poniedziałek, 20 lutego 2012

Gender studies - nauka w służbie ideologii

Dobry pomysł, wdzięczny temat

Gender studies - studia genderowe - to interdyscyplinarna dziedzina nauki, która zajmuje się badaniem płci, ale nie od strony biologicznej, tylko od strony społeczno-kulturowej (słowo “gender“ jest tutaj określeniem utrwalonych, zakorzenionych w zbiorowej świadomości wyobrażeń na temat męskości i kobiecości). Genderyści nie zajmują się takimi sprawami jak budowa męskich i żeńskich narządów rozrodczych, działanie testosteronu i estrogenów czy podatność którejś z płci na określone choroby. Rozwijana przez nich nauka nie ma bowiem charakteru przyrodniczego.

Badacze spod znaku gender badają to, w jaki sposób postrzegane są płcie w różnych kulturach, na czym polegają wytworzone przez społeczeństwo role płciowe, jakie cechy uznaje się za pożądane/niepożądane dla mężczyzn/kobiet itd. Przedmiotem ich zainteresowania są ponadto zależności między płcią a językiem (systemem gramatycznym, stylem wypowiedzi), usankcjonowane religijnie normy związane z seksualnością, relacje damsko-męskie w różnych kontekstach historycznych, stereotypy płciowe itp.

Studia genderowe to także rozważania nad kontrowersyjnymi, ale istniejącymi od wieków zjawiskami homoseksualizmu, biseksualizmu, transseksualizmu i androgynizmu. Problemy te, podobnie jak same płcie, są analizowane wyłącznie od strony kulturowej i społecznej. Chodzi o ustalenie, jak wymienione zjawiska są traktowane w różnych społeczeństwach, jak są przedstawiane w sztuce, jak są oceniane przez autorytety religijne etc. Można zatem powiedzieć, że gender studies łączą w sobie elementy socjologii, antropologii, etnologii, kulturoznawstwa, literaturoznawstwa, językoznawstwa, religioznawstwa i innych nauk niebędących naukami ścisłymi.

Pomysł, żeby badać płcie, tożsamości płciowe i orientacje seksualne z punktu widzenia społeczno-kulturowego, to strzał w dziesiątkę. Wybrany przez genderystów temat jest bardzo ciekawy i bliski każdemu człowiekowi (na całym świecie żyją przecież mężczyźni i kobiety, a różnorakie kultury i społeczności rozmaicie się do tego ustosunkowują). Jednocześnie jest to temat-rzeka, który można traktować dosyć swobodnie, a który prawdopodobnie nigdy się nie wyczerpie. Rzeczywistość nie jest statyczna, toteż zawsze znajdzie się fenomen godny analizy i opisu.


Nauka - zakładniczka ideologów?

Gender studies - dobrze, że taka gałąź nauki istnieje i że jest stale wzbogacana o nowe spostrzeżenia. Aby lepiej zrozumieć siebie i świat zewnętrzny, wypada poznać zależności typu “płeć a kultura”, “płeć a społeczeństwo”, “płeć a religia”, “płeć a polityka”, “płeć a język” itd. Cóż więc jest nie tak? Co może być nie w porządku z tak uroczą, inspirującą i pasjonującą nauką? Otóż fakt, że ludzie, którzy zajmują się studiami genderowymi, często podporządkowują tę dziedzinę wiedzy ideologii feministycznej i queerowej.

Każda ideologia, niezależnie od charakteru i stopnia rozpowszechnienia, jest czymś, co można uznać za przeciwieństwo naukowego obiektywizmu. Ideologia zawsze wiąże się ze stronniczością, gdyż służy określonej grupie społecznej, opiera się na emocjach oraz prezentuje “jedyny słuszny” zestaw osądów, oczekiwań i obaw. “Portal Wiedzy“, będący częścią popularnego Onetu, podaje następującą definicję ideologii:

“Zbiór idei, poglądów i przekonań opisujących rzeczywistość oraz zawierających jej ocenę i zasady postępowania grup, ruchów społecznych i partii politycznych. Ideologia tworzy obraz świata istniejącego i prezentuje wizję przyszłości. W skład ideologii wchodzą koncepcje filozoficzne, ekonomiczne, prawne, etyczne, religijne. Ideologia określa wartości i cele, które mają uzasadniać działania polityczne (…)”

Skoro ideologia “tworzy obraz świata istniejącego”, to ma ona charakter kreatywny, nie zaś badawczy. Łączenie gender studies z ideologią feministyczno-queerową powoduje, że ta nauka przestaje być nauką, a staje się uzasadnieniem subiektywnych przekonań pewnej opcji politycznej. Studia genderowe, z natury zupełnie neutralne, zamieniają się w zbiór argumentów i kontrargumentów, którymi można sprytnie manipulować. To niesprawiedliwe, nieuczciwe i niebezpieczne.


Od komunizmu naukowego do feminizmu naukowego

Kiedy dziedzina nauki miesza się z czymś skrajnie stronniczym i nienaukowym, należy do niej podchodzić z dużą nieufnością i krytycyzmem. Trzeba być ostrożnym, zwłaszcza w tych kwestiach, które mogą być szczególnie zmanipulowane oraz nagięte do światopoglądu feministek i aktywistów LGBT. Potrzebna jest znajomość przekonań wspomnianych grup społecznych, a także umiejętność odnajdywania dogmatów ideologicznych w gąszczu suchych faktów. Wszak elementy nienaukowe mogą być wplecione nawet w poważne i pozornie rzetelne teksty akademickie.

Tak jak w PRL-u nauki humanistyczne i ścisłe były podporządkowane marksizmowi, tak dzisiaj studia genderowe bywają podporządkowywane feminizmowi i ruchowi queer. Niektórzy genderyści robią to całkiem jawnie, na przykład poprzez odwoływanie się do feministycznej krytyki literackiej. Kiedyś mieliśmy “komunizm naukowy”, obecnie jesteśmy karmieni “feminizmem/queeryzmem naukowym”. Jak już napisałam, gender studies, pojmowane jako rozważania nad płcią społeczno-kulturową, nie są złe (przeciwnie, są one dobre i wartościowe).

Ale sposób, w jaki niektórzy genderyści traktują swoją pracę, wzbudza we mnie ogromny niesmak. Na ile studia genderowe są dziś celem samym w sobie, a na ile - środkiem do ideologicznego celu? Jak czytać opracowania naukowe, żeby dowiedzieć się czegoś interesującego, a jednocześnie nie dać się omamić dyskretnej propagandzie? Przede wszystkim, trzeba zwracać uwagę na występujące w tekstach sformułowania i zastanawiać się nad tym, czy są one wyważone i niezaangażowane. Tylko w ten sposób można ustalić granicę oddzielającą fakty od opinii (prawdę od sofizmatów).


