piątek, 30 grudnia 2011

2012 - Apokalipsa lub New World Order

Współczesny świat podlega procesom, które można uznać za co najmniej dziwne. Zamożny Zachód staje się ubogim Wschodem, a ubogi Wschód - zamożnym Zachodem. Demokratyczna Północ zamienia się w despotyczne Południe, a despotyczne Południe - w demokratyczną Północ. Niektórzy biją na alarm, bo są przekonani, że Bliski Wschód powoli przeobraża się w Europę, zaś Europa - w Bliski Wschód. Czy to, co się obecnie dzieje, nie przypomina przepowiedni dotyczącej przebiegunowania Ziemi? Jak wiadomo, proroctw nie należy traktować dosłownie. Przebiegunowanie naszej planety, o którym tak często mówią jasnowidze, nie musi mieć charakteru fizycznego. Równie dobrze może to być zmiana polityczna, ekonomiczna, społeczna lub cywilizacyjna.

Ale to jeszcze nie koniec absurdu. Współczesny świat sprawia wrażenie, jakby cofał się do przodu. Im dalej w przyszłość, tym większe zacofanie. Z roku na rok mamy coraz więcej (wtórnych) analfabetów, oświata prezentuje coraz niższy poziom, ludzie coraz częściej zapadają na przewlekłe choroby, a obyczaje, człowiecze potrzeby i wytwory kultury są coraz bardziej prymitywne. Polaków i Europejczyków jest coraz mniej, bezrobocie staje się coraz większe, strajki i protesty robią się coraz powszechniejsze, prawa człowieka są coraz częściej łamane, szarym obywatelom żyje się coraz gorzej itd. Mottem dzisiejszej rzeczywistości jest krótkie i urocze słówko “coraz”.

No, i jak tu nie wierzyć w przepowiednię, według której Ziemia zmieni kiedyś kierunek ruchu? Tego proroctwa, podobnie jak poprzedniego, nie trzeba czytać dosłownie. Zmiana kierunku, w jakim obraca się nasza planeta, może być przecież metaforą szeroko pojętej regresji. Heh, na znak solidarności ze światem - który niegdyś się rozwijał, a teraz się zwija - powinniśmy słuchać utworów muzycznych wspak. Na początek proponuję “Stairway To Heaven” zespołu Led Zeppelin oraz “Fire On High” formacji Electric Light Orchestra. Później można sobie posłuchać odwróconej piosenki z dobranocki “Bob Budowniczy” (oczywiście, chodzi o wersję polskojęzyczną).

Kiedy my, Ziemianie, żegnaliśmy się z rokiem 2010 i wkraczaliśmy w rok 2011, analizowałam minione wydarzenia i zastanawiałam się nad najbliższą przyszłością. Myślałam: “Stary rok, 2010, był tak fatalny dla Polski i świata, że chyba gorzej być nie może. Coś takiego po prostu nie ma szans się powtórzyć. W roku 2011, tak jak zawsze, będą miały miejsce różne tragedie i katastrofy, ale ich suma nie dorośnie do pięt sumie nieszczęść roku 2010”. Teraz, 31 grudnia 2011, mogę powiedzieć, że kończący się rok wielokrotnie przewyższył - swoją okropnością - poprzednie 12 miesięcy.

Roczek 2011, który miał być “wieczorem panieńskim” przed sądnym 2012, to wojna za wojną, rewolucja za rewolucją, kataklizm za kataklizmem, katastrofa za katastrofą, masakra za masakrą, strajk za strajkiem, protest za protestem, zadyma za zadymą, śmierć za śmiercią i afera za aferą. Do tego doszła coraz większa nędza, coraz straszniejsza beznadzieja, coraz głębsza frustracja, coraz potężniejsza nienawiść i coraz groźniejsza anarchia. Wisienką na tym niesmacznym torcie okazały się niecne plany polityków, dotyczące federalizacji Unii Europejskiej, czyli przekształcenia jej w nowe państwo związkowe.

A to wszystko stanowi ponoć namiastkę tragedii, jakie nawiedzą naszą planetę w 2012 roku. Każde z nieszczęść, które dotknęło Ziemię w roku 2011, to zaledwie trailer filmu katastroficznego, jaki rozegra się na naszych oczach w ciągu najbliższych 12 miesięcy. Wielu ludzi twierdzi, że niebawem nastąpi koniec świata albo zmierzch całego dorobku naszego gatunku. Inni sugerują, że rok 2012 będzie początkiem New World Order - Nowego Porządku Świata (globalnej dyktatury). Rozmiłowana w mistycyzmie część społeczeństwa spodziewa się zaś New Age - Ery Wodnika (epoki, którą propagandziści przedstawiają w pozytywnym świetle, a która wydaje się zadziwiająco zbieżna z NWO. Mowa o zapowiadanej unifikacji świata, zwiększeniu roli elektroniki w ludzkim życiu oraz ostatecznym upadku tradycyjnych wartości).

Ja już od dawna jestem przekonana, że w 2012 roku stanie się coś naprawdę drastycznego. Nie twierdzę, że będzie to Apokalipsa w dosłownym tego słowa znaczeniu (co nie zmienia faktu, że wolę Armageddon niż New World Order!). Ale jakiś przełom lub jakaś wyjątkowa katastrofa na pewno się wydarzy. Prawdę powiedziawszy, przewiduję, że zrealizują się wszystkie moje obawy związane z polityką, ekonomią, społeczeństwem, obyczajowością, kulturą i cywilizacją. Dla mnie i dla osób mojego pokroju niewątpliwie będzie to koniec świata.

Podejrzewam, że urzeczywistnienie się moich lęków jest tylko kwestią czasu, tak jak ratyfikacja Traktatu Lizbońskiego, wprowadzenie parytetów dla kobiet, refundacja zapłodnień pozaustrojowych, zielone światło dla ruchów prośląskich, decyzja o instalacji amerykańskiej tarczy antyrakietowej oraz wejście radykalnej lewicy do sejmu. Musicie wiedzieć, że ja już w dzieciństwie odznaczałam się niezłą intuicją. Moje spełnione prognozy polityczne wskazują zaś na to, że dobry ze mnie futurolog. Im bliżej roku 2012, tym moje obawy wydają się realniejsze. Mówiąc słowami z utworu “Past, Present, Future” Giddle Partridge i Boyda Rice’a: “At the moment it doesn’t look good” (“Na ten moment to nie wygląda dobrze”).


Natalia Julia Nowak,
31 grudnia 2011 roku

poniedziałek, 26 grudnia 2011

Rok 2012 - eutanazja dla świata

Dawno, dawno temu, w tak zwanych lepszych czasach, istniały na świecie pewne wartości. Państwa były silne i niepodległe, a ich mieszkańcy - dumni ze swojego pochodzenia oraz skłonni do obrony swoich Ojczyzn. Rodziny były zdrowe, pełne i szczęśliwe, ludzkie życie znajdowało się pod ochroną, obyczaje stały na wysokim poziomie, wszystko kwitło i maiło się jak na pogodnym pejzażu. Ale potem coś się zadziało i rzeczywistość trafił szlag.

Wszelkie wartości zostały zabite - zamordowano je bez litości, a przecież rzeczom martwym nie można przywrócić życia. Zjawiska, które były dobre i cenne, najzwyczajniej w świecie umarły, więc już nikt nigdy ich nie zobaczy. Zniknęły wartości, zostało zaś to, co plugawe i obrzydliwe. Zboże zmarniało, gnojówka pozostała. Po ślicznym, puszystym kotku zachowała się jedynie śmierdząca kuweta.

Żyjemy w czasach, w których mówienie o wartościach przypomina uprawianie światopoglądowej nekrofilii. Jest to wszak hołdowanie temu, co już od dawna nie żyje. Idealizm jest dziś tożsamy z klęczeniem na mokrej ziemi, uderzaniem głową w mogiłę i wyciem: “Chcę, żeby umarłe powróciło do życia!”. Takie działanie ma charakter tragikomiczny, bowiem szlachetnych idei, które brutalnie zamordowano, po prostu nie da się wskrzesić.

Zgładzone wartości już nigdy nie zawitają w naszym świecie, nie spowodują, że wszystko znowu zacznie kwitnąć i się maić. Dobro leży w grobie, rozkładając się powoli, acz konsekwentnie. Idee, dla których niegdyś chciało się żyć i umierać, to dzisiaj trupy, którym nawet dr Frankenstein nie pomoże. Ci, którzy dokonują ekshumacji zamordowanych wartości i próbują je ożywić, nie odnieśli jeszcze żadnego sukcesu. Co ma wisieć, nie utonie. Co ma być martwe, nie stanie się żywe.

Współczesny świat jest jak ciężko chory pies, któremu nie da się pomóc i który gnije żywcem na oczach swojego właściciela. Przypomina on również kończynę bezwzględnie trawioną przez gangrenę. Trzeba Wam wiedzieć, drodzy Czytelnicy, że przez długi czas starałam się uzdrowić naszą rzeczywistość. Dwoiłam się i troiłam, żeby choć trochę ją podleczyć, szarpałam się o Polskę, zagranicę i gatunek ludzki. Jednak teraz po prostu się poddałam. Ręce mi opadły. Doszłam do wniosku, że choroba, która wyniszcza świat, jest nieuleczalna, zwłaszcza w tak zaawansowanym stadium.

Nie ma już żadnej, absolutnie żadnej nadziei dla tej planety - wszystkie środki zawiodły i nie opłaca się sięgać po kolejne. Degrengolada jest nieodwracalna, nie da się jej nie tylko cofnąć, ale nawet spowolnić. Coraz częściej myślę, że jedyne, co można zaoferować naszej rzeczywistości, to eutanazja. Jeśli nasz świat ma upaść, to niech upadnie jak najszybciej. Wszak już napisałam: co ma wisieć, nie utonie!

Pytacie, co mnie najbardziej przeraża i zasmuca? Otóż fakt, że Polska straciła niepodległość. Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że wkrótce Unia Europejska zostanie oficjalnie ogłoszona federacją, czyli państwem związkowym. Nieoficjalnie jest ona federacją od momentu wejścia w życie Traktatu Lizbońskiego (1 grudnia 2009 roku), jednak dopiero teraz europejscy politycy odważyli się przyznać, o co im tak naprawdę chodzi.

Radosław Sikorski otwarcie mówi, że popiera ideę uczynienia z UE “federacji” i “supermocarstwa”. Gerhard Schroeder używa wyrażenia “Stany Zjednoczone Europy”. Janusz Palikot deklaruje, że pragnie “federalnej Europy” i że najpierw czuje się Europejczykiem, a dopiero potem Polakiem. Co do Hermana van Rompuya, już dwa lata temu był on nazywany “fanatycznym federalistą”.

Nasza Ojczyzna nie jest już samodzielnym bytem państwowym, tylko częścią składową ogromnej federacji. Unia Europejska jest państwem, a Polska - jednym z jej dwudziestu siedmiu stanów, landów lub kantonów. Lada dzień ten bolesny fakt zostanie oficjalnie poświadczony i przypieczętowany, a wtedy nie będzie już złudzeń co do sytuacji naszego Narodu. Nikt nie będzie mógł pocieszać się myślą: “A może ja się mylę? Może nie jest aż tak źle? Może mój kraj nadal jest suwerenny, a ja niepotrzebnie dramatyzuję?”.

Nadzieja umrze tak jak pozostałe wartości, optymizm straci rację bytu, zaś słowa pocieszenia przestaną brzmieć wiarygodnie i kojąco. Nie wiem, czy najzagorzalsi patrioci i nacjonaliści nie oszaleją wówczas z rozpaczy. Silny ból psychiczny może być dla nich naprawdę niebezpieczny. Ludzie czasem wariują przez politykę - doświadczenie życiowe to potwierdza.

Urodziłam się w roku 1991. Reprezentuję ostatnie pokolenie, które pamięta Wolną Polskę i od którego należy bezwzględnie żądać postawy patriotycznej. Przyszłe pokolenia - generacje eurofederacji - będą już mniej lub bardziej wynarodowione. Spodziewam się, że nasi potomkowie, tak jak Janusz Palikot, będą się czuli najpierw Europejczykami, a dopiero potem Polakami. Sytuacja panująca w Stanach Zjednoczonych Europy okaże się analogiczna do sytuacji panującej w Stanach Zjednoczonych Ameryki.

Mieszkańcy USA najpierw czują się Amerykanami, później zaś np. Teksańczykami. Ludzie, którzy przyjdą po nas, nie będą patriotami względem Polski, tylko względem UE. Dla naszych potomków Polska, rozumiana jako niezależny organizm państwowy, będzie odległą historią, zupełnie jak Księstwo Florencji. Co więcej, będą oni deklarować narodowość europejską, a nie polską.

Niech mi teraz ktoś powie: po co te przyszłe pokolenia mają się w ogóle rodzić?! Po to, żeby być dziećmi europejskiej federacji? Po to, żeby funkcjonować w zdegenerowanym świecie, w którym wszelka aktywność przypomina tarzanie się w błocie? Po to, żeby czcić zło, bez świadomości, że kiedyś istniało dobro? Czy takie życie ma sens?! Czy hańba nie jest przypadkiem gorsza od śmierci?!

