sobota, 30 lipca 2011

Nie chcę cierpieć za grzechy Breivika!

30 lipca 2011 r.

Andersie Behringu Breiviku!

Zasiadając do pisania tego listu, jestem tak wściekła i rozżalona, że nie wiem, od czego zacząć. Może zacznę od określenia przyczyny niniejszej wypowiedzi, będącej jednocześnie jej celem. Otóż chcę ci zakomunikować, iż jesteś draniem. Tak, jesteś draniem, i to z kilku poważnych powodów.

Po pierwsze dlatego, że dopuściłeś się zamachu terrorystycznego w stolicy swojej - rzekomo umiłowanej - Ojczyzny. Po drugie dlatego, że zadałeś śmierć kilkudziesięciu bezbronnym dzieciakom, które spędzały miło czas na malowniczej wysepce Utoya. A po trzecie dlatego, że wyrządziłeś ogromną krzywdę mnie i innym osobom, o których istnieniu nawet ci się nie śniło.

W niniejszym liście chciałabym się skoncentrować na tym trzecim przewinieniu, którego skutki, chociaż pozornie niewielkie i nieistotne, będą odczuwalne jeszcze bardzo długo. Czy to Norwegia, czy to Polska, czy to jakikolwiek inny kraj na Ziemi - twój smród będzie się unosił przez wiele lat, zatruwając życie osobom, które najzwyczajniej w świecie na to nie zasługują.

Ten odór przylgnie również do mnie, a ja nie będę w stanie się od niego uwolnić. Tak, będę śmierdzieć tobą, ohydnym Breivikiem, a społeczeństwo nie przyjmie do wiadomości, iż ten smród NIE jest moim smrodem. Zaiste, nie wiem, jak ja się teraz komuś przyznam do swoich poglądów. I nie rozumiem, dlaczego muszę cierpieć za twoje grzechy, chociaż przed 22 lipca 2011 r. nawet nie wiedziałam o twoim istnieniu.

Ech, Anders! Ale zrobiłeś reklamę milionom niewinnych patriotów, nacjonalistów, konserwatystów, eurosceptyków i antyfeministów z całego świata! Coś okropnego! Czy ty myślałeś, że - popełniając wspomniane wcześniej zbrodnie - przyniesiesz porządnym ludziom korzyść? Jeśli tak, to wiedz, iż się pomyliłeś! Zamiast wyświadczyć im przysługę, obarczyłeś ich straszliwym brzemieniem!

Sądziłeś, że twoje okropieństwa, popełnione pod sztandarem prawicowych idei, wpłyną pozytywnie na szeroko pojętą prawicę? Jak mogłeś tak sądzić?! Przez ciebie pojęcia “nacjonalizm”, “konserwatyzm” i “skrajna prawica” będą się społeczeństwu kojarzyć z wyrachowaniem, bezwzględnością oraz okrucieństwem!

Kiedy ktoś wspomni o poglądach konserwatywnych, nacjonalistycznych lub skrajnie prawicowych, odbiorcy komunikatu natychmiast pomyślą o tobie. Z terminami, które wymieniłam, będzie już zawsze kojarzone twoje nazwisko. Na dźwięk haseł “konserwatyzm”, “nacjonalizm” i “skrajna prawica” ludzie będą sobie wyobrażać twoją podłą twarz. Oj, chciałabym ci w tę twarz napluć!

Wyrządziłeś mi, łotrze, nieprawdopodobną szkodę moralną. Przygniotłeś brudnym butem moją twarz. To nie jest tak, że skrzywdziłeś tylko tych ludzi, którym zadałeś rany i śmierć. Zaszkodziłeś również osobom, które żyją tysiące kilometrów dalej i które nie usłyszałyby o tobie, gdyby nie makabryczne wydarzenia z 22 lipca.

Weźmy na przykład te nieszczęsne organizacje i partie polityczne, o których wspomniałeś w swoim manifeście. Czy zdajesz sobie sprawę z tego, że przez ciebie znalazły się one pod pręgierzem? Zupełnie niewinni ludzie, którzy nie mieli i nie mają z tobą nic wspólnego, dostają po tyłkach za twoje morderstwa! To zupełnie tak, jak w pewnym poemacie: cierpią męki, nie będąc w żadnej winie.

W literaturze romantycznej był jeden koleś, który za milijony cierpiał katusze. W realnym świecie jest odwrotnie: to milijony cierpią katusze za jednego kolesia. Problem w tym, że ja wcale nie chcę cierpieć. Nikt mnie nie pytał, czy chcę mieć przechlapane przez jakiegoś zdziwaczałego oszołoma zza morza. A gdyby pytał, to z pewnością powiedziałabym “NIE”.

Do samego końca miałam nadzieję, iż media, które nazywają ciebie “konserwatystą”, “nacjonalistą” i “skrajnym prawicowcem”, kłamią albo zwyczajnie się mylą. Niestety, gdy przejrzałam twój manifest, przeżyłam bolesne rozczarowanie. Na Zeusa, co za hańba!

Wstyd, że nasz patriotyczno - nacjonalistyczno - konserwatywno - eurosceptyczno - antyfeministyczny ród wydał na świat takiego łajdaka. I upokorzenie, ponieważ my, ludzie o takim światopoglądzie, będziemy musieli tłumaczyć się ludzkości z niegodziwości jednego psychopaty. Dlaczego nam to zrobiłeś, Andersie?! Jeśli naprawdę jesteś tym, za kogo się podajesz, to dlaczego tak okrutnie skrzywdziłeś swoich braci i swoje siostry?!

A może ty rzeczywiście jesteś - jak sugerują niektórzy - podstawionym prowokatorem? Może faktycznie narobiłeś bigosu, aby skompromitować prawicowców, zrobić im antyreklamę i sprowadzić na nich nieprzyjemności? Jeżeli tak, to kto cię podstawił? Wielu przypuszcza, że masoneria (albo CIA, które ponoć wyprało ci mózg i zrobiło z ciebie ofiarę kontroli umysłu. To twoje puste, martwe spojrzenie de facto mogłoby wskazywać na mind control). Wszak należałeś do wolnomularstwa i sam to potwierdziłeś w swoim manifeście.

Farhan Khan, młody muzułmanin i zwolennik teorii spiskowych, stworzył kiedyś film dokumentalny pt. “Illuminated” (opisany przeze mnie w artykule “Farhan Khan i Masońska Islamofobia”). Postawił w nim tezę, że masoni, będący spadkobiercami templariuszy, nienawidzą mahometanizmu i pragną go zniszczyć. Ty, Breiviku, jako członek masońskiego Zakonu Templariuszy i skrajny islamofob, wydajesz się potwierdzać ten pogląd. No, ale to taka dygresja, niezwiązana z głównym wątkiem listu.

Andersie, ja twoje prawicowe idee doskonale rozumiem. Nie pojmuję jednak, jak mogłeś myśleć, że zdołasz je zrealizować poprzez wymordowanie kilkudziesięciu niewinnych osób, głównie dzieci. Przecież to jest niemożliwe i w teorii, i w praktyce! Czy wierzyłeś, że gdy zadasz śmierć tym przypadkowym, bezbronnym istotom, to powstanie Wielka Norwegia Narodowa? Jeżeli tak, to pragnę cię poinformować, iż jesteś idiotą!

Jesteś idiotą także dlatego, że zniszczyłeś sobie życie, chociaż miałeś przed sobą świetlaną przyszłość. Sam popatrz… Młody, wykształcony, z dużego miasta. Oczytany i inteligentny, przystojny i wysportowany, posiadający własne przedsiębiorstwo i obdarzony wieloma zainteresowaniami. Taki byłeś jeszcze 21 lipca 2011 r.

Mogłeś w życiu dużo osiągnąć. Mogłeś też firmować swoją osobą nacjonalizm, łamać stereotyp, według którego nacjonalista to tępy, łysy sterydziarz z kijem baseballowym w dłoni. Zamiast tego, poszedłeś zdecydowanie niewłaściwą drogą. Z ciebie już nic, chłopie, nie będzie. Do końca życia będziesz chodził z piętnem masowego mordercy. A my, niewinni prawicowcy, będziemy kojarzeni z twoimi haniebnymi czynami.

Patriota i nacjonalista powinien być porządnym człowiekiem, godnym swojego kraju i narodu. Ty zrobiłeś coś sprzecznego z patriotyzmem i nacjonalizmem - pozabijałeś własnych rodaków oraz zniszczyłeś pozytywny wizerunek swojej Ojczyzny, uchodzącej dotychczas za państwo spokojne i bezpieczne. Poza tym, podważyłeś dorobek tysięcy prawicowych polityków i działaczy społecznych, którzy rzeczywiście dali światu coś dobrego.

Naturalnie, nie piszę tylko o prawicowcach norweskich, ale o prawicowcach w ogóle. Przez twoją głupotę grupa wartościowych ludzi będzie miała problem z przekonaniem innych do swoich poglądów. Wiele osób straci zaufanie do przedstawicieli prawej strony sceny politycznej. Społeczeństwo nabawi się prawicofobii, będzie się zastanawiać, czy nie ma w tym gronie innych psychopatycznych breivików.

