piątek, 19 sierpnia 2011

Metropolis. Film, który uczy myślenia

Film nad filmami


“Metropolis”, czyli filmowa antyutopia w reżyserii Fritza Langa, to mój najulubieńszy film, który oglądałam i rozważałam mnóstwo razy. To stare, czarno-białe i bardzo monumentalne dzieło zostało nakręcone w roku 1926, a jego premiera odbyła się na początku 1927. Produkcja, chociaż niema, nie razi brakiem dźwięku, albowiem jej warstwa muzyczna, wybitna gra aktorska i genialna fabuła wyrażają więcej niż długie przemówienia.

Film, bogaty w modernistyczną scenografię i efekty specjalne podobne do współczesnych, zachwyca kolejne pokolenia kinomanów. Mnie fascynuje jego głębia intelektualna i idealny scenariusz napisany przez Theę von Harbou (kobietę, która najpierw była żoną jednego z aktorów grających w “Metropolis”, a potem małżonką samego Fritza Langa). Arcydzieło kinematografii, o którym piszę, to jeden z tworów, które odegrały w moim życiu ogromną rolę i wywarły na mnie spory wpływ. Nie znam słów, którymi mogłabym wyrazić zachwyt, jaki wzbudza we mnie ta produkcja.


Opowieść o rewolucji i złamanym sercu


Akcja “Metropolis” rozgrywa się w ponurym świecie przyszłości, w którym społeczeństwo zostało podzielone na dwie klasy: Umysł i Dłonie. Ta pierwsza żyje w bogatym, wygodnym, supernowoczesnym mieście Metropolis, a ta druga jest zmuszana do wegetacji w ponurym Podziemiu i do pracy ponad siły. Robotnicy, czyli Dłonie, są coraz bardziej niezadowoleni z tej społecznej niesprawiedliwości i marzą o obaleniu Johana Fredersena, bezdusznego dyktatora obu światów.

Osobą, która niesie proletariuszom pocieszenie, jest młodziutka Maria - dziewczyna uznawana za prorokinię. Młoda panna naucza, że wkrótce przyjdzie do robotników Pośrednik, który przyniesie im wyzwolenie i zlikwiduje niesprawiedliwy system społeczny. Zdaniem Marii, między Umysłem a Dłońmi musi pośredniczyć Serce. Prorokini porównuje obecny ustrój do Wieży Babel, która - chociaż wielka i stanowiąca symbol ludzkiej potęgi - została zburzona przez samego Boga.

Niestety, o naukach Marii i ich wpływie na Dłonie dowiaduje się surowy Johan Fredersen. Dyktator dostrzega w dziewczynie zagrożenie dla aktualnego porządku społecznego i postanawia ją unieszkodliwić. Mężczyzna zleca szalonemu wynalazcy Rotwangowi, aby porwał Marię i stworzył jej sobowtóra, który zostanie wysłany do Podziemia i odwoła wszystkie nauki prorokini. Rotwang spełnia polecenie Fredersena: uprowadza Marię, skanuje jej wygląd i przekazuje go skonstruowanemu przez siebie robotowi.

Tak powstaje Fałszywa Maria - demoniczny dublet Marii, pierwszy filmowy Terminator, mordercza maszyna o wyglądzie człowieka. Jednakże Rotwang dopuszcza się zdrady względem Johana. Programuje Fałszywą Marię w taki sposób, żeby rozpętała rewolucję i zniszczyła ustrój stworzony przez Fredersena. Dlaczego tak się dzieje?

Otóż szalony naukowiec odczuwa do władcy Metropolis ogromną urazę. Fredersen “odbił” mu kiedyś ukochaną żonę, Hel. Niegdysiejsza pani Rotwangowa zmarła, rodząc Johanowi syna, Fredera (obecnie Freder jest młodzieńcem, który podkochuje się w Marii i potajemnie odwiedza ją w Podziemiu. Wszystko wskazuje na to, że to on jest Pośrednikiem, który wkrótce zjednoczy Umysł i Dłonie).

Rotwang - który stworzył kobiecego androida, aby zapełnić sobie pustkę po Hel - postanawia wykorzystać swój wynalazek przeciwko znienawidzonemu Fredersenowi. W końcu rozpoczyna się to, czego wynalazca od dawna pragnął. Fałszywa Maria, łudząco podobna do Marii i pod nią się podszywająca, namawia proletariuszy, aby powstali przeciwko Johanowi Fredersenowi. Zaczyna się istna Apokalipsa.


Pro czy anty?


Jaki obraz rewolucji wyłania się z filmu “Metropolis” Fritza Langa? Na pierwszy rzut oka, całkowicie negatywny. Produkcja przedstawia rebelię jako istny obłęd, irracjonalną fanaberię, niekontrolowany wybuch frustracji, który prowadzi wyłącznie do śmierci i zniszczenia. Film pokazuje, iż nienawiść, zwłaszcza ta wynikająca ze sporów politycznych, może być przyczyną nieszczęścia całego społeczeństwa. Konflikty w świecie dorosłych mogą stanowić zagrożenie dla istot zupełnie niewinnych, czyli dzieci.

