poniedziałek, 9 września 2013

Krótka recenzja filmowa. "Hachiko monogatari" Seijiro Koyamy

Tytuł oryginalny: “Hachiko monogatari”
Tytuł polski: /brak oficjalnego/
Reżyseria: Seijiro Koyama
Rok produkcji: 1987
Gatunek: dramat, obyczajowy, familijny



Czworonożny bohater

Japońska produkcja, która powinna zainteresować nie tylko filmomaniaków, ale również miłośników zwierząt. Ukazuje ona autentyczne wydarzenia, które miały miejsce kilkadziesiąt lat temu w Kraju Kwitnącej Wiśni. Tytułowy bohater dzieła, Hachiko, był wiernym i rozumnym psem, który - dzięki swoim zaletom - stał się znany w całym cesarstwie. Jak podaje polskojęzyczna Wikipedia, czworonóg już za życia był opisywany w mediach i podziwiany przez opinię publiczną. Kiedy odszedł za tęczowy most, jego zwłoki zostały spreparowane i umieszczone w tokijskim muzeum. Hachiko doczekał się kilku pomników. Stał się także bohaterem co najmniej dwóch książek. Film, który dzisiaj zrecenzuję, nie jest jedyną produkcją poświęconą słynnemu psu. W 2009 roku powstało bowiem dzieło “Mój przyjaciel Hachiko” Lassego Hallstroma. Przypatrzmy się jednak filmowi nakręconemu przez Seijiro Koyamę.

Rok 1924. W prefekturze Akita, położonej na północy Japonii, panuje sroga zima. Mimo mrozu i śnieżycy, w jednym z tamtejszych domów panuje radosna atmosfera. Zbliża się bowiem piękny moment: narodziny szczeniąt rasy akita. Ciężarna suczka, Aka, długo się męczy, ale w końcu wydaje na świat gromadkę uroczych piesków. Jeden z nich ma trafić do profesora Ueno, wybitnego inżyniera rolnictwa, mieszkańca Tokio. Naukowiec wspomniał kiedyś, że po stracie ukochanej suni, posiadającej geny akity, chciałby mieć nowego psa - stuprocentowego przedstawiciela tej rasy. Niestety, wkrótce okazuje się, że profesor i jego żona wcale nie są skłonni przyjąć nowego pupila. Pamiętają bowiem rozpacz po śmierci suczki oraz trudy związane z jej adopcją. Córka profesorstwa, nastoletnia Chizuko, ma jednak inne zdanie. Strasznie chce mieć pieska. Ostatecznie, to właśnie jej wola zostaje spełniona.


Profesor i szczeniak

Jeden ze szczeniaków, urodzonych na północy Japonii, zostaje wysłany w skrzynce do Tokio. Droga jest bardzo długa, a warunki przewozu pozostawiają wiele do życzenia. Po dotarciu do stolicy zwierzę nie daje znaków życia. Istnieje podejrzenie, że zdechło podczas transportu. Na szczęście, owo makabryczne złudzenie szybko zostaje rozwiane. Pies, przyjęty tylko ze względu na córkę profesorstwa, otrzymuje imię Hachiko (od liczby osiem). Tymczasem Chizuko średnio się nim interesuje. Więcej uwagi poświęca swojemu narzeczonemu. Niebawem wychodzi na jaw, że lekkomyślna dziewczyna jest w ciąży. Młodzieniec, będący sprawcą poczęcia, prosi profesora Ueno o rękę nastolatki. Naukowiec wyraża zgodę na ślub, a co za tym idzie - na przeprowadzkę Chizuko do domu jej chłopaka. Dziwnym trafem, zakochani nie chcą zabrać ze sobą pieska. Szczeniak zamieszkuje więc na stałe u profesorstwa.

Ueno i Hachiko szybko zostają nierozłącznymi przyjaciółmi. Spędzają ze sobą mnóstwo czasu. Każdy z nich jest zdolny do poświęceń na rzecz drugiego. Profesor najpierw myśli o swoim pupilu, a dopiero potem o sobie. Gdy zwierzątko wraca do domu zziębnięte i przemoczone, naukowiec pozwala mu spać na kanapie, a sam zajmuje miejsce na podłodze. Wyjątkową miłość, łączącą człowieka z psem, dostrzegają krewni i znajomi mężczyzny. Chizuko twierdzi, że jej ojciec woli Hachiko od kilkumiesięcznego wnuczka. W końcu nawet żona profesora zaczyna odczuwać zazdrość. Wydaje jej się, że Ueno bardziej kocha psa niż ją. Każdego ranka, kiedy naukowiec wybiera się do pracy, Hachiko odprowadza go na dworzec. Później, niezależnie od pogody, piesek czeka na niego, żeby odebrać go ze stacji. Osoby, będące świadkami tych scen, uznają Hachiko za niezwykle mądre i lojalne zwierzę.


Intuicja i egzotyka

Pewnego dnia, już w roku 1925, dzieje się coś alarmującego. Hachiko, który zawsze był wesoły i pogodny, zachowuje się w nietypowy sposób. Przeraźliwie szczeka, biega niespokojnie, próbuje zatrzymać wychodzącego do pracy profesora. Sprawia wrażenie, jakby miał jakieś złe przeczucia. Domownicy zauważają tę anomalię, lecz nie mają pojęcia, co ona oznacza. Niestety, psia intuicja okazuje się słuszna. Naukowiec, od początku pierwszego wykładu, czuje się fatalnie. Ma ogromne problemy z koncentracją. Nagle, ku przerażeniu studentów, upada na podłogę. Młodzi ludzie wzywają pomoc, ale po chwili staje się jasne, że profesora nie można już uratować. Co zrobi Hachiko, gdy jego przyjaciel nie pojawi się wieczorem na dworcu? Jak, po śmierci właściciela, potoczą się losy psa? Co się stanie z owdowiałą profesorową? Czy Hachiko i pani Ueno zaznają jeszcze szczęścia i radości?

“Hachiko monogatari” to film posiadający kilka wyrazistych cech. Europejczyk, oglądający tę produkcję, na pewno zwróci uwagę na zawartą w niej egzotykę. Dzieło Koyamy ukazuje świat zupełnie odmienny od zachodniego. Tradycyjne japońskie stroje, orientalna architektura, specyficzny wystrój wnętrz, jedzenie spożywane pałeczkami, charakterystyczne gesty, ukłony, sposoby reagowania i wysławiania się… To wszystko jest w filmie obecne. Do tych motywów dochodzą takie elementy, jak miejskie ulice, po których jeżdżą stare samochody i przedpotopowe pojazdy konne. Widać, że twórcy “Hachiko…” zadbali o wierne odtworzenie realiów panujących w międzywojennej Japonii. Ale forma produkcji także jest egzotyczna. Styl, w jakim zrealizowano dzieło, różni się od tego, do którego przyzwyczaiło nas kino europejskie i amerykańskie. Wszystko jest tutaj inne. I dlatego warto to zobaczyć.


Opowieść o przemijaniu

W serwisie Filmweb produkcja Koyamy została przyporządkowana do kategorii “dramat” i “familijny”. Zgadzam się z opinią, że opisywane dzieło jest dramatem. Nie mogę również zaprzeczyć, że stanowi ono film dla całej rodziny. Mimo to, uważam, że omawiana produkcja jest zbyt poważna dla małych dzieci. Chociaż w centrum uwagi znajduje się uroczy piesek, w tle widać skomplikowane ludzkie problemy i rozterki. Weźmy na przykład motyw ciężarnej nastolatki, która musi niezwłocznie wyjść za mąż i opuścić rodzinny dom. Albo wątek podstarzałej, niepracującej profesorowej: najpierw zamożnej i ustabilizowanej życiowo, a potem skazanej na wieczną tułaczkę. Spokojna, powolna, monotonna narracja nie spodoba się kilkulatkom przyzwyczajonym do wartkiej akcji, żywych dialogów i atrakcyjnych rozwiązań technicznych. To nie jest hollywoodzka superprodukcja, tylko nastrojowa opowieść o przemijaniu.

Tak czy owak, Seijiro Koyama stworzył naprawdę słodki i wzruszający film. Dzieło, chociaż proste, może doprowadzić do łez nawet najtwardszych widzów. Sekwencja, ukazująca zachowanie Hachiko po śmierci Ueno, jest prawdziwie poruszająca. Obok głębokiej, szczerej, psiej rozpaczy nie da się przejść obojętnie. Drugi fragment produkcji, przy którym można się rozczulić, to finałowa scena. Nie zdradzę jednak, co się w niej dzieje. “Hachiko monogatari” przypomina odbiorcom, jak niezwykłymi i kochającymi zwierzętami są psy. Udowadnia również, że Hachiko, który istniał naprawdę, był pieskiem najniezwyklejszym z najniezwyklejszych. Pośród tego wszystkiego, dzieło Koyamy jest pełne ciepłego, delikatnego, przemyślanego komizmu. Na wyróżnienie zasługuje też ścieżka dźwiękowa: cicha, łagodna, ale trafiająca do człowieczego serca. Niektóre melodie są wzruszające same w sobie.

Czy remake filmu (“Mój przyjaciel Hachiko” Lassego Hallstroma) dorównuje orientalnemu pierwowzorowi? Nie wiem, ale chętnie to sprawdzę. Obiecałam sobie, że obejrzę i zrecenzuję obie wersje opowieści.


Natalia Julia Nowak,
4-7 września 2013 r.

 

niedziela, 25 sierpnia 2013

Krótka recenzja filmowa. "Sybil" Josepha Sargenta

CYTAT ZAMIAST WSTĘPU

“Trauma powoduje dezintegrację ego. (…) Sposobem radzenia sobie z trudnymi emocjami przez dziecko staje się zepchnięcie wspomnień poza świadomość, z których z czasem może powstać alternatywna osobowość. (…) Poszczególne osobowości (…) mogą różnić się między sobą wiekiem, płcią, talentami, umiejętnościami, kompetencjami, orientacją seksualną, wiedzą. Każda osobowość ma odrębny iloraz inteligencji, inne wspomnienia, ciśnienie krwi, własną tożsamość, ostrość wzroku, temperament, a nawet uczulenia. (…) Badania neurologiczne wskazują na różnice w pracy mózgu u poszczególnych osobowości w jednym ciele”

K. Krocz, P. Stolorz, “Osobowość wieloraka”, Portal.abczdrowie.pl





Tytuł oryginalny: “Sybil”
Tytuł polski: “Sybil”
Reżyseria: Joseph Sargent
Rok produkcji: 2007
Gatunek: dramat psychologiczny



Seria niewyjaśnionych zdarzeń

Wstrząsająca i trzymająca w napięciu opowieść oparta na faktach. Chociaż jest dramatem psychologicznym, jej oglądanie przypomina seans dobrego thrillera. Produkcja stanowi remake głośnego filmu “Sybil” Daniela Petriego z 1976 roku (według amerykańskiej dziennikarki Debbie Nathan, oryginalną wersję dzieła obejrzała 1/5 mieszkańców USA. Źródło: oficjalna strona żurnalistki). Twór Petriego był ekranizacją powieści Flory Rhety Schreiber - pisarki, która zainspirowała się historią Shirley Mason, niezwykłej pacjentki psychiatrycznej. Książka “Sybil” ukazała się w roku 1973 i odniosła duży sukces komercyjny. Niniejsza recenzja nie będzie jednak mówić ani o powieści, ani o pierwszej filmowej adaptacji “Sybil”. Nie miałam bowiem okazji zapoznać się z pełnymi wersjami tych dzieł. Obejrzałam za to remake z 2007 roku i to on będzie przedmiotem mojej analizy.

Lata ‘50 XX wieku. Sybil Isabel Dorsett studiuje w jednej z nowojorskich szkół wyższych. Życie dziewczyny, pozornie banalne, jest pełne tajemnic i niewyjaśnionych zdarzeń. Pewnego dnia bohaterka wybiega z zajęć i najwyraźniej traci świadomość. Gdy ją odzyskuje, odkrywa, że jest w Filadelfii. Według hotelowego recepcjonisty, studentka przebywa w tym mieście już od sześciu nocy. Młoda kobieta nie ma pojęcia, skąd się tam wzięła. Nie pamięta również, co się z nią działo od momentu opuszczenia akademii. Chociaż Sybil mieszka w pokoju sama, odnosi wrażenie, że ktoś, pod jej nieobecność, korzystał z tego samego pomieszczenia. Znajduje bowiem przedmioty, których nie rozpoznaje. Po powrocie do Nowego Jorku dziewczyna dowiaduje się, że kierownictwo uczelni zaleca jej wizytę u psychiatry. Dorsett zgadza się na konsultację ze specjalistą. Trafia pod skrzydła błyskotliwej dr Cornelii Wilbur.

Lekarka już podczas pierwszej rozmowy zauważa, że jej pacjentka zmaga się z czymś znacznie poważniejszym niż zwykła histeria. Dostrzega, że Sybil wykazuje określone cechy charakteru, a chwilę później zachowuje się, jakby była zupełnie inną osobą. Jednocześnie widzi, że Dorsett nie jest świadoma swoich nagłych przemian, którym towarzyszy zmiana barwy głosu, mimiki, gestykulacji, a nawet emocji, przekonań i toku myślenia. Pacjentka wydaje się nie zauważać, że niektóre jej wypowiedzi stanowią całkowite zaprzeczenia poprzednich. Psychiatra prosi Sybil o dokonanie autocharakterystyki. Studentka opowiada jej o swoich lukach w pamięci i nieustannym znajdowaniu śladów czyjejś obecności. Nagle dziewczyna wpada we wściekłość. Wybija szybę w oknie. Roztrzęsiona, wspomina straszne wydarzenia ze swojego życia. Mówiąc o sobie, używa trzeciej osoby liczby pojedynczej.


Dysocjacyjne zaburzenie tożsamości

Cornelia Wilbur odgaduje, że ma do czynienia z nosicielką osobowości wielorakiej, czyli dysocjacyjnego zaburzenia tożsamości*. Rzeczona przypadłość odznacza się tym, że w jednym ciele mieszka wiele zróżnicowanych osobowości, które na przemian przejmują kontrolę nad umysłem właściciela. Specjalistka prosi, żeby młoda kobieta, która właśnie jej się objawiła, zdradziła swoje imię. Rozmówczyni podaje się za Sybil, ale bystra lekarka nie daje się nabrać. W końcu dziewczyna przyznaje, że nazywa się Peggy Lou Baldwin i jest kimś zupełnie innym niż Sybil. Psychiatra życzy sobie rozmowy z Dorsett. Wyraz twarzy pacjentki ulega wyraźnej zmianie. Znika Peggy, wraca Sybil. Główna bohaterka nie pamięta, co się działo przed chwilą. Nie przypomina sobie momentu wybicia szyby (wszak zrobiła to Peggy). Wilbur nie chce jeszcze informować Dorsett o rozpoznaniu choroby.

Cornelia, która jest nie tylko terapeutką, ale również wykładowczynią, opowiada o swoim odkryciu najbliższemu współpracownikowi. Mężczyzna, będący zachowawczym profesorem, nie chce uwierzyć w jej słowa. Twierdzi, że Dorsett to pospolita histeryczka, a osobowość wieloraka nie istnieje. Wilbur nie przejmuje się kpinami i krytyką. Upiera się przy swojej racji i kontynuuje terapię Sybil. Wraz z upływem czasu, poznaje kolejne osobowości mieszkające w ciele młodej studentki. Konwersując z nimi, odkrywa, że mają one rozmaite charaktery, temperamenty, uzdolnienia, zainteresowania i wspomnienia. Różnią się nawet takimi cechami, jak wiek, płeć, narodowość czy akcent. Każda z tych postaci nosi w sobie cząstkę Sybil. Ich integracja dałaby więc pełny obraz Dorsett. Cornelia wie, że posklejanie rozbitej psychiki pacjentki nie nastąpi szybko. Najpierw trzeba poznać przyczyny schorzenia.