Czyją gospodarkę będzie wzmacniać ciężka praca naszych synów, córek, wnuków i prawnuków? Unii Europejskiej? W czyim wojsku będą oni służyć? W unijnym? Czy nasi potomkowie będą przysięgać na wierność fladze Stanów Zjednoczonych Europy? Czy będą stać na baczność, słuchając “Ody do Radości”? Czy będą mówić o prezydencie UE z taką powagą, jak dzisiaj mówi się o prezydencie USA? Nie wiem, jak Wy, ale ja wolałabym umrzeć niż wegetować w taki sposób!

Życie w Stanach Zjednoczonych Europy to coś naprawdę żałosnego. Bo człowiek nie będzie… a właściwie: nie jest w nich dziecięciem Polski, tylko dziecięciem federacji, która Polskę wchłonęła. Pszenica, która tak pięknie się złoci, nie jest już pszenicą polską, lecz unijną. Parlament Europejski nie jest już organem organizacji międzynarodowej, lecz naszą władzą federalną. Gdybym spotkała na swojej drodze człowieka, pogrążonego w ciężkiej depresji i pragnącego się zabić, zapewne powiedziałabym mu: “Nie rób tego! Przecież warto żyć!”.

Ale co bym odpowiedziała, gdyby ów człowiek zadał mi pytanie: “Dlaczego warto żyć”? Czy nie byłoby tak, że spłonęłabym rumieńcem i odeszłabym bez słowa? Ja sama nie wiem, po co egzystuję w naszym współczesnym - cuchnącym i obrzyganym - świecie dekadencji! Jestem osobą, której zawalił się niemal cały światopogląd. Pod tym względem przypominam starszą panią z wiersza Tadeusza Różewicza (“Wierzyła przez pięćdziesiąt lat, a teraz płacze i mówi: ‘nie wiem… nie wiem‘”).

Jedyne, co mogę obecnie robić, to nucić pod nosem fragment piosenki zespołu Łzy: “Kiedyś znałam na wszystko odpowiedź, myślałam, że świat należy do mnie. Pamiętam Twoje wszystkie pytania, słowa tak pięknie układały się w zdania”. Czuję się strasznie, nie wierzę już w nic i nie dostrzegam sensu w niczym. Chwytam się różnych rzeczy, ale dają mi one pocieszenie chwilowe i powierzchowne.

Tylko jedna rzecz wydaje mi się pewna. Lepiej, żeby spełniła się popularna przepowiednia mówiąca o końcu świata w 2012 roku niż realistyczna prognoza dotycząca oficjalnej federalizacji Unii Europejskiej. Jeśli Polska, Europa i świat mają odejść (a proces rozkładu już się rozpoczął!), to chciałabym, żebyśmy odeszli razem z nimi. I dlatego liczę na Apokalipsę w ciągu najbliższych dwunastu miesięcy. Wszystko już stracone. Nie ma nawet czego ratować. Nieuleczalnie chore psy się usypia, zaś trawione przez gangrenę kończyny - amputuje.

Nasz świat jest cmentarzem, nasza cywilizacja jest cywilizacją śmierci, a my dzielimy się na upiory i nekrofilów (upiory to ludzie, którzy są martwi wewnętrznie, bezideowi. Nekrofile to ci, którzy hołdują umarłym wartościom). Spoczywajmy w pokoju. Jeżeli rozmaici jasnowidze mają rację, to rok 2012 wyleczy wszystkie nasze bolączki. No i dobrze, bo ja jestem jak podmiot liryczny z pewnego utworu Łez - “Codziennie pytam, czy kiedyś to się skończy. I nienawidzę słów: nic nas nie rozłączy”. Wielka asteroida zderzy się z Ziemią i skutecznie rozwiąże m.in. problem Stanów Zjednoczonych Europy. Albo Słońce pęknie, tak jak moje serce po ratyfikacji Traktatu z Lizbony.


Natalia Julia Nowak,
25-26 grudnia 2011 r.



P.S. Obserwacja stopniowej degrengolady Ziemi wcale nie musi się odbywać w ponurej, grobowej atmosferze. Zamiast płakać i wzdychać, można się śmiać i wołać do ludzi niczym Fałszywa Maria z filmu “Metropolis” Fritza Langa: “Chodźcie zobaczyć, jak świat idzie do diabła!”.

P.S.2. Koniec świata może być naprawdę groteskowy. Według najpopularniejszej przepowiedni, nastąpi on 21 grudnia 2012 roku (inne wizje mówią o 22 lub 23 grudnia). Czy wiecie, że 21 grudnia wypadnie w piątek? Wyobrażam sobie sytuację rodem z piosenki “Friday” Rebeki Black. “Jest piątek, piątek, wszyscy czekają na weekend” - ale ten weekend po prostu nie nadchodzi.

wtorek, 20 grudnia 2011

Europejskie, acz nieunijne

Muzyka z Wolnego Świata

Nie zawsze mamy możliwość, żeby wyjechać poza granice Unii Europejskiej, czyli rodzącej się na naszych oczach federacji. Im jest ona większa, tym trudniej wyrwać się z jej ramion i znaleźć skrawek ziemi niezależny od jej wpływów. Na szczęście, nie musimy z niej uciekać w sensie fizycznym - wystarczy, że udamy się na emigrację w sposób mentalny. Słuchając utworów muzycznych spoza UE, duchowo odwiedzamy miejsca, do których cień tego tworu nie dosięga. Pozwólcie, Czytelnicy, że zaprezentuję Wam kilkanaście interesujących piosenek z Wolnego Świata. Poza terytorium Stanów Zjednoczonych Europy żyją przecież utalentowani artyści, których twórczość może nas zachwycić.


1. Rosja


Svarga - “Duren”

Piosenka nagrana z gościnnym udziałem Mashy Scream, czyli wokalistki zespołu Arkona. Ikona słowiańskiego pagan metalu odzywa się już w pierwszym refrenie, a później, w drugiej zwrotce, można usłyszeć jej ostry growl, przywodzący na myśl syberyjską wilczycę. Jeśli chodzi o wokalistę Svargi, to śpiewa on czystym, dosyć wysokim, lekko operowym głosem, a więc w sposób typowy dla folk/pagan metalu. W utworze “Duren” występuje bardzo mocna perkusja, śmiała gitara elektryczna oraz wzbogacający dzieło akordeon. Warto wiedzieć, że istnieje również wersja piosenki “Duren” grana wyłącznie przez Arkonę. Jest ona zupełnie inna od omawianej, choćby dlatego, że pojawiają się w niej elektroniczne dźwięki.


Arkona - “Po Syroi Zemle”

Utwór, który - według mnie - jest jednym z największych dzieł formacji Arkona. Ta świetnie skomponowana piosenka prezentuje słuchaczowi to, co w Arkonie najlepsze, czyli rodzime (słowiańskie) brzmienia, drapieżne gitary oraz folkowe śpiewy przeplatające się z dzikimi rykami Mashy. Kawałek jest niesamowicie rytmiczny i posiada chwytliwy refren, przy którym trudno pozostać w bezruchu. Pod koniec utworu wokalistka ucieka się do przejmującej melorecytacji, podobnej do tej, która występuje w pieśni “Liki Bessmertnykh Bogov”. Przy piosence “Po Syroi Zemle” po prostu nie można się nudzić. Co więcej, zaraża ona odbiorcę miłością do słowiańskiej tradycji i przenosi go na chwilę do czasów przedchrześcijańskich.


Lena Katina - “Yugoslavia”

Ten, kto zna Lenę Katinę wyłącznie z występów w duecie t.A.T.u., na pewno będzie zaskoczony tym utworem. Odkryje bowiem, że rudowłosa wokalistka jest zdolna nie tylko do wykonywania prostych śpiewek i prowokacyjnego zachowywania się na scenie, ale także do śpiewania utworów głębokich i zaangażowanych politycznie. W pieśni “Yugoslavia” Lena staje się poważnym bardem, składającym hołd ofiarom wojny bałkańskiej. Jej słodki, dziewczęcy głos brzmi niezwykle smutno i wzruszająco. Tekst utworu “Yugoslavia” jest bardzo poetycki, a jego refren kończy się pokorną prośbą: “Przebacz mi, siostro moja, Jugosławio” (tłum. Renata Miłosz). Pieśń wyraźnie potępia wojnę, która przynosi ludziom cierpienie oraz dzieli spokrewnione ze sobą narody.


2. Norwegia


Theatre of Tragedy - "A Rose for the Dead"

Nadzwyczajnie piękna piosenka gotycka, małe dzieło sztuki, które powinno poruszyć każdego wrażliwego melomana. Utwór, jak przystało na gothic metal, jest ciężki, spokojny, melodyjny i wypełniony emocjami, a doskonała gra muzyków sprawia, że te emocje z łatwością udzielają się odbiorcy. “A Rose for the Dead” brzmi po prostu bajecznie - odnajdziemy tu zarówno mrok, jak i pełną niewinności słodycz. Śpiewająca w piosence kobieta posiada cudny, wysoki, delikatny głos, a mężczyzna używa demonicznego growlu. Wprawdzie taki kontrast nie jest niczym nadzwyczajnym (możemy się z nim zetknąć w wielu utworach gotyckich), ale robi na słuchaczu pozytywne wrażenie. Krótko mówiąc: polecam!


Sirenia - "The Mind Maelstrom"

Monumentalny, dramatyczny i dynamiczny utwór, który można zaliczyć do nurtu zwanego symfonicznym metalem. Wieloosobowy chór, spokojne fragmenty wypełnione operowym śpiewem wokalistki, klasyczne instrumenty odzywające się tuż obok gitar i perkusji - to wszystko jest obecne w tym jednym kawałku. Podobnie jak w “A Rose for the Dead” zespołu Theatre of Tragedy, znajdziemy tutaj męski growl będący przeciwwagą dla wysokiego, kobiecego śpiewu. Ten, kto lubi dramatyzm i patetyczne klimaty, powinien się zainteresować omawianą piosenką. Tym bardziej, że dorównuje ona twórczości takich grup jak Within Temptation czy Nightwish. Wiem, o czym piszę, gdyż słucham wspomnianych formacji już od kilku lat.


Burzum - “Ansuzgardaraiwô”

Muzyka bardzo mroczna, a zarazem głęboka (w tym znaczeniu, że odbiorca ma wrażenie, jakby powoli się zanurzał w ciemnym, zimnym i niebezpiecznym jeziorze). Brzmienie tego utworu jest ponure i - jeśli wolno mi użyć tego słowa - złowrogie. Kompozycja wprowadza słuchacza w specyficzny nastrój, a na dłuższą metę jest po prostu hipnotyzująca. Mnie ten utwór kojarzy się z nagraniami „Black Sun”, „Forgotten Father” i „As for the Fools” Boyda Rice’a (amerykańskiego muzyka, socjaldarwinisty i wysoko postawionego kapłana w Kościele Szatana). Z działalnością zespołu Burzum wiąże się przykry fakt: lider grupy, Varg Vikernes, w 1993 roku zabił człowieka. Parafrazując słowa ks. Piotra Natanka: „Jeśli Twoje dziecko słucha Burzum lub Boyda Rice‘a, to wiedz, że coś się dzieje!”.


3. Turcja


maNga - “Hayat Bu Iste”

Poruszająca piosenka, w której oprócz ciężkich, metalowych brzmień można usłyszeć pianino - szybką, skomplikowaną melodię, nawiązującą do muzyki poważnej lub filmowej (mnie przywodzi ona na myśl ścieżki dźwiękowe z filmów „Twilight” i „Love Story”, aczkolwiek jest to skojarzenie bardzo dalekie i swobodne). Co więcej, utwór zawiera subtelne aluzje do tradycyjnej muzyki tureckiej oraz wzmiankę o Stambule. „Hayat Bu Iste” jest dziełem emocjonalnym i dynamicznym, da się w nim wyczuć silną tęsknotę i dojmującą rozpacz. Wokalista śpiewa w sposób niezwykle przejmujący, a refren piosenki brzmi katastroficznie i patetycznie. Dzieło formacji maNga udowadnia, że turecki metal ma się bardzo dobrze. Gratulacje!


Kirmizi - "Uyan"

Utwór, którego początek wyznaczają tajemnicze, lekko niepokojące i “zaczarowane” dźwięki, kojarzące się z pozytywką lub dziecięcymi cymbałkami. Po tych dźwiękach odzywają się ostre gitary i ciężka perkusja, później zaś wkracza do akcji wokalistka, obdarzona mocnym, donośnym, rockowym głosem. Gdy mamy zwrotki, artystka śpiewa nisko i intrygująco. Gdy mamy refreny - kobieta udowadnia, że potrafi krzyczeć na całe gardło. Piosenka kończy się tak, jak się zaczęła: do uszu odbiorcy docierają niepokojące dźwięki rodem z preludium. Warto wiedzieć, że nazwa zespołu, Kirmizi, to turecki wyraz oznaczający czerwień. Rzeczywiście, może on się kojarzyć z naszym słówkiem “karmazyn”.