Ech, przypomina mi się jedna z piosenek zespołu Elektryczne Gitary. “Tony papieru, tomy analiz, genialne myśli, tłumy na sali, godziny modlitw, lata nauki, przysięgi, plany, podpisy, druki” - to wszystko zostało zanegowane w tak bezsensowny sposób! Anders Breivik… Człowiek-Hańba…

Nawet nie wiesz, Andersie, jak bardzo zraniłeś mnie i wiele innych osób. Słowa, które piszę, z pewnością do ciebie nie dotrą, ale mogą dotrzeć do innych ludzi i poruszyć ich serca. Mam nadzieję, że ktoś przeczyta ten list i zrozumie, iż normalni konserwatyści, nacjonaliści oraz skrajni prawicowcy NIE są tacy jak Anders Behring Breivik. I że nie wolno na nich patrzeć przez pryzmat norweskiej masakry.


Natalia Julia Nowak


P.S. Dzięki ci, koleś, że w swoim manifeście oszczędziłeś Polską Partię Narodową. Gdybyś wspomniał także o PPN, chyba bym się pochlastała!

czwartek, 28 lipca 2011

Muzyka nie dla kierowców

Amerykański duet Switchblade Symphony to jedna z tych formacji, o których należy pisać w czasie przeszłym - grupa istniała bowiem od roku 1989 do 1999. Zespół, tworzony przez kompozytorkę Susan Wallace i wokalistkę Tinę Root, nagrywał specyficzną muzykę, którą można uznać za elektroniczny gothic lub dark wave. Switchblade Symphony, ze względu na umiłowanie tajemniczości, groteski i elektroniki, można zaliczyć do tej samej kategorii co opisaną przeze mnie kiedyś formację The Birthday Massacre.

Między SwiSy a TBM istnieje jeszcze jedno podobieństwo, a mianowicie charakterystyczna wizualność, łącząca elementy dziecinno-dziewczęce z gotycko-demonicznymi. Ponieważ grupa Switchblade Symphony działała wcześniej niż The Birthday Massacre, możemy przypuszczać, iż była ona jedną z inspiracji dla tego młodszego zespołu. Sprężynowa Symfonia zdołała wydać cztery długogrające albumy studyjne. Po upadku formacji ukazały się jeszcze trzy płyty - jedna z remiksami, druga z nagraniami koncertowymi, a trzecia ze starymi, wznowionymi piosenkami.

Debiutancki krążek Switchblade Symphony, opublikowany w roku 1995, to CD zawierające muzykę głęboką i transową. Na tej płycie, zatytułowanej “Serpentine Gallery”, mamy jedenaście niezbyt długich kompozycji. Pierwszą z nich jest “Bad Trash” - utwór mocny, tajemniczy i niepokojący. Charakterystycznymi elementami tego kawałka są dźwięki przywodzące na myśl przerobiony komputerowo ksylofon. Druga kompozycja, “Dissolve”, brzmi dosyć groźnie i zadziornie. Słyszymy w niej przejęty głos Tiny, która wręcz zachłystuje się śpiewem.

“Wallflower”, czyli utwór trzeci, zawiera specyficzne, wysokie dźwięki przypominające dzwoneczki. To właśnie one tworzą niecodzienny klimat tej kompozycji. “Wrecking Yard” jest piosenką bardziej rockową - rytmiczną, drapieżną i gitarową. Tina Root śpiewa w niej zupełnie inaczej niż we wcześniejszych utworach. “Clown” to najbardziej przebojowy kawałek z płyty “Serpentine Gallery”, a może nawet z całej twórczości SwiSy. Nie należy więc się dziwić, że - jako jedyne dzieło Sprężynowej Symfonii - doczekał się on video clipu. Utwór “Clown” jest świetnie skomponowany i nasycony emocjami, pełno w nim mroku oraz przykuwających uwagę dźwięków.

Kolejna piosenka, “Cocoon”, to krótka, ale melodyjna ballada, w której pojawia się operowy śpiew. Utwór sprawia wrażenie muzycznego eksperymentu, tym bardziej, iż trwa on tylko dwie minuty i kilka sekund. “Dollhouse” brzmi niezwykle tajemniczo, groźnie i niepokojąco. Kawałek ten zawiera także bardzo śmiałe i wyraziste aluzje do erotyki. W następnym utworze, “Sweet”, znowu mamy nawiązania do muzyki rockowej - mocne basy, charakterystyczny rytm oraz gitarę.

“Gutter Glitter” to, według mnie, jedna z najlepszych kompozycji duetu Switchblade Symphony. W tym głębokim, metafizycznym i pełnym elektroniki utworze Tina sięga po coś, co brzmi jak melorecytacja wpadająca w rap. Bardzo udane są fragmenty, w których wokalistka w przejmujący sposób zachłystuje się śpiewem. Kompozycja kończy się… fragmentem pewnej starej, dziecięcej piosenki (“London Bridge is falling down, falling down, falling down. London Bridge is falling down, my fair lady. Take the key and lock her up, lock her up, lock her up. Take the key and lock her up, my fair lady”).

“Mine Eyes” jest utworem dosyć ciężkim i ostrym, może nawet wzorowanym na muzyce metalowej. Niektóre jego fragmenty brzmią naprawdę potężnie i patetycznie. Natomiast ostatni kawałek, czyli “Bloody Knuckles”, to dzieło w stu procentach instrumentalne. Brzmi ono ponuro, pesymistycznie, toteż słuchaczowi może się udzielić jego niewesoły nastrój. Szkoda, że ani razu nie słychać w nim wokalu Tiny. Moim zdaniem, w nagraniach SwiSy głos pani Root jest po prostu niezbędny.

Debiutancki krążek zespołu Switchblade Symphony nie jest najwybitniejszą płytą świata, jednak trzeba przyznać, że umieszczono na nim kilka udanych utworów. “Clown” i “Gutter Glitter” to piosenki, które - według mnie - każdy meloman powinien poznać. Na uwagę zasługuje również otwierający CD utwór “Bad Trash”. Sądzę, że płytę “Serpentine Gallery” można polecić osobom lubującym się w elektronicznym gotyku i dark wave. Oraz, oczywiście, miłośnikom wspomnianej wcześniej formacji The Birthday Massacre.

Muzyka SwiSy, ze względu na swój transowy charakter, posiada działanie usypiające (zwłaszcza wtedy, gdy słucha się jej długo i bez przerwy). Niektórzy odbiorcy mogą uznać tę cechę za wadę, inni za zaletę - wszystko zależy od indywidualnych preferencji. Jeśli chodzi o mnie, przyłapałam się na tym, iż zazwyczaj słucham Switchblade Symphony późną nocą, kiedy jestem już znużona i powinnam pójść spać. Ciekawe, że nie robię tego celowo. Włączając piosenki SwiSy, nie myślę o tym, iż pozwolą mi one szybciej i łatwiej zasnąć. Ale w mojej podświadomości takie przekonanie najwyraźniej istnieje.

Na koniec wypada napisać, że skoro kompozycje Susan Wallace i Tiny Root są takie usypiające, to absolutnie nie należy ich słuchać w samochodzie. Tego typu muzyka mogłaby mieć zgubny wpływ na kierowców, zupełnie jak niektóre leki i napoje. Może to dziwne, ale nawet ja, pisząc te słowa, czuję się śpiąca. Nie wiem, czy moje samopoczucie wynika z naturalnego zmęczenia, czy rzeczywiście jest ono skutkiem obcowania z twórczością Switchblade Symphony. Ludzie, którzy szukają muzyki pobudzającej i motywującej do działania, zdecydowanie powinni omijać SwiSy szerokim łukiem.


Natalia Julia Nowak,
28 lipca 2011 roku

wtorek, 26 lipca 2011

Utoya

Wysepka zielona, mała
O dwunastu hektarach -
- Tam groza się rozegrała
Jak w filmowych koszmarach.

Zebrała się młodzież, dzieci,
Mówią o polityce.
Woda błyszczy, słońce świeci,
Daleko są rodzice.

Jezioro łódka przemierza,
W niej groźny wiking płynie.
Co chce zrobić? Co zamierza?
Twierdzi, że każdy zginie.

A jest to człowiek dość młody
O wyglądzie anioła:
Oczy niczym błękit wody,
Jasne włosy, biel czoła.

Idzie ów wiking nieznany
W mundurze policyjnym.
Karabin naładowany
Ma jak zbrodniarz seryjny.

Mówią młodzi politycy:
“Przyszedł, żeby nas chronić!
Był dzisiaj zamach w stolicy,
Trzeba ludności bronić!”

Wtem słodka sielanka pryska.
Słychać głos tego pana:
“Drżyjcie, dzieci! To śmierć przyszła!
Bójcie się SS-mana!”

Potem słychać krzyki, strzały
Przez półtorej godziny.
Pada wciąż polityk mały
Z daleka od rodziny.

Niektórzy skaczą do wody,
Innych to nie pociesza.
Strzela ciągle wiking młody,
A woda z krwią się miesza.