Ambitna i zaangażowana lekarka postanawia dokładnie zbadać przeszłość dziewczyny. Przeczuwa bowiem, że do fragmentacji tożsamości Sybil doszło na skutek jakiegoś traumatycznego przeżycia. Specjalistka, niczym detektyw, zwraca uwagę na każdy drobiazg, który mógłby ją naprowadzić na właściwy trop. Rozmawia z poszczególnymi osobowościami studentki, decyduje się nawet na wywiad z jej ojcem. Ustalenia Wilbur powoli odsłaniają przerażającą prawdę. Wszystko wskazuje na to, że Dorsett, od wczesnego dzieciństwa, była ofiarą brutalnej przemocy fizycznej, psychicznej i seksualnej. Psychiatra dowiaduje się o coraz bardziej drastycznych i szokujących wydarzeniach z życia pacjentki. Nie waha się nazywać ich torturami i gwałtami. Czy wyleczenie osoby, która przez lata doznawała tylu upokorzeń, jest w ogóle możliwe? Wilbur, mimo licznych trudności, nie traci nadziei…


Sztuka i życie

Film “Sybil” z 2007 roku to dzieło, które ogląda się z zapartym tchem. Trudno się od niego oderwać, bo - mimo oszczędnej formy i prostego scenariusza - ciągle zaskakuje ono czymś nowym. Widz, obcując z produkcją Josepha Sargenta, czuje, że nie spocznie, dopóki nie pozna wszystkich sekretów tytułowej bohaterki. Informacje o Sybil, jej alternatywnych osobowościach i doświadczeniach życiowych podawane są regularnie, ale w małych dawkach. Sprawia to, że oglądający popada w swoiste uzależnienie (zupełnie jak ktoś, kto spożywa kilka chipsów z paczki, a potem odkrywa, że nie może przestać jeść). Film kończy się zdecydowanie zbyt szybko. I, niestety, pozostawia pewien niedosyt. Po pierwsze dlatego, że widz miał szansę zobaczyć tylko kilka z szesnastu tożsamości Sybil. Po drugie dlatego, że nie wszystkie wątki zostały zamknięte. Wygląda to tak, jakby reżyser o nich zapomniał.

Dzieło Josepha Sargenta trwa półtorej godziny. To bardzo krótko, zwłaszcza w porównaniu z trzygodzinną produkcją Daniela Petriego. Skoncentrujmy się jednak na tym, co najważniejsze i najdoskonalsze. Doceńmy mistrzowski popis dwóch aktorek, które - dzięki swoim talentom - zachwycają oglądającego przez cały film. Tammy Blanchard, wcielająca się w postać Sybil, zadziwia ogromną ekspresją, umiejętnością prezentowania najrozmaitszych emocji oraz swoistą aktorską elastycznością (powiedzmy sobie szczerze: granie kilku osób na raz wymaga wyjątkowego kunsztu!). Jessica Lange, czyli filmowa Cornelia Wilbur, sprawia wrażenie, jakby naprawdę była doświadczoną, godną szacunku, wzbudzającą zaufanie i niedającą się wyprowadzić z równowagi terapeutką. Obie panie są świetne, chociaż aktorstwo każdej z nich polega na czymś innym. Blanchard i Lange przyćmiewają odtwórców pozostałych ról.

A teraz ciekawostka. Jest garstka ludzi, którzy podważają przeżycia pierwowzoru Sybil. Uważają oni, że kobieta, która w rzeczywistości nazywała się Shirley Mason, wcale nie miała dysocjacyjnego zaburzenia tożsamości. Wspomniana na początku recenzji Debbie Nathan twierdzi, że Shirley zmagała się z zupełnie innymi problemami. Według dziennikarki, Cornelia Wilbur “podciągnęła” jej objawy pod osobowość wieloraką i zmanipulowała samą Mason. Podobno chciała w ten sposób zapewnić rozgłos sobie, swojej pacjentce i zaprzyjaźnionej pisarce Florze Schreiber (marzącej o napisaniu bestselleru). Nathan opublikowała swoje rewelacje w książce zatytułowanej “Sybil Exposed” - “Sybil zdemaskowana”. Więcej informacji na ten temat można znaleźć w anglojęzycznej Wikipedii, w serwisie YouTube oraz na oficjalnej stronie żurnalistki. Myślę, że nie zaszkodzi tam zajrzeć.

Niezależnie od prawdziwości omawianej historii, warto obejrzeć film Josepha Sargenta.


Natalia Julia Nowak,
19-24 sierpnia 2013 r.



_______________
* Osobowość wieloraka - Multiple Personality Disorder (MPD). Dysocjacyjne zaburzenie tożsamości - Dissociative Identity Disorder (DID). Obie nazwy (jedna starsza, druga nowsza) odnoszą się do tego samego fenomenu. Synonimy MPD: osobowość mnoga, osobowość naprzemienna, rozdwojenie osobowości, rozdwojenie jaźni.

czwartek, 15 sierpnia 2013

Krótka recenzja filmowa. "Charlotte na zawsze" Serge'a Gainsbourga

OD AUTORKI

Uroczyście ogłaszam, że zdecydowałam się kontynuować moją serię “krótkich recenzji filmowych”. Po zwięzłym opisaniu i ocenieniu czterech produkcji (“Kłopotliwego chłopaka” Juliana Jarrolda, “Habemus Papam” Nanniego Morettiego, “Dobrego papieża” Ricky’ego Tognazziego i “Wyspy skazańców” Mariusa Holsta) postanowiłam zająć się dziełem “Charlotte for Ever” - “Charlotte na zawsze” Serge’a Gainsbourga. Powracam z hukiem, bo tak się składa, że “Charlotte…” to film niesłychanie kontrowersyjny, prowokacyjny i bulwersujący. Przyznam szczerze, że gdy po raz pierwszy rzuciłam na niego okiem, byłam w ciężkim szoku. Żeby obejrzeć go w całości, musiałam długo przygotowywać się psychicznie. W końcu jednak zdołałam przez niego przebrnąć, czego efektem jest niniejszy tekst. Życzę miłej lektury i proszę o cierpliwe oczekiwanie na kolejne recenzyjki!

Natalia Julia Nowak





Tytuł oryginalny: “Charlotte for Ever”
Tytuł polski: “Charlotte na zawsze”
Reżyseria: Serge Gainsbourg
Rok produkcji: 1986
Gatunek: dramat



Historia alkoholika

Film przeznaczony wyłącznie dla widzów dorosłych. Skandalizujące, półtoragodzinne dzieło, wymyślone i zrealizowane przez słynnego francuskiego artystę Serge’a Gainsbourga (1928-1991). Ten znany piosenkarz, kompozytor, poeta, aktor, scenarzysta i reżyser wciela się tutaj w główną rolę męską. Główna rola żeńska przypada zaś jego córce Charlotte (ur. 1971) będącej owocem związku z brytyjską wokalistką i aktorką Jane Birkin (ur. 1946). Tytuł produkcji nawiązuje do płyty “Charlotte for Ever” z 1986 roku nagranej wspólnie przez Serge’a i Charlotte. Krążek, poza granicami Francji, był promowany pod nazwą “Lemon Incest” - “Cytrynowe kazirodztwo”. Wcześniej, bo już w roku 1984, ukazały się singiel i teledysk “Lemon…”. Przejdźmy jednak do tego, co nas najbardziej interesuje, czyli do filmu “Charlotte na zawsze”. Akcja dzieła rozgrywa się w czasach współczesnych autorowi.

Główny bohater, niejaki Stan, jest dekadentem rodem z epoki modernizmu. Pogrążonym w depresji, apatycznym, niedostrzegającym sensu życia i odczuwającym pogardę do samego siebie. Mężczyzna zmaga się z rozpaczą i wyrzutami sumienia, które wyniszczają go na równi z alkoholem i papierosami. Nieustannie myśli o tym, że spowodował tragiczny wypadek drogowy, w wyniku którego zginęła jego żona. Stan, po śmierci ukochanej kobiety, nie potrafi wziąć się w garść. Jako alkoholik i palacz, niszczy swoje zdrowie, a na dodatek marnuje pieniądze, przez co popada w tarapaty finansowe. Bohater filmu nie jest również w stanie uporządkować swojego życia uczuciowego i erotycznego. Sprowadza do swojego domu mnóstwo prostytutek i nimfomanek, ale żadnej z nich nie kocha i nie szanuje. Problemy mężczyzny konsekwentnie się nawarstwiają. Postać upada coraz niżej.

Stan, na swoje nieszczęście, jest także typem nadwrażliwego, niepraktycznego intelektualisty. Ten wykształcony, oczytany humanista posiada ogromną wiedzę z zakresu literatury i sztuki, ale nie radzi sobie w codziennej, banalnej egzystencji. Bohater potrafi recytować z pamięci dzieła wybitnych poetów i pisarzy, lecz nie umie zadbać o samego siebie. Chętnie snuje filozoficzne refleksje, ale nie zastanawia się nad tym, co będzie w najbliższej przyszłości. Stan wykonuje wolny zawód: jest scenarzystą i poetą. Niestety, depresja sprawia, że brakuje mu natchnienia do pisania scenariuszy. To także go frustruje, tym bardziej, że współpracownicy nalegają, żeby wziął się wreszcie do roboty. Mężczyzna ma w swoim życiu tylko dwie osoby. Pierwszą z nich jest przyjaciel-biseksualista, który również nie radzi sobie z przeciwnościami losu. Drugą - umiłowana, dorastająca córka.


Lolita wśród ramoli

Charlotte, bo o niej mowa, ma piętnaście lat. Jest inteligentna, zdecydowana, odważna, wierna swoim zasadom i bardzo dojrzała jak na swój wiek. Odznacza się wdziękiem, urokiem i delikatnością, które wcale nie przekreślają jej silnej, wyrazistej osobowości. Na przedwczesną dojrzałość dziewczyny mogła wpłynąć jej sytuacja życiowa. Charlotte cierpi z powodu śmierci matki i wypomina ojcu, że do tragedii doszło z jego winy. Dostrzega, że Stan coraz bardziej się stacza i że wkrótce sam może umrzeć. Nastolatka otwarcie mówi, że nie chce zostać sierotą. Relacje między nią a ojcem są trudne. Dziewczyna darzy swojego rodzica mieszanymi uczuciami. Z jednej strony, kocha go i martwi się o niego. Z drugiej, gardzi nim jako człowiekiem upadłym moralnie. Sama nie jest jeszcze zdemoralizowana, ale nie wiadomo, jak długo taka pozostanie, będąc w stałym kontakcie z ojcem i jego kolegą.

Tym bardziej, że ci dwaj samotni, sfrustrowani, nieszczęśliwi mężczyźni nie patrzą już na nią jak na małą dziewczynkę. Charlotte, będąca typem lolity, niezmiernie ich intryguje. Bohaterowie wyraźnie fascynują się jej podwójną (dziecięco-kobiecą) naturą. Nastolatka zachwyca ich czystością i niewinnością, wydaje im się krucha i zwiewna, działa na nich dziecinną słodyczą i tkliwością. Jest świeża, skromna, nieumalowana, konwencjonalnie ubrana i prosto uczesana. Ale mężczyźni widzą, że dziewczyna dojrzewa, rozwija się biologicznie, wykazuje zainteresowanie sprawami damsko-męskimi, rozumie dwuznaczne aluzje, zdaje sobie sprawę z własnej atrakcyjności oraz zna tajniki bycia uwodzicielską. Stan, jako biologiczny ojciec Charlotte, nie przekracza w swojej fascynacji granic przyzwoitości. Ten drugi owszem, dlatego główny bohater musi go pilnować i przywoływać do porządku.

Wątek Charlotte to - jak nietrudno odgadnąć - najbardziej kontrowersyjny element filmu. Może on przerażać, nie tylko ze względu na treść, ale również z uwagi na formę. Fakt, że jest to opowieść o dwóch obleśnych, żałosnych ramolach patrzących z pożądaniem na piętnastolatkę, można by jeszcze przełknąć. Pytanie brzmi: czy podczas kręcenia dramatu nie złamano pewnych zasad? Czy godzi się kręcić sceny, w których nieletnia aktorka występuje bez stanika, i to z doskonale widocznymi sutkami? Czy godzi się robić zbliżenia na jej pupę, kiedy dziewczyna tańczy w obcisłej sukience, pod którą widać rowek między pośladkami? Czy godzi się układać dialogi, w których piętnastolatka rozmawia z pięćdziesięcioośmiolatkiem o seksie? Czy normalny ojciec zaangażowałby własną córkę do udziału w takiej produkcji? Czy to wszystko nie graniczy z pedofilią i pornografią dziecięcą?


Liryczny i niebezpieczny

Jak wiadomo, ocena artystyczna dzieła nie powinna być tożsama z oceną moralną. Istnieje przecież wiele utworów, które są majstersztykami, chociaż mówią o sprawach nagannych, niejednoznacznych lub wywołujących skrajne emocje. Czy “Charlotte na zawsze” jest filmem dobrym? Nie jestem krytykiem filmowym, więc powstrzymam się przed udzieleniem odpowiedzi na to pytanie. Na pewno nie jest to typowa, głównonurtowa, komercyjna papka. Produkcja jest bardziej liryczna niż epicka. Tak naprawdę, nie dzieje się w niej prawie nic. W filmie nie chodzi bowiem o wydarzenia, tylko o przeżycia wewnętrzne bohaterów. Zamiast gnającej do przodu akcji, mamy tutaj długie dialogi, literackie wstawki, wymowne gesty i spojrzenia etc. Niektórzy widzowie powiedzą, że “Charlotte…” to dzieło nudne, monotonne, przegadane i bezsensowne. Inni będą zaś urzeczeni jego głębią i specyficznym klimatem.

Na uwagę niewątpliwie zasługuje gra aktorska Serge’a Gainsbourga, który doskonale wciela się w rolę rozdartego wewnętrznie, zrezygnowanego, załamanego artysty-intelektualisty. To, że Gainsbourg jest taki przekonujący, może wynikać z faktu, iż film “Charlotte na zawsze” ma charakter częściowo autobiograficzny. Kiedy produkcja powstawała, Serge naprawdę był zgorzkniałym mężczyzną uzależnionym od alkoholu. Kolejnym elementem, który należałoby wyróżnić, jest filmowa kreacja Charlotte Gainsbourg. Chociaż młoda aktorka nie gra w sposób wybitny, jest ponadprzeciętnie intrygująca. Powiedziałabym nawet, że stanowi ona element “fascynująco-niepokojący”. Ten jej delikatny głosik, twarz pokerzysty i spadające jak grom z jasnego nieba wybuchy temperamentu! Inny atut filmu: ścieżka dźwiękowa autorstwa Serge’a. Nie pozwala ona zapomnieć, że Gainsbourg to znakomity kompozytor.