Postać, która wzywa robotników do mordowania inteligentów i niszczenia mienia, nie jest człowiekiem. To robot - zwyczajny android, którego upodobniono do młodej, powszechnie szanowanej kobiety. Naukowiec, który uczynił z tego androida maszynę do zabijania, jest oderwanym od rzeczywistości szaleńcem, funkcjonującym i rozumującym inaczej niż normalny człowiek.

Te dwa fakty sugerują, że scenarzystka uważała przemoc i destrukcję za rzeczy niegodne człowieka. Na czele rewolty stoi robot, ponieważ istota obdarzona człowieczeństwem nie byłaby w stanie spowodować rozlewu krwi. Gdy o tym myślę, przypominają mi się słowa, które usłyszałam wiele lat temu bodajże w kreskówce “Pinokio”: “Nie staniesz się człowiekiem, popełniając nieludzki czyn”.

W filmie “Metropolis” sprawcy powstania zostają surowo ukarani za swoją działalność. Robot, czyli Fałszywa Maria, zostaje spalony na stosie, a Rotwang ginie (traci równowagę podczas walki z Frederem i spada z ogromnej wysokości). Johan Fredersen, który wprawdzie nie chciał rozlewu krwi, ale pośrednio się do niego przyczynił, cierpi z powodu wyrzutów sumienia i żałuje swojej lekkomyślności.

Z drugiej strony, w arcydziele Fritza Langa rewolucja jest porównana do Apokalipsy. Chrześcijanie wierzą, że Sąd Ostateczny będzie dniem gniewu Bożego, w którym Chrystus zmiecie z powierzchni Ziemi wszelkie zło, ukarze grzeszników, wywyższy pokornych, zbuduje swoje Królestwo i zamanifestuje swoją potęgę. Doszukanie się przez scenarzystkę analogii między rebelią a Apokalipsą sugeruje, iż zbrojny zryw robotników jest po prostu “ponurą koniecznością“.

Wiecie, rozmawiałam z pewnym komunistą na temat filmu “Metropolis”. Ku mojemu zdumieniu, stwierdził on, że dzieło Fritza Langa ma charakter pro-rewolucyjny. Czy rzeczywiście tak jest? Spójrzmy na samo “Metropolis”. W filmie największe marzenie bohaterów, czyli likwidacja klas i wprowadzenie równości społecznej, spełnia się dopiero po rewolucji. Gdyby nie rewolta, Umysł i Dłonie nigdy nie zdołałyby się połączyć.

Zryw robotników jest zaprezentowany w negatywnym świetle, jednak jego skutki są jak najbardziej pozytywne i zbawienne dla bohaterów. Jeżeli Thea von Harbou była przeciwniczką metod rewolucyjnych, to dlaczego przedstawiła rebelię na zasadzie “nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło”? Jakie, tak naprawdę, jest przesłanie dzieła Fritza Langa? Czy produkcja promuje pogląd o wyższości pokoju nad wojną? A może przeciwnie: daje do zrozumienia, iż przemoc to “zło konieczne”?


Inżynieria społeczna i władcy marionetek


“Metropolis” to również film o inżynierii społecznej. O tym, jak łatwo można manipulować masami, zwłaszcza tymi sfrustrowanymi i owładniętymi żądzą zemsty. Podburzenie ludu przychodzi Fałszywej Marii bardzo łatwo. Proletariusze, którzy dotychczas słuchali chrześcijańskich kazań o pokoju i miłości, szybko przeobrażają się w gotowych na wszystko rebeliantów.

Jest w dziele Fritza Langa scena, w której robotnicy bawią się i radują z powodu wybuchu rewolucji. Niespodziewanie przemawia do nich Grot, który uświadamia im, że woda zaczęła zalewać Podziemie, a pozostawione w domach dzieci znalazły się w śmiertelnym niebezpieczeństwie. Nastrój proletariuszy zmienia się w mgnieniu oka. O ile wcześniej świętowali, wysławiali powstanie i jego sprawczynię, o tyle teraz się złoszczą i przeklinają Fałszywą Marię (“Czarownica! Spalić ją na stosie!”).

Niemiecka produkcja science-fiction (political-fiction?) mówi ponadto o działalności służb specjalnych. Film poucza, że każda osoba, która sprawia wrażenie szczerego idealisty, bezinteresownego rzecznika mas, niezłomnego bojownika o jakąś sprawę, może być de facto podstawionym prowokatorem. Fałszywa Maria jawi się robotnikom jako prawdziwa rewolucjonistka, zdolna przywódczyni i jednostka wypełniona wielkimi ideami. W rzeczywistości jest ona marionetką kontrolowaną przez kogoś, kto nie chce się ujawnić.

“Metropolis” to film, który otwiera człowiekowi oczy i zmienia jego spojrzenie na wiele spraw. Scenariusz napisany przez Theę von Harbou i zekranizowany przez Fritza Langa wprawia w ruch szare komórki, skłania do głębokich przemyśleń, zadaje trudne pytania i zmusza do szukania na nie odpowiedzi. Produkcja inspiruje do różnych refleksji: etycznych, religijnych, politologicznych, socjologicznych i historiozoficznych. Uczy rozsądku, rozwagi i ostrożnego podchodzenia do spraw politycznych. Motywuje do poszukiwania prawdziwych przyczyn rozmaitych afer. Ostrzega przed manipulacją i propagandą oraz demaskuje tak zwaną psychologię tłumu.