Myśli: “Wyrwę w życia wiośnie
Kwiat młodzieży (tę zgraję)!
Śmierć go wstrzyma i nie wzrośnie,
Nie będzie rządzić krajem!

Herod chciał przez rzeź dzieciątek
Małego zgładzić Zbawcę.
Ja zaś chcę w ten czarny piątek
Przyszłego zabić władcę.

O, cóż znaczy sto tysięcy
Ludzi z interesami?
Moja wiara warta więcej,
Wznoszę się nad łotrami!”

Policja w końcu przybywa,
On się zabrać pozwala.
Norwegów rozpacz przykrywa,
Chęć zemsty się wyzwala.

Ach, nadeszły nowe czasy!
Ten kraj, niegdyś zielony
Jak polany i jak lasy,
Krwią jest dzisiaj splamiony!

Norwegia szlocha, boleje,
Każdy ofiar żałuje.
Sprawca w areszcie się śmieje,
Na wyrok oczekuje.

Mnie również smutek przenika
Oraz wielkie współczucie
Dla rodzin ofiar Breivika.
Czuję w swym sercu kłucie.


Natalia Julia Nowak,
26 lipca 2011 roku

niedziela, 24 lipca 2011

Gdy kobieta igra z ogniem

Facet - materiał łatwopalny

O mężczyznach mówi się przede wszystkim to, że są oni nieprawdopodobnie wrażliwi seksualnie. Facet to materiał łatwopalny - wystarczy jedna, mała iskra, żeby go rozpalić. Niestety, ogień ma to do siebie, iż łatwo stracić nad nim kontrolę, a jeśli się go dodatkowo roznieca, to można wywołać niszczycielski, śmiertelnie niebezpieczny pożar. Szkopuł w tym, że wiele kobiet bagatelizuje ten problem lub wręcz o nim zapomina. Niewiasty, które w niniejszym felietonie będę nazywać piromankami, nie zdają sobie sprawy z tego, jak wielką bezmyślnością jest igranie z ogniem, męskim ogniem.


Kpina lub pogarda

Do faktu, iż facet jest właśnie taki, przedstawicielki płci żeńskiej podchodzą różnie, zazwyczaj niewłaściwie. Są takie, które się z tego śmieją. Ten typ kobiet trywializuje problem, nie dopuszcza do swojej świadomości tego, iż sprawa jest poważna i niewesoła. Są też takie, które gardzą męską hiperseksualnością, a co za tym idzie: samymi mężczyznami. Te kobiety patrzą na facetów jak na zwierzęta, uważają ich za istoty nie do końca ucywilizowane, wpadają w złość oraz sprawiają wrażenie, jakby myślały, że mężczyźni są nadmiernie pobudliwi z czystej złośliwości. A przecież to nie wina faceta, iż jest taki, a nie inny! Odpowiedzialna za taki stan rzeczy jest natura, która stworzyła samca po to, aby biegał za samicami i je zapładniał!


Zabawa kosztem bliźniego

Najgorsze są te niewiasty, które lubią - świadomie lub nieświadomie - dręczyć mężczyzn. Co one robią? Prowokują facetów, uwodzą, rozpalają, intrygują, a gdy pobudzony mężczyzna wykonuje krok w ich stronę, wycofują się i oznajmiają, że nic z “tego” nie będzie. Krótko mówiąc: igrają z ogniem i mają radochę z tego, jak fajnie płonie. No, piromanki! Niestety, facetowi nie jest wówczas do śmiechu, ponieważ parzy go wewnętrzny płomień, którego nie może ugasić. Mężczyzna się męczy - jego dusza się pali, jakby była w piekle, a piromanka wciąż dolewa oliwy do ognia.


Jak kończą frajerki?

Zabawa jest przednia, dopóki pewna granica nie zostaje przekroczona. Wtedy ogień zamienia się w pożar i staje się niebezpieczny dla samej piromanki. Żywioł wymyka się spod kontroli, rozrasta się do monstrualnych rozmiarów i może zacząć trawić lekkomyślną kobietę. Jeśli piromance udaje się wyjść cało z tego pożaru, to zazwyczaj ma ona blizny do końca życia - jest zniszczona, poparzona i boi się płomieni.


Nie wysyłajcie sprzecznych komunikatów!

Oczywiście, opisuję to wszystko w sposób metaforyczny. Umiejcie, Koleżanki, odczytać te metafory. Przemyślcie je dokładnie i pamiętajcie o moich ostrzeżeniach! Jeśli nie chcecie, by mężczyźni patrzyli na Wasze piersi, to ich nie eksponujcie (ludzkie oko ma to do siebie, że zwraca uwagę na rzeczy, które są w jakiś sposób wyróżnione). Jeśli nie chcecie, by faceci się do Was zbliżali, to nie zachowujcie się, jakbyście chciały powiedzieć “chodź tu, misiaczku, no, chodź”. Nie wysyłajcie sprzecznych komunikatów w stylu “ciało mówi TAK, usta mówią NIE”. Skoro same nie wiecie, czego oczekujecie, to mężczyźni w Waszym otoczeniu tym bardziej nie będą wiedzieć.


Słuchajcie i się uczcie!

Refleksje, którymi się z Wami dzielę, nie są nowe. Problem, o którym piszę w niniejszym felietonie, uświadomiłam sobie już dawno - miałam jakieś szesnaście lat, kiedy dotarło do mnie, że z męską naturą nie ma żartów. Możliwe, iż doświadczyłam tego oświecenia pod wpływem utworu “Versuchung” zespołu Lacrimosa, który mną potrząsnął i który skłonił mnie do pewnych przemyśleń. Posłuchajcie sobie tego kawałka, poszukajcie w Internecie tłumaczenia jego tekstu. Te słowa, w połączeniu z poruszającą muzyką, robią naprawdę piorunujące wrażenie.


Zamieńcie egoizm na rozsądek!

Już czas, drogie Koleżanki, żebyście zaczęły myśleć nie tylko o sobie, ale także o innych ludziach. Jeżeli chcecie, by mężczyźni Was szanowali, to same ich szanujcie. Nie liczcie na to, że faceci będą skłonni do wyrozumiałości wobec Was, jeśli Wy nie okażecie zrozumienia im. Poza tym, uważajcie na siebie. Nie chcecie, aby poparzył Was ogień? To nie bawcie się zapałkami na stacji benzynowej! Tak, te zapałki i stacja benzynowa to też metafora. Mówię Wam, Kobiety, zastanówcie się nad sobą. Gdy niewiasty są nieostrożne, często dochodzi do tragedii - najpierw jest gwałt, a potem odebranie życia poczętemu dziecku. Ale trudno to zrozumieć w czasach, kiedy lansowana jest teza, według której kobieta nie może prowokować do przestępstw seksualnych.


Natalia Julia Nowak,
22 lipca 2011 roku



P.S. Utwór "Versuchung" formacji Lacrimosa:

http://www.youtube.com/watch?v=A8Xy9hTxPn0

czwartek, 21 lipca 2011

Twarz bez cenzury

Dowcip o Adamie, Ewie i Bogu

Kilka razy w życiu natknęłam się na dowcip nawiązujący do biblijnego mitu o stworzeniu Adama i Ewy. W dowcipie tym Bóg spogląda na swoje dwa największe dzieła, po czym mówi do Adama “Jesteś piękny”, a do Ewy “Oj, ty to będziesz musiała się malować!”. Chociaż jest to tylko kawał, skłania on do pewnych refleksji i podsuwa rozmyślającemu człowiekowi pewien wniosek. A mianowicie taki, że mężczyźni są pewni swojej atrakcyjności, zaś kobiety - niesamowicie zakompleksione i niezadowolone z siebie.


Kobiety chodzą w maskach!

Znaczna część kobiet nienawidzi swojego naturalnego wyglądu, brzydzi się swoim przyrodzonym obliczem oraz pragnie je schować jak coś wstydliwego i kompromitującego. Aby zakamuflować swoją prawdziwą prezencję, przedstawicielki płci żeńskiej nakładają na swoje twarze warstwy specjalnych substancji chemicznych: fluidów, pudrów, różów i wielu innych produktów. Tak wykonane maski mają na celu ukrywanie niewieścich facjat, tuszowanie autentycznej powierzchowności i prezentowanie światu nowej, ocenzurowanej, wyretuszowanej wersji kobiecego wyglądu.


Piękna pani czy piękny make-up?

Typowa kobieta, czyli taka, jaką tutaj opisuję, dopiero po nałożeniu maski może spokojnie spojrzeć w lustro i nazwać siebie osobą piękną. Ale to nie ona jest piękna, tylko jej makijaż. Jej urocze, delikatne rumieńce nie są prawdziwe, lecz namalowane. Jej cera nie jest gładka, delikatna i jednolita - to rozprowadzony na skórze puder jest taki. Gdy ktoś mówi, że usta umalowanej kobiety są piękne, to należy przez to rozumieć, iż kolor szminki jest olśniewający. Prawdziwych ust nie widać - są one schowane pod warstwą kosmetyku, zatem nie wiadomo, jak właściwie wyglądają.