Kwiatek Agnieszki Mrozik

Przykładem światopoglądowego intruza, który wdarł się do pozornie obiektywnego tekstu, może być sformułowanie użyte przez Agnieszkę Mrozik w recenzji książki Małgorzaty Fidelis (artykuł jest dostępny na oficjalnej stronie Podyplomowych Gender Studies im. Marii Konopnickiej i Marii Dulębianki). Otóż autorka określa aborcję mianem “przysługującego kobietom prawa”. Można dyskutować o tym, czy prawo do aborcji rzeczywiście kobietom przysługuje, czy nie. Każdy czytelnik, niezależnie od płci, wieku, wykształcenia czy wyznania, może się dowolnie zapatrywać na tę kwestię.

Problemem nie jest to, co Agnieszka Mrozik napisała o usuwaniu ciąży, tylko to, że umieściła ona swoją prywatną opinię w publikacji silącej się na bezstronność. Autorka ma prawo myśleć o aborcji, co jej się żywnie podoba. Dlaczego jednak jej subiektywne zdanie zostaje wyrażone w tekście naukowym? Dlaczego prywatny osąd twórczyni nie jest odgraniczony od neutralnych zdań opisujących fakty? Jeśli Agnieszka Mrozik popiera przerywanie ciąży, to niech o tym pisze w felietonach, a nie w publikacjach nastawionych na absolutny obiektywizm!

Nauka jest od tego, żeby badać fakty, a następnie prezentować je odbiorcom. Od oceniania rozmaitych zjawisk i kształtowania opinii publicznej jest publicystyka. Sformułowanie “przysługujące prawo” to nie fakt, lecz prywatny osąd, zatem nie powinno być dla niego miejsca w artykule naukowym. Analogicznie do tego, w tekście naukowym nie powinny występować frazy typu “przysługujące ludzkiemu zarodkowi prawo do życia” czy “przyrodzona godność dziecka poczętego“ (obie wymyślone przeze mnie).

Naukowcowi wolno popierać aborcję, wolno też jej nie popierać. Nie wolno za to mieszać niepodważalnych faktów z indywidualnymi mniemaniami - wiedzą o tym nawet uczniowie gimnazjów. To, co ujdzie w felietonie lub eseju, może nie być akceptowalne w akademickim opracowaniu. Poważna publikacja nie jest odpowiednim miejscem na osobiste przekonania, bez względu na to, czy stanowią one aprobatę, czy dezaprobatę jakiegoś zjawiska. Trzeba się nauczyć oddzielać ziarno od plew - fakty od opinii.

Artykuł naukowy nie powinien zawierać ani stwierdzeń proaborcyjnych, ani antyaborcyjnych. Musi on być całkowicie wyzuty z elementów ideologicznych, religijnych i filozoficznych. Poparcie lub brak poparcia dla przerywania ciąży to właśnie ideologia - czy się to komu podoba, czy nie. Uczony może mieć poglądy pro-choice lub pro-life, jednak winien on unikać demonstrowania ich w tekstach naukowych. Jeżeli chce promować albo zwalczać aborcję, to niech robi to po pracy. Nauka musi być wolna od wszelkich (zarówno liberalnych, jak i konserwatywnych) wpływów światopoglądowych.


Kwiatek Katarzyny Szumlewicz

Innym przykładem ideologicznego wtrętu w publikacji genderowej jest sformułowanie zastosowane przez Katarzynę Szumlewicz w tekście “Przytulanki i fasolki czyli na forach o ciąży” (dostępnym na tej samej stronie co recenzja Agnieszki Mrozik). Autorka użyła bowiem określenia “skrajnie wrogi nam kobietom porządek”. Podobnie jak w poprzednim artykule, mamy tutaj do czynienia z wyrażeniem ewidentnie publicystycznym. “Skrajnie wrogi nam kobietom porządek” to słowa nacechowane emocjonalnie i zdecydowanie stronnicze. Ukazują one nie tyle świat zewnętrzny, ile wyobrażenie pani Szumlewicz o konkretnych elementach rzeczywistości.

Autorka, pisząc o “skrajnie wrogim porządku”, wyraża swoją prywatną, subiektywną, jednostronną opinię. I to w taki sposób, że czytelnik poznaje nie tylko zdanie nadawczyni, ale także jej uczucia i nastawienie do problemu. W tekście naukowym takie sformułowania są niedopuszczalne. Twórczyni tekstu powinna była użyć wyrażenia bardziej neutralnego - takiego, któremu nie dałoby się przypisać nic oprócz profesjonalizmu, obiektywizmu i powściągliwości. Obowiązkiem Szumlewicz było zastosowanie takich środków językowych, które nie zdradzałyby jej osobistych wrażeń, przeświadczeń i uprzedzeń.

Rozumiem, że autorka odczuwa żal i niechęć do pewnych niefeministycznych porządków, ale powinna ona rozładowywać swoje emocje poza publikacjami naukowymi. Zwróćmy jeszcze uwagę na sformułowanie “nam kobietom” pochodzące od pretensjonalnego “my kobiety”. Jest to zlepek słów rodem z bulwarowej prasy kobiecej, a nie z ambitnych traktatów naukowych. Zacytowane wyrażenie jest ekstremalnie nieprofesjonalne - powiedziałabym nawet, że ma ono charakter potoczny. Czyż nie podważa ono powagi i wiarygodności całego artykułu? Czyż nie wskazuje na tendencyjny charakter wypowiedzi pisemnej?


Zakończenie

Studia genderowe to piękna nauka, badająca kulturowe i społeczne aspekty płci, tożsamości płciowych i orientacji seksualnych. Byłaby ona jeszcze piękniejsza, gdyby nie ludzie, którzy traktują ją w sposób instrumentalny - nie jako cel sam w sobie, tylko jako poszukiwanie uzasadnień dla własnych, subiektywnych poglądów. Czynnikiem, który sprawia, że niektóre osoby sięgają po gender studies, nie jest dążenie do odkrycia i zaprezentowania prawdy, tylko chęć zracjonalizowania własnych przekonań i narzucenia ich (pod przykrywką “faktów naukowych”) społeczeństwu. Nie mam nic przeciwko temu, żeby badać gender, czyli wyobrażenia, oczekiwania, obyczaje, zapatrywania i stereotypy związane z ludzką płciowością.

Sprzeciwiam się jednak podporządkowywaniu tych badań ideologii feministycznej i queerowej. Nauka powinna służyć całej ludzkości, a nie określonej grupie społecznej, która pragnie - w niezwykle wysublimowany sposób - przeforsować swoje zdanie. Jeśli mamy ochotę zająć się studiami genderowymi, to zróbmy sobie mały rachunek sumienia i odpowiedzmy na pytanie: czy robimy to w imię “Nauki przez duże N”, czy w imię konkretnej grupy interesu? Czy nasze motywacje są altruistyczne, czy egoistyczne? Czy chcemy poznać i rzetelnie opisać prawdę, czy znaleźć argumenty potwierdzające nasze prywatne opinie? Kim właściwie jesteśmy - obiektywnymi, pokornymi, ciekawymi świata badaczami, czy szkolącymi się ideologami?