4. Szwajcaria


Lacrimosa - “Sanctus”

Niewiarygodnie monumentalna i bogata brzmieniowo kompozycja, o której trudno powiedzieć, czy bardziej przypomina muzykę poważną, czy rozrywkową. W tym patetycznym, wyjątkowo emocjonalnym i dramatycznym utworze, trwającym ponad czternaście minut, główną rolę odgrywają popisy Londyńskiej Orkiestry Symfonicznej. Znajdziemy tutaj chóralne śpiewy, mnóstwo klasycznych instrumentów, ale również elementy typowe dla muzyki metalowej (drapieżne gitary i śmiało odzywającą się perkusję). Jak przystało na dzieło formacji Lacrimosa, w utworze jest obecny charyzmatyczny śpiew Tilo Wolffa - człowieka będącego jednocześnie wokalistą, kompozytorem i autorem większości tekstów. Klękajcie narody! “Sanctus” to klasa sama w sobie i najprawdziwsza Sztuka! Ekstaza estetyczna gwarantowana!


Celtic Frost - "Drown In Ashes"

Mroczna i pełna grozy piosenka, która - zupełnie jak dobry film - trzyma w napięciu do samego końca. Ciekawym rozwiązaniem, zastosowanym w utworze, jest połączenie ciemnych, ciężkich, elektronicznych dźwięków z wysokim, metafizycznym, nieco egzotycznym kobiecym wokalem. Oprócz głosu przedstawicielki płci żeńskiej, mamy tutaj głos mężczyzny - w śpiewie tym słychać jakąś namiętność i szaleństwo. Wraz z upływem czasu, emocji jest coraz więcej, niepokój wyraźnie się nasila. Później dosyć niespodziewanie następuje uspokojenie, po którym piosenka dobiega końca. Utwór “Drown In Ashes” jest odrobinę hipnotyzujący, co wynika z jego monotonnego rytmu oraz kojącego zawodzenia kobiety.


5. Ukraina


Fleur - "Carousel"

Dziełko w sam raz na długie, jesienne i zimowe wieczory. Ta lekko melancholijna piosenka, wypełniona nastrojowymi dźwiękami gitary klasycznej/akustycznej i przejmującym śpiewem jednej z wokalistek, ma szansę poruszyć każde wrażliwe serce. W utworze słychać niekiedy smętny instrument smyczkowy, który sprawia, że kompozycja staje się jeszcze bardziej wzruszająca i urocza. Moim zdaniem, “Carousel” to coś w rodzaju poezji śpiewanej. Piosenka odznacza się poetyckim, rosyjskojęzycznym tekstem, w którym podmiot liryczny opowiada o tym, jak bardzo czuje się samotny, opuszczony i niepotrzebny. Występują tutaj niezwykle oryginalne porównania, np. “Jestem żółtymi liśćmi na szachownicy, pozostawionej przez kogoś w chłodnym parku”.


6. Islandia


Múm - "The Ballad of the Broken Birdie Records"

Kompozycja psychodeliczna, która nie nadaje się do słuchania w każdej sytuacji. Jest to utwór, który powinno się słuchać w wolnym czasie, najlepiej w pozycji leżącej i z zamkniętymi oczami. W piosence zastosowano dużo elektronicznych dźwięków, a także odgłosy przypominające nakręcanie jakiegoś mechanizmu (wiem, że to głupie skojarzenie, ale przywodzą mi one na myśl opowieści o kontroli umysłu - projekcie MK-ULTRA i programowaniu Monarch). Słodki, senny, rozchodzący się w przestrzeni śpiew wokalistki ma działanie relaksacyjne, aczkolwiek może też wprowadzać w trans. Zabiegiem artystycznym, który zasługuje na uwagę, jest wykorzystanie w utworze głosu dziecka. Múm to dobry zespół, o czym świadczy fakt, że współpracowała z nim znana i ceniona piosenkarka Björk.


Zakończenie

Piosenki, które wymieniłam, to tylko garstka naprawdę dobrych utworów spoza Unii Europejskiej. Nie jestem w stanie wymienić i scharakteryzować wszystkich ciekawych nagrań oraz zespołów z Wolnego Świata. Celem niniejszego artykułu jest tylko napomknięcie o istnieniu kilkunastu ciekawych kompozycji i grup muzycznych, a także zachęcenie Czytelników do rozpoczęcia własnych poszukiwań. Mam nadzieję, że mój tekst okaże się dla kogoś przydatny. Pozdrawiam i życzę radości przy poznawaniu kultury nieunijnej!


Natalia Julia Nowak,
19-20 grudnia 2011 r.

środa, 14 grudnia 2011

Wiedz, że coś się dzieje!

Od autorki

Niniejszy utwór nie ma na celu obrażania nikogo ani niczego. Jest to makabryczna, groteskowa, satyryczna, sensacyjna sztuka teatralna, w której chodzi o dostarczenie Czytelnikom rozrywki oraz zdemaskowanie absurdalności pewnych zjawisk i wydarzeń z realnego świata. Dramat podsumowuje rok 2011 i częściowo nawiązuje do faktów z roku 2010. Chociaż stanowi fikcję, jest w dużej mierze inspirowany rzeczywistością, bo przecież życie uchodzi za najlepszego scenarzystę na Ziemi.

W sztuce teatralnej pojawiają się takie motywy jak: nieporozumienia zwolenników SLD ze zwolennikami Ruchu Palikota, katastrofa naturalna i nuklearna w Japonii, problem skażonych ogórków, bestialskie zabijanie zwierząt na Ukrainie, protesty Oburzonych, działalność WikiLeaks, rewolucje w krajach muzułmańskich, masakra w Norwegii, katastrofa prezydenckiego tupolewa, kontrowersje wokół śledztwa smoleńskiego, zamieszki na Krakowskim Przedmieściu.

Są tu również nawiązania do wytworów kultury - dziejów tytułowej bohaterki piosenki “Murka” oraz śmierci Hanki Mostowiak z serialu “M jak Miłość”. W tytule i treści dramatu występują ponadto aluzje do kontrowersyjnego kazania ks. Piotra Natanka. Chodzi mi tutaj o wyrażenia: “wiedz, że coś się dzieje”, “wiedz, że się diabeł nim interesuje”, “wiedz, że tam się coś bardzo mocno burzy” i “to już wiedz, że jest źle”.

Sztuka teatralna “Wiedz, że coś się dzieje!” nie nadaje się dla dzieci oraz osób nadwrażliwych. Nie spodoba się ona także tym, którzy uważają, że utwory literackie powinny być moralne i stosowne. Mój dramat nie jest ani moralny, ani stosowny. Jeśli kogoś on rani lub zniesmacza, to szczerze przepraszam i proszę o wybaczenie!


Z pozdrowieniami
Natalia Julia Nowak




Scena pierwsza

Miejsce akcji: korytarz jednej z uczelni w Maślańsku-Maślanej

Dwie studentki, Laura i Marzena, siedzą na ławce w uczelnianym korytarzu. Jedna z nich, Laura, wygląda na kompletnie załamaną: ma smutną minę i oczy spuchnięte od płaczu. Druga z dziewczyn, Marzena, wyraźnie próbuje ją pocieszyć. W pomieszczeniu znajdują się również inni studenci, jednak pełnią oni funkcję statystów.


LAURA (smutno, pochlipując):

To jest straszne… Ja nie wiem, jak ludzie mogą być tacy dwulicowi… Popatrz choćby na media. Jeszcze rok temu dziennikarze traktowali Grzesia jak królewicza, przedstawiali go w pozytywnym świetle, mówili, że to młody, obiecujący polityk i przyszłość polskiej lewicy. Grzegorz był osobą powszechnie podziwianą, ulubieńcem mas, prawdziwą gwiazdą. A teraz? Media i ich odbiorcy odnoszą się do niego jak do żebraka! Biedny Grzesiu… Niegdyś idol i autorytet… Dziś człowiek odrzucony, wzgardzony, wyraźnie odsunięty od łaski. Zostawili go ci, którzy kiedyś obiecywali mu lojalność. Nie wiem, jak tak można!


MARZENA (łagodnie, pocieszająco):

Lauro, doskonale rozumiem, co czujesz. Ale musisz się pogodzić z faktem, że politycy i partie czasem tracą popularność. To naturalna kolej rzeczy: nie da się być na szczycie przez cały czas. Grzegorz już miał swoje pięć minut, a teraz przyszedł czas na innych.


LAURA (ze złością i pretensją w głosie):

Ci inni! To oni są przyczyną wszystkich moich nieszczęść! Gdyby Ruch Palikota nie był pazerny na władzę, to Grzesio nie otrzymałby ciosu prosto w serce! Jednak najbardziej mam żal do lewicowego elektoratu, który zdradził sprawdzonego Grzesia z nowym, naprędce skleconym ugrupowaniem, istniejącym dopiero od kilku miesięcy! Kuźwa, tak się nie robi! Tak się po prostu nie robi!


Długa pauza.


LAURA (cicho, spoglądając dziwnie na przyjaciółkę):

Marzena?


MARZENA (łagodnie):

No?


LAURA:

Ty wiesz, że ja kocham Grzegorza?


MARZENA (lekko zdumiona i zakłopotana):

Ech, nigdy mi o tym nie mówiłaś. Ale… No cóż, skoro go kochasz… Nie będę się czepiać… W końcu masz do tego prawo…


LAURA (dramatycznie, wybuchając płaczem):

O, ja nieszczęśliwa! Pokochałam kogoś, kto nigdy nie będzie mój! Zakochałam się w Grzegorzu Napieralskim, chociaż nie mam możliwości, żeby zostać jego partnerką! Oddałam swoje serce człowiekowi, u którego mam takie szanse jak Wokulski u Izabeli! Czyli żadne! (Ociera sobie łzy i pociąga nosem, a potem wyjmuje z torby fotografię ulubionego polityka i spogląda na nią z sentymentem) Grzesiu! Grzesiu mój kochany! Mój biedny, zdradzony i opuszczony Grzesiu! Choćby cały świat się od ciebie odwrócił, ja będę przy tobie trwać jak Matka Boska pod Krzyżem!


Laura całuje zdjęcie, po czym wkłada je z powrotem do torby. Marzena milczy.


LAURA (nieco spokojniej):

To straszne, że spłynęło na mnie tak beznadziejne i bezsensowne uczucie! Kto to widział - bujać się w polityku?! Czy może istnieć miłość tragiczniejsza i bardziej niespełniona od mojej?!


MARZENA (poważnie):

Owszem, Lauro. Moja siostra zakochała się w Robercie Biedroniu.


Płacząca studentka wytrzeszcza oczy, a potem wydaje z siebie długi, piskliwy krzyk.


LAURA (rozzłoszczona, przez łzy):

Ruch Palikota! Znowu Ruch Palikota! Mam już tego dosyć! To przez nich Grzesiu i ja cierpimy psychiczne katusze!


Niespodziewanie do Laury i Marzeny podchodzi Edyta, na twarzy której maluje się poczucie wyższości i mściwa satysfakcja.


EDYTA (pogardliwie, do Laury):

Dlaczego obrażasz partię Palikota? Tak bardzo jesteś zazdrosna o jej sukces? Ogarnął cię jakiś ressentiment? Twój Grześ, którego tak wychwalasz, okazał się nieudolnym politykiem i bardzo słabym człowiekiem. Nic dziwnego, że ludzie stracili cierpliwość i zagłosowali na ugrupowanie, które ma im coś konkretnego do zaoferowania.


LAURA (nie posiadając się z oburzenia):

Ty podła…!


EDYTA (uśmiecha się szyderczo):

SLD to już historia. Teraz lewa strona sceny politycznej należy do Janusza Palikota i jego ekipy. Formacja Grześka zdobyła tylko osiem procent głosów i wszystko wskazuje na to, że jej poparcie będzie stale spadać.


LAURA (jazgocze):

Gloria victis! Chwała zwyciężonym!


EDYTA:

Napierdalski i tak wkrótce poda się do dymisji.


LAURA (blednąc ze zbulwersowania):

“Napierdalski”?!


Miłośniczka Sojuszu Lewicy Demokratycznej traci nad sobą kontrolę: wstaje z ławki i z całej siły uderza Edytę w głowę. W tej części korytarza, w której znajdują się uczestniczki awantury, robi się cisza. Wszyscy patrzą - z niepokojem lub zaciekawieniem - na obie studentki. Nawet ludzie znacznie oddaleni od “pola bitwy” milkną i kierują wzrok w wiadomą stronę.


PRZEMEK (rozbawiony i podekscytowany, krzyczy do studentów stojących na drugim końcu korytarza):

Zwolenniczka SLD bije zwolenniczkę RP! Jaja jak berety!


NORBERT (wesoło):

Przynieść kisiel i dmuchany basen! A niech się leją!


Nagle rozlega się bardzo głośny alarm. Wszyscy studenci, łącznie z Laurą i Edytą, koncentrują się wyłącznie na nim. Na twarzach poszczególnych osób maluje się szok i przestrach.


