zdzisia na śmierć! Tak! Zdeptaliście go swoją obojętnością! A ta obojętność była spowodowana między innymi twoją wcześniejszą wypowiedzią, w której totalnie obsmarowałaś mojego faceta i oskarżyłaś go o wszelkie nieszczęścia! (Piskliwie, drżącym głosem, wybuchając płaczem) Ty wywłoko, masz krew na rękach!!!


Kochanka Zdzisława Baumfelda zakrywa sobie twarz dłońmi i przez chwilę łka oraz szlocha. Potem odsłania buzię i krzyczy na całe gardło.


MARIA LOLITA (histerycznie, oskarżycielsko):

Świętożyźń Klemermann ma krew na rękach! Świętożyźń Klemermann ma krew na rękach!


ŚWIĘTOŻYŹŃ KLEMERMANN (gniewnie):

A ty, zidiociała wszetecznico, nie masz krwi na rękach?! Przypomnij sobie, jak wielu ludzi zadenuncjowałaś, jak wiele osób zniszczyłaś swoim długim jęzorem! Przez wiele lat byłaś Tajną Współpracowniczką Urzędu Bezpieczeństwa, a to bardzo poważna sprawa! Co z twoim nienarodzonym dzieckiem, szmato? Wszyscy wiedzą, że kazałaś ginekologowi rozerwać je na strzępy jak kartkę papieru! Poza tym, dlaczego bronisz tego wypierdka Baumfelda? Opowiadasz się za moralnością Kalego z powieści Henryka Sienkiewicza? “Jak Zdzisio Baumfeld torturować i zabijać, to dobrze. Jak Zdzisia Baumfelda torturować i zabijać, to źle”?


MARIA LOLITA (obrażona, z furią):

Ty suko! Zapłacisz mi za to!


Po tych słowach Maria Lolita podchodzi do Świętożyźni i z całej siły ją policzkuje. Porucznik Klemermann wydaje z siebie krótki okrzyk, po czym łapie się za bolący policzek.


MARIA LOLITA (tryumfalnie):

Masz to, na co zasłużyłaś, gnido! Oby czegoś cię to nauczyło!


ŚWIĘTOŻYŹŃ KLEMERMANN (jadowitym tonem):

“Nauczyło”?! To ty chcesz mnie pouczać?! Lepiej sama weź się za naukę, bo donoszenie do UB w zamian za seks z przystojnym funkcjonariuszem źle świadczy o twoim intelekcie! Cha, cha, cha, cha, cha! Całe Młodzianowice patrzą na ciebie jak na coś gorszego od prostytutki! Wydaje ci się, że społeczeństwo nie wie, co cię łączyło lub łączy ze Zdzisławem Baumfeldem?! Otóż wie, i to doskonale! “Tajna Współpracowniczka - Jawna Kochanka”! Na litość Marksa, co za kompromitacja!


MARIA LOLITA (mrużąc oczy):

Odkiełbol się od mojego faceta, dobrze?! Ty nawet nie wiesz, co on przeżył! Został brutalnie pobity, powieszony za nogi w miejscu publicznym, a potem doznał śmierci klinicznej! To cud, że po jakimś czasie znowu zaczęło mu bić serce! Jak śmiesz go krytykować, kurtyzano?! Jak śmiesz?!


ŚWIĘTOŻYŹŃ KLEMERMANN:

Idiotko, nie tocz piany z pyska! Twój “ukochany” Zdzisiek też bił i zabijał ludzi, ale nigdy ci to nie przeszkadzało! Nie łudźmy się: dobrze wiesz, czym na co dzień zajmował się Baumfeld! Sama niejednokrotnie obserwowałaś, jak przesłuchiwał więźniów!


MARIA LOLITA (nienawistnie):

Debilka!


ŚWIĘTOŻYŹŃ KLEMERMANN:

Ladacznica!


MARIA LOLITA:

Imbecylka!


ŚWIĘTOŻYŹŃ KLEMERMANN:

Rozpustnica!


FULGENCJUSZ SKWAROWSKI (do Gorgoniusza, Kpiny, Moździerza, Gościwit i Gniewosądki):

Cieszmy się, że wreszcie otrzymaliśmy odpowiedź na nurtujące nas pytanie: “Czy Zdzisław Baumfeld naprawdę został zamordowany?”. Brzmi ona: “I tak, i nie. Funkcjonariusz Łowca Onych doświadczył zjawiska śmierci klinicznej, co można uznać za pewną formę zgonu oraz zmartwychwstania”.


ARCHIBALD MOŹDZIERZ:

Wynika z tego, że pułkownik Waldebert Werfelberg od początku mówił prawdę. Chociaż była to… bardzo nietypowa prawda!


GLICERIA GOŚCIWIT (smutno):

Czy to oznacza, że opozycyjny ruch społeczny Kelvin 2/5/52 jest już niepotrzebny?


GORGONIUSZ SKWAROWSKI (również smutno):

Niestety, tak.


DOROTEUSZ KPINA (dumnie, z wyższością):

Phi! Od razu wiedziałem, że to nie wypali!


FULGENCJUSZ SKWAROWSKI:

Przepraszam, że zmieniam temat, ale po prostu muszę zadać to pytanie… Dlaczego w tej części TragiFarsy ani razu nie pojawił się Zdzisław Baumfeld?!


GORGONIUSZ SKWAROWSKI (rozkładając bezradnie ręce):

Nie wiem! Tak już wyszło!


ARCHIBALD MOŹDZIERZ (anachronicznie, żartobliwie):

TragiFarsa bez Baumfelda to jak Ich Troje bez Wiśniewskiego - nie może istnieć jedno bez drugiego!


GLICERIA GOŚCIWIT (również anachronicznie i żartobliwie):

Ich Troje bez Wiśniewskiego to jak PiS bez Kaczyńskiego!


FULGENCJUSZ SKWAROWSKI (przyłącza się do “rzucania” anachronizmami):

PiS bez Kaczyńskiego to jak Hutch bez Starsky’ego!


GORGONIUSZ SKWAROWSKI (formułuje własny anachronizm):

Hutch bez Starsky’ego to jak Paździoch bez Kiepskiego!


ARCHIBALD MOŹDZIERZ (kontynuuje anachroniczną zabawę):

Paździoch bez Kiepskiego to jak BrzydUla bez Dobrzańskiego!


DOROTEUSZ KPINA (zniesmaczony):

Towarzysze, czy wy przypadkiem nie pomyliliście epok? Wydawało mi się, że są lata pięćdziesiąte XX wieku!


GLICERIA GOŚCIWIT:

Może i pomyliliśmy epoki, kto wie? Ale nie ma to żadnego znaczenia, gdyż TragiFarsa socNIErealistyczna musi być… nierealistyczna!


GORGONIUSZ SKWAROWSKI (posługując się mottem serialu “Z Archiwum X”):

“The Truth Is Out There”!



K-O-N-I-E-C

Natalia Julia Nowak,
6-8 sierpnia 2010 roku