Europejka bez makijażu = Arabka bez burki

Niektóre kobiety mają tak wielkie kompleksy na punkcie własnych fizjonomii, że drżą na samą myśl o tym, iż ktoś mógłby zobaczyć ich prawdziwe oblicza - pozbawione tapety facjaty. Gdyby te niewiasty wyszły na ulicę z gołymi twarzami, zapewne czułyby się tak obnażone jak religijne muzułmanki bez burek. Tak jak niewiasty ze Wschodu bałyby się pokazać komuś (zwłaszcza mężczyznom) bez burek, tak kobiety z Europy i Ameryki bałyby się wyjść z domu bez makijażu. Założę się, że wiele Europejek i Amerykanek wolałoby pokazać biust bez stanika niż fizys bez wizażu!


Nagość twarzy - kto się odważy?

Drogie Koleżanki, obnażenie piersi to nie jest żadna odwaga. Odwagą byłoby pokazanie obnażonej fizjonomii - twarzy bez cenzury, twarzy bez makijażu. Ile kobiet odważyłoby się zrobić coś takiego? Spójrzcie na modelkę, która nie ma na sobie ubrań, ale ma make-up. Ona ośmieliła się pokazać swoje ciało, lecz czy ośmieliłaby się pokazać facjatę? Taka odważna to ona pewnie nie jest!


Czy, czy, czy?

Czy kobieca twarz to rzeczywiście miejsce intymne, które wstyd pokazywać? Czy skrzętne ukrywanie swojego prawdziwego oblicza, retuszowanie autentycznej prezencji, nie świadczy o pewnej obłudzie? Czy to swego rodzaju zakłamanie nie jest odbiciem moralnego fałszu? I czy noszenie makijażu nie jest oszukiwaniem ukochanego faceta - wmawianiem mu, że jest się ładną i powabną, gdy w rzeczywistości wygląda się odrażająco? Uwaga: myliłby się ten, kto by powiedział, iż kobiety stroją się wyłącznie dla mężczyzn. One robią to głównie po to, aby się dowartościować, wmówić sobie i innym niewiastom, że są śliczne. Za faktem, iż kobiety sięgają po kosmetyki, kryje się ogromna potrzeba akceptacji i samoakceptacji.


Mężczyzna, stworzenie niezakłamane

Facet, w odróżnieniu od niewiasty, jest naturalny, autentyczny i szczery jak złoto, co przejawia się u niego brakiem potrzeby ukrywania prawdziwego oblicza. Przedstawiciel płci męskiej odznacza się ponadto pewnością siebie, nie ma kompleksów na punkcie swojej najbardziej reprezentatywnej części ciała, jaką jest twarz. Mężczyznę, typowego mężczyznę, widzimy takiego, jakim jest naprawdę. W przypadku kobiety, nigdy nie mamy pewności, co jest prawdziwe, a co namalowane, co sztucznie wyeksponowane, a co obłudnie ukryte przed światem.


Mężczyzna, stworzenie niezakłamane (cz. 2)

Facet akceptuje samego siebie i nie boi się pokazywania swojego autentycznego “ja”. Kobieta zaś bardzo często przypomina ucharakteryzowaną aktorkę, grającą na planie filmowym jakąś rolę. Mężczyźni spierają się o to, który z nich jest faktycznie silniejszy, sprawniejszy, inteligentniejszy, zaradniejszy, zdolniejszy. Niewiasty - o to, która nosi ładniejszą maskę i gustowniejszy kostium. Niestety, niektórzy faceci zarażają się kobiecymi zwyczajami i sami popadają w obsesję na punkcie własnego wyglądu.


Natalia Julia Nowak,
lipiec 2011 r.

poniedziałek, 18 lipca 2011

Ballady i romanse dobre na wakacje

“Ballady i romanse”, będące pierwszym tomem “Poezyj”, to debiutancki tomik poetycki Adama Mickiewicza. Zbiorek, opublikowany w roku 1822 i uznawany za początek polskiego romantyzmu, liczy sobie czternaście ballad, nawiązujących do polsko-litewskiego folkloru. Poeta, który w momencie publikacji miał 24 lata (rok urodzenia 1798), wprowadza czytelnika w świat magii i cudowności, związany nierozerwalnie z prowincjonalną rzeczywistością.

Wiersze zawarte w zbiorze “Ballady i romanse” są napisane prostym, przystępnym językiem, podobnym do tego, na który możemy się natknąć w ludowych pieśniach i opowieściach. Większość utworów składa się z dużej ilości czterowersowych strof o krzyżowych rymach, aczkolwiek zdarzają się również teksty przypominające krótkie formy teatralne (chodzi mi tutaj o wiersze “Pierwiosnek” i “Kurhanek Maryli”, które posiadają podział na role i wyraźną informację, kto wypowiada dany fragment dzieła).

W “Balladach i romansach” zwracają uwagę aluzje do twórczości innych autorów. Utwór “Romantyczność” zawiera motto zaczerpnięte z dramatu Williama Szekspira, zaś “Rękawiczka” jest wyraźnie oznaczona jako powiastka nawiązująca do “Rękawiczki” Friedricha Schillera.

Otwierająca tomik ballada “Pierwiosnek” to zapis rozmowy tytułowego kwiatka z tajemniczym Ja. Bohaterowie dzieła dyskutują o tym, czy przedwczesne zakwitnięcie Pierwiosnka było rzeczą słuszną i czy krótkie, ekscytujące życie jest lepsze od długiego, ale nudnego. W “Romantyczności” narrator (nie podmiot liryczny!) przedstawia poruszającą scenkę - uznana za obłąkaną Karusia rozmawia ze swoim zmarłym ukochanym, którego nikt, oprócz niej, nie widzi.

Ballada kończy się nieprzyjemną wymianą zdań między dwoma obserwatorami zdarzenia: starym racjonalistą i narratorem, zwolennikiem romantyzmu. Ten pierwszy wyśmiewa wiarę w duchy i zjawy, a ten drugi prezentuje przeciwne stanowisko. Osoba mówiąca w tekście, tożsama zapewne z autorem, opowiada się po stronie Karusi, jednak ja skłaniam się raczej w stronę poglądów starca.

Wiersz “Świteź”, dedykowany Michałowi Wereszczace (bratu Maryli Wereszczakówny, byłej narzeczonej Mickiewicza), to utwór bardzo długi i prawdziwie epicki. Mamy w nim opis sfinansowanej przez pewnego księcia ekspedycji, nastawionej na rozwiązanie zagadki tytułowego jeziora, z którego nocą dobiegają dziwne dźwięki. Tajemnica zbiornika wodnego zostaje wreszcie odkryta, jednak okazuje się ona iście baśniowa i zdumiewająca.

W kolejnym utworze, “Świteziance”, mamy opis niezwykłego romansu ziemskiego młodzieńca z panną nie z tego świata. Znawcy literatury twierdzą, iż motyw ten zainspirował Juliusza Słowackiego do stworzenia jednego z wątków “Balladyny”. A ściślej: wątku, w którym nimfa Goplana zakochuje się w wiejskim chłopaku Grabcu.

“Rybka” to poruszająca opowieść o pannie z dzieckiem, której ukochany odszedł do innej, znacznie bogatszej i wyżej urodzonej kobiety. Zrozpaczona dziewczyna rzuca się do jeziora, co wygląda, jakby chciała popełnić samobójstwo. Później okazuje się jednak, że zdradzona panna jest syreną, zdolną w dodatku do przeobrażania się w rybkę.

“Powrót taty” to ballada ukazująca religijność wiejskich ludzi, ich wiarę w możliwość wpływania - za pomocą modlitwy - na rzeczywistość oraz skłonność do przypisywania przypadkowych zdarzeń działaniu Opatrzności. W “Powrocie taty” nadejście spóźniającego się ojca zostaje zinterpretowane jako skutek odmówionych w tej intencji pacierzy, a umotywowana psychologicznie decyzja pewnego rozbójnika - jako Boska interwencja. Nie ulega wątpliwości, że autorowi przekonania wiejskiego ludu bardzo się podobają.

“Kurhanek Maryli” to, jak już wspomniałam, coś na kształt krótkiej formy teatralnej. Utwór, zawierający wyrazisty podział na role, ukazuje pięcioro ludzi (Cudzego Człowieka, Dziewczynę, Jasia, Matkę i Przyjaciółkę), którzy wypowiadają się na temat zmarłej kobiety, tytułowej Maryli. Dziewczyna, Jaś, Matka i Przyjaciółka rozpaczają po śmierci znajomej osoby, a nastrój ten udziela się Cudzemu Człowiekowi.

“Do Przyjaciół” (nie mylić z zawartym w trzeciej części “Dziadów” utworem “Do Przyjaciół Moskali”!) stanowi poetycki wstęp do kolejnej ballady, “To lubię”. Sam wiersz “To lubię”, utrzymany w klimacie grozy i wypełniony trupio-diabelskimi motywami, to zemsta na wspomnianej już Maryli Wereszczakównie. Autor pokazuje w nim, jaki los spotkał inną Marylę, która również łamała mężczyznom serca.