Natalia Julia Nowak,
20 lutego 2012 roku



PS. Feministyczna krytyka literacka, uprawiana przez niektóre literaturoznawczynie, nie ma nic wspólnego z nauką. Jest to bowiem interpretowanie utworów literackich z punktu widzenia ideologii feministycznej. Równie dobrze można by uskuteczniać nacjonalistyczną, katolicką lub islamską krytykę literacką. Ciekawe hobby, tyle że zupełnie nienaukowe. Analizowanie np. powieści Henryka Sienkiewicza przez pryzmat feminizmu ma taką samą wartość jak analizowanie tychże książek przez pryzmat nacjonalizmu, katolicyzmu bądź islamu. To nie jest obiektywizm, tylko sprawdzanie, na ile materiał “badawczy” jest zgodny z naszym własnym punktem widzenia. Dobre jest to, z czym się zgadzamy, a złe to, z czym polemizujemy. Utalentowany autor to ten, który schlebia naszym gustom, grafoman to przedstawiciel wrogiego światopoglądu. Gdzie tu bezstronność, gdzie naukowość?!

niedziela, 12 lutego 2012

O homoseksualizmie i pośle Biedroniu

Gejem/lesbijką trzeba się urodzić

O samym homoseksualizmie nie da się zbyt dużo powiedzieć - on po prostu jest, objawia się od czasu do czasu w każdym społeczeństwie, a niekiedy nawet w populacjach zwierzęcych. Można jednak dyskutować o tym, skąd on się bierze, czy jest cechą stałą, czy stanowi rodzaj choroby i czy da się go dobrowolnie pozbyć. Najwięcej do powiedzenia można mieć w kwestii społecznej pozycji związków homoseksualnych oraz obecności elementów gejowsko-lesbijskich w kulturze, popkulturze i programach nauczania. Nadszedł czas, abym również ja przyłączyła się do publicznej debaty na temat związków jednopłciowych.

Skłaniam się w stronę poglądu, według którego homoseksualizm jest czymś wrodzonym. Nie wiem, czy stanowi on mutację genetyczną/chromosomową (jak zespół Klinefeltera), czy rzadko spotykaną, ale zgodną z normą cechę (jak płomiennorude włosy). Bez względu na to, czy nieheteroseksualność jest poważną chorobą, czy zdrową innością, staram się być powściągliwa względem faktu, że ktoś przyszedł na świat jako gej lub lesbijka. Nie mam do nikogo pretensji o to, że urodził się taki, a nie inny. Równie “dobrze” mogłabym się czepiać czyjegoś pochodzenia etnicznego lub koloru oczu.


Lansowanie homoseksualizmu jest faktem!

Nie podoba mi się jednak zjawisko, które można określić jako “lansowanie homoseksualizmu”. Bo nieheteroseksualność naprawdę jest lansowana i da się to łatwo udowodnić. W zachodniej popkulturze zapanowała prawdziwa moda na gejostwo i lesbijstwo. Do ruchu LGBT często nawiązują Lady Gaga i Rihanna - piosenkarki, które są obecnie na topie. Elementy homo występują też w utworach Christiny Aguilery i w teledysku “Mademoiselle Juliette” Alizee. Wielu celebrytów, takich jak Miley Cyrus czy Daniel Radcliffe, wyraża swoje poparcie dla zrównania związków homoseksualnych z heteroseksualnymi.

Britney Spears i Madonna całowały się podczas ceremonii rozdania nagród MTV Video Music Awards. Katy Perry nagrała utwór zatytułowany “I Kissed A Girl” - “Pocałowałam Dziewczynę”. Nawet gwiazdy ze Wschodu i z Europy Środkowej, pragnące zrobić karierę na Zachodzie, potrafią sięgać po motywy gejowskie lub lesbijskie. Julia i Lena z rosyjskiego duetu t.A.T.u. zdobyły sławę właśnie dzięki homoseksualnemu wizerunkowi. Polska wokalistka Natalia Lesz zaliczyła lesbijski pocałunek w video clipie “That Girl”. O elementach LGBT w japońskiej mandze i anime można by napisać całkiem obszerną książkę.


Mass media powinny reprezentować większość

Nie mam nic przeciwko kulturze zawierającej elementy homo. Skoro jest zapotrzebowanie na dobra kulturalne z motywami LGBT, to jak najbardziej powinny one istnieć. Ale nie, na Odyna, w mediach masowych! Homoseksualizm to zjawisko, które dotyczy niewielkiej części ludności - tylko kilka procent populacji zalicza się do kategorii homo. Mass media są zaś tworzone dla całego społeczeństwa, zatem powinny być dostosowane do potrzeb, preferencji i cech większości. Wielu ludzi nie lubi patrzeć na motywy gejowskie i lesbijskie. Po co ich do tego zmuszać poprzez umieszczanie wątków LGBT wszędzie, gdzie się da?

Elementy homoseksualne powinny być obecne w mediach wyspecjalizowanych - w czasopismach, stacjach telewizyjnych i portalach internetowych adresowanych do bardzo konkretnej grupy odbiorców. Do osób, które szukają właśnie czegoś takiego. Zamiast promować mniejszościowe zjawisko w mediach przeznaczonych dla większości, wypadałoby zakładać zupełnie nowe pisma, stacje i strony kierowane do zwolenników homo i samych homoseksualistów. Myślę, że wtedy i wilk byłby syty, i owca cała. Skoro są pieniądze na umieszczanie motywów LGBT w mediach masowych, to na pewno znalazłyby się też fundusze na rozwijanie gejowsko-lesbijskiej niszy.


Nie ranić żadnej ze stron

Mass media powinny być neutralne do bólu. Tak obiektywne, bezstronne i bezideowe, żeby nie obrażały absolutnie nikogo - ani homoseksualistów, ani przeciwników LGBT, ani ateistów, ani katolików, ani mniejszości religijnych, ani rdzennej ludności, ani cudzoziemców, ani jakiejkolwiek innej grupy. Materiały prezentowane w mediach masowych winny być wyzute z wszelkich ocen i komentarzy, a także pozbawione tych elementów, które mogą być dla kogoś obraźliwe, gorszące lub zniesmaczające. Ponieważ znaczna część społeczeństwa nie życzy sobie widoku motywów homoseksualnych, powinny one zostać przeniesione do mediów specjalistycznych.

Geje i lesbijki chcą być powszechnie akceptowani i traktowani na równi z heteroseksualistami. W porządku, ale tolerancja i poszanowanie dla cudzej odmienności powinny działać w obie strony. Jak czuliby się ludzie LGBT, gdyby w co drugim teledysku były zawarte symbole Narodowego Odrodzenia Polski z “zakazem pedałowania” na czele? Tak, jak dziś się czują przeciwnicy związków homoseksualnych korzystający z masowych mediów! Co do Parad Równości: one wcale nie przekonują społeczeństwa do gejów i lesbijek. Przeciwnie, tego typu manifestacje przerażają obserwatorów i przyczyniają się do zaostrzenia konfliktu światopoglądowego.