A teraz moja subiektywna, moralna ocena produkcji “Charlotte na zawsze”. Uważam, że dramat wyreżyserowany przez SG jest niebezpieczny. Teoretycznie, żaden artysta (z wyjątkiem świadomego nawoływacza) nie ponosi odpowiedzialności za to, jak jego twórczość zostanie zrozumiana i wykorzystana przez odbiorców. Myślę jednak, że film “Charlotte…” mógłby stać się inspiracją i afrodyzjakiem dla osób o skłonnościach pedofilskich i/lub kazirodczych. Mógłby przekonać takich ludzi, że zachowania pedofilskie/kazirodcze są czymś “dobrym”, “pięknym“ i “poetyckim“. To samo dotyczy teledysku “Lemon Incest” z 1984 roku. Ten drugi twór jest nawet gorszy, bo grająca w nim Charlotte ma tylko dwanaście (no, niecałe trzynaście) lat. Ktoś, po obejrzeniu tego video clipu, mógłby przecież pomyśleć: “Jeśli Serge Gainsbourg tak mógł, to dlaczego ja nie mogę?!” (parafraza pewnej pseudopedofilskiej wypowiedzi cytowanej na stronie Gazeta.pl). Brrr! Zatrważające!

Nie polecam, ale i nie zabraniam oglądania wymienionych wyżej materiałów.


Natalia Julia Nowak,
11-15 sierpnia 2013 r.

 

piątek, 26 lipca 2013

Moje wspomnienie o Robercie Larkowskim

Dziwny początek

Roberta Larkowskiego poznałam w drugiej połowie 2009 roku. Oboje byliśmy wówczas związani z nacjonalistycznym tygodnikiem “Tylko Polska” będącym oficjalnym organem prasowym Polskiej Partii Narodowej. Robert miał wtedy czterdzieści trzy lata, był głównym felietonistą “TP” i wiceprezesem PPN. Ja byłam początkującą, osiemnastoletnią publicystką, wówczas jeszcze prawicową i konserwatywną. Nasza znajomość zaczęła się w dość nietypowych okolicznościach. Otóż lewicowy dziennikarz Jaś Kapela napisał o mnie zjadliwy felieton “Najcnotliwsza w klasie” i zamieścił go w internetowym wydaniu “Krytyki Politycznej”. Niedługo po tym zdarzeniu otrzymałam ważnego e-maila od Leszka Bubla (redaktora naczelnego tygodnika “Tylko Polska”, prezesa Polskiej Partii Narodowej). Chodziło w nim o to, że Robert Larkowski stworzył o mnie pozytywny artykuł, będący odpowiedzią na nieprzychylny tekst Kapeli. Co więcej, felieton Larkowskiego ukazał się na łamach “TP”.


Listy i rozmowy

Poprosiłam pana Leszka, żeby dał mi jakieś namiary na autora, bo chciałabym mu osobiście podziękować. Wkrótce Robert i ja byliśmy już internetowymi znajomymi. Początkowo kontaktowaliśmy się wyłącznie za pośrednictwem poczty elektronicznej. Mimo różnicy wieku i doświadczenia, doskonale się rozumieliśmy. Listy, które do siebie pisaliśmy, były długie i ciekawe. Po pewnym czasie zaczęłam zachęcać Roberta, żeby założył sobie konto w serwisie społecznościowym Facebook. Mój korespondencyjny przyjaciel uparcie odmawiał. Zupełnie nie był zainteresowany taką formą komunikacji interpersonalnej. Ja jednak bardzo go namawiałam i w końcu Larkowski dał za wygraną. Facebook, w przeciwieństwie do tradycyjnej poczty elektronicznej, stwarzał możliwość rozmowy w czasie rzeczywistym. Od tej pory Robert i ja mogliśmy całymi godzinami dyskutować o naszych wspólnych zainteresowaniach: polityce, filozofii, historii, ideologiach, problemach społecznych itd.


Trudne czasy

Można powiedzieć, że aż do końca 2011 roku Larkowski i ja byliśmy bliskimi przyjaciółmi. Zaufanymi oraz połączonymi wspólnotą przekonań i zamiłowań. W pierwszej połowie 2012 roku zaczęliśmy się od siebie oddalać. Jedną z przyczyn takiego stanu rzeczy był rozpad mojego prawicowo-konserwatywnego światopoglądu. Zawalił się wówczas fundament naszej znajomości, jakim była zbieżność poglądów i dążeń. Robert doceniał to, że nadal jestem patriotką, nacjonalistką, eurosceptyczką i antyglobalistką. Problem polegał na tym, że w pozostałych kwestiach byłam już zdecydowanie lewicowa (zaczęłam się nawet określać mianem Narodowej SocjalDemokratki). Larkowski i ja nie byliśmy już przedstawicielami tej samej opcji politycznej. Co gorsza, w niektórych sprawach staliśmy się przeciwnikami. Nie zakończyliśmy, oczywiście, naszej znajomości, ale rozmawialiśmy coraz rzadziej i coraz krócej. W ostatnich miesiącach życia Roberta miałam z nim naprawdę słaby kontakt. A jednak wiadomość o jego odejściu okazała się dla mnie bardzo bolesnym ciosem.


Robert - romantyk

Larkowski nie bał się śmierci. Był typem romantyka, przekonanego, że najwyższą wartością nie jest życie, tylko zbiór idei, dla których warto poświęcić własną egzystencję. Zarówno dosłownie, jak i w przenośni. W wywiadzie, udzielonym mi przez Roberta w 2010 roku, znalazło się nawet stwierdzenie: “Ze względu na heroiczną śmierć i postawę ideową, otaczam nieomal kultem japońskiego pisarza Yukio Mishimę” (pełny tekst wywiadu jest dostępny w Internecie. Żeby go znaleźć, wystarczy wpisać w Google hasło „Rozmowa z Robertem Larkowskim”). To jedno, proste zdanie przypomina japońską formę poetycką, haiku. Jest bowiem krótkie, lecz zawiera w sobie niesłychanie dużo treści. Robert zawsze mi mówił, że śmierć Mishimy była czymś wielkim, ponieważ miała charakter męczeński i przyczyniła się do narodowego przebudzenia Japończyków. Pisarz zginął w sposób straszliwy, ale jego zgon nie poszedł na marne. Przeciwnie: umożliwił Narodowi Japońskiemu wzniesienie się na moralne wyżyny, a samemu Mishimie przyniósł wieczną chwałę. Fascynacja Larkowskiego orientalnym autorem trochę mnie przerażała, albowiem Yukio Mishima popełnił seppuku/harakiri.


Robert - wojownik

Robert uważał, że nigdy, pod żadnym pozorem, nie wolno ulegać wrogom. Opowiadał się za postawą spartańską, polegającą na walce do samego końca, nawet mimo braku szans na zwycięstwo. W felietonie zatytułowanym „Uświadomiony bojkot” Larkowski napisał: „Tradycjonalistyczna myśl głosi, że trzeba stać na posterunku i walczyć, pomimo iż bitwa wydaje się materialnie przegrana. To nasz obowiązek i powinność wobec niewidzialnego świata bohaterskich i pracujących ciężko przodków”. Czym dla mojego przyjaciela była Ojczyzna - jedna z najbardziej cenionych przez niego wartości? Odpowiedź na to pytanie znajduje się w jego tekście „Rozważania o Polsce” (opublikowanym w 2004 roku na łamach czasopisma „Ściśle Tajne”). „Polska jest pojęciem geograficznym i metafizycznym, bo istnieje na poły w świecie materialnym oraz w duszach Polaków” - brzmi pierwsze zdanie artykułu. Jak widać, Larkowski należał do ludzi niezwykle uduchowionych. Nic więc dziwnego, że istotną rolę w jego życiu odgrywała religia.


Robert - myśliciel

Robert był przedsoborowym katolikiem i sekretarzem redakcji bloga GlosTradycji.blogspot.com. Kolegował się ponadto z kontrowersyjnym księdzem Rafałem Trytkiem. Larkowski nie zamykał się jednak na inne systemy filozoficzne i religijne. Wykazywał zainteresowanie szeroko pojętą myślą wschodnią. „To bardzo ciekawe, sam jestem zwolennikiem kołowego postrzegania czasu - wiele cywilizacji już powstało i umarło, umarło i powstało. (…) Czytam Wedy i poznaję dziwne podobieństwa pracywilizacji Ariów z dzisiejszymi ludami Europy, z Polakami włącznie” - wyznał w komentarzu zamieszczonym na stronie NowyEkran.net. Robert chciał wnieść własny wkład nie tylko do polityki, ale także do chrześcijaństwa. W tekście zatytułowanym „Ariokatolicyzm” wysunął postulat stworzenia nowego modelu wiary katolickiej. Tytułowy ariokatolicyzm miał być katolicyzmem pozbawionym elementów judaistycznych. Larkowski stanowczo sprzeciwiał się ekumenizmowi i koncepcji judeochrześcijaństwa. Co z wierzeniami dawnych Słowian? Robert pisał, że nie ma nic przeciwko „umiarkowanym rodzimowiercom bez antykatolickiego fanatyzmu”. Źródło: felieton „Europejska jedność”.


Człowiek kulturalny

Robert Larkowski był działaczem politycznym i publicystą piszącym głównie o polityce. Gdyby jednak ktoś powiedział, że mój przyjaciel nie miał innych zainteresowań, popełniłby ogromny błąd. Robert kochał kulturę polską i zagraniczną, o czym zresztą mówił we wspomnianym wcześniej wywiadzie. Pasjonowały go literatura, poezja, film i muzyka. Jego ulubionym pisarzem był - obok Mishimy - Fiodor Dostojewski. Bliskie mu były przeżycia i rozterki takich twórców, jak Marek Hłasko czy Andrzej Bursa. Najdobitniej świadczy o tym fakt, że nazywał ich swoimi “opiekunami-bohaterami”. Jeśli chodzi o muzykę, Larkowski słuchał najrozmaitszych brzmień: chorałów gregoriańskich, klasyki mistrzów, poezji śpiewanej, marszy wojskowych, cold wave, gothic metalu, viking metalu, martial industrialu, rocka skinheadowskiego, rocka tożsamościowego i pieśni współczesnych bardów. Robert miał dojrzałe, sprecyzowane i zróżnicowane upodobania. Kilka tygodni przed śmiercią poprosił mnie, żebym napisała artykuł o zespole Joy Division. Nie był zadowolony z tego, że tworzyłam teksty o grupach spod znaku New Romantic, zatem wskazał mi interesującą alternatywę. Czuję, że powinnam spełnić jego życzenie. To chyba była jego ostatnia wola.


Przemoc psychiczna

Larkowski zmarł 20 lipca 2013 roku. Miał czterdzieści siedem lat. Jego śmierć nastąpiła w wyjątkowo nieprzyjemnych okolicznościach, o których rozpisały się prawicowe media. Robert Wit Wyrostkiewicz, autor artykułu “Tajemnicza śmierć Larkowskiego” z wirtualnego wydania tygodnika “Nasza Polska”, poinformował, że na kilka dni przed zgonem Roberta pojawiły się w Internecie plotki o rzekomym samobójstwie publicysty. Administratorzy facebookowej strony Xpornchan.pl/b/ (RemoveKrautze) zamieszczali grafiki zawiadamiające o “śmierci” Larkowskiego. Wcześniej przez wiele miesięcy ukazywały się na Facebooku złośliwe wpisy dotyczące Roberta. Autorzy postów śmiali się z przekonań, aparycji i stylu wypowiedzi publicysty. Według jednego z dziennikarzy portalu wSumie.pl, to właśnie internetowe złośliwości przyczyniły się do nagłej śmierci pokrzywdzonego. “Larkowski bardzo przejął się pogłoskami o... własnej śmierci. To doprowadziło do pogorszenia jego stanu zdrowia (bloger cierpiał na cukrzycę). Mężczyzna nie przespał całej nocy z 19 na 20 lipca, był zdenerwowany. (…) Wkrótce zmarł” - czytamy w newsie zatytułowanym “Zabiły go trolle”. Co było bezpośrednią przyczyną zgonu Roberta? Wyrostkiewicz sugerował, że zawał serca. Strona GazetaWarszawska.com podała, że udar mózgu.


Patriota wyklęty

Robert Larkowski marzył o pięknym finale własnej egzystencji. W jednym z ostatnich, facebookowych wpisów stwierdził: “Chamy się wieszają, szlachta ginie pod sztandarami” (cyt. za: R.W. Wyrostkiewicz - “Tajemnicza śmierć Larkowskiego”). Publicysta był przygotowany na ewentualną śmierć za wyznawane idee. “My broni, myśli i czynu narodowego nie złożymy, do ostatniej garstki nacjonalistów. Jeżeli przyjdzie za ideę oddać nawet własne życie” - zadeklarował w felietonie “Nacjonalizm elitarny”. W pewnym sensie, Larkowski faktycznie stał się bohaterem i męczennikiem, gdyż wrogowie, gardzący jego światopoglądem, zadręczyli go na śmierć. Robert nie poległ w bitwie. Zakończył swoje życie jako patriota wyklęty, ofiara bezwzględnych przeciwników politycznych. Do końca pozostał wierny swoim zasadom: tak jak obiecywał w artykułach i prywatnych rozmowach. Był prawdziwym narodowcem, a takich pozostało już niewielu. Myślę, że jego niezłomność powinna służyć za wzór dla wszystkich osób identyfikujących się z poglądami patriotycznymi, nacjonalistycznymi, eurosceptycznymi i antyglobalistycznymi. Pamiętajmy o Robercie Larkowskim. I działajmy dalej na rzecz naszej Ojczyzny. On tego od nas wymagał.


Natalia Julia Nowak
(lewicowa nacjonalistka)
25-26 lipca 2013 roku



Prezentacja multimedialna przygotowana przez
redakcję bloga GlosTradycji.blogspot.com:

http://www.youtube.com/watch?v=OQviSrACf7w


Uwielbiana przez Roberta Larkowskiego
muzyka z filmu o Yukio Mishimie:

http://www.youtube.com/watch?v=SYGu8ap1FvI


sobota, 20 lipca 2013

Wiwisekcja Alice‘a Coopera. Chrześcijanin, satanista, mormon czy mason?

W nawiasach kwadratowych umieściłam numery przypisów.


Fronda poleca

Rzymskokatolicki portal Fronda.pl postawił Alice’a Coopera za wzór do naśladowania dla Nergala, a co za tym idzie: także dla innych miłośników mocnego uderzenia. W materiale “Alice Cooper przykładem dla Nergala” (z 9 sierpnia 2011 roku) redakcja religijnego serwisu przedstawiła amerykańskiego gwiazdora jako człowieka cudownie nawróconego. Frondyści opisali go jako kogoś, kto w młodości “na scenie stawiał szafot i wzywał Szatana”, a obecnie “tego szczerze żałuje” i “mówi otwarcie o powrocie do chrześcijaństwa”. Jednocześnie docenili jego zdolności wokalne, wspaniałą muzykę, zasługi dla popkultury i… działalność dobroczynną na rzecz młodzieży zagrożonej patologiami.

Do artykułu “Alice Cooper przykładem…” dołączono dwa krótkie filmiki z portalu YouTube.com. W jednym z nich słynny rockman/heavymetalowiec opowiada o swojej wierze w Boga i ciekawych koligacjach rodzinnych. Okazuje się bowiem, że AC jest synem pastora, wnukiem pastora i zięciem pastora. Co więcej, wszyscy jego przyjaciele z dzieciństwa byli “dziećmi Kościoła” (“Church kids”). Ciepłe słowa o Cooperze można znaleźć nie tylko na Frondzie, ale również w wirtualnym wydaniu tygodnika “Niedziela” oraz w serwisie Bosko.pl (przeznaczonym dla młodzieży katolickiej). W maju 2013 roku chwalił Alice’a pewien doktor teologii. Miało to miejsce na łamach społeczno-politycznego portalu Prawica.net.