Przysposobienie do życia obywatelskiego


Uważam, że każdy obywatel powinien obejrzeć “Metropolis” - najlepiej w młodym wieku, zanim na dobre zajmie się polityką lub działalnością w jakimś ugrupowaniu. Film wyreżyserowany przez Fritza Langa jak najbardziej nadaje się dla młodzieży. Posiada atrakcyjną fabułę, wartką akcję, piękną scenografię, charyzmatycznych bohaterów, przekonującą grę aktorską, silnie oddziałujący na odbiorcę klimat oraz efekty specjalne dorównujące współczesnym.

Genialna, świetnie skomponowana, porywająca i wpadająca w ucho jest również oryginalna muzyka z “Metropolis” (piszę “oryginalna”, albowiem na rynku są też dostępne wersje ze współczesną ścieżką dźwiękową). Dzieło Fritza Langa jest nasycone emocjami, nieprawdopodobnie dynamiczne, wypełnione ruchem i utrzymane na wysokim poziomie artystycznym (oryginalne, niecodzienne i wprawiające w zdumienie modernistyczne dekoracje to prawdziwe majstersztyki!). Przemoc i erotyzm są tylko zasygnalizowane - filmowcy czynią do nich aluzje w symboliczny sposób.

Moim zdaniem, “Metropolis” powinno być odtwarzane na lekcjach WOS-u w gimnazjach lub szkołach średnich. Po co? Aby uświadomić młodym ludziom, że w świecie polityki nic nie jest oczywiste i jednoznaczne, nawet, jeśli sprawia takie wrażenie. Arcydzieło Fritza Langa mogłoby być pomocą dla tych nauczycieli, którzy pragną uczyć młodzieży racjonalnego i krytycznego myślenia.

Uczniowie, którzy obejrzą film “Metropolis” i się nad nim zastanowią, będą umieli analizować zjawiska rodem z realnego świata, takie jak dzieje PZPR i “Solidarności”, Wiosna Ludów w krajach arabskich, przepychanki na Krakowskim Przedmieściu, działalność białoruskiej opozycji, zamieszki w Londynie, zamachy w Norwegii itd. Uświadomią sobie, iż to, co na pierwszy rzut oka jest proste, może (choć nie musi!) posiadać drugą, ukrywaną przed opinią publiczną stronę. Zrozumieją, że w polityce wiele rzeczy dzieje się za kulisami i że nie wolno bezgranicznie ufać politykom, działaczom społecznym oraz rozmaitym wizjonerom.

Polecam, naprawdę polecam film “Metropolis“. Jeśli ktoś nie chce go obejrzeć dla treści, to niech go obejrzy dla formy. W dziele Fritza Langa wszystko jest dopięte na ostatni guzik - od problematyki aż po scenariusz, od muzyki aż po wizualność, od gry aktorskiej aż po wypowiedzi bohaterów, od charakteryzacji aż po efekty specjalne. Ten film jest idealny, doskonały, perfekcyjny. Nic dodać, nic ująć.


Natalia Julia Nowak,
14 sierpnia 2011 roku



środa, 10 sierpnia 2011

Nacjonaliści i nacjonalizm. Fakty historyczne

Muzyczne motto:

“Tak więc nie pomogły romantyczne motywy,
bo bez kasy wnet tłamszono nasze zrywy (…)
Wynaradawianie to syzyfowa praca,
bo znów polska elita do życia powraca.
Wzięli się do pracy wnet pozytywiści:
polscy politycy oraz artyści.
Powstała nowoczesna Idea Narodowa,
walczyć o Polskę niepodległą gotowa.
Tak więc wolność nie wybuchła znikąd, ot tak, nagle,
tylko mocno się wybiła na zaborców tłustym sadle”


Leszek Bubel Band



W tych lepszych (dla narodowców) czasach

Dawno, dawno temu, od lat ’80 XIX wieku do wybuchu II wojny światowej, istniał w naszej Ojczyźnie ruch polityczny zwany Narodową Demokracją. W skład ND, czyli endecji, wchodziło wiele partii i organizacji, które różniły się między sobą, ale posiadały jedną wspólną cechę: umiłowanie nacjonalizmu. W owych czasach, kiedy Narodowa Demokracja stanowiła jedną z najpotężniejszych opcji politycznych, pojęcie nacjonalizmu było powszechnie znane i rozumiane. Chociaż dyskusje na temat tego zjawiska były prowadzone przez samych nacjonalistów, jedna rzecz pozostawała pewna. A mianowicie to, że nacjonalizm to taka hierarchia wartości, na szczycie której znajduje się interes Narodu Polskiego. Tylko i może aż.


Nacjonalista o nacjonalizmie

Zygmunt Balicki, jeden z najważniejszych polskich intelektualistów narodowych, opublikował w 1912 roku słynny artykuł pt. “Nacjonalizm a patriotyzm”. Starał się w nim wyjaśnić, czym jest ruch narodowy i skąd on się wziął. Balicki uważał, że nacjonalizm to dojrzała, konkretna i zdecydowana ideologia, która wyłoniła się z patriotyzmu, czyli zjawiska mającego podłoże psychologiczne. Dowodził on, iż patriotyzm to swego rodzaju sentyment do konkretnego narodu i kraju - rzecz duchowa, prywatna, rodząca się samoistnie w ludzkim sercu.