Młode pokolenie lubi LGBT

Wróćmy jednak do zjawiska, które nazwałam “lansowaniem homoseksualizmu”. Z moich obserwacji wynika, że popularyzacja LGBT (nazywana w niektórych środowiskach homopropagandą) przynosi oczekiwane przez nadawców rezultaty. Młodzi ludzie, zainspirowani zachodnią i japońską popkulturą, sami zaczynają tworzyć dzieła z wątkami homoseksualnymi oraz naśladować gejowski/lesbijski styl życia. W Internecie można znaleźć wiele opowiadań, wierszy, rysunków i zdjęć zawierających elementy homo - ich autorami są właśnie młodzi ludzie zafascynowani Stanami Zjednoczonymi, Europą Zachodnią i Japonią.

W liceum, do którego uczęszczałam, symulowanie stosunków, pieszczot i pocałunków homoseksualnych było na porządku dziennym. Kilka lat wcześniej, w mojej szkole podstawowej, również dużo się mówiło o LGBT, ale raczej w negatywnym kontekście. Słowa związane z gejostwem i lesbijstwem były używane w charakterze wyzwisk (“Kto wącha klej, to gej“, “Wyglądasz jak pedzio“, “Ty cioto“). Z drugiej strony, wiele osób lubiło twórczość duetu t.A.T.u. Dla mojego pokolenia, wychowanego w III RP, zjawisko homoseksualizmu jest chlebem powszednim. Nie należy więc się dziwić, że większość wyborców prohomoseksualnego Ruchu Palikota stanowią osoby w wieku 18-25 lat (źródło: Wybory.onet.pl).


Robert Biedroń - słodycz sama w sobie

Skoro jesteśmy już przy temacie RP, to warto napisać kilka akapitów na temat Roberta Biedronia. Gdybym chciała scharakteryzować RB, musiałabym się posłużyć tymi środkami językowymi, których dotychczas używano do opisu dzieci i młodych dziewcząt. No, bo jak inaczej przedstawić tę delikatną i kruchą istotę, której rozbrajający uśmiech i rozczulający chichot przynoszą człowiekowi pociechę i wytchnienie? Jak inaczej wypowiadać się o osóbce wdzięcznej, łagodnej, wrażliwej i pełnej uroku? Jak pisać o kimś, kto jest sweet i kawaii? Nie wyobrażam sobie charakterystyki Biedronia pozbawionej zdrobnień i pieszczotliwych określeń!

Poseł spod tęczowej gwiazdki wzbudza we mnie estetyczny zachwyt i opiekuńcze uczucia. Gdy na niego patrzę, budzi się we mnie głęboko uśpiony instynkt macierzyński (co nie zmienia faktu, że kompletnie nie zgadzam się z jego poglądami i że nie chciałabym go widzieć w roli ministra, premiera czy prezydenta. Bulwersuje mnie fakt, że parlamentarzysta popiera eurofederalizm i nie ma w sobie ani krztyny patriotyzmu. Na domiar złego, jest on feministą oraz wyzywa zwyczajnych narodowców od “faszystów“).

Kiedyś poświęciłam sporo czasu na oglądanie - w serwisie YouTube.com - różnorakich nagrań z udziałem opisywanego polityka. I muszę przyznać, że nie byłam w stanie skupić się na bzdurach, które namiętnie bredził. Moją uwagę całkowicie absorbowało jego zachowanie - mimika, gestykulacja, sposób poruszania się i ton wypowiedzi. Bo naprawdę milutkie z niego stworzenie. Boże Thorze, jak on ślicznie mruga oczkami! Ale trzeba przyznać, że (pomimo powabnej powierzchowności i ujmującej osobowości) jest to istota swawolna i odrobinę złośliwa.

Robert Biedroń przypominał małego, psotnego chochlika, kiedy mówił - tym swoim przyjemnym, aksamitnym głosikiem - że nie jest wróżką i że tylko zwolennicy PiS-u wierzą w cuda, duchy i anioły (Trojmiastogazetapl, YouTube.com). Niby grzeczny i nieszkodliwy, a jednak potrafi wbić szpilkę w pupę. Opisywany poseł ma 36 lat, lecz wygląda na znacznie mniej. Mogę w dobrej wierze i bez zbędnej kpiny powiedzieć, że pasują do niego (nieco ośmieszone przez Gombrowicza) określenia “chłopię” i “pacholę”.

Sympatyczny gość, choć niekiedy krnąbrny, przewrotny, stronniczy i skłonny do przesady (tak, tak, niezły z niego przesadysta! Te jego okrzyki podczas aresztowania 11 listopada 2010 roku były równie wyolbrzymione jak słynne “Niemcy mnie biją” Jana Marii Rokity! Inna sprawa, że takich ludzi jak RB nie bije się nawet kwiatem). Niestety, nie da się go skojarzyć z tymi cechami, które większość ludzi wyobraża sobie na dźwięk słowa “mężczyzna”. Wszystkie uroki Biedronia, zestawione z pleceniem nieprzeciętnych farmazonów, dają istną mieszankę wybuchową.

Przykładem może być wywiad udzielony przez parlamentarzystę portalowi Polityczna.tv. Mamy tam połączenie uroku osobistego z kuriozalnym pomysłem likwidacji świąt Bożego Narodzenia. Tęczowy polityk ma w sobie jakąś charyzmę, jakiś dar trafiania do ludzkiej świadomości. Myślę, że w jego wykonaniu nawet znany cytat “A teraz, kochane dzieci, pocałujcie misia w d…” brzmiałby atrakcyjnie i przekonująco (zwłaszcza, gdyby ta kwestia została wypowiedziana z szerokim uśmiechem i zmrużonymi oczami).

Poseł Ruchu Palikota naprawdę umie być napastliwy - sęk w tym, że przekazuje on zaczepne treści w pięknej, niewinnej i niewzbudzającej podejrzeń formie. Ot, zasłona dymna. Polityk potrafi dokuczać swoim przeciwnikom, jednak czasem trudno to wychwycić. Właśnie ze względu na jego specyficzny sposób bycia. Niezwykłym zbiegiem okoliczności jest to, że ciepły, delikatny i czarujący Biedroń ma pieszczotliwe, zawierające aż dwie miękkie głoski nazwisko. Jego partner życiowy nazywa się zaś Śmiszek (dwie głoski miękkie, a do tego zdrabniający sufiks “ek”).


Zniewieściałość i marihuana

Pytanie za sto punktów: czy większość gejów jest taka jak opisywany polityk, czy do sejmu trafił homoseksualista odróżniający się od swoich kolegów? Wiem, że niektórzy ludzie denerwują się, kiedy ktoś opisuje gejów jako facetów strasznie zniewieściałych. Ale jedno jest pewne: tęczowy parlamentarzysta potwierdza ten stereotyp. Roberta Biedronia muszę też skrytykować za prowadzenie niebezpiecznego stylu życia. Jeśli to prawda, że koleś pali marihuanę, to stanowi on zagrożenie dla samego siebie. Marihuana to przecież używka, miękki narkotyk, środek odurzający i uzależniający.