W “Rękawiczce”, nawiązującej do “Rękawiczki” Schillera (której, niestety, nie znam!), Adam Mickiewicz pozwala sobie na odrobinę humoru i sarkazmu. Utwór ukazuje zorganizowane przez jakiegoś władcę igrzyska z udziałem dzikich zwierząt. Nagle spada na arenę… rękawiczka jednej z dam, Marty (nie wiadomo, czy część ubrania sama zsuwa się z ręki, czy kobieta po prostu ją tam zrzuca).

Bohaterka zwraca się do siedzącego opodal Emroda z prowokacyjną prośbą: “Kto mię tak kocha, jak po tysiąc razy czułymi przysiągł wyrazy, niechaj mi teraz rękawiczkę poda”. Emrod robi to, o co Marta go prosi, jednak, przychodząc do niej z rękawiczką, oświadcza cynicznie “Pani, twych dzięków nie trzeba mi wcale" i odchodzi w swoją stronę. Mężczyzna nie chce bowiem zadawać się z kobietą, która potrafi dla zabawy narażać innych ludzi na niebezpieczeństwo.

“Pani Twardowska” jest opowieścią nawiązującą do znanej legendy o panu Twardowskim - polskim szlachcicu, który rzekomo zawarł pakt z diabłem, ale zdołał go w niezwykły sposób przechytrzyć. “Tukaj albo próby przyjaźni” to niezwykle pesymistyczny i zasmucający utwór o umieraniu oraz samotności. Tytułowy bohater ballady jest zrozpaczony, ponieważ “umiera w kwiecie wieku”, a bardzo chce żyć.

Tukaj mówi, że nic - nawet bogactwo, władza, mądrość, wykształcenie i pobożność - nie jest tak cenne jak ludzkie życie. Nagle przybywa do niego tajemniczy starzec, który oferuje mu nieśmiertelność. Jest jednak pewien problem: wiecznego życia nie można dać jednemu człowiekowi, muszą być dwie osoby, które bardzo sobie ufają. Tukaj, poproszony o wskazanie swojego przyjaciela, z bólem uświadamia sobie, że nie ma nikogo takiego.

Wiersz “Lilije” to kolejna lektura obowiązkowa dla miłośników “Balladyny” Juliusza Słowackiego. Wystarczy raz przeczytać tę balladę, żeby uświadomić sobie, skąd Słowacki zaczerpnął większość motywów wykorzystanych w dramacie. Mamy tutaj wiejską kobietę-morderczynię. Mamy ukrycie zwłok w lesie. Mamy motyw strachu, wyrzutów sumienia i chęci odcięcia się od zbrodni. Mamy mądrego pustelnika, do którego chodzi się po radę.

Mamy scenę, w której zabójczyni powraca do domu i wmawia domownikom, że zamordowana osoba żyje, tylko jest nieobecna. Mamy ducha ofiary, nawiedzającego zbrodniarkę. Mamy karetę, która przyjeżdża na wieś. Mamy motyw specjalnego turnieju, w którym uczestniczy rodzeństwo i którego stawką jest ślub z atrakcyjną osobą. Mamy potworną zawiść i chęć zabicia turniejowego przeciwnika. Zbieżność “Balladyny” z omawianą tutaj balladą “Lilije” jest ewidentna.

“Dudarz”, ostatni utwór ze zbiorku “Ballady i romanse”, opowiada o starszym człowieku, wędrownym grajku, który przybywa do jakiejś wioski. Dudarz, dając koncert, spostrzega tajemniczą, młodą pasterkę, która go niezmiernie intryguje. Staruszek zaczyna śpiewać sentymentalną piosenkę o takiej właśnie pasterce, a potem opowiada, że nauczył się tego utworu od młodzieńca, który pochodził z tych stron.

Bohater ballady zastanawia się, czy piosenka ułożona przez młodego mężczyznę nie mówi właśnie o tej dziewczynie, która przyszła wysłuchać koncertu. Niestety, pastereczka wymyka się niepostrzeżenie i dudarzowi nie udaje się nawiązać z nią kontaktu. Wiersz kończy się w następujący sposób: “Przybiegła zgraja, gdzie starzec siedział. Co to jest? - wszyscy pytają. On nic nie wiedział, może i wiedział, ale nie mówił przed zgrają”.

Debiutancki tomik poetycki Adama Mickiewicza to lektura lekka, łatwa i przyjemna - nie ma w nim patosu, skomplikowanych tematów, filozoficznych refleksji i elementów zaangażowanych politycznie. “Ballady i romanse” to książka nastawiona na dostarczenie czytelnikowi relaksu, zaciekawienie go atmosferą niesamowitości oraz zachęcenie do szukania niezwykłości w codziennym życiu. Autor pokazuje odbiorcy istną “magię” zawartą w ludowych opowieściach, przekonuje, że wiara w cuda ubarwia i ubogaca życie wiejskich ludzi.

Omawiany zbiorek jest książką, przy której można odpocząć, tak jak przy lekkim, przygodowym fantasy. “Ballady i romanse” to świetna propozycja na wakacje - można czytać ten tomik na łące, nad jeziorem, w górach, na leśnej polanie i zastanawiać się, czy tuż obok nas nie dzieje się coś czarodziejskiego. Można rozmyślać o mickiewiczowskich opowiastkach podczas wieczornego spaceru albo w nocy, na balkonie hotelu w jakiejś nieznanej, malowniczej miejscowości.

Osoby, które szukają poważnej, ambitnej, zmuszającej do wysiłku intelektualnego lektury, zdecydowanie nie znajdą w “Balladach i romansach” nic dla siebie. Utwory z tego zbiorku są proste, łatwe w odbiorze i jednoznaczne, nie przekazują głębszych treści - no, chyba, że za takie uznamy prymitywne morały, ociekające niekiedy naiwnością. Polecam je ludziom, którzy najzwyczajniej w świecie pragną odpocząć, oderwać się od szarej rzeczywistości, zapomnieć o wszelkich trudach i zmartwieniach. Tylko z takim podejściem do sprawy można odnaleźć zaklęty w tych wierszach urok.


Natalia Julia Nowak,
18 lipca 2011 roku

piątek, 15 lipca 2011

The Birthday Massacre, czyli forma jest najważniejsza!

Urodzinowa Masakra

The Birthday Massacre, czyli Urodzinowa Masakra, to kanadyjski zespół muzyczny, założony w 1999 roku. Ta pochodząca z prowincji Ontario grupa początkowo działała pod nazwą Imagica, jednak później zmieniła nazwę na TBM i pod tym szyldem wydała swoją pierwszą płytę “Nothing and Nowhere” (2002 rok). Wokalistką formacji jest Chibi, której pseudonim nawiązuje do japońskiej mangi i anime. Obecnie zespół ma na koncie cztery długogrające albumy studyjne, płytę z nagraniami koncertowymi, kilka teledysków oraz EP-kę „Looking Glass”. 9 sierpnia 2011 r. ma się zaś ukazać EP-ka „Imaginary Monsters”.


Formacja zdecydowanie audiowizualna

Zespół The Birthday Massacre sięga w swojej twórczości po takie gatunki muzyczne jak synth rock, gothic rock czy new wave. W jego piosenkach ogromną rolę odgrywa klimatyczna, często tajemnicza i intrygująca elektronika, towarzysząca umiarkowanie mocnej perkusji oraz względnie drapieżnym gitarom. TBM to formacja zdecydowanie audiowizualna, dla której liczy się nie tylko muzyka, ale również kreowanie własnego image’u i dbałość o szeroko pojętą oprawę graficzną. Teledyski, plakaty, fotografie i okładki płyt The Birthday Massacre jednoznacznie wskazują na to, że grupa chce trafić zarówno do słuchowców, jak i do wzrokowców. Wszystko, co się wiąże z TBM, jest dokładnie zaprojektowane i utrzymane w określonym stylu.


Istny miszmasz

Ów styl to groteskowa mieszanka kilku konwencji. Mamy w tej mieszance zapożyczenia z japońskich komiksów i kreskówek, mamy coś z „Rodziny Addamsów” i „Alicji w Krainie Czarów”, mamy elementy dziecinne i dziewczęce, mamy motywy znane z horrorów i komediohorrorów, mamy nawiązania do stylów emo, gothic i gothic lolita, mamy wreszcie często podkreślane przez Internautów aluzje do filmów Tima Burtona (nie wiecie, kim jest Tim Burton? A kojarzycie takie filmy jak „Sok z Żuka”, „Edward Nożycoręki”, „Jeździec bez głowy”, „Charlie i Fabryka Czekolady” albo „Gnijąca Panna Młoda”? Tak? No, to już wiecie, kim jest Tim Burton!). Jeśli chodzi o kolory, na obrazkach i w filmikach dominują barwy: czarna, biała, granatowa, niebieska, fioletowa, liliowa, amarantowa.