Od romantyzmu do pozytywizmu

Zdaniem publicysty, u niektórych osób patriotyzm ewoluował w coś świadomego, skonkretyzowanego, rozmyślnego, kształtowanego i kontrolowanego przez rozum. Tym czymś miał być właśnie nacjonalizm - myśl narodowa, wypracowana przez ludzki umysł idea, hierarchia wartości będąca owocem długich przemyśleń i spokojnych obliczeń. Balicki był przekonany, że o ile patriotyzm jest zjawiskiem romantycznym (irracjonalnym i opartym na emocjach), o tyle nacjonalizm jest formą pozytywizmu (programem politycznym, ciężką pracą na rzecz narodu, państwa, gospodarki i kultury).


Myśl narodowa jako dziecko patriotyzmu

Można zatem powiedzieć, iż autor postrzegał nacjonalizm jako zjawisko wtórne w stosunku do patriotyzmu, ale bardziej dojrzałe, uporządkowane, racjonalne. Według niego, chłodny, realistyczny, systematyczny i niestroniący od kalkulacji nacjonalizm to coś zupełnie innego niż pierwotny, nieokiełznany, gwałtowny i pozbawiony konkretów patriotyzm. Z drugiej strony, publicysta nie wstydził się przyznać, że pozytywistyczna idea narodowa jest dzieckiem romantycznych uniesień patriotycznych.


Nacjonalista i patriota. Podobieństwa i różnice

Wniosek: nacjonalista to ktoś, kto zaczął jako patriota, ale ewoluował i wzniósł się na wyższy poziom samodoskonalenia. Uczucia patriotyczne budzą się w człowieku spontanicznie i mimowolnie, a postawa narodowa to świadomy wybór. Patriotą może zostać każdy, zaś nacjonalistą - tylko ten, kto dużo myśli o sprawach publicznych oraz wie, czego chce. Prawdziwy działacz narodowy kocha swój kraj i swoich rodaków, ale przekuwa własne emocje na koncepcje społeczno-polityczno-gospodarcze. Narodowiec tworzy z nieuporządkowanych uczuć konkretny, przemyślany, chłodny system światopoglądowy. Zainspirowany patriotyzmem, rozmyślnie buduje doktrynę nacjonalistyczną.


Fragmenty omawianego przeze mnie tekstu Zygmunta Balickiego:

“Patriotyzm jest uczuciem zbiorowym i niczym tylko uczuciem. (…) Jeżeli patriotyzm jest uczuciem narodowym, to nacjonalizm jest narodową myślą, która bez podłoża uczuciowego ani powstać, ani rozwinąć się nie może, stanowi jednak zjawisko duchowe bardziej złożone, przypuszcza bowiem istnienie wśród zbiorowości pewnego przynajmniej stopnia organizacji, a w każdym razie ujęcia opinii publicznej w karby dyrektyw obowiązujących.

Znaczy to, że muszą powstać pewne ośrodki w społeczeństwie, zdolne do zbiorowego myślenia o losach i przyszłości narodu i stanowiące laboratorium tego, co nazywamy polityką narodową. Patriotyzm obraca się jedynie w dziedzinie masowego, ale rozproszonego odczuwania stanów wewnętrznych i doznań zewnętrznych, oraz odruchowego lub uczuciowego na nie reagowania, skoro jednak tylko zjawia się w łonie narodu myśl przewodnia, dążąca planowo do przeprowadzenia pewnych celów w zakresie obrony, wzmocnienia i ekspansji narodu, powstają już w jego łonie zaczątki nacjonalizmu”



Komuniści - śmiertelni wrogowie nacjonalistów

Przed pierwszą wojną światową oraz w II Rzeczpospolitej społeczeństwo rozumiało, czym jest nacjonalizm, bowiem ideologia ta była silna i posiadała duże możliwości rozwoju (aczkolwiek drastycznie ograniczane od 1926 roku!). Po drugiej wojnie światowej władzę w Polsce przejęli komuniści, a więc starzy, śmiertelni wrogowie nacjonalistów. Wyznawcy komunizmu, którzy zawsze żyli z nacjonalistami jak pies z kotem, zaczęli prześladować i mordować narodowców (przykład: Adam Doboszyński został aresztowany przez Urząd Bezpieczeństwa, poddany torturom i stracony w 1949 roku).


Polska Ludowa wobec Narodowej Demokracji

Panujący w powojennej Polsce lewicowy reżim nie tylko zakazał nacjonalizmu, ale również zaczął go demonizować w mediach i rozmaitych materiałach propagandowych. Pozytywistyczne poglądy narodowe były wówczas porównywane do upiorów i demonów. Endeckie organizacje wojskowe, walczące z najeźdźcami w czasie drugiej wojny światowej (np. Narodowe Siły Zbrojne), pomawiano zaś o okropne, antyludzkie czyny. Zwolennicy komunizmu zwalczali wszystko, co miało choćby pozór nacjonalizmu. Przypomnijmy sobie historię Władysława Gomułki, którego oskarżono o tzw. odchylenie prawicowo-nacjonalistyczne!