Od lekkoducha do konserwatysty

Wiarą, pobożnością i bogobojnością AC zachwycają się również dziennikarze zagranicznych, mainstreamowych mediów. Gavin Martin, redaktor brytyjskiej bulwarówki “Daily Mirror”, przytoczył interesującą wypowiedź Coopera, z której wynika, że artysta nie potępia niczyjego postępowania, dopóki dana osoba szanuje “rodziców, Boga i kraj” (“parents, God and country”). Spencer Bright, dziennikarz tabloidu “Daily Mail”, zaprezentował Alice’a jako człowieka miłego, odpowiedzialnego, rodzinnego, wiernego ukochanej żonie oraz zupełnie niepodobnego do granej na scenie postaci. Co więcej, podkreślił, że AC “modli się i czyta Biblię codziennie” (“prays and reads the Bible every day”) oraz prowadzi katechezy “raz w tygodniu, kiedy nie jest w trasie koncertowej” (“once a week when he is not on tour”).

Christina Patterson z “The Independent” stworzyła reportaż opowiadający o jej spotkaniu z Cooperem. Artysta, rozmawiając z reporterką, streścił historię swojego nawrócenia. Wyznał, że w przeszłości był strasznym hulaką, pijącym ogromne ilości alkoholu i prowadzącym niemoralny styl życia. Wielu jego znajomych zmarło młodo wskutek przedawkowania używek, a on cudem uniknął podobnego losu. Pewnego dnia przyszło mu jednak do głowy, że gdyby teraz umarł, to trafiłby “bezpośrednio do piekła” (“directly to Hell”). Postanowił więc całkowicie zmienić swoje życie. Zeskromniał, zerwał z alkoholizmem i znalazł sobie konstruktywne hobby, grę w golfa. Obecnie jest gorliwym chrześcijaninem i kreacjonistą, który “wierzy w Stary Testament dosłownie” (“believe the Old Testament explicitly”).

Guy Adams, inny redaktor “The Independent”, również opublikował reportaż mówiący o życiu i nawróceniu sławnego rockmana/heavymetalowca. Dziennikarz zaprezentował AC jako dobrego męża, kochającego ojca, człowieka chodzącego do kościoła i popierającego amerykańską prawicę. Ustalił, że Cooper - pod względem światopoglądowym - ma dużo wspólnego z Partią Republikańską i Tea Party. Muzyk jest ponadto zwolennikiem George’a Busha, przekonanym, że media nadmiernie krytykują tego polityka. Alice solidaryzuje się z Jan Brewer, gubernatorką Arizony, która sprzeciwia się latynoskiej imigracji, bo nowi przybysze z Meksyku często atakują swoich rodaków mieszkających w USA od dawna. Jakby tego było mało, Cooper przyjaźni się z republikańskim senatorem Johnem McCainem.


Katolicka opozycja

Nie wszyscy jednak mają pozytywny stosunek do Alice’a Coopera. Weźmy na przykład stronę internetową katolickiego Radia Maryja. Wzmianka o AC pojawiła się tam w artykule potępiającym Przystanek Woodstock i omawiającym problem antychrystianizmu w kulturze rockowej (ks. Aleksander Posacki SJ - “Igranie ze światem ciemności i oswajanie zła, czyli refleksje po festiwalu Woodstock 2008”). Cytuję odpowiednie zdanie: “Grali wtedy na stadionach razem z bardzo znanymi, ‘inicjowanymi’ satanistami: Faith No More, Alice’em Cooperem, Ozzym Osbournem, Megadeth i Paradise Lost”. W serwisie Katolik.pl zamieszczono artykuł “Magia Voo Doo Stock czyli demonologia rocka” Albina Drewniaka (pochodzący, co ciekawe, z kwartalnika “Fronda”). Autor tekstu zarzucił Cooperowi wyuzdane zachowanie i propagowanie nekrofilii. Stwierdził też, że AC jest… gejem.

Nie wiem, jak można napisać, że Alice to homoseksualista. Przecież ten muzyk ma żonę i troje dzieci, a przed założeniem rodziny masowo “zaliczał” panienki! Zresztą, wystarczy obejrzeć jego teledyski i poczytać słowa piosenek[1]. Ileż w nich pożądania skierowanego w stronę kobiet… Zrozumiałabym, gdyby twórca artykułu oskarżył Coopera o “dopuszczanie się w swoim sercu cudzołóstwa” (Mt 5, 27-28). Nie rozumiem jednak, skąd sugestia, że opisywany artysta jest osobą nieheteroseksualną. Może stąd, że czasem eksperymentował z androgynicznym wizerunkiem? Użycie nonsensownego argumentu wygląda mi na ignorancję lub manipulację (nastawioną na przekonanie homofobów). Ale idźmy dalej. W wirtualnej, katolickiej encyklopedii Okiem.pl Alice został przedstawiony jako opętany spirytysta. Przyklejono mu także etykietkę popularyzatora szalonej, agresywnej, seksualnej muzyki.


Mormońska przeszłość

Tak czy owak, można odnieść wrażenie, że we współczesnych środkach masowego przekazu dominuje obraz AC jako “narodzonego na nowo chrześcijanina” (“born-again Christian”). W ostatnich latach dużo się mówi o tym, że artysta jest głęboko wierzący i pełen szacunku dla wartości wyniesionych z domu rodzinnego. Sam wokalista nieustannie nawiązuje do wyznawanej przez siebie religii. Chrześcijaństwo to, chrześcijaństwo tamto… Dziennikarze i odbiorcy mediów są oczarowani. W tym zbiorowym, cukierkowym zachwycie zapomina się o jednym szczególe. Niby drobnym, ale mogącym całkowicie zmienić istotę rzeczy. Chodzi o wyznanie Coopera. “Chrześcijaństwo” to termin niejednoznaczny, który nie mówi nic konkretnego. Jakim, dokładnie, chrześcijaninem jest opisywany piosenkarz? Z którym Kościołem się utożsamia? W co wierzyli jego rodzice? Czy można to gdzieś sprawdzić?

Anglojęzyczna Wikipedia podaje, że Alice wychowywał się w środowisku członków i sympatyków Kościoła Bickertonite będącego odłamem Kościoła Jezusa Chrystusa Świętych w Dniach Ostatnich. Krótko mówiąc: dorastał wśród mormonów. Sami przedstawiciele Bickertonite twierdzą, że - pomimo wiary w Księgę Mormona - nie są mormonami. Wolą się nazywać chrześcijanami. Jednakże fakty mówią same za siebie. Kościół Bickertonite to część ruchu mormońskiego. W czym tkwi problem? Cytuję fragmenty artykułu niejakiej Laurie Goodstein: “Mormoni uważają samych siebie za chrześcijan. (…) Mimo to teologiczne różnice między mormonizmem a tradycyjnym chrześcijaństwem są fundamentalne, co potwierdzają eksperci od obu wyznań”. Więcej na ten temat w tekście “Czy mormon to chrześcijanin?” (przedruku z “The New York Times” udostępnionym na stronie Religia.onet.pl).

Czym charakteryzuje się doktryna Świętych w Dniach Ostatnich? Aby się o tym przekonać, zajrzymy do publikacji “W co wierzą i kim są Mormoni?” autorstwa Tomasza Gozdka. Artykuł jest dostępny zarówno na stronie zakonu dominikanów, jak i w laickim serwisie Racjonalista.pl. Gozdek pisze, że mormoni uznają Indian północnoamerykańskich za potomków biblijnych Izraelitów, postrzegają ciemną skórę jako karę za grzechy, chrzczą żywych i umarłych, uważają Lucyfera za brata Jezusa oraz wierzą w trzy nieba. Według autora tekstu, przedstawiciele ruchu mormońskiego są politeistami. “Na innych planetach i w innych światach żyje bowiem niezliczona ilość bogów” - tak Gozdek opisuje przekonania Świętych w Dniach Ostatnich. Zdaniem twórcy artykułu, mormoni wierzą, że dobrzy ludzie sami zostaną po śmierci bogami. Nowi bogowie będą płodzić dzieci… normalnie, płciowo.

Jakimi obywatelami są wyznawcy mormonizmu? Z odpowiedzią śpieszą Adam Szostkiewicz i Tomasz Zalewski, autorzy tekstu “Mormoni idą na Waszyngton” z wirtualnego wydania “Polityki”. Publicyści piszą, że przedstawiciele omawianego wyznania “są bardziej konserwatywni w sprawach społeczno-kulturowych” i “intensywniej pomagają sąsiadom i innym członkom społeczności”. Według dziennikarzy “Polityki”, mormoni wysoko cenią wartości rodzinne oraz preferują wielodzietność i patriarchalizm. W Stanach Zjednoczonych większość mormonów opowiada się za Partią Republikańską. No dobrze, ale czy Alice Cooper faktycznie jest Świętym w Dniach Ostatnich? Strona FamousMormons.net donosi, że artysta urodził się w mormońskiej rodzinie, ale jego ojciec ostatecznie zmienił wyznanie i rozpoczął działalność w Kościele baptystycznym. Co z samym AC? Niestety, nie wiadomo.


Wolnomularz i templariusz

Zanim przejdziemy do dalszej części artykułu, wyjaśnimy sobie kilka faktów związanych z biografią Alice’a Coopera. Co o życiu AC mówią serwisy En.wikipedia.org i Biography.com? Słynny rockman/heavymetalowiec urodził się 4 lutego 1948 roku w Detroit (Michigan). Kiedy miał 12 lat, przeniósł się wraz z rodziną do Phoenix w stanie Arizona. Prawdziwe nazwisko artysty to Vincent Damon Furnier. Gwiazdor posługiwał się nim aż do roku 1975, kiedy to prawnie zmienił je na Alice Cooper. Dlaczego tak się stało? Powód jest prosty: Alice Cooper to była nazwa zespołu muzycznego, w którym Vincent śpiewał i odnosił sukcesy od lat sześćdziesiątych. Kiedy formacja się rozpadła, Furnier - nie chcąc rezygnować z rozpoznawalnej nazwy - przyjął ją za swoje legalne nazwisko[2]. Przypatrzmy się teraz czasom, w których AC był jeszcze osobą prywatną, zwykłym Vincentem Furnierem.

Zacznijmy od faktu, że istnieje coś takiego jak ugrupowanie DeMolay International (Order of DeMolay) funkcjonujące od roku 1919. Anglojęzyczna Wikipedia opisuje je jako “masońską organizację młodzieżową” (“masonic youth organisation”) przeznaczoną dla chłopców w wieku 12-21 lat. Wchodzimy na stronę DeMolayIloilo.org, klikamy zakładkę “DeMolay FAQs”, spoglądamy na nagłówek “Are there any famous DeMolays?” (“Czy są jacyś sławni członkowie DeMolay?”). Pod spodem znajduje się lista słynnych nazwisk, a na tej liście… Vincent Damon Furnier (“Zapalony golfista, najbardziej znany jako legenda rocka ‘Alice Cooper‘” - “An Avid Golfer, Best Known as Rock Legend ‘Alice Cooper‘”)! Buahahahaha! Wolnomularz zdemaskowany! Odwiedzamy inną stronę poświęconą DeMolay: Suburban740.org/demolayfamous.htm. Patrzymy… a tam znowu Vincent Damon Furnier!

Czy Alice Cooper kontynuował/kontynuuje karierę masona w życiu dorosłym? Strona AliceCooperEchive.com informuje, że 29 i 30 lipca 1969 roku AC występował w “Masońskiej Świątyni” - “Masonic Temple” w Portland (stan Oregon). Mam nadzieję, że była to nazwa sali koncertowej, a nie określenie prawdziwego miejsca kultu. Ale to nie koniec wolnomularskiego wątku w życiu znanego muzyka. Według witryny TheTimes-Tribune.com, artysta śpiewał w “Masońskiej Świątyni” (“Masonic Temple”) również w roku 2011, czyli długo po swoim rzekomym nawróceniu. Na stronie Forums.ernieball.com jeden z użytkowników napisał: “Pamiętam, jak oglądałem zespół Alice Cooper w Toronto w Sylwestra 1970 w Masońskiej Świątyni. Zespół był świetny i takież było miejsce spotkania” (“I remember seeing the Alice Cooper band in Toronto on New Years Eve 1970 at The Masonic Temple. The band was great, so was the venue”). Zaiste, cuchnąca sprawa!

Przyjrzyjmy się uważnie ugrupowaniu, do którego należał młody Vincent Furnier. Oto dwa cytaty ze strony DeMolayIloilo.org: “DeMolay jest jedną z największych braterskich organizacji sponsorowanych przez wolnomularzy” (“DeMolay is one of the largest fraternal organization sponsored by Freemasons”), “DeMolay wywodzi swoją nazwę od Jacques’a de Molay’a, ostatniego Wielkiego Mistrza templariuszy” (“DeMolay derives its name from Jacques DeMolay, the last Grand Master of the Knights Templar”). Anglojęzyczna Wikipedia podaje, że stowarzyszenie DeMolay opracowało listę siedmiu “Cnót Kardynalnych” - “Cardinal Virtues“. Znajdują się na niej: “synowska miłość“, “cześć dla rzeczy świętych”, “uprzejmość”, “koleżeństwo”, “wierność”, “czystość” i “patriotyzm” (“filial love”, “reverence for sacred things”, “courtesy”, “comradeship”, “fidelity”, “cleanness”, “patriotism”). Zdjęcia, dostępne w Internecie, udowadniają, że członkowie DeMolay noszą dziwne szaty oraz posługują się oznaczeniami masonów i templariuszy.


Dywagacje teoretycznospiskowe

Fakt, że Alice był w młodości wolnomularzem, to doskonały pretekst to tego, żeby pobawić się w konspiracjonizm spod znaku “przemysł rozrywkowy, podejrzana symbolika, Illuminati i projekt Monarch”[3]. Nie jestem taką znawczynią tematu, jak redakcje VigilantCitizen.com i Pseudoccultmedia.net, ale wiem już co nieco o masonach, Iluminatach i ich rzekomym (?) wpływie na popkulturę. Zacznijmy od tego, że część symboli, używanych przez Coopera, wygląda dość osobliwie. Widziałam zdjęcie koncertowe, na którym AC jest odziany w niestandardową koszulkę. Na T-shircie znajduje się czerwone koło, a w tym kole - biały, równoramienny, chyba liliowy krzyż. Nad całą kompozycją góruje zamknięta korona. Przeprowadziłam małe badanie i odkryłam, że istnieje coś takiego jak Red Cross of Constantine - Czerwony Krzyż Konstantyna.

Wpiszmy to hasło w Google (po angielsku) i przejdźmy do działu “Grafika”. Jeśli to zrobimy, wyskoczą nam obrazki przypominające koszulkę Alice’a. Krzyż o nietypowym kształcie, często w towarzystwie zamkniętej korony. Jak dowiadujemy się z anglojęzycznej Wikipedii, Red Cross of Constantine to “chrześcijański zakon masonerii” (“Christian Order of Freemasonry”). Żeby wstąpić do tej organizacji, trzeba być chrześcijaninem oraz mieć już doświadczenie w działalności wolnomularskiej. Cooper spełnia te wymagania. Kto wie, może Alice udziela się właśnie w Czerwonym Krzyżu Konstantyna?[4] Widziałam fotografię, na której wokalista ma na szyi blaszkę z krzyżem podobnym do emblematu RCC. Są także zdjęcia i produkcje audiowizualne, w których AC nosi symbole kojarzące się ze znakami templariuszy[5]. Przykład: jedna z odznak na jego kurtce w humorystycznym, francuskim show “Alice Cooper a Paris“.