Skąd pewność, że palaczowi nie zachce się kiedyś sięgnąć po coś mocniejszego? Jak słyszymy w pewnej skinheadowskiej piosence: “Dziś palisz tylko skręty, jutro wypróbujesz hasz”. Fakt, że poseł pali “trawkę”, jest groźny także dlatego, że może doprowadzić do upowszechnienia “gandziarstwa“ wśród obywateli. Z “maryśką” nie ma żartów. Jeżeli marihuana (jak twierdzą niektórzy) posiada jakieś właściwości lecznicze, to należy ją zalegalizować wyłącznie jako lek. To zupełnie tak jak z morfiną. Niewątpliwie jest ona narkotykiem, ale lekarze używają jej do uśmierzania bólu pacjentów. Stosowanie morfiny jako używki nie jest jednak akceptowane.


Uściślić definicję małżeństwa!

Co się tyczy statusu prawnego par homoseksualnych, jest mi on dosyć obojętny. W sumie, można by uznać jednopłciowe związki partnerskie i konkubinaty - homoseksualiści i tak są już razem, a czasem nawet mieszkają pod jednym dachem. Sprzeciwiałabym się jednak nazywaniu takich układów małżeństwami. Czemu? Cóż, uważam, że małżeństwo powinno być rozumiane w sposób ścisły, wąski, sztywny, ciasny i jednoznaczny - jako usankcjonowany prawnie zalążek przyszłej, naturalnej, biologicznej rodziny.

Geje nie mogą mieć potomstwa z innymi gejami, a lesbijki - z innymi lesbijkami. Ten prosty fakt powoduje, że nie pasują oni do proponowanej przeze mnie definicji małżeństwa. Moim zdaniem, małżeństwo powinno się wyróżniać na tle innych rodzajów związków. Musi ono być czymś wyjątkowym, doniosłym i konkretnym. Jeśli chodzi o adoptowanie dzieci przez pary jednopłciowe, to radziłabym zachować ostrożność. Istnieją kraje, w których geje i lesbijki mogą przysposabiać nieletnich, ale to prawo obowiązuje dopiero od kilku-kilkunastu lat.


Za wcześnie na jednoznaczne oceny

Nie ma jeszcze jednoznacznej i pewnej odpowiedzi na pytanie, na jakich ludzi wyrastają adoptowane dzieci homoseksualistów. Oczywiście, są już wstępne wnioski i teorie, ale jest zbyt wcześnie, żeby wydawać oficjalne werdykty. Dlaczego? Otóż dlatego, że znamy tylko jedno, nieliczne pokolenie dzieci mających dwóch ojców lub dwie matki. To zbyt mało, żeby można było posługiwać się kwantyfikatorami typu “zawsze”, “prawie zawsze”, “często”, “sporadycznie” czy “nigdy”. Adoptowanie dzieci przez pary homoseksualne to wciąż nowość, eksperyment.

Pytanie brzmi: czy eksperymentowanie na dzieciach jest etyczne? Co będzie, jeśli za kilkanaście/kilkadziesiąt lat okaże się, że ten eksperyment był w wielu przypadkach nieudany? Skąd pewność, że same dzieci, już po osiągnięciu pełnoletniości, nie będą żądać od swoich opiekunów lub od państwa wysokich odszkodowań? Naturalnie, nikomu nie życzę rozczarowania ani traumy. Sądzę jednak, że dziecięca psychika to materia tak delikatna, że trzeba na nią bardzo uważać. Inna sprawa, że gdyby ludzie zawsze unikali nowych doświadczeń, to nigdy nie wyszliby z jaskiń.


Podsumowanie

Homoseksualizm to cecha, z którą niektórzy ludzie się rodzą - będzie on zawsze obecny w naszej rzeczywistości, czy nam się to podoba, czy nie. Od jakiegoś czasu nie stanowi on jednak tematu tabu, zatem warto się nad nim zastanowić i wyrobić sobie o nim zdanie. Tym bardziej, że mamy w parlamencie jawnego geja, walczącego o prawa i przywileje dla swoich współziomków. Według mnie, homoseksualność stanowi zjawisko tak rzadkie, że lansowanie jej na szeroką skalę jest po prostu niepotrzebne.

Jeśli chodzi o związki jednopłciowe, to można dać za wygraną i je zaakceptować. Nie chciałabym jednak, by nazywano je małżeństwami. A to dlatego, że małżeństwo powinno być rozumiane jako usankcjonowany prawnie zalążek przyszłej, naturalnej, biologicznej rodziny. Adoptowanie dzieci przez gejów i lesbijki to wynalazek całkiem świeży - nie znamy jeszcze wszystkich jego skutków. Ponieważ jest tak, a nie inaczej, należy zachować szczególną ostrożność. Dobro dziecka jest przecież najważniejsze.


Natalia Julia Nowak,
11-12 lutego 2012 r.

sobota, 4 lutego 2012

Antyfeminizm w praktyce

Housewife w XXI wieku

Antyfeminizm należy do tych ideologii, które - we współczesnym świecie - są trudne lub wręcz niemożliwe do realizacji. Rzeczywistość już dawno przestała wyglądać tak, jak powinna, a ci, którzy pragną coś zmienić, nie zawsze mają taką możliwość. Wbrew temu, co twierdzą feministki, istnieją w Polsce kobiety, które chciałyby żyć w tradycyjnych układach społecznych. Problem w tym, że zazwyczaj nie mogą one urzeczywistniać swoich poglądów. W XXI wieku praktycznie nie da się być klasyczną housewife. Umyślnie piszę “housewife”, bo w języku polskim nie ma jednego, prostego i wyrazistego słowa, określającego kobietę, która nie pracuje zawodowo, tylko poświęca się sprawom rodzinno-domowym.

Myślę, że w dobie dealerów, freelancerów, headhunterów, copywriterów, ghostwriterów, designerów, webmasterów, babysitterów, spin doctorów, product menagerów i managing directorów używanie wyrazu “housewife” nie stanowi żadnego nietaktu (w sumie, to nie jest głupi pomysł, żeby uznać domożonę za jeden z zawodów. Ostatecznie, taka dama również pracuje, a pieniądze otrzymuje od swojego męża. Nie nazwałabym jej bezrobotną, bo to określenie pasuje raczej do niezatrudnionej, niestudiującej, pełnoletniej, mieszkającej z rodzicami dziewczyny. Ech, jaka epoka, takie nazewnictwo!).

No, ale dlaczego nie da się być housewife? Jakie przeszkody stają na drodze kandydatkom na to stanowisko? I jakie są wady takiego stanu rzeczy? Spróbuję to wyjaśnić w niniejszym tekście!