Popłuczyny po dawnej propagandzie

Mordując nacjonalistów, zniesławiając endeckich żołnierzy i oczerniając ideologię nacjonalistyczną, komuniści zniszczyli znaczną część dorobku Narodowej Demokracji oraz zasiali w ludzkich sercach nieufność do narodowców. Chociaż ustrój komunistyczny został zlikwidowany w 1989 roku, w mentalności wielu Polaków zachowała się zasiana przez PPR/PZPR niechęć do nacjonalistów. Mamy rok 2011, a większość polskiego społeczeństwa nadal boi się narodowców i kojarzy ich ze wszystkim, co najgorsze.


Endecy walczyli z hitlerowskim najeźdźcą!

Wielu Polaków wyobraża sobie, że spadkobiercy endecji to jacyś straszni neonaziści, a to błąd, ponieważ działacze Narodowej Demokracji zawsze sprzeciwiali się hitleryzmowi oraz walczyli z Niemcami w czasie II wojny światowej. Możliwe, iż w środowisku narodowców zdarzali się pojedynczy kolaboranci i szmalcownicy, ale przecież czarne owce trafiają się wszędzie. Współpraca z agresorami, którzy napadli na Polskę i zaczęli mordować Polaków, już z definicji jest sprzeczna z nacjonalizmem, patriotyzmem oraz zwykłą, ludzką przyzwoitością. Nacjonalista odczuwa oburzenie, kiedy ktoś brzydko się wypowiada o jego Ojczyźnie. Cóż więc mówić o sytuacji, gdy Ojczyzna zostaje zaatakowana przez obce siły!


Jak narodowcy znienawidzili Duce?

A teraz ciekawostka. Jak napisał Wojciech Jerzy Muszyński, autor książki „W walce o Wielką Polskę”, przed wojną część endeków fascynowała się włoskim faszyzmem. Jednak po 1 września 1939 r. owi endecy przestali podziwiać faszyzm i stracili wszelki szacunek do Mussoliniego. Dlaczego? Bo uznali ideologię Duce za agresywną, niehumanitarną i niechrześcijańską. Poza tym, nie podobało im się, że Benito Mussolini współpracuje z Adolfem Hitlerem, śmiertelnym wrogiem Narodu Polskiego.


Narodowiec, który pomagał Żydom i lewicowcom

W czasie II wojny światowej nacjonalistom zdarzały się naprawdę piękne, szlachetne i godne pochwały czyny. Nie mówię tutaj wyłącznie o bohaterskich, endeckich żołnierzach, ale również o osobach, którym przyszło działać poza frontem. Weźmy na przykład dr Jana Mosdorfa - przedwojennego filozofa, publicystę i pisarza. Ów narodowiec, który słynął z niechęci do lewicowców i Żydów, trafił w 1941 roku do obozu koncentracyjnego Auschwitz-Birkenau. Za obozowymi drutami pokazywał swoje najwspanialsze, najbardziej zachwycające cechy - bezinteresownie pomagał innym ludziom, w tym lewicowcom i Żydom.


Słowa z polskojęzycznej Wikipedii (hasło „Jan Mosdorf”):

„Po przejściu tyfusu, Mosdorf zaczął udzielać pomocy innym bez różnicy na narodowość, czy poglądy polityczne. Zajął tu postawę chrześcijańską, wykazując się najwyższym ludzkim humanizmem. Do tej pory politycznie zwalczał Żydów i lewicę, dopóki w jego mniemaniu stanowili oni zagrożenie dla Narodu i państwa polskiego. Z chwilą, gdy Żydzi stanęli w obliczu biologicznej zagłady, wspierał ich według swych możliwości. Popierał też powołanie wśród więźniów wspólnego frontu walki i samopomocy. (…) Był niezwykle aktywny, m.in. wygłaszał tajne wykłady z historii, a potrzebującym pomagał zdobywać jedzenie i ubranie”.


Maksymilian Kolbe też był nacjonalistą!

Innym przykładem szlachetnego, bohaterskiego narodowca (a raczej: działacza narodowo-katolickiego) może być św. Maksymilian Maria Kolbe. Ten powszechnie znany franciszkanin wydawał przed wojną czasopisma o profilu nacjonalistyczno-religijnym. W 1941 roku trafił - tak jak Mosdorf - do nazistowskiego piekła, Auschwitz. Tam, jak wszyscy doskonale wiemy, oddał swoje życie za współwięźnia, Franciszka Gajowniczka.


Przykład złego nacjonalizmu

Żeby nie być stronniczą i nie zostać oskarżoną o manipulację faktami, wspomnę, iż w II RP trafiali się również źli nacjonaliści (niestety!). Bojówka, działająca przy Ruchu Narodowo-Radykalnym (RNR = ONR-Falanga), dopuszczała się czynów chuligańskich, a nawet przestępczych. Jak napisał Robert Larkowski, autor artykułu „Organizacje narodowe w Polsce międzywojennej”, owa bojówka „prowadziła ostrą walkę z bojówkami lewicy, podkładała ładunki wybuchowe pod lokale żydowsko-lewicowych gazet i organizacji”.