Teraz kolejny kwiatek. Rok 1971, występ w telewizyjnym programie “Detroit Tubeworks”. Alice, śpiewając utwór “I’m Eighteen”, wykonuje masoński gest. Ustawia dłoń poziomo i wkłada ją sobie w ubranie na klatce piersiowej (cztery palce wyprostowane, kciuk sterczący pionowo). Można to zobaczyć w serwisie YouTube na profilu ReelinInTheYears66. Czy w twórczości Coopera pojawiają się znaki programowania Monarch? A co z iluminackimi gestami, takimi jak te, o których często pisze portal Vigilant Citizen? Owszem, czasami się trafiają. W dziesięciominutowym, trzyczęściowym teledysku “Along Came A Spider” z 2008 roku występują następujące symbole: lalki, maski, podłoga-szachownica i pojedyncze oczy (w tym oko-pająk na rękawiczce AC. Narząd wzroku na dłoni… Czyżby nawiązanie do pewnego orientalnego talizmanu?).

Najważniejszym miejscem, pokazanym w video clipie, jest szpital psychiatryczny. Może to wzbudzać skojarzenia z niesławnym projektem MK-ULTRA. Główny bohater, grany przez Alice’a, najprawdopodobniej jest ofiarą programowania delta: “mandżurskim kandydatem“, który ostatecznie wyrywa się spod kontroli i obraca przeciwko swoim treserom. Śpiewane przez Coopera słowa “They tortured every inch of me, then expect me to forget it” (“Torturowali każdy cal mnie, potem oczekiwali, że o tym zapomnę”) są aluzją do traumy i amnezji dysocjacyjnej. W środkowej (drugiej) części filmiku widzimy perkusistę noszącego na szyi krzyż templariuszy lub krzyż żelazny. W ostatniej (trzeciej) części filmiku obserwujemy głównego bohatera prowadzącego autopsję zabitej przez siebie kobiety. Denatka jest owinięta w czerwony (a właściwie czerwonawobordowy) materiał.

Podobno w symbolice Illuminati czerwień oznacza “najwyższą krwawą ofiarę i rytuał” - “ultimate blood sacrifice and a ritual” (YouTube, truth777exposed, prezentacja multimedialna “The Amy Winehouse Sacrifice Exposed“). Proszę zauważyć, że identyczny kolor miał worek, w którym wynoszono zwłoki martwej Amy Winehouse (źródło: to samo). Teledysk “Steven” z lat siedemdziesiątych zawiera lustro oraz mnóstwo jednakowych, ludzkich postaci. Mają one maski, w dodatku podobne do Alice’a. Pod koniec video clipu widać zwielokrotnioną sylwetkę śpiewającego AC. Inny podejrzany teledysk: “Love’s A Loaded Gun” (1991). W ostatniej scenie video clipu Cooper zakuwa w kajdany atrakcyjną, uwodzicielską niewiastę. Na ścianie wisi obraz przedstawiający tygrysa. Drapieżne koty są symbolami niewolnic seksualnych, ofiar programowania beta (“sex kittens“ - “sekskociaki“).

Na jednym ze zdjęć z czasów “Billion Dollar Babies” widnieją m.in. takie elementy, jak przerażone niemowlę, klatka dla ptaków, tradycyjny zegarek czy białe króliki nawiązujące do “Alicji w Krainie Czarów”. Okładka singla “He’s Back (The Man Behind the Mask)” z roku 1986 ukazuje Coopera, który trzyma w dłoni maskę i za pomocą tej maski zasłania sobie jedno oko. Kolejna fotografia, która zwróciła moją uwagę, pochodzi z artykułu “Alice Cooper To Release Cover Album In 2014” (Q103albany.com). Przedstawia ona Alice’a wykonującego specyficzny gest i eksponującego jedno ze swoich oczu. Inne znalezisko: zdjęcie ilustrujące materiał “Alice Cooper’s Maze of Terror at Universal’s Halloween Horror Nights” (FoxNews.com). Gwiazdor, noszący ubranie z napisem “MONARCH”, pozuje obok lalki przebranej za panterę. Po lewej stronie widać coś co przywodzi na myśl futro tygrysa. Podsumowując: symbole Illuminati i programowania Monarch nie są Alice’owi obce.

Jeśli ktoś nie rozumie, o co w tym wszystkim chodzi, powinien przeczytać mój tekst “Kontrola umysłu - prawda czy teoria spiskowa?”. Warto również zajrzeć na strony VigilantCitizen.com i Pseudoccultmedia.net oraz do dylogii “The Illuminati Formula” Fritza Springmeiera i Cisco Wheeler. Lektury uzupełniające: “Thanks for the Memories” Brice Taylor, “Trance-Formation of America” Cathy O’Brien. Czysty konspiracjonizm, ale dający do myślenia. Historię badań MK-ULTRA i teorię spiskową o projekcie Monarch po prostu trzeba znać. Tym bardziej, że amerykańska aktorka, Roseanne Barr, powiedziała na antenie telewizji Russia Today: “Kontrola umysłu MK-ULTRA rządzi w Hollywood” (“MK-ULTRA mind control rules in Hollywood”). Co ma Cooper do stolicy światowej kinematografii?

Całkiem sporo. Udział w filmach fabularnych, znajomości z aktorami, współpracę z Warner Bros Records i ufundowanie litery “O” w napisie “Hollywood” na Mount Lee w Kalifornii. Na koniec: drobna, etniczna ciekawostka. Otóż w żyłach AC płynie krew celtycka, indiańska, romańska i germańska. Piosenkarz może się pochwalić genami Irlandczyków, Szkotów, Siuksów, Francuzów i Anglików (info: En.wikipedia.org). Ludzie, mający pochodzenie celtyckie, indiańskie i celtycko-indiańskie, są ponoć szczególnie cenieni przez CIA. Przypisuje się im bowiem wrodzone zdolności nadnaturalne. Tak przynajmniej twierdził Robert Duncan O’Finioan (kontrowersyjny żołnierz, pisarz i trener sztuk walki) w rozmowie z Kerry Lynn Cassidy i Billem Ryanem, dziennikarzami Projectu Camelot.


Twardy orzech do zgryzienia

W tytule niniejszego artykułu postawiłam pytanie: “Chrześcijanin, satanista, mormon czy mason?”. Wypadałoby, żebym udzieliła na nie jednoznacznej, a zarazem uargumentowanej odpowiedzi. Powiem tak: sześćdziesięciopięcioletni wokalista Alice Cooper jest osobą skomplikowaną i niejednoznaczną. Da się o nim powiedzieć bardzo dużo, ale… czy na pewno bez cienia niepewności? Kilka miesięcy temu, gdy postanowiłam zgłębić jego twórczość, natknęłam się na internetowy komentarz, z którego wynikało, że Alice jest obecnie chrześcijaninem. Informacja ta zaintrygowała mnie do tego stopnia, że postanowiłam dokładnie przyjrzeć się sprawie. Początkowo dołączyłam do ludzi wierzących bez zastrzeżeń w deklaracje Coopera. Irytowały mnie wówczas osoby wątpiące w jego “cudowne nawrócenie” (wydawało mi się, że są to fanatycy religijni, właściciele głów nabitych stereotypami albo po prostu paranoicy szukający dziury w całym). Niestety, później sama nabrałam podejrzeń. Gdy zaczęłam dogłębnie badać problem, w moim umyśle pojawiło się jeszcze więcej pytań. Czy AC jest chrześcijaninem? On sam mówi, że tak.

Potwierdzeniem jego deklaracji może być konserwatywny światopogląd. Ale przecież nie trzeba być chrześcijaninem, żeby mieć prawicowe przekonania. Gwiazdor rzekomo pochodzi z tradycyjnego, chrześcijańskiego domu. Po sprawdzeniu faktów, okazuje się jednak, że muzyk dorastał wśród zwolenników Kościoła Jezusa Chrystusa Świętych w Dniach Ostatnich. Doktryna mormońska jest jedyna w swoim rodzaju, a jej związek z chrześcijaństwem bywa kwestionowany. Innym argumentem, potwierdzającym zapewnienia Alice’a, jest noszenie przez niego krzyży (abstrahuję od dziwnego wyglądu niektórych z nich). Z drugiej strony, pewien Internauta słusznie zauważył, że samo noszenie krzyży jeszcze o niczym nie świadczy. Ozzy Osbourne również się nimi obwiesza, a jednak nie jest wyznawcą Jezusa z Nazaretu. Co z satanizmem? Według mnie, Cooper nigdy nie był czcicielem szatana. Owszem, są w jego twórczości odwołania do postaci diabła (np. w piosence i teledysku “Gimme”)[6]. Ale to stanowczo za mało, żeby uznać go za satanistę.

No, chyba, że uważamy, iż Halloween, do którego otwarcie nawiązuje AC, jest satanistycznym świętem. Wtedy faktycznie, większość dorobku artystycznego Alice’a to czyste diabelstwo. Swoją drogą, to trochę nietypowe, że człowiek kreujący się na konserwatystę i gorliwego chrześcijanina promuje halloweenowe motywy. W Stanach Zjednoczonych, jak również poza ich granicami, większość chrześcijańskich prawicowców opowiada się przeciwko tradycjom związanym z 31 października. Wniosek: Cooper jest pełen sprzeczności. Najbardziej kontrowersyjne i niepokojące wydaje mi się to, że Alice należał kiedyś do wolnomularskiej organizacji DeMolay International (Order of DeMolay)[7]. Później wykonywał masońskie gesty, posługiwał się masońską symboliką i występował w miejscach określanych jako Masońskie Świątynie. Wiele wskazuje na to, że AC nadal konszachtuje z tajnymi stowarzyszeniami. Jak się ma działalność wolnomularska do bycia chrześcijaninem? Przecież masoneria to sekta religijna! Niektórzy twierdzą, że lucyferyczna!


Shock rock

Tylko jedna rzecz wydaje mi się oczywista i niezaprzeczalna. Alice Cooper to znakomity artysta. Ma w swoim repertuarze wiele świetnych piosenek, których można by słuchać w nieskończoność, np. “The Black Widow“, “School‘s Out“, “Feed My Frankenstein“, “Generation Landslide“, “Killer“, “Freedom”, “I‘m The Coolest“, “Who Do You Think We Are?“. Jego utwory są także zróżnicowane, co świadczy o kreatywności i nieustannym rozwoju. Większość słuchaczy kojarzy go głównie z nieśmiertelnym przebojem “Poison”, gitarami elektrycznymi, ciemnymi ubraniami, gotyckim wizażem, czerpaniem inspiracji z horrorów oraz widowiskowymi koncertami łączącymi w sobie elementy spektaklu teatralnego i pokazu iluzjonistycznego. Ten krótki opis nie jest jednak pełną charakterystyką twórczości Alice’a.

Może nie wszyscy o tym wiedzą, ale na początku lat osiemdziesiątych, czyli w czasach Nowego Romantyzmu, Cooper eksperymentował ze stylem New Wave. Chodził wówczas w makijażu rodem z londyńskiego klubu Blitz, a w jego piosenkach śmiało odzywały się syntezatory. Dawno, dawno temu, jeszcze w czasach zespołu Alice Cooper, wokalista potrafił przywdziewać kolorowe sukienki albo pokazywać się z ogromną stokrotką na głowie. Niewiarygodne, ale prawdziwe. Krótko mówiąc: shock rock! Twórczość AC jest interpretowana i definiowana na wiele sposobów. W cytowanym już artykule Gavina Martina możemy znaleźć ciekawą wypowiedź Alice’a: “Groucho przyszedł na mój występ i zobaczył w nim wodewil, Salvador Dali zobaczył w nim surrealizm, Vincent Price zobaczył w nim rock, horror i komedię” (“Groucho came to my show and saw it as vaudeville, Salvador Dali saw it as surrealism, Vincent Price saw it as rock, horror and comedy”). Ilu ludzi, tyle opinii.

Oczywiście, muzyka, a zwłaszcza koncerty Coopera, to nie jest rozrywka dla każdego. W osobach delikatnych, wrażliwych i staroświeckich występy tego piosenkarza mogłyby wywołać niesmak lub przerażenie. Weźmy na przykład show z 19 lipca 2000 roku. Alice, śpiewając utwór “Dead Babies”, udaje, że bawi małe dziecko. Kołysze je w wózeczku, zabawia grzechotką… Nagle wszystko ulega zmianie. Gdy Cooper wyjmuje “dziecko” z wózka, okazuje się, że jest to potwór o dwóch głowach: jednej upiornej, a drugiej zwierzęco-demonicznej[8]. AC zaczyna się nad “tym” znęcać, a potem nabija “to” na miecz. Następnie zostaje obezwładniony i ubrany w kaftan bezpieczeństwa. Występ jak uderzenie w łeb! Jeszcze bardziej wstrząsające jest show z 31 października 1986 roku. Alice, wykonując kawałek “Cold Ethyl”, rzuca, szarpie, potrząsa, kopie i gwałci ogromną lalkę wyobrażającą żeńskiego trupa. “Miota nią jak szatan!” - chciałoby się rzec, parafrazując znany cytat.


Jak bakterie

Masoni są jak bakterie: kryją się wszędzie. Ich wpływy widać nie tylko w showbiznesie, ale także w polityce, gospodarce i religii (np. w Kościele rzymskokatolickim. Papież Franciszek wykonywał masońskie gesty, Benedykt XVI wzywał do utworzenia Światowej Władzy Publicznej, Jan Paweł II posługiwał się pojęciem New World Order). Myślę, że nie powinniśmy się obrażać na jednego Alice’a Coopera. Żeby zachować konsekwencję, musielibyśmy bowiem obrazić się na cały świat. AC jest zbyt zdolny i zbyt intrygujący, żeby go przekreślać. W jego przypadku najbardziej liczy się twórczość: muzyka i aktorstwo. Bo Cooper, chociaż określany jako wokalista, jest również doskonałym aktorem. Trzeba mieć talent, żeby przez czterdzieści pięć lat przekonująco grać postać o zupełnie odmiennym charakterze, temperamencie, stylu bycia i wyrazie twarzy. Mimo to, nie powinniśmy mu bezgranicznie ufać. Z wolnomularzami - byłymi i obecnymi - nigdy nic nie wiadomo.

W jednym z moich poprzednich artykułów (opublikowanym na początku czerwca 2013 roku) napisałam: “Jest jeden koleś z Ameryki Północnej, o którym chciałabym stworzyć całkiem osobny tekst. Nie wiem, kiedy to nastąpi, bo ostatnio brakuje mi czasu na twórczość publicystyczną”. Teraz nie jest już tajemnicą, że w powyższej deklaracji chodziło o Alice’a. Badam jego przypadek od dłuższego czasu. I wiecie co? Im bardziej zagłębiam się w szczegóły, tym mocniej dręczy mnie sokratejskie uczucie “wiem, że nic nie wiem”. Nie dają mi też spokoju słowa zaczerpnięte z powieści Henryka Sienkiewicza: “Diabeł się w ornat ubrał i ogonem na mszę dzwoni”. Kim jest Alice Cooper? Tylko on zna prawdę na własny temat. Nam pozostaje tylko zachwycanie się jego głosem, charyzmą i oryginalnością.