MARZENA (zdumiona, zaniepokojona):

Alarm? Przecież nie zapowiadali żadnych…!


KOBIECY GŁOS Z RADIOWĘZŁA (uprzejmie, acz stanowczo):

Zapraszam wszystkich państwa do Auli im. Aleksandra Puszkina!


PAWEŁ (do Marzeny):

Wiedz, że coś się dzieje.


Studenci, kompletnie zdezorientowani, chwytają swoje rzeczy i idą do auli. Widać po nich, że spodziewają się wszystkiego najgorszego.




Scena druga

Miejsce akcji: Aula im. Aleksandra Puszkina

W Auli im. Aleksandra Puszkina przebywa duża grupa studentów, reprezentujących różne kierunki i tryby kształcenia. Przy mównicy stoi prof. Wieńczysława Maszkaronowa, która sprawia wrażenie osoby usiłującej robić dobrą minę do złej gry. Po jej prawicy, nieco z boku, stoją Doktor Kutasińska (drobna blondynka w średnim wieku) i Magister Murka (piękna dziewczyna, niewiele starsza od studentów). Kiedy Maszkaronowa spostrzega, że weszli już wszyscy, którzy mieli wejść, rozpoczyna swoje przemówienie.


WIEŃCZYSŁAWA MASZKARONOWA (poważnie, przez mikrofon):

Szanowni państwo, przede wszystkim chciałabym poprosić o zachowanie spokoju, bowiem w takich okolicznościach spokój jest wręcz niezbędny. Kilka minut temu otrzymałam informację od władz miasta, z której wynika, że do Maślańska-Maślanej dotarło skażenie radioaktywne z Japonii. W tej sytuacji wskazane są nadzwyczajne środki ostrożności. Pod żadnym pozorem nie wolno otwierać okien i drzwi, ponieważ skażenie mogłoby poważnie zaszkodzić zarówno osobie otwierającej, jak i pozostałym ludziom przebywającym na terenie uczelni. Nie potrafię powiedzieć, jak długo ten stan rzeczy będzie się utrzymywał, ale niewykluczone, że będziemy zmuszeni spędzić w budynku więcej czasu niż zaplanowaliśmy. Bardzo państwa przepraszam za wszelkie niedogodności, ale - jak zapewne się państwo domyślają - bezpieczeństwo naszych studentów i pracowników jest dla nas najważniejsze.


LUCYNA (do Maszkaronowej, widocznie bojąc się odpowiedzi):

Pani profesor, czy to oznacza, że… że… że jesteśmy… uwięzieni? Jak bohaterowie “Dżumy” Alberta Camusa?


WIEŃCZYSŁAWA MASZKARONOWA:

Proszę pani, nie wiem, czy słowo “uwięzieni” jest tutaj odpowiednie, ale rzeczywiście, musimy na jakiś czas zapomnieć o wychodzeniu z budynku. Rozumie pani, że nie możemy nikomu pozwolić na kontakt ze skażonym radioaktywnie powietrzem.


TOMEK (lekko zbuntowany):

A co z tymi, którzy studiują zaocznie? Niektórzy już pracują albo mają rodziny, więc nie mogą sobie pozwolić na spędzenie… hmmm… kilku dni na uczelni!


WIEŃCZYSŁAWA MASZKARONOWA:

Jak już powiedziałam, obecnie niewskazane jest otwieranie okien i drzwi. Studenci studiów niestacjonarnych nie są zwolnieni z tego zakazu. Zdaję sobie sprawę, że ktoś może mieć specyficzną sytuację rodzinną lub zawodową, jednak wyższa konieczność zmusza nas wszystkich do postępowania w sposób szczególny. Proszę zwrócić uwagę, że mamy do czynienia z sytuacją losową, która nie jest zależna ode mnie.


AREK (załamany):

No to ładnie… Kto wie, czy nie zdechniemy na uczelni…


WIEŃCZYSŁAWA MASZKARONOWA (kontynuuje przerwane przemówienie):

Drodzy państwo, pragnę również poinformować, że w związku z zaistniałą sytuacją zaplanowane na dzisiaj zajęcia dydaktyczne nie odbędą się. Najbliższe wykłady, ćwiczenia i laboratoria będą miały miejsce dopiero jutro. Dziękuję bardzo.


Wieńczysława wstaje z krzesła, po czym opuszcza aulę. Studenci, zamiast się cieszyć z odwołania zajęć, siedzą w milczeniu na drewnianych siedzeniach.


AREK (zrozpaczony, do Mateusza):

Kuźwa, przez tę zaplutą elektrownię w Fukushimie musimy siedzieć na uczelni jak w jakiejś kapsule!


MATEUSZ (nawiązując do osławionego kazania ks. Piotra Natanka):

Jeśli w Japonii dochodzi do trzęsienia ziemi, tsunami i katastrofy podobnej do tej z Czarnobyla, to wiedz, że się media tym interesują. Jeśli niedługo po tych nieszczęściach rozlega się na twojej uczelni alarm, to wiedz, że coś się dzieje. Jeśli profesor Maszkaronowa informuje cię, że w najbliższym czasie nie będziesz mógł opuścić budynku, to już wiedz, że jest źle.


Jedna ze studentek, Nikola, wyjmuje z plecaka kanapkę, odwija papier śniadaniowy i przystępuje do konsumowania pożywienia. Kiedy studentka połyka pierwszy kawałek posiłku, zaczyna się straszliwie krztusić. Siedzące przy niej koleżanki próbują jej pomóc, jednak Nikola - ku przerażeniu wszystkich obserwujących - traci przytomność. Kanapka upada na podłogę i się rozlatuje, a oczom świadków ukazuje się nadgryziony ogórek.


MARTA (przerażona, a zarazem olśniona):

A, no tak!


PATRYCJA (ostro):

Co “no tak“?!


MARTA:

W telewizji mówili coś o skażonych ogórkach!


Przyglądająca się scenie Doktor Kutasińska bierze do ręki telefon komórkowy i dzwoni na pogotowie. W tym samym czasie studenci bezskutecznie próbują pomóc Nikoli. Gdy wykładowczyni kończy rozmowę telefoniczną, klnie pod nosem i biegnie w stronę studentów.


DOKTOR KUTASIŃSKA (zdenerwowana):

Proszę państwa, właśnie zadzwoniłam na pogotowie. Powiedzieli, że nie mogą przyjechać ze względu na skażenie radioaktywne. Przypomniałam im, że ich obowiązkiem jest wyjazd do osoby potrzebującej, ale to nic nie dało. Nie chcą opuścić swojej siedziby, ponieważ boją się o swoje zdrowie. Zresztą, nawet, gdyby przyjechali, to my nie moglibyśmy otworzyć im drzwi. Sytuacja jest wyjątkowa, wiedzą państwo.


PATRYCJA (z rozpaczą):

Więc nie mamy co liczyć na lekarza?! Cholera! A przecież widać gołym okiem, że z moją przyjaciółką coś się dzieje!


Nikola przestaje się poruszać. Marta zaczyna ją nerwowo szarpać i szturchać, jednak nie przynosi to żadnego rezultatu. Wszyscy wyglądają na coraz bardziej zaniepokojonych.


MARTA (poważnie, patrząc Patrycji prosto w oczy):

Wiedz, że jest źle.


EMIL (wzdycha):

Mamy pierwszą Polkę, która zginęła od ogórka…


AREK (parafrazując cytat ze znanej pieśni religijnej):

“Wawelska krypta niech jej ciało przyjmie!”




Scena trzecia

Miejsce akcji: uczelniany korytarz

Na ławce w uczelnianym korytarzu siedzą: Paweł, Norbert, Marzena i Wioletta. Ponieważ nie mają oni nic do roboty, umilają sobie czas swobodną rozmową i głupimi żartami.


PAWEŁ (do dziewcząt):

A słyszałyście o tym, co się dzieje na Ukrainie? Podobno w kilku tamtejszych miastach postanowiono pozabijać bezpańskie psy i koty, żeby nie plątały się ludziom pod nogami w czasie Euro 2012. Ale nie to jest najgorsze, tylko sposób, w jaki te zwierzęta są uśmiercane. Z tego, co czytałem, wynika, że hycle używają jakichś przenośnych krematoriów. Psy i koty są tam palone żywcem w bardzo wysokiej temperaturze. Światowa opinia publiczna jest wstrząśnięta, wielu ludzi wysyła listy do władz Ukrainy z prośbą o przerwanie tego makabrycznego procederu. Pojawiają się nawet apele o bojkot Mistrzostw Europy.


WIOLETTA (zniesmaczona, krzywiąc się niemiłosiernie):

Och, Paweł, po co mówisz o takich rzeczach?! Chcesz, żebym dzisiaj w nocy nie mogła zasnąć?!


MARZENA (solidaryzując się z Wiolettą):

Właśnie! Po jaką dżumę poruszasz ten temat?! Jesteś… nietaktowny!


PAWEŁ:

Mówię wam o tym w celach informacyjnych. Żebyście wiedziały, że coś się dzieje.


Niespodziewanie Norbert zaczyna się śmiać.


WIOLETTA (oburzona, karcącym tonem):

Co cię tak bawi?!


NORBERT (w taki sposób, jakby opowiadał dowcip):

Jak się mówi na kolesia z Ukrainy, który pali żywe koty przed Euro 2012?


WIOLETTA:

Jak?


NORBERT (parskając śmiechem):

Palikot!


Paweł również zaczyna się “brechtać”.


PAWEŁ (rozbawiony):

Zawód: palikot! A to dobre!


NORBERT:

Przypomina mi się taki filmik z serwisu YouTube - “Zuomarket” autorstwa Siergiejto Studios. Tam też był… kot do palenia!


PAWEŁ (diabelskim głosem, słowami z filmiku “Zuomarket”):

“Wypchany siaaaaaaaaaarką!”


NORBERT (również słowami ze “Zuomarketu”):

“Czas palenia - czterdzieści minut!”


WIOLETTA (patrząc z obrzydzeniem na obu chłopaków):

Jesteście bezduszni! Robicie sobie kpiny z poważnej sprawy! Ciekawe, jak wy byście się czuli, gdyby ktoś was palił żywcem?! Założę się, że nie byłoby wam do śmiechu!


Nagle rozlega się rytmiczny, marszowy tupot wielu stóp. Uczestnicy sceny spoglądają po sobie ze zdumieniem.


MARZENA (do Pawła, Norberta i Wioletty):

Wiedzcie, że coś się dzieje!


Na scenę wchodzi pochód składający się z kilkunastu studentów i studentek (twarze poszczególnych osób są zasłonięte). Młodzi ludzie niosą transparenty z hasłami typu “Jesteśmy oburzeni!”, “Okupuj Aulę im. Puszkina!” czy “Żądamy swobody przemieszczania się!”. Wszyscy uczestnicy manifestacji przypięli sobie do ubrań karteczki, na których jest napisane “Oburzeni Zaoczni”.


PRZEWODNIK MARSZU (krzyczy przez plakat zwinięty w rulon):

Jesteśmy oburzeni!


INNY UCZESTNIK MARSZU (także krzyczy przez rulon):

Protestujemy przeciwko przetrzymywaniu studentów zaocznych na uczelni!


Oburzeni Zaoczni śpiewają chórem piosenkę “Another Brick In The Wall” (“We Don’t Need No Education”) zespołu Pink Floyd. Nagle otwierają się drzwi jednej z sal wykładowych i na korytarz wychodzi Magister Murka. Młoda kobieta przez chwilę przygląda się pochodowi, a potem robi groźną minę i zaczyna krzyczeć do manifestantów.


MAGISTER MURKA (wściekle, bardzo wysokim głosem):

Odsłonić twarze! Odsłonić twarze, do szkorbutu jasnego!


OBURZENI ZAOCZNI (cynicznie, do wykładowczyni, wykonując fragment utworu formacji Pink Floyd):

“Hey! Teacher! Leave us kids alone!”


NORBERT (cicho, do Wioletty, Marzeny i Pawła):

Nie wiem, jak to jest na innych uczelniach, jednak u nas panuje zasada, że stary profesor wybacza, ale młody magister - nigdy!


Maszerująca młodzież znika z pola widzenia. W tle słychać jeszcze pojedyncze okrzyki “Jesteśmy oburzeni!” i “Protestujemy przeciwko przetrzymywaniu studentów zaocznych na uczelni!”.


MAGISTER MURKA (pod nosem):

Nienawidzę studentów! Niech ich szlag trafi!


PAWEŁ (do Norberta, Wioletty i Marzeny):

Jeśli wy, studenci, zostajecie przeklęci przez własną wykładowczynię, to już wiedzcie, że jest źle!




Scena czwarta

Miejsce akcji: uczelniana stołówka

W stołówce, znajdującej się na terenie uczelni, wszystkie miejsca są zajęte. Jedni goście już jedzą obiad, a drudzy dopiero przystępują do spożywania posiłku. Kiedy jeden z chłopaków zaczyna jeść zupę, dzieje się z nim dokładnie to co z Nikolą. Podobnie jak w scenie drugiej, studenci próbują pomóc osobie potrzebującej, ale nie przynosi to żadnego skutku. Umierający młodzieniec wypuszcza z ręki łyżkę, która upada - z głośnym brzękiem - na podłogę.