Feministyczny styl życia

Współczesny świat zmusza kobiety do feministycznego stylu życia - także te, które wolałyby funkcjonować bardziej tradycyjnie. Mężczyźni zarabiają tak mało pieniędzy, że nie są w stanie samodzielnie utrzymać swoich rodzin. Powoduje to, że niewiasty (czy im się to podoba, czy nie) muszą podejmować pracę zawodową. Pracodawcy często wymagają od nich nadludzkiego wysiłku, a państwo, zamiast pomagać uciśnionym pracownicom, pośrednio przyczynia się do ich katorgi (niedawno politycy zdecydowali, że podwyższą paniom wiek emerytalny o równiutkie 7 lat!).

Skutek jest taki, że zarówno mąż, jak i żona, spędzają całe dnie w robocie. Wieczorem oboje wracają do domu: są wyczerpani, zdenerwowani, myślą tylko o tym, żeby odpocząć i zapewnić sobie odrobinę relaksu. Żadne z nich nie ma ochoty, żeby pójść do kuchni, zrobić dwie porcje kolacji, a potem pozmywać i powycierać naczynia. Żadne z nich nie chce usługiwać drugiemu i patrzeć na jego słodką bezczynność. Żadne z nich nie jest zainteresowane pracą na dwa etaty.


Dwa światy

I on, i ona pragną po prostu usiąść przed telewizorem i obejrzeć ulubiony program rozrywkowy. Żona nie ma siły ani chęci, żeby słuchać opowieści męża, a mąż nie ma siły ani chęci, żeby słuchać opowieści żony. Każde z nich posiada własne problemy, zatem żyje w odrębnym świecie i nie wpuszcza do niego nawet najbliższego człowieka. Jakie są konsekwencje tych wszystkich niedogodności? Małżonkowie kłócą się o to, kto ma się zająć sprawami domowymi, takimi jak przygotowanie posiłku czy wyczyszczenie talerzy.

Nie rozmawiają ze sobą tak, jak powinni - co najwyżej warczą na siebie, bo oboje są ofiarami stresu i znużenia. Jeśli jednej z osób udaje się przeforsować swoje zdanie, to ta druga jest wściekła i delikatnie mści się na tej pierwszej. Błędne koło zostaje wprawione w ruch, mężczyzna i kobieta przestają się doskonale uzupełniać. Kończy się sielanka, a zaczyna tragifarsowy skecz. Nie ma żadnej koordynacji - nikt nie wie, co ma robić, nie zna swoich praw i obowiązków.


Trucizna o powolnym działaniu

Atmosfera jest napięta, brakuje harmonii, porozumienia i wzajemnej życzliwości. Takie negatywne emocje sprawiają, że związek ulega zatruciu. Małżonkowie oddalają się od siebie, przestają się rozumieć, stają się obcymi sobie ludźmi lub wręcz śmiertelnymi wrogami. Czasem nawet rywalizują ze sobą, żeby ustalić, kto jest lepszy, mądrzejszy, zaradniejszy i bardziej godny przywilejów. W ich życiu pojawia się napastliwość, zadziorność, niepokój, skłonność do patrzenia z góry na drugą połówkę.

Powstaje klimat wojny, niezgody i permanentnego chaosu. Mąż i żona, na własne życzenie, wprowadzają do swojego mieszkania ciemną energię, która wraz z upływem czasu staje się coraz bardziej dokuczliwa. Jak nietrudno się domyślić, taki układ grozi separacją bądź rozwodem. Zwróćmy szczególną uwagę na małżeństwa posiadające dzieci. Jeśli ojciec i matka spędzają całe dnie poza domem, a wieczorem sprzeczają się jak parlamentarzyści, to co się dzieje z ich potomstwem?


Samotność dziecka

Dzieciaki są wychowywane przez ulicę, krąg rówieśniczy, TV lub komputer. Czują się osamotnione, tęsknią za rodzicami, walczą z nawarstwiającymi się kłopotami, o których tata i mama nawet nie wiedzą. Czasem odnoszą wrażenie, że otrzymują od rodziców wszystko z wyjątkiem wsparcia i miłości. Ponieważ nie uważają swoich najbliższych za osoby godne naśladowania, zaczynają sobie szukać innych idoli i autorytetów. Owocuje to problemami szkolnymi lub wychowawczymi - niskimi ocenami, używkami, agresją, autoagresją itp.

Dramat ulega nasileniu, kiedy ojciec i matka się rozstają. Problemy małżeńskie i rodzinne, które opisałam, są bardzo charakterystyczne dla dzisiejszych - feministycznych i nowoczesnych - społeczeństw zachodnich. Nie ulega wątpliwości, że w czasach, kiedy żony i matki nie pracowały zawodowo, rodziny były silniejsze, stabilniejsze, szczęśliwsze i bardziej solidarne. Mężczyzna i kobieta nie byli rywalami, tylko idealnie pasującymi do siebie kawałkami układanki. Dziecko nie było ciężarem, tylko istotą stawianą w centrum zainteresowania.


Poza nawiasem społeczeństwa

Innym czynnikiem, który zmusza kobiety do feministycznego stylu życia, jest nietolerancyjne społeczeństwo. Większość ludzi jest nieprzychylnie nastawiona do tych kobiet, które wolą się zajmować domem i rodziną niż robić karierę zawodową. Znam kilka pogardliwych określeń, którymi nazywa się panie o konserwatywnych i antyfeministycznych przekonaniach - są to wyrażenia obraźliwe, nienawistne, krzywdzące i plugawe. Niewiasta, która nie chce żyć tak jak jej koleżanki, jest napiętnowana przez swoje otoczenie, a zwłaszcza przez feministki i feministów.

Zbiorowość karze ją za to, że zlekceważyła obowiązujący schemat i wybrała własną drogę życiową. Tradycjonalistyczna pani domu przekonuje się, że chociaż wszyscy mówią o prawach kobiet, to tak naprawdę nie ma mowy o żadnej wolności. Wbrew solennym deklaracjom i chwytliwym sloganom, brakuje w społeczeństwie akceptacji dla różnych światopoglądów i sposobów bycia. Media promują “jedyny słuszny” wzór postępowania, a ich odbiorcy uznają go za nienaruszalną i nieprzemijalną świętość.


Brak warunków do (antyfeministycznego) życia

Jeśli antyfeministka ma dużo dzieci, to otoczenie atakuje ją z podwójną bezwzględnością. Ludzie dają popalić nie tylko jej, ale także jej mężowi, określanemu uwłaczającymi epitetami. Przyznam szczerze, że ja bym się bała zostać staroświecką housewife. Nie wiem, czy byłabym w stanie egzystować jako wyklęty przez wspólnotę parias - tym bardziej, że mogłoby się to odbić na ewentualnym dziecku. Złośliwości i drwiące uśmieszki mogłabym jeszcze znieść, ale nie zniosłabym prześladowania i wyszydzania mojego malucha.