ONR-Falanga (RNR) i jego guru

„Ciekawe” były poglądy samego RNR: organizacja żądała ustroju totalitarnego, chciała całkowicie zmienić mentalność Polaków, odrzucała tolerancję religijną, postulowała wypędzenie Żydów z Polski, pragnęła imperialistycznej polityki zagranicznej, popierała gospodarkę centralnie planowaną oraz podział wielkich latyfundiów bez odszkodowania. Przywódca Ruchu Narodowo-Radykalnego (ONR-Falangi), Bolesław Piasecki, był postacią zdecydowanie niesympatyczną. Jak dowiadujemy się z artykułu „Dziesięciu wybranych narodowców” Roberta Larkowskiego, Piasecki po wojnie nawiązał współpracę z komunistami i założył pseudokatolickie wydawnictwo PAX.


To byli szowiniści!

Muszę przyznać, że to, co reprezentował RNR i jego wódz, w ogóle nie przypomina nacjonalizmu w rozumieniu Zygmunta Balickiego. Jest również sprzeczne z tym, co ja sama definiuję jako nacjonalizm. Wydaje mi się, iż postawa przedwojennego Ruchu Narodowo-Radykalnego była najzwyklejszym w świecie szowinizmem. To, co robił i głosił ONR-Falanga, w ogóle mi się nie podoba, albowiem jest nieetyczne i niezgodne z moimi przekonaniami. Według mnie, nacjonaliści powinni być tacy jak dr Jan Mosdorf i św. Maksymilian Maria Kolbe.


Kaganek oświaty

Mam nadzieję, że mój artykuł poszerzył wiedzę Czytelników i pokazał im endecję w nowym, nieznanym wcześniej świetle. We współczesnych czasach niewiele osób wie, iż polski nacjonalizm wywodzi się z dziewiętnastowiecznego pozytywizmu. Postać Mosdorfa jest słabo znana, a o poglądach Kolbego prawie wcale się nie mówi.


Pamiętać o dobrym i złym

Uważam, że trzeba opowiadać ludziom o pięknych tradycjach Narodowej Demokracji i wspaniałych osobach związanych z tą opcją polityczną (czy wiecie, iż Janek “Rudy” Bytnar, bohater książki “Kamienie na szaniec”, był narodowcem?). Z drugiej strony, nie należy zapominać o takich negatywnych sprawach jak Ruch Narodowo-Radykalny czy życiorys jego przywódcy. Pamięć o tym, co było złe, może nas uchronić przed powtórzeniem dawnych błędów i wypaczeń. Sława Wielkiej Polsce!


Natalia Julia Nowak,
9-10 sierpnia 2011 r.



P.S. Oto kilka przydatnych grafik.

1. Jan Mosdorf - doktor filozofii, publicysta endecki, antysemita i wróg lewicy, który w obozie koncentracyjnym Auschwitz-Birkenau pomagał Żydom i lewicowcom.
http://www.nacjonalista.pl/wp-content/uploads/2010/10/JanMosdorf.jpg

2. Maksymilian Maria Kolbe - święty, franciszkanin. W okresie II Rzeczpospolitej wydawał prasę narodowo-katolicką, po wybuchu wojny trafił do Oświęcimia i oddał swoje życie za współwięźnia.
http://2.bp.blogspot.com/_8pnkTcLjhUM/TSF7taqT8wI/AAAAAAAAA1s/dcv93BCC9DE/s1600/n200742_026.jpg

3. Bolesław Piasecki - postać negatywna. Przed wojną szowinista, zwolennik totalitaryzmu i przemocy, a w Polsce Ludowej współpracownik komunistów.
http://www.nacjonalista.pl/wp-content/uploads/2011/01/boleslaw_piasecki.jpg?6949c1

4. Zygmunt Balicki - jeden z głównych ideologów ND, autor artykułu “Nacjonalizm a patriotyzm”.
http://www.nacjonalista.pl/wp-content/uploads/2011/02/zygmuntbalicki.jpg?6949c1

5. Janek “Rudy” Bytnar - bohater “Kamieni na szaniec” Aleksandra Kamińskiego, żołnierz Armii Krajowej. Przed II wojną światową należał do Obozu Narodowo-Radykalnego.
http://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/5/56/Jan_Bytnar_-_Rudy.jpg


piątek, 5 sierpnia 2011

Within Temptation. Emocje, filozofia i wiara

Gdybym miała stworzyć listę najważniejszych dla mnie płyt muzycznych, na pewno umieściłabym na niej CD “Mother Earth” (“Matka Ziemia”) holenderskiego zespołu Within Temptation. “ME” to krążek, który po raz pierwszy usłyszałam jako czternastolatka, a który cieszy mnie i zachwyca również teraz, gdy mam dwadzieścia i pół roku. Piosenki z płyty “Mother Earth” towarzyszyły mi w różnych sytuacjach życiowych, zarówno tych radosnych, jak i wypełnionych negatywnymi emocjami. Nie da się zaprzeczyć, że “Matka Ziemia”, a także inne dzieła grupy Within Temptation, to muzyka mojej młodości - ważny element mojego gimnazjalnego, licealnego i studenckiego życia.

Krążek “Mother Earth”, wydany po raz pierwszy w 2000 roku, zawiera pełną emocji, magii, tajemniczości i patetyzmu muzykę, którą polskojęzyczna Wikipedia określa jako “metal symfoniczny ze sporą domieszką motywów gotyckich, celtyckich i chórów”. CD liczy sobie dziesięć dosyć zróżnicowanych utworów. Najdłuższy z nich, “The Promise”, trwa równe osiem minut, a najkrótszy, czyli “Intro” - tylko minutę i kilka sekund. Na płycie dużą rolę odgrywają instrumenty klawiszowe oraz śpiew wokalistki Sharon den Adel, posiadającej niezwykle wysoki i dramatyczny głos.