DAWID (wściekle, syczy):

Kiełbolone ogórki! (Do wszystkich zgromadzonych) Ej, ludzie! Nie jedzcie zupy ogórkowej! Jest skażona!


Studenci, którzy mieli jeść taką zupę, ze wstrętem odsuwają od siebie miski. Tymczasem kilku chłopaków wynosi ze stołówki zwłoki denata.


EDYTA (do osób siedzących blisko niej, w taki sposób, żeby Laura to usłyszała):

Pamiętacie, jak Napieralski pstryknął fotkę Obamie?


Młodzi ludzie wybuchają śmiechem.


KAROLINA (śmiejąc się):

Cha, cha, cha! Pamiętamy, pamiętamy!


EDYTA:

A pamiętacie, jak powiedział, że ceny pikują w górę?


Znowu salwa śmiechu.


NORBERT (nie posiadając się z rozbawienia):

Buahahahaha! Jak mogą pikować w górę?! Przecież pikowanie to manewr w dół!


EDYTA (złośliwie zerkając na Laurę):

Ale Jaśnie Pan Napierdalski widocznie o tym nie wie!


Laura wybucha płaczem i wstaje od stołu.


LAURA (przez łzy, krzyczy):

Jesteście podli! Słyszycie?! Jesteście podli! Żegnam was!


Miłośniczka SLD wybiega ze stołówki, pociągając nosem i ocierając sobie łzy. Edyta pokazuje jej środkowy palec, na co studenci znowu odpowiadają rechotem.


ANKA (do Izy):

Co sądzisz o tych niedawnych rewolucjach w świecie islamskim? Totalny szok, no nie? Komentatorzy twierdzą, że nie doszłoby do nich, gdyby aktywiści WikiLeaks nie ujawnili jakichś tajnych dokumentów. Można więc powiedzieć, że moralną odpowiedzialność za zamieszki i śmierć cywilów ponosi Julian Assange. Zobacz, do czego prowadzi ludzka lekkomyślność! A Julianek, zamiast ciąć się z rozpaczy, robi z siebie męczennika!


IZA (smutno, wzdycha):

Ech, rewolucje… To prawda, że powstańcy mieli swoje racje, ale szkoda mi tych niewinnych ludzi, którzy zginęli… Kurczę, trzeba być naprawdę zdeterminowanym i oburzonym na sytuację w kraju, żeby sięgać po takie metody walki politycznej…


ANKA:

Albo kompletnie zaślepionym jakąś ideologią. Zauważ, że rewolucjoniści wcale nie sprecyzowali, o co im chodzi. Według mnie, jest to co najmniej podejrzane. Niektórzy publicyści twierdzą, że to, co wkrótce nadejdzie, może być znacznie gorsze od obalonego porządku społecznego. Historia zna takie przypadki. Przykład? Rosja po roku 1917. Miało być słodko i utopijnie, a wyszło jak zawsze…


IZA (poważnie):

Tak czy owak, cieszmy się, że w naszej części świata jest spokojnie. Wybuchy, strzały… Jak to dobrze, że u nas takie rzeczy się nie zdarzają! My nie musimy się lękać, że któregoś dnia wpadnie tutaj jakiś zdesperowany rewolucjonista i powybija nas co do nogi!


Kiedy Iza wypowiada ostatnie słowo, rozlega się straszliwy łomot, który doprowadza uczestników sceny na skraj przerażenia. Do stołówki wkracza Andrzej Brzeźnik - młody, wysoki, jasnowłosy, niebieskooki mężczyzna odziany w policyjny mundur i trzymający w rękach prawdziwy karabin.


ANDRZEJ BRZEŹNIK (ryczy, celując w klientów stołówki):

Gdzie jest krzyż?!


W pomieszczeniu robi się absolutna cisza. Wszyscy patrzą ze strachem na napastnika, jednak nikt nie ma odwagi się odezwać.


ANDRZEJ BRZEŹNIK (wściekle, nienawistnie):

Gdzie - jest - krzyż?!


DOKTOR KUTASIŃSKA (bardzo nieśmiało, słabym głosem):

Gdzie jest krzyż? Hmmm… Myślę, że to pytanie jest źle postawione. O wiele lepiej byłoby zapytać: “Czy tu kiedykolwiek był krzyż?”.


Andrzej kieruje lufę karabinu w stronę każdej osoby, która się do niego zwraca.


PATRYCJA:

Kim pan w ogóle jest?


ANDRZEJ BRZEŹNIK (wyraźnie zadowolony, że może o sobie opowiedzieć):

Jam jest Andrzej Brzeźnik pseud. Rzeźnik. Jestem kulturowym konserwatystą, łowcą marksistów i europejskim patriotą. Reprezentuję Zakon Krzyżacki. Uważam się za obrońcę cywilizacji chrześcijańskiej i niesamowitego przystojniaka. Lubię vocal trance i Jarosława Kaczyńskiego. Nienawidzę Ruskich.


PAWEŁ:

I co dalej?


ANDRZEJ BRZEŹNIK (patetycznie, parafrazując znany cytat):

“Ten atak to apel do władz i do społeczeństwa!”


MATEUSZ:

Co to znaczy?


ANDRZEJ BRZEŹNIK (takim tonem, jakby wygłaszał mowę polityczną):

Nie mogę patrzeć, jak Ruscy bezczelnie sterują naszym krajem. Bo to Ruscy zamordowali Świętej Pamięci Pana Prezydenta Lecha Kaczyńskiego, dobili rannych w Smoleńsku, podmienili tablicę pamiątkową i spreparowali nagrania z czarnych skrzynek. Oni również rozpoczęli tę całą walkę z krzyżem i potajemnie nią kierują. Chcę pomścić Katyń, Smoleńsk, Łódź i Krakowskie Przedmieście. Nie zgadzam się na powtórkę z 17 września 1939 roku. Tusk tulący się do Putina… Komorowski śmiejący się nad trumnami… Sfałszowany raport MAK… Zwalczanie wszelkich przejawów pamięci o tragedii smoleńskiej… Wiedzcie, że coś się dzieje! Wiedzcie, że jest źle!


LUCYNA (nadąsana):

No dobrze, ale co to ma wspólnego z nami?!


ANDRZEJ BRZEŹNIK (opryskliwie, ze złością):

To, że jesteście zakichaną, ruską uczelnią! Ale najbardziej denerwuje mnie to, że popieracie walkę z krzyżem! Pytam po raz kolejny: gdzie jest krzyż?!


Jeden z wykładowców, dr hab. Juwenalis Jaworski, bierze leżącą przy nim książkę “Anatomia człowieka” i podchodzi do Brzeźnika. Uczony znajduje odpowiednią stronę i pokazuje Andrzejowi jakąś ilustrację.


JUWENALIS JAWORSKI (pukając palcem w stosowny punkt na obrazku):

Tu jest krzyż. Z tyłu ludzkiego ciała. Krzyż towarzyszy nam w każdej chwili naszej egzystencji. Mamy go, kiedy śpimy, mamy go, kiedy się budzimy, mamy go, kiedy jemy obiad, mamy go, kiedy układamy się do snu. Każdy z nas posiada krzyż. Mam go ja, masz go i ty. Tam, gdzie jest człowiek, jest również krzyż. Zatem jeśli ktoś ci mówi, że nie ma krzyża…


NORBERT (przerywając wykładowcy):

…to wiedz, że coś się dzieje!


ANDRZEJ BRZEŹNIK (do Jaworskiego, oburzony, że ktoś śmie go pouczać):

Kim ty jesteś, dziadku, że się tak wymądrzasz?!


JUWENALIS JAWORSKI:

Jestem doktorem habilitowanym, specjalizuję się w anatomii opisowej człowieka.


ANDRZEJ BRZEŹNIK (z najwyższą pogardą):

Twoje tłumaczenia zupełnie mnie nie przekonują!


Rozczarowany Juwenalis wraca tam, skąd przyszedł. Jedna ze studentek, Paulina, wyjmuje z kieszeni telefon komórkowy i dzwoni na policję.


PAULINA (z komórką przy uchu):

Halo? Policja? Dzień dobry, nazywam się Paulina Przybora, jestem w jadalni Wyższej Szkoły Nauk Wszelkich w Maślańsku-Maślanej. Dzwonię, bo jakiś psychol przyszedł tu z karabinem i chce nas wszystkich pozabijać. (Pauza) Co?! Nie wierzycie mi?! Mówię prawdę! Jakiś psychol… (Znowu pauza) I tak byście nie przyjechali ze względu na skażenie radioaktywne?! Kuźwa! Niech was koń kopytem trzaśnie!


Paulina rozłącza się.


ANDRZEJ BRZEŹNIK:

Jest tak, jak usłyszeliście: zamierzam was wszystkich pozabijać!


Magister Murka opuszcza swoje miejsce i staje u boku Brzeźnika.


MAGISTER MURKA (przymilnie, z cynicznym uśmiechem):

No i świetnie! Ja też mam już dosyć tej uczelnianej hołoty!


MARZENA (przerażona, do Murki):

Pani magister, jak słowo daję! Jeszcze panią oskarżą o współudział!


MAGISTER MURKA:

Pluję na to! Czekałam na dzień, w którym pojawi się ktoś, kto pośle do diabła waszą hałastrę! Dobrze by było, gdyby jeszcze puścił z dymem tę przeklętą ruderę!


ANDRZEJ BRZEŹNIK (mocniej zaciskając ręce na karabinie):

Gdzie jest krzyż?!


MAGISTER MURKA (wtórując Andrzejowi):

Co się stało z krzyżem?!


AREK (załamany i rozczarowany, słowami z popularnej ballady więziennej):

“Wszystko było jasne - Murka nas zdradziła!”


ANKA (wzdycha):

Czy to jest zdrada, czy tylko syndrom sztokholmski?…


IZA:

Okoliczność łagodząca: w sytuacjach kryzysowych ludzie czasem tracą rozum i robią to, czego nigdy nie zrobiliby w normalnych warunkach.


PAWEŁ:

Okoliczność obciążająca: Murka sama powiedziała, że nienawidzi studentów i że powinien ich szlag trafić.


Marzena dzwoni na policję.


MARZENA (do policjanta, który odebrał telefon):

Dzień dobry! Dzwonię ze stołówki WSNW… Mamy tu szaleńca, który grozi nam karabinem i wygląda na coraz bardziej zniecierpliwionego. (Krótka pauza) Nie wierzy mi pan?! No to spoko! Ciekawe, jaką będzie miał pan minę dzisiaj wieczorem! Zapowiada się wytrzeszcz oczu i rozdziawiona gęba!


Dziewczyna kończy rozmowę.


ANDRZEJ BRZEŹNIK (lodowatym tonem, do klientów stołówki):

Pytam po raz ostatni: gdzie jest krzyż?!


WIOLETTA (krzyczy):

Tutaj nigdy nie było żadnego krzyża!


MAGISTER MURKA (oskarżycielskim tonem, słowami pewnej Obrończyni Krzyża, widocznie chcąc podjudzić Brzeźnika):

“Był tu krzyż, a teraz go nie ma!”


Emil jako trzeci dzwoni na policję.


EMIL (do telefonu):

Dzień dobry! Ja w sprawie tego wariata, który zaatakował stołówkę Wyższej Szkoły Nauk Wszelkich! Zagrożenie jeszcze nie minęło! (Po krótkiej pauzie, z nieukrywaną złością) Słucham?! Ja sobie żarty robię?! Głupcze! Jeśli jesteś policjantem i odbierasz kolejny telefon w tej samej sprawie, to wiedz, że coś się dzieje!


Koniec rozmowy telefonicznej.


ANDRZEJ BRZEŹNIK (stanowczo, zdecydowanie):

Dobra! Jadę z tym koksem!


Andrzej Brzeźnik pseud. Rzeźnik morduje wszystkich z wyjątkiem siebie i Murki. Strzelaninie towarzyszy potworny hałas.


MAGISTER MURKA (wstrząśnięta, patrząc na kilkadziesiąt trupów):

Ja pierniczę! To jest jakaś masakra!


ANDRZEJ BRZEŹNIK (melancholijnie):

Mój czyn był straszny, ale konieczny.


MAGISTER MURKA:

Bredzisz jak Jaruzelski…


ANDRZEJ BRZEŹNIK (żartobliwie, nawiązując do słynnej wypowiedzi Adama Michnika):

“Odpieprz się od generała!”


W tle gra piosenka “Murka” w rosyjskiej (bo przecież nie “ruskiej”) wersji językowej.




Scena piąta

Miejsce akcji: jedna z sal wykładowych

Laura, która przed masakrą opuściła stołówkę, siedzi samotnie w jednej z sal wykładowych i płacze. Za oknami jest już zupełnie ciemno, toteż w pomieszczeniu świeci lampa, dająca dosyć słabe światło. Studentka właśnie kończy pisać list. Na stoliku, tuż obok niej, leżą: nietknięta kanapka z ogórkiem i fotografia Grzegorza Napieralskiego.