Tutaj, w Polsce, po prostu nie ma warunków do życia według założeń antyfeminizmu. Dotyczy to zarówno kwestii ekonomicznych, jak i społecznych. Czym jak czym, ale Turcją to my nie jesteśmy! Uważam, że lepiej zostać bezdzietną starą panną niż założyć słabą (feministyczno-nowoczesną) rodzinę. Lepiej skazać się na wieczną samotność niż cierpieć jako odtrącona, wyśmiana, niezrozumiana i potępiona “kura domowa”.


Póki co, nie warto zakładać rodziny

Ostatnio zastanawiałam się nad tym, czy powinnam kiedyś założyć rodzinę. Doszłam do wniosku, że nie - właśnie ze względu na złą koniunkturę. Gdyby Rzeczpospolita Polska była normalnym krajem, to stworzenie klasycznej, zachowawczej, poukładanej, patriarchalnej rodziny byłoby możliwe. Niestety, nie jest i nic na to nie poradzę. Kolejna sprawa: jako matka, musiałabym się liczyć z tym, że moje dziecko będzie indoktrynowane (przez nauczycieli) euroentuzjastyczną i liberalną propagandą.

Czy chciałabym, by mój potomek chłonął w szkole takie treści? Czy chciałabym, by powoli zamieniał się w kosmopolitę, eurofederalistę i polonofoba? Czy chciałabym, by uczestniczył w lekcjach wychowania seksualnego (takich, o jakich marzy SLD i Ruch Palikota)? Czy chciałabym, by został opętany konformizmem, feminizmem i permisywizmem? Czy chciałabym, by na moich oczach przeobrażał się w mojego ideologicznego antagonistę? Oczywiście, że nie!


Szwecja Północna i Szwecja Południowa

Pewnie, że mogłabym samodzielnie uczyć malca patriotyzmu i konserwatyzmu (mit Matki Polki). Sęk w tym, że gdyby o moich nieprawomyślnych poglądach dowiedzieli się sąsiedzi, to mogliby oni wezwać opiekę społeczną i doprowadzić do odebrania mi praw rodzicielskich. Tak się bowiem składa, że w Polsce szwedzkie metody stają się coraz powszechniejsze i bardziej wyrafinowane. Władze zabrałyby mi dzieciaka, a następnie umieściłyby go w polskim odpowiedniku Egalii (placówki, w której wmawia się dzieciom, że płeć nie istnieje, a na każdą istotę ludzką mówi się “ono”).

Zatrważające, ale coraz bardziej prawdopodobne. Mogę cynicznie zażartować, że Europejczycy doczekali się dwóch podobnych krain: Szwecji Północnej i Szwecji Południowej. Różnica polega na tym, że rodzice z Północy nie mają kłopotów z utrzymaniem swojego potomstwa, a rodzice z Południa ledwo ciągną do “pierwszego“. My, naturalnie, jesteśmy Południem. Ubogim i pogrążonym w wewnętrznych niesnaskach.


Burrnesh - Dziewica Kanunu

Wniosek? Ze względu na niskie PKB, nietolerancyjne społeczeństwo, przynależność Polski do Unii Europejskiej i upodabnianie się naszej Ojczyzny do Szwecji nie powinnam zakładać własnej rodziny. Jedyne, co mi pozostaje, to zostać kimś w rodzaju Burrnesh, Dziewicy Kanunu (kobiety, która może funkcjonować tak jak mężczyzna, pod warunkiem, że zachowa czystość do końca życia). Wiem, że Polska to nie Albania, ale innego rozwiązania nie widzę.

Teoretycznie, mogłabym poślubić obcokrajowca i wyjechać za granicę. Są jednak trzy przeszkody. Pierwsza: nie znam żadnego obcokrajowca. Druga: nigdy nie wiadomo, jaka przyszłość i jakie reformy czekają obczyznę. Trzecia: miejsce Polki jest w Polsce. Emigracja może, choć nie musi, grozić wynarodowieniem i zobojętnieniem na sprawy ojczyste (znam Polonusów, którym wystarczyło około pięciu lat, żeby nabrać pogardliwego stosunku do Polski. Co ciekawe, jednocześnie zapomnieli oni o tym, jak się żyje w Kraju nad Wisłą).


Komunikaty werbalne i niewerbalne

Od 15 roku życia powtarzam, że w przyszłości najprawdopodobniej zostanę bezdzietną starą panną. Nie życzę sobie, żeby faceci mnie podrywali, toteż staram się ubierać i zachowywać tak, by nie rozpalać w nich cielesnego ognia (heh, gdybym mogła, najchętniej przebrałabym się za Afgankę! Ale tego ludzkość na pewno by nie strawiła! Poza tym, rasiści i antyterroryści mogliby mnie z kimś pomylić!). To, w jaki sposób jesteśmy postrzegani i traktowani przez innych ludzi, zależy bowiem nie tylko od naszych zapewnień, lecz również od tego, jakie ubrania nosimy, jakie gesty wykonujemy i jak reagujemy na rozmaite bodźce.

Każdy komunikolog potwierdzi, że oprócz komunikatów werbalnych istnieją jeszcze komunikaty niewerbalne. Nosząc skromne, proste, obudowane i aseksualne stroje, kieruję do mężczyzn pewien przekaz podprogowy - daję im do zrozumienia, że jestem niedostępna i nienastawiona na flirt czy seks. Sprawiam, że mogą oni skupić się na tym, co mam do przekazania, a nie na mojej fizyczności i powierzchowności. Nie jestem taka, jak pewna piosenkarka (chyba Beyonce), która z jednej strony skąpo się ubiera, a z drugiej - narzeka, że odbiorcy traktują ją jak obiekt seksualny.


Żeby wilk był syty, a owca cała

Wiem, że panowie są istotami niezwykle pobudliwymi płciowo. Nie mam jednak do nich pretensji, bo taki stan rzeczy wynika z ich samczej natury, a nie ze złej woli. Ukrywając swoją kobiecość, oszczędzam facetom stresu, rozczarowania i poczucia niespełnienia. Sama również na tym korzystam, bo dzięki przyzwoitemu wyglądowi udaje mi się uniknąć niechcianych zaczepek i niedwuznacznych propozycji. Gdybym założyła spódniczkę mini, a mężczyźni (ku mojemu utrapieniu) zaczęli mnie podrywać, to byłabym sama sobie winna.

Zostałabym ukarana za igranie z męską biologicznością, czyli za brak szacunku do siebie i płci przeciwnej. Przekonałabym się, że brak empatii względem bliźnich może się obrócić przeciwko mnie. Jeśli samica eksponuje swoją cielesność, to niech się nie dziwi, że samiec reaguje na to w typowo samczy sposób. My, ludzie, należymy do królestwa zwierząt, zatem jesteśmy niewolnikami pierwotnych i nieposkromionych instynktów. Feministki powinny wreszcie zrozumieć, że mężczyźni nie są płytcy, tylko specyficznie zaprogramowani przez Matkę Naturę.