Natalia Julia Nowak,
12-21 lipca 2013 roku



PRZYPISY

[1] Przykładowe teledyski: “Poison”, “Bed Of Nails”, “House Of Fire”, “Hey Stoopid”, “Love’s A Loaded Gun”, “Only My Heart Talkin’”. Przykładowe teksty piosenek: “Be My Lover”, “Cold Ethyl”, “I Like Girls”, “You’Re My Temptation”, “Nurse Rozetta”.

[2] Dobrze, ale dlaczego grupa, w której wokalista zaczynał karierę, nazywała się Alice Cooper? Są dwie teorie tłumaczące ten wybór. Pierwsza: dążenie do wywołania kontrastu między niewinną nazwą a szokującym wizerunkiem i zachowaniem. Druga: nawiązanie do nazwiska czarownicy, która kilka wieków temu została spalona na stosie.

[3] Teoria spiskowa o projekcie Monarch jest inspirowana autentycznymi badaniami nad kontrolą umysłu, jakie CIA prowadziła w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych (MK-ULTRA). Wielu ludzi twierdzi, że tego typu praktyki nadal mają miejsce. Wierzą oni, że masoneria i agencje wywiadowcze traumatyzują niemowlęta i dzieci, żeby wywołać u nich dysocjacyjne zaburzenie tożsamości, czyli osobowość wieloraką (DID/MPD). Gdy psychika katowanego, poniżanego i zastraszanego człowieka rozpada się na wiele osobowości, każda z nich zostaje zaprogramowana (za pomocą hipnozy, narkotyków, elektrowstrząsów, NLP itp.) do wykonywania określonych zadań. Według konspiracjonistów, motyw kontroli umysłu jest w popkulturze sygnalizowany za pomocą ściśle określonych symboli, takich jak marionetka, motyl, lalka, manekin, maska, lustro, zegar, zamek, szachownica, czarno-białe paski, labirynt, schody, klatka dla ptaków, styl Marilyn Monroe, uszy Myszki Miki, wzór panterki, drapieżny kot, biały królik, pękające szkło, zwielokrotnione postaci czy wyeksponowane/zasłonięte oko. Projekt Monarch, ze względu na brutalny charakter, bywa nazywany “opartą na traumie kontrolą umysłu” (“trauma-based mind control”).

[4] Jeśli wierzyć stronie WikiMapia.org, muzyk mieszka w Paradise Valley koło Phoenix (AZ). W Phoenix jest filia Red Cross of Constantine. Mieści się ona w budynku Grand York Rite Masonic Bodies (Ciał Masońskich Wielkiego Rytu York) przy ulicy W Monroe Street. Źródła: CharityBlossom.org, YellowBot.com. Według anglojęzycznej Wikipedii, wielu templariuszy zalicza się do Rytu York. Ugrupowanie DeMolay, do którego należał młody Cooper, także ma dużo wspólnego z tym Rytem. Wejdźmy na stronę YorkRite.com/degrees i spójrzmy na listę organizacji młodzieżowych. Jest tam m.in. Order of DeMolay. Komentarz dołączony do spisu brzmi: “Ryt York jest ekstremalnie aktywny w swoim uwikłaniu w te grupy” (“The York Rite is extremely active in its involvement with these groups”). DeMolay otrzymuje ponadto wsparcie od Rytu Szkockiego. Cytat ze strony ScottishRite.org: “Każdego roku (…) Ryt Szkocki wspiera Międzynarodowy Zakon DeMolay” - “Each year (…) the Scottish Rite supports the International Order of DeMolay”. Założyciel młodzieżówki, Frank S. Land, reprezentował Ryt Szkocki, aczkolwiek był też nagradzany przez Ryt York (info: En.wikipedia.org). Jeszcze jedna ciekawostka. Oddział DeMolay w Phoenix (AZ) nazywa się Paradise Valley, czyli tak jak obecna miejscowość Alice’a. Źródło: DeMolay.org.

[5] Jest też całe mnóstwo fotografii, na których widać, że Alice posługuje się znakiem Czaszki i Kości (Skull and Bones). Tego jednak nie łączyłabym z wolnomularstwem. Raczej z subkulturą rockowo-metalową i tematyką piosenek. Inne spostrzeżenie: na okładkach płyt “Welcome To My Nightmare” i “Welcome 2 My Nightmare” znajduje się ogromny, odwrócony trójkąt. Ale to również może być dziełem przypadku.

[6] Żeby być uczciwą, napiszę, że ten utwór sprawia wrażenie, jakby był napisany przeciwko szatanowi. Jego przesłanie kojarzy mi się z kawałkiem “Deceiver of Fools” (“Oszust Głupców”) formacji Within Temptation.

[7] W działalność DeMolay był też zaangażowany (nielubiany przez konspiracjonistów) Walt Disney, twórca m.in. Myszki Miki. Dlaczego teoretycy spiskowi nie darzą go sympatią? Zainteresowanych odsyłam do książki “The Illuminati Formula Used to Create an Undetectable Total Mind Controlled Slave” („Formuła Illuminati Używana do Tworzenia Niewykrywalnego, Totalnego, Kontrolowanego Umysłowo Niewolnika”) Fritza Springmeiera i Cisco Wheeler. Inne przydatne źródło: czwarta część amatorskiego filmu dokumentalnego „Kontrola umysłu. Zbagatelizowany fakt współczesnego świata” (YouTube, Ripsonar).

[8] Nie wiem, dlaczego, ale gdy oglądałam to nagranie, przypomniał mi się nagłówek z najpoczytniejszego polskiego dziennika: “Kate jest w ciąży, ale w macicy rozwijają się... O MATKO!!!” (24 września 2012 roku, wirtualne wydanie tabloidu “Fakt”).


ZAŁĄCZNIK W POSTACI GRAFIK

Alice Cooper i symbolika masonów, templariuszy, Iluminatów oraz projektu Monarch.

https://imageshack.us/scaled/large/194/cj0r.jpg

https://imageshack.us/scaled/large/541/pxa9.jpg

https://imageshack.us/scaled/large/43/oqdw.jpg

https://imageshack.us/scaled/large/46/jwkj.jpg

https://imageshack.us/scaled/large/703/b0re.jpg

https://imageshack.us/scaled/large/812/bseu.jpg

https://imageshack.us/scaled/large/59/i9ff.jpg

https://imageshack.us/scaled/large/827/zx7s.jpg

https://imageshack.us/scaled/large/18/68g4.jpg



piątek, 5 lipca 2013

Malcolm McLaren. Artysta, biznesmen i popkulturowy troll

Od autorki: w nawiasach kwadratowych umieściłam przypisy.


Zaczynając od końca

Jego pogrzeb był nie z tej ziemi. Aby się o tym przekonać, wystarczy zajrzeć do publikacji “Malcolm McLaren’s funeral in pictures” (“Pogrzeb Malcolma McLarena w obrazkach”) dostępnej w internetowym wydaniu dziennika “The Daily Telegraph”. Trumna zmarłego była pokryta czymś w rodzaju graffiti, a na jej boku widniało ogromne, białe hasło “Too Fast To Live, Too Young To Die” - “Zbyt Szybki, Żeby Żyć, Zbyt Młody, Żeby Umrzeć”. Przewożono ją elegancką, staroświecką karetą zaprzęgniętą w czarne konie z efektownymi piórami na głowach. Z tyłu tejże karety znajdowało się coś na kształt tablicy, do której przytwierdzono kwiaty układające się w czerwony znak anarchii na białym tle.

Częścią konduktu pogrzebowego był zielony, piętrowy autobus. Przód pojazdu posiadał oznaczenie “777 Nowhere” - “777 Donikąd”. Tył był opatrzony wielkim, różowo-żółto-czarnym transparentem z inicjałami “MM” i hasłem “Malcolm Was Here 1946-2010” (“Malcolm Był Tutaj 1946-2010”). Bok autobusu przyozdobiono różową płachtą z żółtym, kaligraficznym napisem “The Daily Terror” - “Codzienny Terror”. Nawet wnętrze kościoła, w którym odbywała się ceremonia żałobna, nie uniknęło dziwnych dekoracji. U stóp stojaka, na którym znajdowała się trumna, umieszczono tablicę z kwiatami tworzącymi hasło “Cash From Chaos” - “Gotówka z Chaosu”. Był to biały napis na tle granatowym.


Szopka pogrzebowa

Przy wspomnianym już zielonym, piętrowym autobusie kręcili się młodzi ludzie ubrani (i uczesani) w stylu punkowym. Część z nich piła piwo i paliła papierosy. Autor publikacji “Malcolm McLaren’s funeral…” pisze, że ostatniej drodze zmarłego towarzyszyła muzyka rockowa: utwór “My Way” w wykonaniu Sida Viciousa z zespołu Sex Pistols[1]. W uroczystościach żałobnych uczestniczyli - obok zwykłych obywateli - znani przedstawiciele branży rozrywkowej i modowej. Niektórzy celebryci (tacy jak wokalista Adam Ant) wyglądali nad wyraz ekscentrycznie. Cała ta pogrzebowa szopka miała miejsce w Londynie w drugiej połowie kwietnia 2010 roku. My, Polacy, żegnaliśmy wówczas ofiary katastrofy smoleńskiej.

Kim, do licha, był Malcolm McLaren? Dlaczego jego ostatnie pożegnanie przypominało cytat z piosenki polskiej grupy Ramzes & The Hooligans (“Zapraszam wszystkich na mój pogrzeb, to będzie bardzo wspaniała impreza. Będzie punk rock, będzie piwo i każdy będzie mógł się naje…ć”)? W niniejszym artykule spróbuję zwięźle przedstawić życie i twórczość jednej z najbardziej wpływowych osób w historii brytyjskiej popkultury. Nie będzie to szczegółowa biografia ani dogłębna analiza, tylko krótka prezentacja niezwykłego człowieka i jego dokonań. Mój tekst jest adresowany do ludzi, którzy nigdy nie słyszeli o Malcolmie McLarenie albo mają niewielką wiedzę na jego temat.


Artysta i biznesmen

Anglojęzyczna Wikipedia podaje, że Malcolm McLaren (22 stycznia 1946 - 8 kwietnia 2010) urodził się w Londynie jako syn szkockiego inżyniera. Wychowywał się z babcią ze strony matki, która pochodziła z żydowskiej rodziny handlującej diamentami. W młodości Malcolm sympatyzował z sytuacjonistami, czyli ruchem artystyczno-społecznym, który cenił awangardową sztukę oraz głosił poglądy zahaczające o marksizm i anarchizm. Uczęszczał do różnorakich szkół plastycznych. Od roku 1971 prowadził sklep, w którym sprzedawał zaprojektowaną przez siebie odzież. Współwłaścicielką sklepu, a zarazem kochanką McLarena, była Vivienne Westwood[2]. Para projektowała również kostiumy na potrzeby spektakli teatralnych i filmów fabularnych.

Malcolm, w przeciwieństwie do Vivienne, nie ograniczył swojej działalności wyłącznie do branży modowej. Jeszcze w latach siedemdziesiątych wkroczył do przemysłu rozrywkowego: został menedżerem zespołów muzycznych. Od lat osiemdziesiątych wydawał płyty z własnymi nagraniami. McLaren zajmował się ponadto sztukami wizualnymi, komponowaniem muzyki do reklam i filmów, pisaniem artykułów, współtworzeniem programów telewizyjnych i innymi pasjonującymi rzeczami. Zmarł w wyniku choroby nowotworowej (podobno przed śmiercią zaapelował o uwolnienie Leonarda Peltiera, działacza na rzecz Indian północnoamerykańskich). Został pochowany w angielskiej stolicy na Highgate Cemetery. Polecam sprawdzić, jak wygląda jego grób. Wystarczy wpisać w Google hasło “malcolm mclaren grave” albo “malcolm mclaren headstone”.


Punk - kontrolowana opozycja?

Robert Sankowski, autor artykułu “Człowiek, który wymyślił punka” z wirtualnego wydania “Gazety Wyborczej”, przedstawia Malcolma McLarena jako ojca sukcesu Sex Pistols. Pisze, że to właśnie Malcolm - sprytny menedżer - był odpowiedzialny za wizerunek, skandale, a nawet skład personalny tej słynnej grupy. Z artykułu Sankowskiego wyłania się jednak negatywny obraz McLarena. Publicysta oskarża Malcolma o fałszywość i działanie w złej wierze. Nazywa go “pozerem” i “hochsztaplerem”. Co więcej, przytacza wypowiedzi, z których wynika, że McLaren traktował sztukę i artystów w sposób instrumentalny. Krzysztof Varga, twórca tekstu “Buntuj się czyli kup nasz produkt” (z elektronicznej edycji “Dużego Formatu”), opisuje Malcolma w równie nieprzychylny sposób.

Varga, powołując się na obszerną książkę “England’s Dreaming. Historia punk rocka” Jona Savage’a, prezentuje największe wady i grzechy sławnego menedżera. Z artykułu “Buntuj się…” wynika, że McLaren zapoczątkował modę na punk w celach czysto komercyjnych. “On ten nagły bunt sobie starannie wykoncypował, a szło przecież wyłącznie o to, żeby dobrze sprzedać ciuchy, które w swoim butiku (…) młodzieży opylał” - stwierdza autor tekstu. Krzysztof Varga pisze, że Malcolm, żądny pieniędzy i rozgłosu, przekraczał niekiedy granice moralne. Jako przykład podaje fakt, że McLaren zachęcał młodych muzyków do posługiwania się symbolami komunistycznymi i nazistowskimi. Publicysta ubolewa nad tym, że za rzekomym idealizmem i nonkonformizmem punk rocka kryło się coś zupełnie przeciwnego.

Bartek Chaciński, twórca artykułu “Pożegnanie z ojcem punka” (dostępnego w wirtualnym wydaniu “Polityki”), pisze o Malcolmie McLarenie w nieco innym tonie. Wprawdzie potwierdza, że menedżer grupy Sex Pistols “zmanipulował” punkową subkulturę, ale przedstawia go raczej jako człowieka kreatywnego, wszechstronnie uzdolnionego oraz zasłużonego dla świata mody i muzyki. Chaciński podkreśla ogromną rolę, jaką sklep McLarena i Westwood odegrał w historii punk rocka. Zauważa, że punkowy styl, który zrobił w Zjednoczonym Królestwie taką furorę, wziął się właśnie stamtąd. Autor “Pożegnania…” pisze ponadto, że to właśnie Malcolm był pierwszym Brytyjczykiem tworzącym hip-hop. McLaren poznał ten gatunek w Nowym Jorku i przeszczepił go na grunt europejski.