LAURA (smutno, pochlipując, czyta napisany przez siebie list):

“Drogi Grzegorzu, wiedz, że coś się ze mną dzieje. Od jakiegoś czasu dokucza mi silna melancholia, której w żaden sposób nie mogę się pozbyć. Nieustannie myślę o Tobie i Twojej partii, a kiedy przypominam sobie, że nigdy nie uda nam się połączyć, całkowicie opuszcza mnie chęć życia. Coraz częściej pojawia się w mojej głowie myśl, że taka egzystencja nie ma sensu, bo zupełnie do niczego nie prowadzi. Czuję, że nie zostało we mnie nic oprócz głębokiej i wszechogarniającej miłości do Ciebie. Problem w tym, że ta miłość sprawia mi straszliwy ból. Pomału opadam z sił. Nie jestem w stanie dłużej znosić tego cierpienia.

Koleżanki i Koledzy śmieją się ze mnie, ponieważ nie rozumieją tego, co przeżywam. Uważają oni, że zakochanie w polityku to coś zabawnego, z czego można beztrosko żartować. A ja, pozostawiona sama sobie, męczę się coraz bardziej i upatruję ratunku w śmierci. Coś mi mówi, że odejście z tego świata jest jedynym lekarstwem na ból, który wypala mnie od środka. Nie chcę dłużej istnieć. Marzę o tym, by ten koszmar wreszcie się skończył.

Dzisiaj zdecydowałam, że skrócę swoje cierpienie. Popełnię morderstwo na samej sobie, bo i tak nie jestem nikomu potrzebna. Po co ja żyję? W imię czego? W imię tej nieszczęśliwej miłości, która przynosi mi więcej zmartwienia niż pożytku? Najsłodszy! Wybacz, ale nie mogę ciągnąć tego w nieskończoność! Muszę wreszcie przerwać ten nieudany film! Zrozum, że życie w wiecznym bólu i poniżeniu jest gorsze od śmierci! Jeśli przeżywasz psychiczne katusze, a zgon zaczyna Ci się jawić jako jedyna deska ratunku, to już wiedz, że jest źle… Ze mną jest właśnie tak. Postanowiłam więc, że umrę z Twoim imieniem na ustach. Żegnaj, mój Najdroższy! Byłeś dla mnie całym światem! Kochałam Cię!”


Dziewczyna składa kartkę na pół, całuje zdjęcie Napieralskiego i wkłada je do listu. Następnie wstaje z drewnianego siedzenia, wzdycha głośno i przez chwilę spaceruje po sali, rozmyślając o czymś głęboko. Raz podchodzi nawet do okna, patrzy na coś przez szybę, jednak potem znowu zaczyna spacerować po pomieszczeniu. W tle gra piosenka “My Immortal” amerykańskiej grupy Evanescence.


LAURA (wzdychając, do samej siebie):

Chyba już nadszedł mój czas… Ech…


Młoda kobieta idzie tam, gdzie przebywała na początku sceny. Nie siada jednak na siedzeniu, tylko powoli podnosi ze stolika kanapkę i dosyć długo jej się przygląda.


LAURA (cicho, poważnie):

Jeden kęs i już mnie tu nie ma…


Laura bierze głęboki oddech, a później gryzie kanapkę. Nic się jednak nie dzieje.


LAURA (zszokowana):

Ej! Co to ma znaczyć?! (Wściekle, po krótkiej pauzie) Cholera! No ładnie! Ten ogórek nie jest skażony! Niech go piorun trzaśnie!


Rozzłoszczona dziewczyna wybucha płaczem, rzuca posiłek w kąt, siada przy stoliku i zaczyna bardzo szybko pisać na drugiej stronie listu.


LAURA (na głos, pisząc):

“Ach, Grzesiu! Dlaczego jest tak, że ci, którzy chcą żyć, umierają, a ci, którzy pragną umrzeć, są zmuszani do życia?! Usiłowałam popełnić samobójstwo przez zjedzenie kanapki ze skażonym ogórkiem, ale okazało się, że ów ogórek wcale nie jest skażony! Ironia losu, nieprawdaż? Kuźwa, dlaczego nie mogłam być na miejscu Nikoli albo tego chłopaka ze stołówki?! Dlaczego?!”


Dziewczyna odsuwa od siebie kartkę i długopis.


LAURA (płacząc):

Jest jeszcze jeden sposób na odebranie sobie życia. Mogę otworzyć okno i pozwolić, by skażone powietrze wypełniło moje wnętrze.


Zwolenniczka Sojuszu Lewicy Demokratycznej podchodzi do okna, otwiera je, ale wychodzi z tego cało.


LAURA (zrozpaczona, głęboko rozczarowana):

No nie! Znowu?! (Krzywiąc się niemiłosiernie) Ech, po co więzić studentów na uczelni, skoro powietrze na dworze wcale nie jest śmiertelnie niebezpieczne?! Czy ta baba, Wieńczysława Maszkaronowa, zrobiła sobie z nas jaja?! (Do Publiczności) Jeśli wystawiacie się na pewną śmierć, a i tak pozostajecie przy życiu, to wiedzcie, że coś się dzieje!


Długa pauza.


LAURA (nadąsana):

Dlaczego nie mogę umrzeć?! Dlaczego nie mogę tak po prostu umrzeć?! Czy ja już jestem… martwa? Niczym Gustaw z czwartej części “Dziadów” Adama Mickiewicza? On też próbował popełnić samobójstwo, ale nic mu się nie stało, bo już od dawna był upiorem! (Kolejna pauza) Jak śpiewała wokalistka zespołu Within Temptation: “Nie można zabić tego, co zostało zabite już wcześniej!”


Niedoszła samobójczyni siada na drewnianym siedzeniu.


LAURA (pretensjonalnie, krzyczy):

Zabiła mnie tragiczna, niespełniona miłość do polskiego parlamentarzysty!!!


Dziewczyna chowa do torby list, długopis i fotografię Napieralskiego. Następnie gasi światło i wychodzi z sali wykładowej.


TAJEMNICZY GŁOS (śpiewa fragment piosenki “Opowiem Wam jej historię” formacji Łzy):

“Nie doszukuj się złych morałów w tej historii.
Na jej zakończenie jest wiele teorii.
Dostała nową szansę, choć chciała być w Niebie.
Co będzie dalej - zależy od Ciebie!
Dla mnie zakończenie jest pełne nadziei.
Ona się zmieniła, jej ojciec się zmienił.
I zapisze ostatnie zdanie w swym zeszycie:
Mogło mnie tu nie być, choć tak kocham życie!”




Scena szósta

Miejsce akcji: uczelniany korytarz


Andrzej Brzeźnik i Magister Murka spacerują po uczelni. Ten pierwszy nie ma już przy sobie karabinu, bo widocznie zostawił go w stołówce. Czuć, że między nim a Murką zaczyna iskrzyć.


MAGISTER MURKA (wyraźnie zafascynowana nowym znajomym):

Opowiedz mi jeszcze trochę o sobie, dobrze? Skąd jesteś? Czym się na co dzień zajmujesz? Bo ja wykładam… a raczej wykładałam… w tej zaplutej WSNW i nienawidziłam tego z całej duszy. Po ukończeniu studiów magisterskich zdecydowałam się zostać na uczelni, bo nigdzie indziej nie mogłam znaleźć pracy. Żyjemy w trudnych czasach, niestety.


ANDRZEJ BRZEŹNIK (z przekonaniem):

Wina Tuska! (Krótka pauza) Jeśli chodzi o mnie, to jestem komturem Zakonu Krzyżackiego i świeżo upieczonym męczennikiem za wiarę.


MAGISTER MURKA:

Hehehe, przypomina mi się pewna pani z Krakowskiego Przedmieścia, która powiedziała w czasie przeszłym, że oddała swoje życie za Kościół!


ANDRZEJ BRZEŹNIK (urażony):

Nie kpij! W tym, co mówię, nie ma nic śmiesznego! (Znacznie łagodniej) Jeszcze do niedawna mieszkałem ze swoją starą, lecz gdy się dowiedziałem, że moja stara głosowała na Platformę Obywatelską, natychmiast się od niej wyprowadziłem.


MAGISTER MURKA (ironicznie nuci pod nosem fragment piosenki zespołu Boys):

“Miała matka syna, syna jedynego,
Chciała go wychować na pana wielkiego”


ANDRZEJ BRZEŹNIK (lekceważąc Murkę):

Kiedy opuściłem matczyny dom, zamieszkałem na takiej jednej farmie, gdzie miałem zamiar uprawiać warzywa.


MAGISTER MURKA:

A co konkretnie?


ANDRZEJ BRZEŹNIK (takim tonem, jakby to było oczywiste):

Jak to co? Ogórki!


Magister Murka gwałtownie się zatrzymuje i spogląda znacząco na Brzeźnika.


MAGISTER MURKA (mrużąc niebezpiecznie oczy):

To ty skaziłeś ogórasy!


Głucha cisza.


ANDRZEJ BRZEŹNIK (zmieniając temat):

Wiesz, że przed przyjściem tutaj podłożyłem bombę zegarową w domu prezydenta miasta? Z moich obliczeń wynika, że właśnie teraz ona wybucha. Oczywiście, zakładając, że wszystko poszło zgodnie z planem.


MAGISTER MURKA (puszczając oczko do rozmówcy):

Jeśli właśnie teraz wybucha bomba w domu prezydenta miasta, to wiedz, że tam się coś bardzo mocno burzy!


Znów głucha cisza.


ANDRZEJ BRZEŹNIK (olśniony):

Słuchaj. Przyszło mi do głowy, że moglibyśmy wziąć ślub. Spłodzilibyśmy troje lub pięcioro dzieci i od samego początku wychowywalibyśmy naszą gromadkę na antyrosyjską bojówkę. Co ty na to, Murka?


Kobieta otwiera usta, żeby coś powiedzieć, ale właśnie w tej chwili wpada na scenę grupa policjantów, lekarz psychiatra i pielęgniarka. Stróże prawa natychmiast otaczają spacerującą parę.


POLICJANT 1 (ryczy):

Ręce do góry!


Andrzej i Murka posłusznie wykonują polecenie.


POLICJANTKA 1 (ze szczerą skruchą, do Andrzeja):

Przepraszamy najmocniej, że tak długo to trwało, ale mieliśmy opóźnienie z przyczyn niezależnych od nas. Najpierw nie mogliśmy interweniować ze względu na skażenie radioaktywne. Potem wysłaliśmy po pana radiowóz, ale auto tak zapieprzało, że rąbnęło w jakieś kartonowe pudła i wszyscy policjanci przenieśli się na łono Abrahama niczym Hanka Mostowiak z “M jak Miłość”.


ANDRZEJ BRZEŹNIK (nieco zdumiony):

W kartonowe pudła? Dobrze, że nie w brzozę! I że mgły nie było!


PIELĘGNIARKA (dydaktycznie):

Jeśli ci, którzy mieli po ciebie przyjechać, bardzo się spóźniają, to wiedz, że coś się dzieje!


POLICJANT 2 (ostro):

Tak czy owak: jest pan aresztowany!


Murka rzuca się w ramiona swojego przyjaciela.


MAGISTER MURKA (buntowniczo, tuląc się do Brzeźnika):

Nic z tego! Mój ci on! Zamierzamy się pobrać!


PSYCHIATRA:

Proszę pani, ten pan jest niepoczytalny. Według Kodeksu Rodzinnego i Opiekuńczego, osoba chora psychicznie nie może zawrzeć związku małżeńskiego.


MAGISTER MURKA (zawiedziona, z żalem):

Więc nie mogę zostać Panią Magister Brzeźnikową?


POLICJANTKA 2 (tonem ks. Natanka):

Jeśli twój narzeczony jest owładnięty nienawiścią do innych ludzi, to wiedz, że się diabeł nim interesuje. Jeśli twój narzeczony ma w głowie wiele zbrodniczych pomysłów, to wiedz, że tam się coś bardzo mocno burzy. Jeśli twój narzeczony rozpoczyna przygotowania do realizacji tych pomysłów, to wiedz, że coś się dzieje. Jeśli twój narzeczony robi to, co zaplanował, to już wiedz, że jest źle.


MAGISTER MURKA (niecierpliwie):

Ale ja zapytałam o ślub!


PSYCHIATRA:

Hmmm… Sąd, z ważnych przyczyn, mógłby zezwolić na małżeństwo z osobą niepoczytalną. Ale nie wiem, czy potrafiłaby pani się opiekować takim mężem specjalnej troski.


Andrzej Brzeźnik wpada w gniew.


ANDRZEJ BRZEŹNIK (wściekle, do psychiatry, słowami z pewnego zabawnego filmiku opublikowanego na YouTube.com):

“Wy jesteście od decydowania o swoich jajach! A nie o tym, kto jest psychiczny! Ty, kuźwa, przeklęty draniu! Z przeklętego, ruskiego kraju!”


Policjanci, psychiatra i pielęgniarka rozdzielają obejmującą się parę, a potem zakuwają Brzeźnika w kajdanki i wyprowadzają go z budynku.