Pouczające przeżycie z przeszłości

W tym, co czynię i piszę, nie ma absolutnie żadnej filozofii. To jest najzwyklejsza w świecie pamięć o prawach przyrody i właściwościach męskiego organizmu. Kiedy miałam 15 lub 16 lat, zdarzyło mi się - jeden, jedyny raz - założyć bardzo krótkie spodenki. Skutek był taki, że chłopcy gapili się na moje nogi, co strasznie mnie krępowało. Zrozumiałam wtedy, że szkodzę zarówno sobie, jak i im. Sobie - bo narażam się na dyskomfort, niepożądane umizgi lub coś jeszcze gorszego. Im - bo rozniecam w nich płomień, który ich parzy i zmusza do szukania ratunku.

Dziś jestem świadoma, że jeśli chcę, by faceci postrzegali mnie jako kumpla, to muszę wyglądać i postępować jak kumpel, a nie jak kobieta. Jestem jak albańskie Dziewice Kanunu, które - pragnąc robić to, co płeć silna - muszą zrezygnować ze swojej kobiecości. Przez szacunek do mężczyzn i ich uczuć. Przez dostosowanie się do ich świata. Przez głęboki respekt dla ich samczej tożsamości (jednocześnie potężnej i groźnej). Przez dążenie do zapobiegnięcia niezręcznym sytuacjom.


Albo kariera, albo rodzina

Dziewica Kanunu działa w męskiej rzeczywistości, więc jest poniekąd mężczyzną i nie może sobie pozwalać na niewieście zachowania ani na stosunki erotyczne z innymi mężczyznami. Reasumując… Jako antyfeministka, powinnam wyjść za mąż i wcielić się w rolę klasycznej housewife. W Polsce (Szwecji Południowej) nie ma jednak do tego warunków, dlatego egzystuję jako tutejsza Burrnesh. Od lat powtarzam, że kobieta, po ukończeniu szkoły lub studiów, powinna podjąć jednoznaczną decyzję: albo kariera, albo rodzina. Albo praca, albo związek z mężczyzną.

Albo aktywność w szerokim świecie, albo całkowite poświęcenie się domowi. Albo żywot zmaskulinizowanej panny, albo tradycyjna rola kobieca. Albo dożywotnie dziewictwo, albo patriarchalne małżeństwo. Dopiero niedawno dowiedziałam się, że podobny pogląd głoszą od pokoleń Albańczycy. Kobieta nie powinna łączyć kariery z życiem rodzinnym, gdyż grozi to konfliktami, o jakich napisałam we wcześniejszej części artykułu. Szkoda, że gdy niewiasta wybiera klasyczny model życia, to grożą jej docinki ze strony “tolerancyjnych” feministek i feministów!


Magdalena Żuraw i Maria Helena

A teraz coś z zupełnie innej beczki. Chciałabym oficjalnie ustosunkować się do faktu, że niektórzy ludzie stawiają mnie w jednym szeregu z takimi postaciami jak Magdalena Żuraw czy Maria Helena. Te dwie publicystki, piszące kontrowersyjne teksty o roli kobiet w społeczeństwie, reprezentują całkiem inny antyfeminizm niż ja. MŻ i MH to autorki katolickie: jeśli popierają patriarchalizm, to tylko dlatego, że nakazuje im to religia oraz oparta na niej obyczajowość.

Ja zaś jestem ateistką, a wyznawana przeze mnie wersja antyfeminizmu ma charakter laicki, socjobiologiczny, naturalistyczny, darwinistyczny i racjonalistyczny. Poglądy, które głoszę, wypływają z obserwacji przyrody i z analizy zwierzęcej strony człowieka. Opowiadam się za rządami mężczyzn, ponieważ w naturze najwyższą pozycję zajmują osobniki męskie (samce są duże, silne, agresywne, energiczne i władcze. Dominują seksualnie nad samicami i płodzą potomstwo. Nie miesiączkują, nie tracą błony dziewiczej, nie zachodzą w ciążę, nie znają trudów związanych z porodem etc).

Magdalena Żuraw i Maria Helena nie interesują się ewolucjonizmem i nie piszą o fizjologicznych aspektach ludzkiego życia - może dlatego, że nie chcą, a może dlatego, że im nie wolno (w katolicyzmie występują tematy tabu, a uznawanie Homo sapiens za gatunek małpy jest zakazane). No, więc jak można kojarzyć mnie z tymi dwiema autorkami? Katolickie antyfeministki i ja to dwa zupełnie różne światy! Pewnie, że w niektórych kwestiach mówimy jednym głosem. Ale ich przekonania i moje teorie wypływają z całkowicie innych źródeł.

Dziękuję za lekturę mojego tekstu!


Natalia Julia Nowak,
1-4 lutego 2012 roku



PS. Dlaczego nie piszę nic o miłości? Bo miłość, szanowni Czytelnicy, nie istnieje. To, co wielu osobom jawi się jako najpiękniejsze i najgorętsze uczucie, jest efektem działania feromonów i fenyloetyloaminy. Te dwa dziwolągi na literę “f” są zwyczajnymi substancjami chemicznymi. Wyjaśnia to, skąd się wziął związek frazeologiczny “dobra chemia” (rozpowszechniony głównie wśród młodzieży).

PS 2. Jak już napisałam, jestem osobą niewierzącą, więc domyślną formą zawarcia małżeństwa jest dla mnie ślub cywilny. Gdybym miała wyjść za mąż, to zdecydowałabym się właśnie na uroczystość w Urzędzie Stanu Cywilnego. Ślub kościelny mija się z celem, ponieważ dokumenty nowożeńców i tak ostatecznie trafiają do USC (są tam wysyłane lub zanoszone przez duchownego). Podczas trwania związku małżeńskiego faktyczna władza nad mężem i żoną nie należy do księdza, tylko do państwa, dysponującego Kodeksem Cywilnym oraz Kodeksem Rodzinnym i Opiekuńczym. Małżeństwo jest wszak oficjalną i zarejestrowaną instytucją. KRO wypada znać, bo zawiera on kilka niebezpiecznych przepisów.

Przykładowo, kiedy mąż rozwodzi się z żoną, to jego małżonka przestaje być małżonką, ale teść pozostaje teściem do końca życia. Kolejna sprawa: jeśli po rozwodzie jedno z małżonków jest biedne, to ma prawo żądać od tego bogatszego alimentów. I to nie na dziecko, tylko na siebie. Kościół katolicki nie może zmusić oblubieńców do przestrzegania prawa kanonicznego, ale władze mogą ich zmusić do respektowania KRO i KC. Związkiem małżeńskim rządzi Rzeczpospolita Polska, a Rzeczpospolitą Polską - Unia Europejska. Pytanie za sto punktów: kto rządzi Unią Europejską? Illuminati? Dobra, żartuję! Nie mówcie, proszę, że jestem pozbawiona krztyny romantyzmu. Ja po prostu staram się być realistką. “Trzeba być w butach na weselu”, czyż nie?