Twórczość muzyczna MM

Jak widać, Malcolm McLaren należał do ludzi, których można było kochać lub nienawidzić, a których nie dało się ignorować. Generalnie, uchodził za mężczyznę bystrego, przebiegłego i odrobinę niebezpiecznego. Wokalista Sex Pistols, John Lydon, znany również jako Johnny Rotten, nazwał kiedyś Malcolma “najbardziej złowrogą osobą na ziemi” - “the most evil person on earth” (źródło: Biography.com). Trzeba jednak pamiętać, że McLaren był nie tylko “opiekunem” zespołów muzycznych, ale także człowiekiem, który sam zajmował się tworzeniem muzyki. Malcolm odznaczał się zamiłowaniem do eksperymentowania. Czerpał inspiracje z najróżniejszych stylów muzycznych, rozwijał nowe brzmienia i reinterpretował stare. Jeśli posłuchamy jego utworów, uświadomimy sobie, że są one bardzo eklektyczne i intertekstualne. Dużo w nich nawiązań do innych wytworów kultury. Krótko mówiąc: typowy postmodernizm, pełen przeróbek, aluzji, stylizacji i wybuchowych mieszanek.

Robert Sankowski, na którego powoływałam się kilka akapitów temu, sugerował, że taki charakter muzyki McLarena świadczył o nieudolności samego autora. “Nie potrafiąc ani śpiewać, ani pisać muzyki, sprytnie podczepiał się pod nowe, często undergroundowe trendy” - napisał publicysta “Gazety Wyborczej”. Możliwe, że jest w tym ziarnko prawdy. Nie mogę jednak powiedzieć, że utwory Malcolma są beznadziejne i godne zapomnienia. Wręcz przeciwnie: uważam, że słucha się ich świetnie, a płyta “Fans” z 1984 roku to prawdziwa rewelacja. Wysłuchałam jej już wiele razy. W nagrywaniu krążka wzięło udział mnóstwo ludzi, w tym Betty Ann White i Valerie Walters, śpiewające pięknymi, operowymi głosami. Na płycie “Fans” Malcolm wykorzystał fragmenty dwóch znanych oper, “Madama Butterfly” i “Carmen”. Chwała mu za to, bo wzbudził we mnie zainteresowanie tymi klasycznymi dziełami. Pierwsze z nich, autorstwa Pucciniego, chciałabym usłyszeć/obejrzeć w całości.

Jeśli chodzi o inne albumy studyjne McLarena, miałam okazję posłuchać “Duck Rock”, “Waltz Darling” i “Paris”. Wymienione krążki ukazywały się kolejno w latach 1983, 1989 i 1994. “Duck Rock”, debiutancka płyta Malcolma, to mix rapu, country, dance i muzyki afrykańskiej. McLaren, w wywiadzie dla polskiego periodyku “Teraz Rock”, zdradził, że na swoim krążku wykorzystał piosenki egzotycznych artystów. “Rozliczyłem się bezpośrednio z muzykami. (…) A Afrykanerów z wytwórni płytowych wystrychnąłem na dudków” - wyjaśnił dziennikarzowi Wiesławowi Weissowi. Płyta “Waltz Darling” urzekła mnie umiejętnym połączeniem nowoczesnych brzmień z wybranymi dziełami muzyki poważnej. Krążek “Paris” zaskoczył mnie zaś wyjątkowym klimatem. Sentymentalizm, nastrojowość, czasem niepokój, groza i tajemniczość… A do tego filmowa recytacja, elementy jazzowe oraz nawiązania do twórczości Serge’a Gainsbourga i Jane Birkin. Jest czego słuchać.


Trolling stulecia

Wróćmy jednak do zespołu Sex Pistols. Czym, tak naprawdę, była ta popularna i wpływowa formacja, uhonorowana obecnością w Rock and Roll Hall of Fame? Co kryło się za tą śmiałą grupą, rzucającą wyzwanie elitom, kształtującą mentalność młodzieży, inspirującą innych artystów i zmieniającą oblicze światowej kultury? Rozmawialiśmy wcześniej o komercji… Ale czy to wszystko? Z odpowiedzią śpieszy cytowany już Robert Sankowski, autor “Człowieka, który wymyślił punka”. Publicysta “Gazety Wyborczej” nie pozostawia złudzeń: “McLaren zrobił jeszcze film (…), w którym dowodził, że zespół był jego prowokacją, która miała obalić muzyczne hierarchie”. Wynika z tego, że twórczość SeksPistoletów była nie tylko towarem udającym kontestację, ale także skrytobójczym zamachem na muzykę.

Bartek Chaciński, twórca “Pożegnania z ojcem punka”, również sugeruje, że zespół Sex Pistols - a raczej trzymający go za mordę Malcolm - prowadził muzyczną dywersję. Publicysta “Polityki” twierdzi, że osławiony menedżer “chciał zniszczyć rock’n’rolla, pokazać, że skoro każdy może grać (…), to cała zabawa nie ma sensu, tymczasem wykonał pracę odwrotną”. Można powiedzieć, że kulturowy przewrót, zapoczątkowany przez grupę Sex Pistols, był wyreżyserowanym, dochodowym spektaklem. Przypominał on sfingowaną rewolucję z filmu “Metropolis” Fritza Langa. SeksPistolety były jak Fałszywa Maria, charyzmatyczna przywódczyni rewolucjonistów, która później okazała się złym robotem. McLaren był zaś jak Rotwang - szalony naukowiec, który tego robota skonstruował i zaprogramował.

Żeby była jasność: nie zabraniam nikomu słuchania Sex Pistols ani innych formacji punk rockowych. Przestrzegam jednak przed apoteozowaniem tego zespołu i przypisywaniem mu cech, których nie posiadał (idealizm, nonkonformizm, niezależność, oddolność, spontaniczność, niekomercyjność). SeksPistolety nie były żadnym objawieniem, tylko muzycznym trollingiem i dobrym interesem podstępnego artysty-biznesmena. Grupa nie miała nic wspólnego z realizowaniem jakiejkolwiek idei społeczno-polityczno-kulturowej. Miała za to dużo wspólnego z egoistycznymi celami pewnego rudowłosego, kędzierzawego projektanta mody. Za wszystkim, co kojarzymy z zespołem Sex Pistols, krył się Malcolm McLaren, który zapewne dobrze się bawił, widząc skutki wywołanego przez siebie zamieszania.


Anarchizm w praktyce

Macie swoich “wielkich anarchistycznych buntowników”. Kilku zwykłych, prostych chłopaków, którzy oficjalnie nawoływali do nieposłuszeństwa wobec establishmentu, a sami byli trzymani na smyczy przez jednego apodyktycznego dorobkiewicza. To nie w porządku, że młodych słuchaczy Sex Pistols zachęcano do popierania idei, za którą kryła się żądza zysku i zamętu (pomijam tutaj fakt, że anarchizm jest wynalazkiem głupim, szkodliwym i bezsensownym. Chodzi mi po prostu o pokazanie, że wielu naiwnych, idealistycznych nastolatków i dwudziestolatków zostało “nabitych w butelkę“). Co do McLarena… No cóż, najpierw potraktował SeksPistolety jak maszynkę do robienia pieniędzy. A gdy te pieniądze zostały już zrobione, przywłaszczył je sobie i przeznaczył na własne cele. O defraudacji majątku Sex Pistols, która znalazła swój epilog w sądzie, można poczytać w polskojęzycznej Wikipedii. Swoją drogą… Anarchiści pozwali kogoś do sądu?! Znowu sprzeczność!

Nie chcę być złośliwa, ale przypominają mi się fragmenty piosenki “Policyjna anarchia” grupy Surowa Generacja: “Chcąc uniknąć walki, anarchiści wolą donosić”, “Anarchia, rebelia pod ochroną prawa”, “Jak oni mogą mówić o jakiejś walce z systemem, jednocześnie chowając się za plecami policji? Jak mogą mówić o obaleniu rządu, składając zeznania, podając rysopisy?”[3]. Malcolm (który, jak już wiemy, w młodości opowiadał się za sytuacjonizmem) również nie był wierny swoim zasadom. Pod koniec życia wystąpił w reklamie, w której został zaprezentowany jako bogaty przedsiębiorca pracujący w Hollywood. Piosenką, wykorzystaną w tym materiale, była “Anarchy in the UK” (“Anarchia w Zjednoczonym Królestwie”) SeksPistoletów. Cynizm, zwykły cynizm. A może MM był po prostu… anarchokapitalistą?! Jeszcze jedna ciekawostka: muzyka Sex Pistols jest dystrybuowana w Internecie przez VEVO. Nie za bardzo wiem, czym jest to niesławne VEVO, ale część komentatorów nie posiada się z oburzenia.


Prawie jak Gainsbourg

McLaren, który żył na świecie ponad sześćdziesiąt lat, miał okazję “zajmować się” nie tylko zespołem Sex Pistols, ale także wieloma innymi formacjami. Jedną z nich była działająca w okresie New Romanticism grupa Bow Wow Wow. Malcolm popełnił względem tego zespołu szereg niecnych uczynków. Według anglojęzycznej Wikipedii, słynny menedżer namówił piętnastoletnią wokalistkę Annabellę Lwin, żeby pozowała nago do artystycznego zdjęcia. Fotografia miała się potem pojawić na okładce płyty BWW. Kiedy rodzice Annabelli dowiedzieli się o tym fakcie, zgłosili sprawę na policję. Jak nietrudno się domyślić, wpływowemu McLarenowi nic nie zrobiono. A zdjęcie i tak ukazało się rok później na okładce krążka wydanego w USA. Niestety, to jeszcze nie koniec. Zdaniem amerykańskiego dziennikarza Davida Bixenspana, Malcolm nakłaniał chłopaków z Bow Wow Wow do rozdziewiczenia nieletniej Lwin. Czego chciał dojrzały McLaren od młodziutkiej, niewinnej dziewczyny?![4]

Gdy myślę o tym wszystkim, przypomina mi się przypadek wspomnianego kilka akapitów wcześniej Serge’a Gainsbourga (1928-1991). Anglojęzyczna Wikipedia podaje, że ten francuski artysta skomponował piosenkę “Les Sucettes” (“Lizaki”) i napisał do niej dwuznaczny tekst. Utwór wykonywała osiemnastoletnia piosenkarka France Gall. Było to w roku 1966, a więc jeszcze przed tzw. rewolucją seksualną. Młoda France nie była świadoma, że perfidny Gainsbourg wrobił ją w śpiewanie utworu mówiącego o seksie oralnym. Gdy poznała prawdę, poczuła się zdradzona, oszukana i wykorzystana. W 1984 roku Serge nagrał - wraz ze swoją dwunastoletnią córeczką Charlotte - zmysłową piosenkę o kazirodztwie. Kawałek, zatytułowany “Lemon Incest” (“Cytrynowe kazirodztwo”) został uzupełniony niezwykle kontrowersyjnym teledyskiem. Dwa lata później Gainsbourg zrealizował film fabularny “Charlotte for Ever” (“Charlotte na zawsze”) zawierający śmiałe sceny z udziałem jego córki.


Podsumowanie

Niniejszy artykuł miał być krótki, ale wygląda na to, że strasznie się rozpisałam. Cóż, zdarza się. Dobrze, że przynajmniej udało mi się odpowiedzieć na pytanie postawione w jednym z pierwszych akapitów: “Kim, do licha, był Malcolm McLaren?”. Otóż wszechstronnie uzdolnionym i niestroniącym od eksperymentów artystą. Opiekunem i ojcem sukcesu wielu innych twórców. Osobą mającą duży wpływ na brytyjską i światową kulturę. Biznesmenem z wielkim talentem do robienia pieniędzy (“gotówka z chaosu” - “cash from chaos”). A jednocześnie człowiekiem o dosyć luźnym stosunku do obowiązujących norm moralnych, etycznych, obyczajowych i prawnych. Lubię jego twórczość, zwłaszcza płyty “Fans” i “Paris”. Uważam jednak, że trzeba przyznać rację Wiesławowi Weissowi, który - na łamach magazynu “Teraz Rock” - nazwał Malcolma McLarena “uosobieniem przebiegłości, uosobieniem chaosu, uosobieniem zła”. MM nie był dobrym człowiekiem, ale niewątpliwie odegrał istotną rolę w historii popkultury. I dlatego warto o nim pamiętać.


Natalia Julia Nowak,
26 czerwca - 6 lipca 2013 r.



PRZYPISY

[1] Oczywiście, było to nagranie archiwalne, odtwarzane z jakiegoś nośnika dźwięku. Sid Vicious nie żyje od 1979 roku. Umarł wskutek przedawkowania heroiny. Wcześniej został oskarżony o brutalne zamordowanie swojej kochanki, niejakiej Nancy Spungen. Dziewczynę zadźgano nożem należącym właśnie do Viciousa. Źródło informacji: Biography.com.

[2] Alison Boshoff, autorka artykułu “Sex Pistols manager Malcolm McLaren dies in Switzerland aged 64” (“Menedżer Sex Pistols Malcolm McLaren umiera w Szwajcarii w wieku 64 lat”) z internetowego wydania bulwarówki “Daily Mail”, pisze, że Vivienne zaszła z Malcolmem w ciążę. McLaren życzył sobie, żeby Westwood poddała się aborcji. Kobieta jednak odmówiła i urodziła mu syna. Potomek Malcolma i Vivienne, Joe Corre, wspomina swojego ojca raczej ciepło. Mimo to, przyznaje, że MM nie był wzorowym rodzicem. Można o tym poczytać w reportażu “Mój ojciec - rewolucjonista”, czyli w przedruku z “The Guardian” dostępnym na stronie Muzyka.onet.pl.

[3] Podobne pytania wypadałoby zadać w odniesieniu do pewnej polskiej organizacji, podającej się za narodową. “Jak oni mogą mówić o jakiejś walce z Eurokołchozem, jednocześnie rozważając kandydaturę do Parlamentu Europejskiego? Jak mogą mówić o obaleniu Republiki Okrągłego Stołu, szukając dla siebie miejsca w instytucjach publicznych?” (parafraza fragmentu piosenki Surowej Generacji).

[4] To jest bardzo (po)ważne pytanie. Zwłaszcza w kontekście faktu, że MM fascynował się operą “Madama Butterfly“. Dzieło opowiada o dorosłym, białym mężczyźnie, który poślubił i zapłodnił piętnastoletnią Japonkę. Annabella Lwin też ma pochodzenie azjatyckie, a ściślej birmańskie. Źródła informacji: polska i angielska Wikipedia.


poniedziałek, 10 czerwca 2013

Powrót do klubu Blitz

Klucz do nowej fascynacji

Jakiś czas temu zainteresowała mnie zagraniczna muzyka rozrywkowa z lat osiemdziesiątych XX wieku. Fascynacja starymi przebojami spłynęła na mnie dość nieoczekiwanie. Wszystko zaczęło się od brytyjskiego zespołu Dead or Alive, który - w czasach, gdy nie było mnie jeszcze na świecie - wylansował hity “You Spin Me Round (Like a Record)”, “Something In My House”, “Brand New Lover” i “My Heart Goes Bang (Get Me to the Doctor)”. Prawdę powiedziawszy, o istnieniu tej grupy i bolesnych przeżyciach jej wokalisty (Pete’a Burnsa) dowiedziałam się już kilka lat temu. Najpierw usłyszałam największy przebój formacji, a potem poczytałam nieco o dolach i niedolach Burnsa. Tak się jednak złożyło, że wówczas szybko zapomniałam o DoA. Pamięć o tym zespole powróciła do mnie dopiero w drugiej połowie 2012 roku. Postanowiłam wtedy poznać tę grupę od nowa, a owocem moich dociekań stał się artykuł “Wielkousty Michael Jackson z Port Sunlight”.