ANDRZEJ BRZEŹNIK (odchodząc, słowami z tego samego filmiku):

“Niech przeklęty będzie ten kraj! I przeklęta będzie jego władza!”


Magister Murka zostaje sama w korytarzu.


MAGISTER MURKA (wzdycha):

Ech, a było tak blisko!…


Nagle wchodzi na scenę Laura, która trzyma w rękach karabin porzucony przez Andrzeja. Dziewczyna celuje w swoją byłą wykładowczynię. Pani magister robi przerażoną minę.


LAURA (śpiewa fragmenty piosenki “Murka” Sławy Przybylskiej):

“Żegnaj, nasza Murka, żegnaj, ukochana.
Bywaj i na wieki idź już precz!
Zaprzedałaś wrogom całą swą ferajnę…
Koniec z Tobą, Murka - zwykła rzecz!
Zaprzedałaś wrogom całą swą ferajnę…
Koniec z Tobą, Murka - zwykła rzecz!
Źle Ci było, Murka. Źle Ci było z nami.
Czy Ci nie starczało jeść i pić?
To przez Ciebie, Murka, zostajemy sami…
Koniec z Tobą, Murka, musi być!
To przez Ciebie, Murka, zostajemy sami…
Koniec z Tobą, Murka, musi być! (…)
Dawniej dostawałaś czarną tu machorkę,
Lecz nie fajczył z Tobą byle kiep.
Teraz z frajerami palisz złotą trojkę…
Żegnaj, nasza Murka! Kula w łeb!”


Laura zabija Murkę.


LAURA (triumfalnie):

I tak zostałam kimś w rodzaju “final girl”!


Studentka rzuca broń na podłogę i opuszcza teren uczelni. Kurtyna powoli opada. W tle słychać utwór “O Fortuna!” z oratorium “Carmina Burana” Carla Orffa.



K-O-N-I-E-C

Natalia Julia Nowak,
12-15 grudnia 2011 r.

czwartek, 8 grudnia 2011

W bandzie żyła Murka, dziewczę czarnookie

Słowiańskie geny, słowiańskie memy

Istnieje wiele rzeczy, które są wspólne dla Słowian i które tworzą pewną więź między podzielonymi politycznie narodami. Mam tu na myśli nie tylko gen słowiańskości (haplogrupę R1a1) i podobieństwa językowe, ale także różnorakie drobiazgi - dzieła lub zjawiska z serii “mała rzecz, a cieszy”. Jedną z takich małych, acz cieszących rzeczy jest prosta piosenka “Murka” śpiewana w kilku słowiańskich językach. Ten, kto dobrze się rozejrzy po serwisie multimedialnym YouTube, zauważy, że “Murka” to istny mem. Drobne dobro kulturalne, które rozprzestrzenia się jak wirus i nieustannie mutuje. Utwór, o którym mowa, jest dostępny w wielu wersjach, czasem skrajnie od siebie różnych. Ta ballada, wykonywana przez licznych artystów i rozmaicie interpretowana, cieszy Słowian już od czasów międzywojennych.


Zdrada, zemsta i zgon

Warstwa tekstowa “Murki”, podobnie jak aranżacja muzyczna, nie jest ściśle określona. Po wysłuchaniu ponad trzydziestu wariantów utworu mogę powiedzieć, że jego ostateczny kształt zależy od osoby opracowującej konkretną wersję. Środki językowe, a nawet szczegóły merytoryczne występujące w tekście “Murki” mogą być różne, jednak ogólna treść ballady pozostaje raczej niezmienna. Piosenka mówi o kobiecie, która działała w zorganizowanej grupie przestępczej i która dopuściła się zdrady względem swoich współziomków, za co otrzymała od nich karę śmierci. Egzekucja odbyła się w lokalu gastronomicznym, gdzie Murka przebywała w towarzystwie wrogiego bandzie szpiega. W piosenkach o bandytce Murce często pada nazwisko Rabinowicz, noszone przez jednego z mężczyzn, którzy przyłapali kobietę na kolaboracji z nieprzyjacielem.


Niuanse i niuansiki

Większość wersji “Murki” mówi o tym, że cała historia miała miejsce na terenie dzisiejszej Ukrainy, ale są też takie, które przenoszą akcję utworu do Białegostoku lub na ziemię świętokrzyską. Główna bohaterka często jest opisywana jako piękna, czarnooka i niezwykle przebiegła dama. Zazwyczaj podmioty liryczne przedstawiają ją jako osobę wychowaną przez gang, aczkolwiek istnieją warianty ballady, w których Murka, Marusia Klimowa, urasta do rangi herszta mafii. Nie ma zgody co do narzędzia, od którego ginie nielojalna kryminalistka. Najczęściej śpiewa się o broni palnej (rewolwer - nagan), rzadziej o broni białej (Alosza Awdiejew wspomina w swojej “Murce” o fińskim nożu).


Opowieść kryminalna? A może polityczna?

Nie jest jasne również to, w czyje ręce oddała Murka swoich towarzyszy. O ile w większości wersji główna bohaterka okazuje się współpracowniczką policji lub milicji, o tyle w interpretacji Sławy Przybylskiej postać zostaje posądzona o sprzymierzenie się z CzK, czyli z bolszewicką bezpieką. Przybylska nie zdradza, czym zajmowała się grupa Murki. Wiadomo tylko tyle, że po egzekucji koledzy kobiety codziennie odwiedzają cmentarz i snują tam filozoficzne refleksje. W pozostałych wariantach ballady środowisko Murki jest oskarżane o przestępstwa typowo kryminalne. Autorzy wspominają o kradzieżach, napadach, przemycie towarów luksusowych, a także o pospolitych morderstwach.


Marusia Nikiforowna - prawdziwa Murka?

Chcąc poznać prawdę o Murce, postanowiłam poszukać informacji na temat genezy omawianego utworu. W ten sposób trafiłam na hipotezę, z której wynika, że pierwowzorem gangsterki była Maria “Marusia” Nikiforowna (1855-1919) - przywódczyni anarchistycznej bojówki działającej na Ukrainie. Anarchistka, o której można poczytać w artykule “Maria Nikiforowna – władczyni stepu” Dariusza Wierzchosia, zaczęła swoją „karierę” jako zwykła terrorystka, a potem wzięła udział w rosyjskiej wojnie domowej. Marusia, podobnie jak bohaterka piosenki „Murka”, została zastrzelona, ale nie przez swoich współziomków, tylko przez białogwardzistów (antykomunistów). Dzieje ukraińskiej anarchistki, opisywane przez historyków, są tylko częściowo zbieżne z treścią popularnego utworu muzycznego. Pewne podobieństwo jednak istnieje, zatem pogląd, według którego Murka to Nikiforowna, wydaje się całkiem rozsądny.


Gabe z “Romper Stomper”

Muszę przyznać, że treść ballady “Murka” kojarzy mi się nieco z dramatem sensacyjnym “Romper Stomper” (reż. Geoffrey Wright, Australia, 1992 rok). Problematyka tego filmu obraca się wokół losów neonazistowskiego gangu, funkcjonującego w bardzo ubogiej i niebezpiecznej dzielnicy Melbourne. Do tej bandy skinheadów, dowodzonej przez psychopatycznego i fanatycznego Hando, wpada molestowana przez ojca Gabe. Dziewczyna, tak jak Murka, znajduje w szajce schronienie, akceptację i dużo mocnych wrażeń. Jakiś czas później dopuszcza się jednak zdrady: po kłótni z Hando dzwoni na policję i zdradza kryjówkę neonazistowskich przestępców. Gdy policjanci przybywają do siedziby skinheadów, dochodzi do strzelaniny, w której ginie młodziutki chłopiec, bardzo lubiany przez cały gang. Hando, na wieść o tym, że to Gabe wezwała stróżów prawa, postanawia zabić zdrajczynię. Czy mu się udaje? Aby poznać odpowiedź na to pytanie, trzeba po prostu obejrzeć film.


Ballada o australijskiej Murce

Zainspirowana zarówno słowiańską piosenką, jak i dramatem sensacyjnym “Romper Stomper”, postanowiłam napisać balladę o Gabe. Tekst, który ułożyłam, należy śpiewać na melodię “Murki” (Uwaga! Chodzi o wersję bez refrenu!). Celem mojego utworu jest zdemaskowanie podobieństw łączących losy Murki i bohaterki “RS”. Oto moje skromne dziełko:


Hen, w dalekim kraju,
Na przedmieściach Melbourne,
Hando miał swą bandę - Nazi gang.
Groźny i bezwzględny,
Chory z nienawiści,
Znęcał się nad ludźmi oraz kradł.

Wrogiem numer jeden
Tej lokalnej szajki
Byli imigranci - żółty lud.
Hando ze swą bandą
Dręczył Wietnamczyków.
Przeżyć w tych warunkach - to był cud.

Kiedyś do tej zgrai
Wpadła Gabe młodziutka.
Z domu się wyrwała, poszła w świat.
W jednej, ciemnej knajpie
Hando ją zobaczył -
- Spodobała mu się niczym kwiat.

Dnia pewnego bitwa
Ciężka się zdarzyła.
Krwawa i zacięta, istna rzeź.
Po niej Nazi szajka
Z miasta zwiać musiała.
Kto jej wtedy pomógł? Słodka Gabe!

Jednak po ucieczce
Coś się psuć zaczęło.
Krzyki, awantura, wielka złość.
Gabe się obraziła,
Poszła precz daleko,
Bo już miała gangu całkiem dość.

W zemście zadzwoniła
Na komisariacik.
Powiedziała glinom, co i jak.
Pały przyjechały,
Trochę postrzelały
I najmłodszy skinhead martwy padł.

Całe to zdarzenie
Poruszyło Hando -
- Smutny był niezwykle oraz zły.
W oczach tego zbója
Chyba po raz pierwszy
Zabłyszczały zwykłe, ludzkie łzy.

Kiedy się dowiedział,
Kto wezwał policję,
Wpadł w morderczy, straszny, dziki szał.
Zaczął mu się marzyć
Zgon zdradzieckiej panny.
Karę śmierci jej wymierzyć chciał.

Takie obyczaje
W gangach są od dawna:
Ten, kto zdradził, ma zgładzonym być.
Hando też uważał,
Że ta konfidentka
Nie ma prawa dłużej w świecie żyć.

Gabe, naiwna panno,
W co Ty się wplątałaś?
Z nazistami swój związałaś los!
I nie przewidziałaś,
Że prędzej czy później
Spadnie z Twojej głowy jasny włos!



Polecanki-cacanki

Gdybym miała polecić Czytelnikom którąś z już istniejących wersji “Murki”, na pewno zachęciłabym ich do posłuchania nagrania Sławy Przybylskiej. Ten wypełniony emocjami, jazzowy utwór posiada trudny do zdefiniowania urok oraz skłaniający do refleksji tekst. Z drugiej strony, kawałek jest odrobinę przygnębiający, co dotyczy zwłaszcza ostatniej zwrotki poświęconej cmentarzowi. Innym ciekawym wykonaniem “Murki” jest wersja Stanisława Wielanka, określana przez internetowych komentatorów jako “bardzo warszawska”. Dobre i miłe dla ucha interpretacje “Murki” nagrali także: Mikhail Gulko, Niki Atanasov, Gryc Drapak, Tanya Tishinskaya, zespół The Rock Family oraz działająca w Australii grupa Vulgar Grad. Na uwagę zasługuje ponadto „Murka” w wariancie Majerczyków i Kieńki. Jeśli chodzi o miłośników śpiewu operowego, to powinna im się spodobać interpretacja ballady zrealizowana przez formację Hor Turetskogo. Oczywiście, wymienione przeze mnie wersje „Murki” to tylko kropla w morzu dostępnych propozycji.


Zakończenie

„Murka” to łatwa, acz wpadająca do ucha piosenka, którą po prostu wypada znać. Obecnie występuje ona w tak wielu aranżacjach, że chyba każdy będzie w stanie znaleźć wersję odpowiednią dla siebie. Chociaż „Murka” cieszy się tak wielką popularnością i zachwyca kolejne pokolenia melomanów, niewielu ludzi wie, że pierwowzorem tytułowej postaci mogła być ukraińska anarchistka-terrorystka Maria „Marusia” Nikiforowna. Moim zdaniem, omawiany utwór nadaje się do śpiewania podczas spotkań towarzyskich, wesel, wycieczek i tym podobnych. Jak głosi pewna plotka, „Murka” już teraz jest bardzo chętnie wykonywana… w zakładach karnych. I to zarówno w Polsce, jak i na Wschodniej Słowiańszczyźnie.