Pospolite melodie, przeciętna wokalistka

Niestety, to wszystko powoduje, że w twórczości TBM występuje swoisty przerost formy nad treścią. Muzyka tej formacji jest, tak na dobrą sprawę, tandetna, a melodie - proste i pospolite. Gdyby nie ta elektronika, szczypta mroku i groteskowa wizualność, kawałki The Birthday Massacre byłyby zwykłymi piosenkami popowymi lub postpunkowymi. Chibi jest wokalistką niezwykle przeciętną - wprawdzie nie fałszuje, ma wyczucie rytmu, ale nie prezentuje słuchaczom nadzwyczajnych zdolności wokalnych. Jeżeli posiada ona jakieś wyjątkowe umiejętności w zakresie śpiewu, to w utworach TBM nie popisuje się nimi nigdy.


Nieliczne piosenki, które się udały

Nie chciałabym jednak przekreślić tego zespołu całkowicie, albowiem zdarzyło mu się nagrać kilka niezłych kawałków. Piosenki „Blue”, „In The Dark” i „Looking Glass”, które doczekały się teledysków, są udane i wpadają w ucho, chociaż trudno je uznać za dzieła sztuki. Najlepszym utworem The Birthday Massacre, jaki słyszałam, jest „Happy Birthday” - istny manifest artystyczny, mówiący o urodzinowej masakrze. Występujący w tej piosence podmiot liryczny próbuje odtworzyć w swojej pamięci przebieg morderstwa, do którego doszło na przyjęciu urodzinowym („Myślę, że mój przyjaciel powiedział: wbij to w tył jej głowy. Myślę, że mój przyjaciel powiedział: dwie z nich są siostrami”). Lubię też „Secret”, choć jest to sentymentalny banał ociekający pogodną melancholią.


Zakończenie

Reszta twórczości TBM to tak zwany chłam, który nudzi odbiorcę, zamiast go porywać i zachwycać. Reasumując: utwory zespołu The Birthday Massacre z pewnością nie powalą na kolana miłośników ambitnej muzyki, stojącej na naprawdę wysokim poziomie artystycznym. Mogą one za to przypaść do gustu dzieciom emo oraz osobom mającym sentyment do synth popowych i synth rockowych zespołów z lat osiemdziesiątych XX wieku. Co do tak ważnej dla TBM wizualności, spodoba się ona fanom filmów wspomnianego wcześniej Tima Burtona i ludziom pragnącym mieć Halloween przez cały rok. Polecam do posłuchania tylko te kawałki, które wymieniłam w poprzednich akapitach.


Natalia Julia Nowak,
15 lipca 2011 roku

czwartek, 14 lipca 2011

Diablica z Piekła Kobiet [prześmiewcze opowiadanie]

MOTTO:

“W piekle diabeł jest postacią pozytywną”

Stanisław Jerzy Lec



Jest jedno miejsce, przed którym drży feministyczny ród. Miejsce, które śni im się po nocach i staje przed oczyma na jawie. Miejsce, które wciąż jest na językach, miejsce, które wzbudza niepokój przez sam fakt istnienia. Tym miejscem jest Piekło Kobiet. Ludzkość dowiedziała się o nim dzięki objawieniu proroka Tadeusza Boya-Żeleńskiego.

Zanim jednak przejdę do opisu tego miejsca, chciałabym Wam przedstawić kilka faktów. Zacznę od tego, że Piekło Kobiet to część Piekła. Bo Piekło, moi mili Czytelnicy, jest federacją. W dodatku republiką. Jesteście zszokowani? Zdumieni? Nie dziwota. W szkole i w kościele pewnie wmawiano Wam, że Piekło jest monarchią. Ale to są dane mocno nieaktualne. Owszem, w czasach średniowiecza panowała tutaj monarchia, lecz jakie to ma znaczenie? Polska w średniowieczu też była monarchią… i co z tego?

No, więc Piekło Kobiet stanowi część składową Federacyjnej Republiki Piekła. Takie części składowe są nazywane stanami. Na czele każdego ze stanów stoi gubernator. Gubernatorem Piekła Kobiet jest Mężczyzna. Jak nietrudno się domyślić, Mężczyzna jest facetem. Tak, jest facetem i ma jaja jak berety. Wtajemniczeni mówią o nim, że jest demoniczny i lubuje się w iście piekielnej perwersji. Podobno widziano, jak mu demonice-nałożnice smarują dżemorem…

W Piekle Kobiet, jako w stanie Piekła, istnieją instytucje stanowe i federalne. Największą i najbardziej reprezentatywną instytucją stanową jest Ośrodek Pobytu Przymusowego dla Potępionych Dusz, który przyśnił się kiedyś feministycznej pisarce Margaret Atwood, tyle że w znacznie złagodzonej wersji. Instytucje federalne podlegają głowie państwa, która, naturalnie, nie rządzi nimi bezpośrednio, tylko przez swoich wiernych zauszników.

W tym miejscu wypada napisać, że na czele piekła stoi szatan. Uwaga: szatan to nazwa urzędu, dlatego tak często pisze się to słowo z małej litery. Urząd szatana sprawuje dożywotnio Lucyfer. Oczywiście, Lucyfer jest nieśmiertelny, zatem “dożywotnio” oznacza u niego “wiecznie”. Do najważniejszych osób w Piekle należą również Belzebub, Mefistofeles, Samael (nie mylić z Samuelem!) i Ezekiel (nie mylić z Ezechielem!).

Stolicą Federacyjnej Republiki Piekła jest Inferno. W Infernie znajduje się wiele zabytków i obiektów godnych uwagi, takich jak Pandemonium, siedziba władz. Jest również dużo pomników, na przykład posąg Fridrisia Niczego. Fridriś to jeden z najważniejszych świętych w religii państwowej Piekła, satanizmie. Bo trzeba wam wiedzieć, kochani Czytelnicy, że Piekło posiada własną religię. Głową tego Kościoła jest głowa państwa, czyli szatan. Kościół i państwo szatana, jako byty połączone unią personalną, posiadają wspólny hymn pt. “Ave Satan”.

Jak widać, istnieje w tym kraju swoisty kult jednostki. Jednostki, będącej nie tylko charyzmatycznym przywódcą, ale także symbolem niepodległości. Wódz FRP to bohater rewolucji lucyferiańskiej, na skutek której Piekło uniezależniło się od Nieba jak Stany Zjednoczone od Korony Brytyjskiej. Wszystko zaczęło się od antyboskiego buntu wywołanego przez Lucyfera, ówczesnego anioła. Był on bowiem przeciwny stworzeniu kobiety.

Rebelia doprowadziła do rozlewu krwi, który zakończył się powołaniem do życia nowego państwa - Piekła. Dziś Piekło to prężnie rozwijająca się republika federacyjna, której gospodarka zależy od ziemskiej koniunktury. Im bardziej na Ziemi rozwija się lewicowy Raj, tym bardziej poza Ziemią rozwija się prawicowe Piekło. Tak to wygląda.

Jeśli chodzi o politykę zagraniczną, FRP znajduje się w stanie zimnej wojny z Niebem. Przyczyną takiego stanu rzeczy są zaszłości historyczne, różnice ideologiczne, a także nierozstrzygnięty, trwający od niepamiętnych czasów spór o Czyściec. Zarówno Lucyfer, jak i Bóg chcą mieć ten region dla siebie. Bo i dla Piekła, i dla Nieba miałby on duże znaczenie strategiczne.

Dlaczego o tym wszystkim piszę? Dlaczego Was zasypuję tymi nudnymi informacjami? Ponieważ nie sposób zrozumieć Piekła Kobiet bez zrozumienia samego Piekła. Stan można wszak omawiać tylko w kontekście federacji. O Piekle Kobiet mówi się ostatnio częściej niż o samym Piekle. I to mnie intryguje, albowiem Piekło Kobiet to moja Mała Ojczyzna.

Mam na imię Biesława, dla przyjaciół Biesia. Jestem diablicą, pochodzę z Piekła Kobiet, gdzie przez wiele lat mieszkałam i pracowałam. W 1991 roku federalni wysłali mnie na Ziemię ze specjalną misją, którą muszę wypełniać pod przybranym nazwiskiem Natalia Julia Nowak. Tak więc działam na Ziemi, ale sercem i duszą wciąż jestem w Piekle. Wiem, że sam Lucyfer mnie widzi i że jest ze mnie dumny.

Gdy jestem sama, często powracam myślami do kraju lat dziecinnych. I do mojego ukochanego stanu, Piekła Kobiet. PK to najstraszniejsze miejsce, jakie mogą sobie wyobrazić feministki. Ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało, ani serce człowieka nie zdołało pojąć, jak wielkie kaźnie przygotował potępionym duszom tamtejszy gubernator…

Przede wszystkim dlatego, że w Piekle Kobiet obowiązuje absolutny i bezwzględny zakaz aborcji i antykoncepcji. Potępianki, które trafiają do mojej Małej Ojczyzny, muszą to diabelskie prawo zaakceptować. A jeśli nie chcą, to za karę wypala im się na plecach (ogniem piekielnym!) treść tutejszej “Ustawy o ochronie życia poczętego”.