Łańcuch powiązań

Niebawem uświadomiłam sobie, że nie da się w pełni zrozumieć Dead or Alive (i poczynań Pete’a Burnsa) bez znajomości kwartetu Culture Club i jego lidera Boya George’a. Napisałam o tym zresztą w tekście “Pete Burns i Boy George. Kongenialność czy konkurencja?”. Później naszła mnie refleksja, że nie jest możliwe pełne zrozumienie Culture Club i Boya George’a bez ogarnięcia fenomenu, jakim był londyński klub Blitz (kolebka ruchu New Romanticism, znanego także jako New Romantic). O tym, czym był rzeczony lokal, opowiedziałam pokrótce w artykule “Dawno temu w Londynie stał klub Blitz”. Pracując nad wspomnianym materiałem, miałam już świadomość kolejnego faktu. Jeśli pragnę pojąć istotę Nowego Romantyzmu, muszę zgłębić nurty, repertuary i zjawiska, które stanowiły punkt wyjścia dla bywalców Blitz. Mądrzy ludzie mawiają, że do zrozumienia określonej epoki konieczne jest poznanie epoki wcześniejszej. Mają rację. Ja, w ferworze moich poszukiwań, dotarłam już do lat siedemdziesiątych.


Blitzologia - poziom średniozaawansowany

Ale przejdźmy do konkretów. W niniejszym tekście chciałabym rozwinąć kilka wątków z mojej publikacji “Dawno temu w Londynie stał klub Blitz”. Rzeczony artykuł zawierał m.in. informacje na temat zespołu Visage. Tak się jednak składa, że od Visage niedaleko do Ultravox. Dziś napiszę kilkanaście zdań o tej drugiej formacji (skądinąd bardzo zasłużonej dla ruchu noworomantycznego). Później nakreślę parę słów o Billym Idolu, który - przypadkowo i pośrednio - zmienił bieg historii. Jak dowiadujemy się ze strony TheBlitzClub.com, to właśnie Billy zaprosił Steve’a Strange’a (gospodarza Blitz, wokalistę Visage) do Londynu. Kolejnym muzykiem, którego scharakteryzuję, będzie Kirk Brandon. Człowiek ten, działający w depresyjnym zespole rockowym, miał nietypowe zatargi z Boyem Georgem. Na koniec opiszę gwiazdę lat siedemdziesiątych, której twórczość była natchnieniem dla Nowych Romantyków. David Bowie, bo o nim mowa, dostarczył społeczności blitzowców wielu inspiracji. Jak pamiętamy z poprzedniego artykułu, do rozsławienia klubu Blitz przyczyniły się wtorkowe imprezy zwane “nocami Davida Bowiego” (“David Bowie nights”). Życzę przyjemnej lektury i… przepraszam, że ograniczony czas nie pozwala mi na zaprezentowanie większej liczby artystów.


Visage i Ultravox

W czasach Nowego Romantyzmu świat brytyjskich wykonawców muzycznych przypominał wioskę, w której wszyscy się znali i wywierali na siebie wpływ. Można to łatwo przedstawić na przykładzie formacji Visage i Ultravox. Z obiema grupami był związany Midge Ure - uzdolniony kompozytor, wokalista, keyboardzista, gitarzysta i autor tekstów piosenek. Muzyk, którego prawdziwe nazwisko brzmi James Ure, działał początkowo w Visage. Potem przeniósł się do Ultravox, gdzie w pełni rozwinął skrzydła. O tym, że Midge odegrał ważną rolę w historii obu zespołów, przekona się każdy, kto posłucha ich utworów. Piosenki Visage i Ultravox brzmią bowiem podobnie. Da się wyczuć, że na kształt obydwu repertuarów wpłynęła ta sama osoba. Muzyka Ultravox jest jednak znacznie dojrzalsza i bardziej skomplikowana od Visage. Słychać, że talent Ure uległ oszlifowaniu i objawił się w całej okazałości. Z czego może to wynikać? Cóż, Midge miał w Ultravox więcej swobody twórczej. Nie musiał już podporządkowywać się woli lidera, bo sam został liderem. Dzięki temu doprowadził swoje zdolności do perfekcji i uczynił Ultravox jedną z najlepszych grup muzycznych w Zjednoczonym Królestwie. Bardzo lubię Visage, ale myślę, że Ure miał zbyt wielki potencjał, żeby “marnować się” w zespole dowodzonym przez kogoś innego.


Pięknie, choć po masońsku

Utwory Ultravox są syntetyczne, pełne magii i niesamowitości, a na dodatek melodyjne i przebojowe. Często słychać w nich nutkę tajemniczości, która wcale nie kłóci się z żywym rytmem i energicznym wokalem. Jak już napisałam, jest to coś w stylu Visage, ale na znacznie wyższym poziomie artystycznym. Teledyski Ultravox również są ciekawe i godne uwagi. Wystarczy wspomnieć o video clipie nakręconym do piosenki “Vienna”. Filmik jest odrobinę gotycki: dużo w nim mroku, ponurych rzeźb, pięknych budowli, a także świec i niewspółcześnie odzianych ludzi. Uważam, że powinien go obejrzeć każdy człowiek, któremu podobał się teledysk “The Damned Don’t Cry” Visage. Trochę kontrowersyjny jest video clip “The Thin Wall” (znowu mówimy o twórczości Ultravox). W filmiku pojawia się bowiem loża masońska: pomieszczenie z charakterystycznymi, białymi kolumnami i podłogą przypominającą szachownicę*. Nawiązania do ruchu wolnomularskiego występują ponadto w teledysku “Hymn”. Okładka singla “Hymn” przedstawia zaś masoński symbol (cyrkiel i ekierkę). Ciekawostka: pomieszczenie z białymi kolumnami i podłogą-szachownicą uwieczniono także w video clipie “God Thank You Woman” Culture Club. Sama czarno-biała podłoga pojawia się natomiast w filmiku “Something In My House” Dead or Alive.


Billy Idol - władca czasu?

Istnieje zjawisko zwane efektem motyla. Polega ono na tym, że pozornie nieważny gest pociąga za sobą lawinę nieprzewidzianych wydarzeń. Są podstawy, żeby mniemać, iż sprawcą jednego z efektów motyla był Billy Idol (właśc. William Broad). Gdyby ten blondwłosy artysta nie zaprosił Steve’a Strange’a do Londynu, nie doszłoby do przeobrażenia przeciętnego klubu Blitz w miejsce szalonych eksperymentów artystycznych. Wówczas nie narodziłby się nurt kulturowy o nazwie New Romanticism (New Romantic). W konsekwencji losy światowej popkultury potoczyłyby się inaczej i nie wiadomo, gdzie ludzkość znajdowałaby się dzisiaj. Skoro Billy - szczęśliwym zbiegiem okoliczności - dokonał takiego przełomu, wypadałoby się zapoznać z jego dorobkiem artystycznym. William Broad to zdecydowanie muzyk rockowy, wykonawca piosenek o mocnym i twardym brzmieniu. Jego twórczość, chociaż mainstreamowa, wydaje się łączyć cechy dwóch epok: punkowej i noworomantycznej. Artysta ma na koncie kawałki drapieżne i dynamiczne, takie jak “Rebel Yell”, “Mony Mony“ czy “Scream“. Do innych jego utworów wkradają się jednak dźwięki cudowne i nieziemskie, co doskonale słychać w “Eyes Without A Face”. Teledyski Idola nierzadko są śmiałe pod względem obyczajowym. Bezpruderyjne kobiety, pojawiające się w filmikach, sprawiają, że twórczość artysty zahacza o kolejną epokę. Jaką? Oczywiście, współczesność. Billy wybiega czasem w odległą przyszłość, o czym świadczy jego fantastycznonaukowy/cyberpunkowy video clip “Shock To The System”. William Broad - władca czasu? A może król przypadku? Na te pytania nie ma (i nie będzie) odpowiedzi.


Pomówienie o pomówienie (?)

Jednym z bywalców klubu Blitz, często wzmiankowanym w różnorakich opracowaniach, był Kirk Brandon. Muzyk, skądinąd bardzo charyzmatyczny, zasłynął jako wokalista zespołu Theatre of Hate. Jeśli wsłuchamy się w piosenki tej formacji, uświadomimy sobie, że znacznie różnią się one od głównonurtowej muzyki noworomantycznej. Bo faktycznie nie jest to New Romanticism, tylko coś z zupełnie innej bajki, a mianowicie depresyjny postpunk. Utwory, wykonywane przez Theatre of Hate, są ambitne i trudne w odbiorze. Nie jest to proste “hop, siup, tralala” rodem z komercyjnych rozgłośni radiowych, tylko poważny repertuar, przeznaczony dla słuchaczy szukających konkretnych doznań estetycznych. Ciężka i przygnębiająca twórczość Theatre of Hate ociera się wręcz o gothic rock. Ciekawe, że losy Kirka Brandona, wokalisty tej mrocznej grupy, splotły się z losami gwiazdy popu, Boya George’a. O co chodzi? Otóż w latach dziewięćdziesiątych George opublikował swoją autobiografię. Stwierdził w niej, że w czasach klubu Blitz miał z Kirkiem płomienny romans. Gdy Brandon dowiedział się o tych rewelacjach, nie tylko je zdementował, ale również oskarżył Boya o zniesławienie. Sąd, po rozpatrzeniu sprawy, orzekł, że racja leży po stronie George’a. Wyszło więc na to, że mężczyźni faktycznie byli niegdyś parą, a Kirk to oszczerca, który pomówił bliźniego o pomówienie. Jak było w rzeczywistości? Nie wiadomo. Możliwe, że Boy naprawdę “chodził“ kiedyś z Brandonem. Szkoda tylko, że w swojej książce naruszył jego prawo do prywatności. Nie można samowolnie opisywać czyjegoś życia towarzyskiego, zwłaszcza w sposób, który umożliwia identyfikację danej osoby. Etyka mediów się kłania.


Barwny, ponadczasowy… David Bowie!

David Bowie to niezwykle oryginalny, wpływowy i zasłużony artysta, bez którego Nowi Romantycy (i nie tylko) daleko by nie zajechali. Zdaję sobie sprawę z faktu, że to, co napiszę o nim w niniejszym artykule, nie będzie w żaden sposób wyczerpujące. O Bowiem powstało wiele grubych książek, co pokazuje, że jego życie, dorobek i znaczenie dla kultury to temat rzeka. Chciałabym jednak przybliżyć jego twórczość młodym ludziom, którzy nie mieli jeszcze okazji zainteresować się tym repertuarem i nie pamiętają czasów, gdy gwiazdor był u szczytu popularności. David Bowie (właśc. David Robert Jones) jest ikoną muzyki rockowej. Urodził się w roku 1947, a zadebiutował już w pierwszej połowie lat sześćdziesiątych. Początkowo działał w różnych zespołach muzycznych, później zdecydował się na karierę solową, którą kontynuuje do dziś. Bowie, jako solista, podbił serca publiczności nie tylko piosenkami, ale także skłonnością do eksperymentowania z własnym wizerunkiem. Artysta stworzył co najmniej kilka fikcyjnych postaci, w które wcielał się podczas występów. W artykule “David Bowie: his many faces” z internetowego wydania dziennika “The Daily Telegraph” znajdują się opisy pięciu z nich. Oto ich imiona: Aladdin Sane, Arnold Corns, Major Tom, Thin White Duke i Ziggy Stardust. Ja wiem o istnieniu jeszcze jednej persony, noszącej pseudonim Halloween Jack. Najsłynniejszą postacią, wykreowaną przez Davida, jest zdecydowanie Stardust - androgyniczny przybysz z innej planety. W polskojęzycznej Wikipedii możemy przeczytać: “Bowie identyfikował się z postacią Ziggy’ego aż do przesady, w czasie tournee (…) pojawiał się na konferencjach prasowych jako sam Ziggy”.


Muzyka i ciekawostki

Dorobek artystyczny Davida Bowiego jest tak imponujący, że jego dokładne zbadanie zajęłoby dużo czasu nawet najbardziej entuzjastycznemu badaczowi. Anglojęzyczna Wikipedia podaje, że dyskografia opisywanego muzyka obejmuje “26 albumów studyjnych, 9 albumów koncertowych, 46 albumów kompilacyjnych, 5 płyt extended play (EP), 109 singli i 3 ścieżki dźwiękowe”. Według tego samego źródła, interesujący nas artysta “wydał 13 video albumów i 48 teledysków”. Chylę czoło. Nie tylko przed Bowiem, ale również przed zapaleńcami, którzy zdołali w pełni ogarnąć jego twórczość. Sama wysłuchałam w całości tylko pięciu krążków Davida. Obejrzałam też kilka jego teledysków. Duże wrażenie zrobił na mnie video clip nakręcony do utworu “Ashes To Ashes”. Filmik jest ukłonem w stronę Nowych Romantyków - wielkich miłośników i uczniów Bowiego. Jeśli chodzi o muzykę, bardzo spodobały mi się piosenki “Starman”, “Ziggy Stardust” i “Heroes”. Przejdźmy teraz do ciekawostek. Na temat artysty krąży wiele teorii spiskowych. Jedna z nich mówi o tym, że David naprawdę jest istotą pozaziemską, a dokładniej Reptilianinem. Inna głosi, że w połowie lat siedemdziesiątych Bowie został podmieniony (tzn. zastąpiony przez sobowtóra). Lekkie kontrowersje wzbudza film fabularny “Labirynth”, w którym muzyk zagrał główną rolę męską. Produkcja była analizowana na stronie VigilantCitizen.com oraz w książce “The Illuminati Formula” Fritza Springmeiera i Cisco Wheeler. Z analiz wynika, że “Labirynth” mówi o projekcie Monarch, a postać grana przez Davida jest programistą umysłów**. Gdyby Bowie się dowiedział, co ludzie o nim wypisują, prawdopodobnie złapałby się za głowę.


Zakończenie/usprawiedliwienie

Artyści, wymienieni w niniejszym tekście, nie są jedynymi “starymi gwiazdami”, których miałam okazję niedawno słuchać. W ostatnim czasie zwróciłam bowiem uwagę na wielu wykonawców, nie tylko z Wielkiej Brytanii, ale również z Francji, Niemiec i Stanów Zjednoczonych. Jeśli chodzi o zespoły brytyjskie, zapoznałam się z twórczością Spandau Ballet, Human League i Duran, Duran. Co do formacji i solistów spoza Zjednoczonego Królestwa, nie będę ich dzisiaj wymieniać. Być może napiszę o nich parę słów w następnych artykułach. Jest jeden koleś z Ameryki Północnej, o którym chciałabym stworzyć całkiem osobny tekst. Nie wiem, kiedy to nastąpi, bo ostatnio brakuje mi czasu na twórczość publicystyczną. Nawet niniejszy artykuł miał być znacznie dłuższy i bardziej szczegółowy. Niestety, nadmiar obowiązków w realnym świecie sprawił, że musiałam się ograniczyć do niezbędnego minimum. Przepraszam i proszę o zrozumienie. Trzeci rok studiów (w systemie bolońskim) to nie przelewki.


Natalia Julia Nowak,
3-9 czerwca 2013 r.



__________
* Jeśli ktoś chce obejrzeć zdjęcia prawdziwych lóż masońskich, może ich poszukać za pośrednictwem wyszukiwarki internetowej Google. Polecam kierować się hasłem “masonic lodge”.
** Zainteresowanych odsyłam do mojego artykułu “Kontrola umysłu - prawda czy teoria spiskowa?”. Pełny tytuł przywołanej przeze mnie książki Springmeiera i Wheeler to “The Illuminati Formula Used to Create an Undetectable Total Mind Controlled Slave”.