Natalia Julia Nowak,
5-8 grudnia 2011 roku



P.S. Wybrane wersje “Murki”:

http://www.youtube.com/watch?v=lJmny6MjjJU

http://www.youtube.com/watch?v=SOKIchF-l3w

http://www.youtube.com/watch?v=KRj0d-PoQ_Y

http://www.youtube.com/watch?v=zC7fx_gQD_M

http://www.youtube.com/watch?v=CA7ytyGOo8E

http://www.youtube.com/watch?v=3pXE8Wj4POc

http://www.youtube.com/watch?v=CUr7KxXOjZI

niedziela, 4 grudnia 2011

W sprawie federalizacji UE

W niniejszym artykule chciałabym się odnieść do ostatnich wydarzeń politycznych, a ściślej - do spraw związanych z Unią Europejską i jej porządkiem prawnym. Od jakiegoś czasu media podają, że politycy unijni otwarcie mówią o planach związanych z federalizacją UE. W wypowiedziach polskich dyplomatów padają takie wyrazy jak “federacja” czy “supermocarstwo”, a dygnitarze zagraniczni posuwają się wręcz do stosowania wyrażenia “Stany Zjednoczone Europy” (cytat z portalu Wiadomosci.Onet.pl: “Były kanclerz Niemiec Gerhard Schroeder opowiedział się za utworzeniem Stanów Zjednoczonych Europy ze wspólnym rządem gospodarczym”).

Żeby zrozumieć, o co chodzi, trzeba przede wszystkim znać pojęcie federacji. Jestem przekonana, że każdy dorosły Polak przynajmniej raz w życiu zetknął się z tym terminem, ale wątpię, czy definicja tego słowa jest powszechnie znana i pojmowana. Wielu ludzi ma tendencję do zapominania pojęć wyniesionych ze szkoły, a doświadczenie życiowe pokazuje, że nawet zasiadającym w Sejmie doktorantom politologii może się wszystko mylić. Jeśli Unia Europejska ma być federacją, to wypada sprawdzić, co oznacza ten wyraz. No, więc co to jest federacja? Aby zachować obiektywizm, skorzystajmy z kilku źródeł - zarówno wirtualnych, jak i drukowanych.

Definicja z polskojęzycznej Wikipedii:

“Federacja (łac. foederatio – sprzymierzenie) – państwo składające się z mniejszych, obdarzonych autonomią państw związkowych (np. stanów, krajów, prowincji, kantonów, landów), ale posiadających wspólny (federalny) rząd. Państwa związkowe posiadają zwykle szeroką autonomię wewnętrzną oraz tworzą w niektórych kwestiach własne prawa, wspólna pozostaje najczęściej polityka zagraniczna i obronna. Kraje federacyjne posiadają wspólną walutę”

Definicja ze “Słownika Języka Polskiego PWN” (sjp.pwn.pl):

“federacja
1. państwo powstałe przez połączenie krajów, kantonów, stanów itp., które zachowują autonomię we wszystkich dziedzinach, z wyjątkiem obrony, finansów i polityki zagranicznej
2. związek stowarzyszeń, organizacji zawodowych, politycznych itp."


Definicja z “Encyklopedii PWN” (encyklopedia.pwn.pl):

“państwo związkowe, państwo federalne, forma państwa;
składa się z jednostek administracyjno-terytorialnych, które mają zagwarantowane konstytucyjnie prawa i mogą korzystać z niezależności wobec organów centralnych w wielu dziedzinach (m.in. tworzenie prawa, system szkolny), oprócz polityki zagranicznej i obronnej; np. Kanada, Niemcy, USA”


Definicja z książki “Słownik szkolny. Wiedza o społeczeństwie” (wydawnictwo Zielona Sowa, Kraków 2008, strony 179-181):

“Państwo federalne (związkowe) - takie państwo, które jako podmiot prawny jest wtórne w stosunku do swych części składowych. (…) Podmioty federacji przekazują część swych suwerennych uprawnień na rzecz władz centralnych. Sprawy nieprzekazane jednoznacznie organom federacji pozostają w kompetencjach poszczególnych landów, kantonów, stanów itd. (…) Obywatele państwa związkowego mają równocześnie obywatelstwo prowincji, w której mieszkają, i całej federacji. To drugie jest naturalnie ważniejsze. (…) Federacje powstawały na mocy aktu prawnego łączącego suwerenne państwa. Akt ten przewidywał przekazanie części kompetencji i praw władzom centralnym. Taki akt określamy mianem ‘unii’. Często jako ‘unię’ określa się nowo powstałe państwo związkowe. Dotyczy to Stanów Zjednoczonych, których pełna nazwa w języku angielskim brzmi United States of America (co dosłownie należałoby przetłumaczyć: Zjednoczone Państwa Ameryki)”

Lektura powyższych definicji nie pozostawia złudzeń. W federalizacji Unii Europejskiej chodzi o powołanie do życia nowego państwa: rozległego mocarstwa złożonego z krajów, które dotychczas były samodzielnymi, odrębnymi, niepodległymi bytami. Jedną z części tego państwa ma być Polska, której status w UE będzie mniej więcej taki jak Minnesoty w USA. W Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej każdy ze stanów posiada własną konstytucję i własny parlament, jednak mają one zdecydowanie mniejsze znaczenie niż konstytucja centralna i parlament centralny.

Stan funkcjonuje w obrębie federacji, zatem zakres jego swobody i kompetencje jego władz są mocno ograniczone. Kiedy Unia zostanie ogłoszona federacją, Parlament Rzeczypospolitej Polskiej stanie się naszym parlamentem stanowym, a Parlament Europejski - parlamentem federalnym. My sami będziemy w pierwszej kolejności obywatelami UE, w dalszej zaś obywatelami Polski. Porównajmy to do USA. Najpierw jest się obywatelem Stanów Zjednoczonych, a potem - obywatelem Minnesoty. Podobnie jest w Rosji. Jeśli chcemy określić swój kraj, to najpierw musimy wymienić Federację Rosyjską, natomiast później np. Czeczenię. Można wcale nie podawać nazwy części składowej. Wystarczy powiedzieć “Mieszkam w Rosji”, bo przecież Czeczenia jest elementem rosyjskiej krainy.

Gdy Unia Europejska stanie się federacją, prawdopodobnie będzie się od nas wymagać, abyśmy odnosili się do niej jak do swojej ojczyzny, czyli z szacunkiem i pokorą. Wszelkie wypowiedzi postulujące wycofanie Polski z UE będą interpretowane jako separacjonizm (tak właśnie potraktowano by kogoś, kto wzywałby do odłączenia Minnesoty od USA albo Czeczenii od Rosji). Patriotyzm zaś zostanie określony jako anachroniczna i szkodliwa “ideologia nienawiści”. W tym miejscu wypada podkreślić, że absolutnie nie należy mylić federacji z konfederacją. O ile z konfederacji, czyli luźnego zrzeszenia państw, da się łatwo wypisać, o tyle z federacji, państwa związkowego, raczej nie można ot tak wyjść.

Wobec powyższego, warto się mentalnie przygotować na ogromne zmiany, jakie prędzej czy później nastąpią w naszym życiu. Przede wszystkim, trzeba zrozumieć, że federacje są zazwyczaj trwałe - istnieją dziesiątki lub setki lat. Jeśli Unia Europejska zamieni się w państwo związkowe, to wielu z nas najprawdopodobniej nie dożyje powrotu do tradycyjnych, suwerennych państw narodowych. Proponuję Czytelnikom, aby już teraz się zastanowili, jak będzie wyglądało ich życie w nowym, rozległym, federacyjnym, europejskim państwie. Należy się dobrze przygotować na to, co wkrótce nadejdzie, żeby w momencie X nie być całkowicie zagubionym i zdezorientowanym.

Niewykluczone, że już niedługo obywatele Unii będą nazywani narodem europejskim, analogicznym do narodu amerykańskiego. Media będą mówić, że światem rządzą cztery kraje: UE, USA, Rosja i Chiny (o naszej Ojczyźnie raczej nie będzie się wspominać, albowiem przestanie ona być samodzielnym organizmem państwowym. Tak jak dzisiaj nie rozprawia się o polityce Dakoty Północnej, tak w przyszłości nie będzie się rozprawiać o polityce Polski). Dla wielu z nas, między innymi dla mnie, nowy porządek Europy okaże się czymś niesamowicie przykrym. Przyjmijmy do wiadomości, że czeka nas cios w serce, i pamiętajmy, że ból spodziewany jest łatwiejszy do zniesienia niż niespodziewany.

O federalizacji UE piszę w czasie przyszłym, ponieważ mam na myśli oficjalne, formalne, jawne i jednoznaczne przekształcenie tego tworu w supermocarstwo. Nie zmienia to jednak faktu, że Unia Europejska nieoficjalnie jest federacją już od dwóch lat. 1 grudnia minęła druga rocznica wejścia w życie Traktatu z Lizbony. To właśnie ten dokument zreformował Unię w taki sposób, że upodobniła się ona do państwa związkowego (zapraszam do czytania mojego artykułu pt. “Stany Zjednoczone Europy. Analiza Traktatu Lizbońskiego“). Jeśli teraz, w 2011 roku, ktoś rozpacza z powodu federalizacji UE, to znaczy, że obudził się o dwa lata za późno. Wszelkie płacze i jęki powinny były mieć miejsce w roku 2009. Obecnie można co najwyżej sarkać na własną beztroskę i ignorancję.

Co do mnie, płakałam i lamentowałam w stosownym czasie, czyli dwa lata temu. Fakt ratyfikacji TL i jego wejścia w życie doprowadził mnie do depresji oraz myśli samobójczych (pisałam o tym w licznych tekstach, m.in. w felietonie “Chciałam umrzeć jak Tadeusz Reytan” i w wierszu “Wolność lub Śmierć“). Dziś już nie planuję samobójstwa - przeciwnie, uczę się żyć w nowej, wyjątkowo skomplikowanej sytuacji politycznej. Wiem, że nie mam żadnego wpływu na życie publiczne, a moja śmierć absolutnie niczego by nie wniosła. Można mnie porównać do wdowy, która po długiej żałobie postanowiła wrócić do normalnej egzystencji i poszukać sobie nowego celu w życiu. Jestem spokojna, aczkolwiek nie uważam się za osobę w pełni szczęśliwą. Dla polskiej patriotki pełnia szczęścia w Stanach Zjednoczonych Europy jest po prostu nieosiągalna.

A teraz krótka dygresja. Panu Jarosławowi Kaczyńskiemu, prezesowi Prawa i Sprawiedliwości, który właśnie teraz wpadł w panikę i buntowniczy nastrój, chciałabym przypomnieć kilka faktów. Po pierwsze: jego protesty są bezsensowne, bo spóźnione o 24 miesiące. Po drugie: Traktat Lizboński został podpisany przez jego brata bliźniaka, Lecha, który spoczywa na Wawelu i jest przez część społeczeństwa uznawany za “bohatera narodowego“. Po trzecie: pan Jarosław Kaczyński sam głosował za ratyfikacją TL, więc niech teraz nie narzeka. Irytuje mnie fakt, że JK i wielu innych przedstawicieli PiS-u głosi jedno, a czyni drugie. O tym, jaka jest ta partia, przekonałam się 10 października 2009 roku, czyli w dniu podpisania Traktatu Lizbońskiego przez Lecha Kaczyńskiego.

Pragnę pozdrowić te europejskie państwa, które przed laty postanowiły, że będą funkcjonować poza Unią. Myślę, że ich decyzja była słuszna. Podziwiam cudowną intuicję ludzi, którzy zadbali o to, żeby uchronić swoje Ojczyzny przed aneksją (bo przecież nie akcesją) do UE. Szanuję kraje, które na własne życzenie pozostały niezależne od Stanów Zjednoczonych Europy. I cholernie, cholernie, cholernie im zazdroszczę. Niech obywatele tych krajów docenią to, co mają, bo wielu Europejczyków dałoby się pochlastać za takie szczęście.

Ach, gdyby Polska była państwem nieunijnym, chyba skakałabym z radości i pękałabym z dumy! Niestety, obecnie mogę tylko wzdychać i tęsknić za dawnymi czasami. To nie do wiary, na co pozwala współczesne pokolenie Polaków, ponoć dobrze wykształcone i przywiązane do wolności. Nasi patriotyczni przodkowie przewracają się w grobach.


Natalia Julia Nowak,
1-4 grudnia 2011 roku



P.S. Jak być eurosceptykiem w europejskiej federacji? Oto moje propozycje:

1. Propagować polską mowę, historię, kulturę, sztukę, tradycję i kuchnię, a o Unii Europejskiej nie wspominać ani słowem, jakby ona w ogóle nie istniała (krótko mówiąc: traktować UE jak powietrze).

2. Namiętnie i konsekwentnie zachwalać miejsca spoza Unii, aby odbiorca zaczął myśleć: “Jak tam jest wspaniale! Nie to, co u nas, w Stanach Zjednoczonych Europy!” (Och, monsieur! Czy potrafi pan sobie wyimaginować czarowność Istambułu? A czy zechciałby pan posłuchać opowieści o moich letnich wojażach po Szwajcarii? Zaręczam, że będzie pan kontent!).

3. Przyjaźnić się ze Wschodnimi Słowianami, którzy przecież są naszymi braćmi. Być tak rusofilskim, jak UE jest rusofobiczna.

4. Realizować ideę zwaną patriotyzmem pracy.

5. Odnosić się do Unii Europejskiej jak do kobiety lekkich obyczajów: nie kochać jej i nie szanować, ale wykorzystywać ją na maksa.