Potępione dusze są dręczone widokiem swoich ofiar - rozerwanych na strzępy, zakrwawionych i zmiażdżonych nienarodzonych dzieci. W ich uszach rozbrzmiewa zaś płacz miliardów dzieciątek, którym nie pozwolono przyjść na świat. Płacz tak głośny, dramatyczny i chwytający za serce, że aż sprawiający ból, o jakim na Ziemi nikomu się nie śniło.

Kiedy jeszcze żyłam w Piekle, miałam zaszczyt pracować jako strażniczka w Ośrodku Pobytu Przymusowego dla Potępionych Dusz. Dlatego możecie mnie uważać za osobę kompetentną, w pełni upoważnioną do opowiadania o losie potępianek. Piekło Kobiet było miejscem, w którym mogłam realizować swoje pasje. Lubię je wspominać. Lubię sobie przypominać całą moją Ojczyznę, Federacyjną Republikę Piekła, z jej wszystkimi dantejsko-nergalskimi krajobrazami.

Pamiętam, jak siadałam pod wielkim, czarnym drzewem i wkładałam nogi do ognia piekielnego, który rozkosznie pieścił moją skórę. Pamiętam, jak patrzyłam na ciemne niebo, tańczyłam w orzeźwiającym, krwawym deszczu i wdychałam czarowny zapach siarki. Posiadałam perfumy o zapachu trupa pewnej słynnej feministki i słuchałam metalu, a ściślej: odgłosów wydawanych przez żelazne narzędzia tortur.

Karmiłam kruki strzępkami ciał potępianek. Głaskałam cerbery. Śpiewałam growlem w szatańskim chórze. Pisałam wiersze ludzką krwią, modliłam się do św. Fridrisia, pobierałam nauki u najsłynniejszych czarownic i czarnoksiężników. Poza tym, bawiłam się z moimi najlepszymi przyjaciółmi - demonami i chochlikami nacjonalizmu.

Demony nacjonalizmu są dojrzałe, potężne, mroczne i niebezpieczne, chochliki zaś - małe i złośliwe. Te ostatnie często zstępują na Ziemię i urządzają mnóstwo drobnych psot, gdyż diabły płacą im od ilości, a nie od jakości złych uczynków. Jeden z chochlików nieźle namieszał 10 października 2009 r. podczas uroczystości ratyfikacji Traktatu Lizbońskiego. Czy pamiętacie przygodę prezydenta Kaczyńskiego z piórem? To właśnie chochlik nacjonalizmu sprawił, iż nie chciało ono pisać!

Ach, wspomnienia… Aż się łezka w oku kręci! Ale ja już nie jestem w Federacyjnej Republice Piekła, tylko na Ziemi… Federalni przysłali mnie tutaj, abym feministkom i aborcjonistkom Piekła Kobiet przychyliła.

Żebym im ciągle przypominała, jak wielką zbrodnią jest mordowanie nienarodzonych dzieci. Żebym im opowiadała o powyrywanych główkach, zmiażdżonych rączkach, otwartych brzuszkach, wyjętych narządach wewnętrznych i zakrwawionej skórze tych niewinnych istot. Żebym zabraniała niewiastom aborcji i antykoncepcji jak wielki gubernator Mężczyzna. Żebym wniosła pewien wkład w budowanie Piekła na Ziemi.

Jestem istotą piekielną, która przyjęła postać człowieka i zamieszkała na Błękitnej Planecie. Moją ziemską Ojczyzną, którą straszliwie kocham, jest Polska, ale pozaziemską - FRP. Po śmierci zamierzam wrócić tam, skąd przybyłam, czyli do krainy ogniem gorejącej. Pragnę pójść do diabła. Ja, istota z Piekła rodem. Diablica Biesława, na Ziemi znana jako Natalia Julia Nowak.


12 lipca 2011 r.

niedziela, 10 lipca 2011

Gustaw-Konrad, antydogmatyk i myślozbrodniarz

Lektura, która… fascynuje!

Trzecią część “Dziadów” Adama Mickiewicza miałam okazję czytać dwukrotnie - po raz pierwszy przeczytałam ten utwór w drugiej klasie liceum, a po raz drugi na pierwszym roku studiów. Zarówno za pierwszym, jak i za drugim razem sięgnęłam po ten dramat jako po lekturę obowiązkową. I chociaż czytałam go niejako pod przymusem, byłam nim dwukrotnie przejęta i dwukrotnie zachwycona. Rzadko zdarza się, żeby jakikolwiek utwór wywołał we mnie tego typu emocje. Zwłaszcza, jeżeli jest to lektura, czyli książka kojarzona bardziej z pańszczyzną niż z prawdziwym doświadczeniem estetycznym.


Streszczenia nie będzie

Treści “Dziadów cz. III” nie będę opisywać, bo jest ona powszechnie znana. Nawet, jeżeli ktoś nie przeczytał tego dramatu od deski do deski, na pewno ma o nim jako takie pojęcie. Byłabym głupia, gdybym umieściła tutaj streszczenie lektury szkolnej, albowiem takich streszczeń jest mnóstwo - w wersji elektronicznej i drukowanej. W niniejszym artykule pragnę powiedzieć coś od siebie, wyrazić swoje myśli i odczucia, wysłowić prywatną opinię bez sprawdzania, czy jest ona zgodna z tzw. Kluczem.


Święty Klucz (patron szkół średnich)

Jeśli nie chodziliście do współczesnej szkoły średniej, w której uczniowie uczą się rozwiązywania testów i pisania wypracowań zgodnych z szablonem, to nie macie pojęcia, jak wielką świętością (bóstwem?) jest mityczny Klucz. Jeśli zaś jesteście uczniami, którzy trafili na mój tekst przypadkowo, bo akurat szukali opracowania “Dziadów”, to natychmiast zakończcie lekturę. To, co piszę, może być niezgodne z Kluczem, zatem nie traktujcie tego jako pomocy naukowej. Co do mnie, nie jestem już uczennicą liceum, toteż mogę sobie pozwolić na pewien luksus. A ściślej: na to, żeby mieć w głowie mózg, nie zaś Klucz. W związku z powyższym, pragnę napisać, że normalnie i po ludzku… lubię Konrada.


Bohater zrzucający kajdany

Tak, lubię Konrada. Podoba mi się to, o czym mówi on w Wielkiej Improwizacji, pozytywnie oceniam jego bezbrzeżny patriotyzm i wysoką inteligencję. Doceniam tego bohatera za to, że dostrzega on krytyczną sytuację Polski i że chce coś w tej sprawie zrobić. Ogromna chęć działania, wzięcia sprawy w swoje ręce, przełamania marazmu, odrzucenia strachu i niehonorowej uległości wobec zaborców - to cechy, które mi imponują i które pochwalam. Konrad jest więźniem politycznym, zmuszonym do życia w niehumanitarnych warunkach i traktowanym w brutalny sposób, jednak nie myśli on tylko o zrzuceniu fizycznych kajdan. Młody człowiek chce zrzucić również kajdany polityczne, duchowe, moralne i intelektualne.


Romantyczny, ale i rozważny

Konrad, chociaż romantyk, potrafi nie tylko głęboko przeżywać emocje, ale także logicznie myśleć. Oprócz wrażliwości, czyli serca, posiada on doskonale rozwinięty rozum. Bohater “Dziadów” Adama Mickiewicza jest niezwykle inteligentny, zdolny do zadawania niewygodnych pytań i udzielania na nie rozsądnych, aczkolwiek śmiałych odpowiedzi. Obcy mu jest fanatyzm religijny, czyli wiara w “jedyne słuszne poglądy” głoszone przez związek wyznaniowy.


Katolicki Klucz i święte oburzenie

Konrad, widząc, że piękne opowiastki o zwyciężaniu dobra nad złem mają się nijak do rzeczywistości, zastanawia się, czy cała nauka chrześcijańska nie jest zwykłym mydleniem oczu. W końcu dochodzi do wniosku, że jeśli Bóg istnieje i - pomimo możliwości odmienienia sytuacji Polaków - przyzwala na cierpienie narodu polskiego, to nie może być dobry. Wysuwany przez Konrada wniosek jest logiczny, jednak niezgodny z katolickim Kluczem (hehehe!), zatem wywołuje on święte oburzenie u osób dogmatycznie myślących.


Niechrześcijański patriotyzm

Młody człowiek nie chce jednak stosować u siebie zbrodnioszlabanu, czyli zabiegu myślowego, polegającego na blokowaniu wszelkich wątpliwości, które mogłyby doprowadzić człowieka do myślozbrodni - przełamania ortodoksji i podważenia wyznawanych dogmatów*. Konrad wydaje się rozumieć, że patriotyzm nie zawsze jest możliwy do pogodzenia z chrześcijaństwem. Wszak religia nakazuje uległość, pokorę, nadstawianie drugiego policzka i przebaczanie wszelkich krzywd, a walka za Ojczyznę polega na czymś zupełnie przeciwnym (spójrzmy na powstanie listopadowe i stosowaną wówczas niechrześcijańską przemoc!). O tym, co dziewiętnastowieczny Kościół sądził o polskich powstaniach narodowowyzwoleńczych, napisał Juliusz Słowacki w dramacie “Kordian”.


Hołd złożony pogaństwu?