Pierwsza piosenka z omawianego CD, “Mother Earth”, to bardzo udany i porywający utwór, w którym da się wyczuć prawdziwą dumę i dostojeństwo. Ta rytmiczna, melodyjna i kołysząca kompozycja stanowi hymn na cześć tytułowej Matki Ziemi, której człowiek nigdy nie zdoła okiełznać i która jest panią wszelkiego życia oraz śmierci.

Podniosłe, przebojowe i radosne dzieło, będące jak gdyby panteistycznym manifestem, demaskuje słabość człowieka i jego bezradność wobec sił natury. Obnaża również dwa przeciwstawne oblicza przyrody - to piękne, życiodajne oraz to groźne, niszczycielskie. Prezentacja dwóch skrajnie różnych “twarzy” Matki Ziemi zostaje osiągnięta dzięki licznym kontrastom w warstwie muzycznej (chodzi mi o przeplatanie się fragmentów spokojnych, sielankowych, celtyckich z ostrymi, drapieżnymi, metalowymi).

Druga piosenka, “Ice Queen”, mówi o zimie, przedstawionej jako surowa i bezwzględna kobieta, podobna do Królowej Śniegu z baśni Hansa Christiana Andersena. Upersonifikowana pora roku jest zaprezentowana w zdecydowanie negatywnym świetle - Sharon den Adel oskarża ją o niszczenie wszelkiego życia i doprowadzanie świata do ruiny. Pod względem muzycznym “Ice Queen” stanowi przebojową, wpadającą w ucho i odrobinę dramatyczną rockową piosenkę.

Uwaga! Niewiele osób wie, iż istnieje również inna wersja “Ice Queen”. Nosi ona tytuł “Believer” i porusza zupełnie inną problematykę niż omawiana tutaj pieśń o zimie. Utwór “Believer” posiada taką samą melodię jak “Ice…”, jednak jego słowa różnią się od tych znanych z płyty “Mother Earth”.

“Our Farewall”, zajmujące na CD pozycję trzecią, to spokojna, akustyczna, wypełniona przeogromną czułością i tkliwością piosenka o pożegnaniu. Chociaż na pierwszy rzut oka posiada ona prosty i banalny tekst, można ją interpretować na dwa sposoby. Zgodnie z pierwszą interpretacją, “Our Farewall” to wyznania matki, której dziecko odeszło z domu. Zgodnie z drugą - słowa żyjącej kobiety adresowane do zmarłego dziecka.

W tekście padają stwierdzenia, które wydają się sobie przeczyć. Słowa “Nigdy nie myślałam, że ten dzień nadejdzie tak szybko. Nie mieliśmy nawet czasu, żeby powiedzieć sobie ‘do widzenia‘. Jak świat może tak po prostu dalej trwać?” wskazują na to, iż piosenka mówi o śmierci. Z drugiej strony, w utworze pojawiają się stwierdzenia typu “Słodkie kochanie. Za bardzo się martwisz, dziecko. Widzę smutek w twoich oczach. Nie jesteś samo w swoim życiu, chociaż możesz myśleć, że jesteś”. Zaiste, nie wiem, o co chodzi w tym utworze i jak powinnam się do niego ustosunkować.

“Caged” to pełna żałości i cierpienia piosenka o kobiecie, która została oszukana, wykorzystana, a następnie porzucona przez mężczyznę. Bohaterka utworu czuje się, jakby była zamknięta w klatce, ubolewa nad własną naiwnością i deklaruje utratę wiary w człowieka (“Każdy, kto ma przyjazną twarz, wydaje się ukrywać w środku jakiś sekret”). Jeśli chodzi o warstwę brzmieniową, utwór “Caged” zawiera liczne nawiązania do muzyki celtyckiej, a Sharon den Adel śpiewa w taki sposób, jakby płakała.

Cała piosenka jest niezwykle przejmująca, sprawia, iż słuchacz identyfikuje się z podmiotem lirycznym i głęboko przeżywa opowiadaną historię. Ponieważ wokalistka zespołu Within Temptation posiada ogromny talent aktorski, potrafi ona w mistrzowski sposób przedstawić takie uczucia jak rozpacz, rozczarowanie, złość czy upokorzenie.

“The Promise” to kolejna katastroficzna, emocjonalna i silnie oddziałująca na odbiorcę piosenka. Prezentowane tutaj emocje - rozpacz, cierpienie, poczucie pustki, gniew i upokorzenie - są potężniejsze i poważniejsze niż w “Caged”, albowiem tematyka dzieła obraca się wokół zabójstwa. Bohaterka piosenki mówi o tym, że jej ukochany wymknął się nocą i został zamordowany przez złych ludzi. Po tym, co się stało, kobieta jest nie tylko zrozpaczona, ale również owładnięta żądzą zemsty.

Wyznaje ona: “Przyrzekłam, że któregoś dnia pomszczę jego duszę. Sprawię, że będą krwawić u moich stóp”. Później dowiadujemy się, iż zemsta została już dokonana: “Przyrzekłam, że któregoś dnia pomszczę jego duszę. Jeden po drugim, byli zaskoczeni”. Kompozycja “The Promise” jest niezwykle zimna. Można powiedzieć, że wręcz bije od niej chłód. Mamy tu więc do czynienia ze zjawiskiem synestezji.

“Never-Ending Story” jest pogodną, folkową, celtycką piosenką, korespondującą z opisanym wcześniej utworem “Mother Earth”. Dzieło mówi o Ziemi rozumianej na dwa sposoby: jako wiecznie odradzająca się przyroda oraz miejsce, w którym toczy się historia ludzkości. Sharon śpiewa o tym, że my, ludzie, jesteśmy cząstką niekończącej się opowieści, której przeszłość i przyszłość pozostają dla nas tajemnicą.

O ile pieśń “Mother Earth” miała charakter filozoficzny, o tyle “Never-Ending Story” jest piosenką o charakterze historiozoficznym. W “Never…” pojawia się ponadto tradycyjny i nieco już wyświechtany motyw życia-podróży. Utwór nie za bardzo mi się podoba, ale doceniam go za inteligentny, skłaniający do refleksji tekst.

Kolejne dzieło, zatytułowane “Deceiver of Fools”, to najmroczniejsza i najbardziej gotycka kompozycja z całego krążka “ME”. Jednocześnie jest ona jedynym na CD utworem chrześcijańskim. Oczywiście, w tekście nie pojawiają się słowa biblijnego pochodzenia, jednak opisany problem i zastosowane metafory jednoznacznie wskazują na to, iż piosenka ostrzega słuchaczy przed szatanem.

Sharon den Adel, wykorzystując swoje wielkie zdolności wokalne i aktorskie, opowiada o tajemniczym Zwodzicielu Głupców, który “karmi się strachem”, “karmi się bólem”, “bawi się twym umysłem” oraz “zatruwa prawdę, by zdobyć ich wiarę i wyprowadzić ścieżkę do świata marności”. Wokalistka apeluje: “Proszę, zbudź się i zobacz prawdę. On może istnieć tylko wtedy, gdy wierzysz w to, co ci mówi. Pamiętaj, kim jesteś, przy czym trwasz, a zawsze znajdzie się jakaś droga”.

Następnie Sharon czyni aluzję do postaci Chrystusa: “W moim sercu jest miejsce. W moim sercu jest ślad małego, płonącego ognika. Ochronny promień świeci przez tę noc. Chociaż mały, jest jasny. Ale ciemność się czai”. Uważam, że utwór “Deceiver of Fools” nadawałby się do wykonywania podczas młodzieżowych pielgrzymek i festiwali muzyki religijnej.

Kolejnym utworem zarejestrowanym na płycie “Mother Earth” jest “Intro” (nie ja jedna zastanawiam się, dlaczego ta kompozycja zajmuje pozycję ósmą, a nie pierwszą!). Posiada on bardzo monotonną melodię i przypomina tło muzyczne z jakiejś gry komputerowej. Po tym spokojnym i usypiającym utworze zaskakuje słuchacza ostre i gwałtowne “Dark Wings” - piosenka agresywna i zdecydowanie odróżniająca się od pozostałych.

Kiedy kompozycja “Dark Wings” się kończy, słyszymy sielankowe i relaksacyjne “In Perfect Harmony”, rozpoczynające się śpiewem ptaków oraz głębokimi, lekkimi, jasnymi, metafizycznymi dźwiękami wygenerowanymi przez komputer lub keyboard. “In Perfect…” jest słodką, delikatną i pełną uroku celtycką piosenką o dzikim dziecku, które wychowało się wśród “starożytnych duchów lasu”. Koniec tego utworu jest jednocześnie końcem płyty.

Jak zapewne się domyślacie, o CD “Mother Earth” grupy Within Temptation mogę powiedzieć tylko jedno: jest to arcydzieło. Krążek, nagrany przez niezwykle utalentowanych ludzi, przenosi odbiorcę do świata uczuć, magii i mistycyzmu. Wszystkie utwory z płyty “ME” są dobre, chociaż niektóre z nich przemawiają do mnie bardziej, a inne mniej. Każdy, kto jest choć trochę wrażliwy na muzykę, powinien poznać omawiane tutaj CD Within Temptation.

Zapewniam, że przy pieśniach z krążka “Mother Earth” można w pełny i satysfakcjonujący sposób przeżywać rozmaite emocje. Gdy dopisuje nam dobry humor, możemy cieszyć się swoim szczęściem przy dźwiękach pierwszego kawałka - “Mother Earth”. Gdy jesteśmy przygnębieni, możemy słuchać depresyjnych utworów “Caged” i “The Promise”. Kiedy pragniemy się odprężyć, możemy wsłuchiwać się w brzmienie “Never-Ending Story” i “In Perfect Harmony”.

Gorąco zachęcam do zapoznania się z opisanym przeze mnie materiałem. Myślę, iż CD “Mother Earth” spodoba się osobom kochającym ambitną, doskonale skomponowaną i wypełnioną emocjami muzykę. Jeśli chodzi o mnie, zaczęłam swoją przygodę z Within Temptation właśnie od tej płyty. Cieszę się, że miałam zaszczyt poznać twórczość najsłynniejszej holenderskiej kapeli metalowej!


Natalia Julia Nowak,
5 sierpnia 2011 roku