Tymczasem Konrad nie przyjmuje myślenia chrześcijańskiego - przeciwnie, bliższe mu są ideały pogańskie, takie jak honor. No, a czy cały cykl “Dziady” nie jest właśnie hołdem złożonym pogaństwu? Przypomnijmy sobie drugi tom serii… W trzeciej części “Dziadów” występuje jednak postać będąca przeciwieństwem Konrada - ksiądz Piotr. Ten duchowny zaleca postawę chrześcijańską, a jego wizja Polski jako Chrystusa narodów sugeruje, że pokora, uległość wobec oprawców, cierpliwość i niepodejmowanie walki są czymś pozytywnym.


Moralność niewolników i moralność panów

Polacy, według kapłana, mają być bierni i masochistyczni. Jedyną pociechą powinna być dla nich wyobraźnia - fantazjowanie o przyszłej karze Boskiej, jaka spotka zaborców, a także interpretowanie przypadkowych niepowodzeń oprawców jako właśnie takich kar. Przyznam, że poglądy księdza Piotra kojarzą mi się z moralnością niewolników opisaną przez Fryderyka Nietzschego: “Bunt niewolników na polu moralności, zaczyna się tem, że ressentiment samo twórczem się staje i płodzi wartości: ressentiment takich istot, którym właściwa reakcya, reakcya czynu, jest wzbroniona i które wynagradzają ją sobie tylko zemstą w imaginacyi” (źródło: “Z genealogii moralności”). Konrad, jako człowiek wyznający przeciwny system wartości, czyli moralność panów, nie zgadza się na tego typu zachowanie.


Pytania bez odpowiedzi

Ostatecznie, to właśnie ksiądz Piotr zwycięża, a postawa Konrada zostaje uznana za niewłaściwą. Czy autor rzeczywiście chciał to napisać? A może zdecydował się na takie rozwiązanie, żeby się podlizać pobożnym czytelnikom, dla których triumf “heretyka” (myślozbrodniarza, rozumującego niezgodnie z Kluczem) byłby nie do przyjęcia? “Dziady” powstawały w pierwszej połowie XIX wieku, czyli w czasach, kiedy ortodoksja religijna była czymś powszechnym, a przynajmniej częściej spotykanym niż dzisiaj. Możliwe, że Mickiewicz odczuwał po prostu potrzebę ocenzurowania samego siebie. Kto wie, czy po napisaniu Wielkiej Improwizacji sam nie był przerażony własną myślozbrodnią i nie czuł się jak grzesznik?


Gustaw, czyli poprzednie “ja” Konrada

Patriotyzm, odwaga, honor i rozum Konrada są godne podziwu i uznania, tym bardziej, że wcześniej ów bohater był płaczliwą, nierozgarniętą, zniewieściałą mamałygą w stylu Wertera z powieści Goethego. Konrad, znany wówczas jako Gustaw, był oderwanym od rzeczywistości marzycielem, egocentrycznym histerykiem, sentymentalnym zbieraczem listków i gałązek, życiowym nieudacznikiem, zajętym rozdrapywaniem starych ran, rozmyślaniem o swojej byłej dziewczynie i snuciem opowieści o swoim złamanym sercu (które i tak nikogo nie obchodziły). Gustaw, na skutek nieszczęśliwej miłości, popełnił samobójstwo, a potem - już jako upiór - sam przyznał, że utwory Goethego i Rousseau wyprały mu mózg.


Od mazgaja do wojownika

To szlochające i upierdliwe popychadło postanowiło jednak wziąć się w garść. Radykalna przemiana młodego człowieka nastąpiła już w więzieniu politycznym, a jej symbolem stała się napisana na ścianie informacja, według której umarł Gustaw, a narodził się Konrad. Bohater dzieła Adama Mickiewicza zabił w sobie operetkowego płaczka, a powołał do życia niezłomnego bojownika o sprawę narodową, kandydata na wyzwoliciela i przywódcę Polaków. Zaprawdę, godne to i sprawiedliwe, słuszne i zbawienne. Szkoda, że w realnym świecie nie da się tak szybko ogarnąć, przeobrazić z mazgaja w wojownika, z miernoty w twardziela, z chłoptasia w mężczyznę!


“Dziady” to wspaniały dramat

I tyle, jeśli chodzi o Konrada. O całej trzeciej części “Dziadów” mogę powiedzieć, że czyta się ją wyjątkowo szybko i przyjemnie, jak na lekturę obowiązkową. Utwór, oprócz ciekawego głównego bohatera, zawiera bardzo poruszające, wręcz wstrząsające opisy martyrologii narodu polskiego. Udowadniają one, że Ojczyzna i Naród są dobrami tak cennymi, iż warto za nie walczyć, cierpieć, a nawet umierać. Nie można być takim jak literaci z salonu warszawskiego, którzy nie dość, że są kosmopolitami, to jeszcze nie mają honoru, albowiem podlizują się katom Polaków. Takie postępowanie jest bowiem niegodne człowieka. “Dziady cz. III” to wspaniały dramat, chociaż zawarte w dziele elementy religijne potrafią czytelnika zirytować.


Natalia Julia Nowak,
9-10 lipca 2011 roku



____________________
* Pojęcia “zbrodnioszlaban” i “myślozbrodnia” pochodzą z powieści “Rok 1984” George’a Orwella. W świecie z “Roku…” za myślozbrodnię uważano wszelkie poglądy niezgodne z założeniami Partii. Brytyjskiego pisarza mógł zainspirować fakt, że według Kościoła katolickiego można zgrzeszyć nie tylko czynem, ale także myślą. W chrześcijaństwie, a przynajmniej katolicyzmie, odmawia się grzesznikom prawa do życia wiecznego. Analogicznie do tego, w powieści Orwella jest napisane: “Myślozbrodnia nie pociąga za sobą kary śmierci. Myślozbrodnia JEST śmiercią”.

wtorek, 5 lipca 2011

Ojczyzna i Honor. Poradnik patriotyczny

Samo istnienie nie wystarczy

Najpiękniejszą, najwznioślejszą i najzacniejszą ideą, jaką ludzki rozum kiedykolwiek stworzył, jest zdecydowanie patriotyzm - idea miłości do Ojczyzny, połączona z bezinteresowną walką o uzyskanie lub utrzymanie niepodległości. Do stwierdzenia, że dane państwo jest niepodległe, nie wystarczy zobaczenie jego konturów na mapie świata. To, że kraj oficjalnie istnieje i figuruje w różnych dokumentach, nie musi oznaczać, iż jest niepodległy. Po II wojnie światowej Polska była uwzględniana na mapach Europy i w rozmaitych spisach, jednak nie stanowiła suwerennego państwa. Istniała, była uznawanym na arenie międzynarodowej organizmem państwowym, lecz nie cieszyła się wolnością. Dziś jest tak samo.


Ster, okręt i żeglarz

Państwo niepodległe to takie, które wyrwało się spod pantofla wszelkich Wielkich Sióstr, albo takie, które pod tego typu pantoflem nigdy się nie znajdowało. Jeśli kraj cieszy się absolutną niezależnością polityczną, sam jest sobie “sterem, okrętem i żeglarzem”, możemy go uznać za byt niepodległy. Bo niepodległość to właśnie możliwość suwerennego decydowania o sobie, totalna i niczym nieograniczona wolność polityczna, dająca Ojczyźnie możność postępowania według własnego uznania i nie odpowiadania przed nikim za swoje decyzje.


Całkowite wyzwolenie

Państwo niepodległe nie uznaje żadnych instytucji ponadnarodowych, które - jak sama nazwa wskazuje - znajdują się ponad narodem i ograniczają jego swobodę. Nad niepodległym krajem nikt nie stoi, gdyż kraj ten jest panem swojego losu, całkowicie wyzwolonym i żyjącym tylko dla siebie. Wolna Ojczyzna absolutnie nie jest taka jak współczesna Polska, której Traktat Lizboński nakazuje konsultowanie najważniejszych decyzji politycznych z Brukselą i powstrzymywanie się przed akcjami godzącymi w interes Unii Europejskiej. Niepodległe państwo nie słucha cudzych rad, poleceń i rozkazów, nie uznaje żadnej władzy oprócz swojej własnej, nie poniża się poprzez lizanie komukolwiek zadka, nie prosi nikogo o zezwolenie na samostanowienie.


Bez strachu i kompleksów

Kraj suwerenny, decydując o swoim losie, nie zastanawia się, co inne podmioty powiedzą. Nie czuje się zobowiązany do lojalności czy uległości wobec kogokolwiek, a jeśli spełnia czyjeś życzenie, to nie pod przymusem, tylko z łaskawości i dobrej woli. Wolna Ojczyzna nie ma nad sobą żadnego pana i nie daje się nikomu szantażować. Nie krępują jej żadne więzy. Nawet, gdy jakaś Ciocia Dobra Rada (Unia, Ameryka, Rosja) próbuje jej narzucić swoje zdanie, niepodległa kraina pozostaje asertywna, niezmanipulowana i niezastraszona. Suwerenne państwo nie wie, co to zahukanie i posłuszeństwo obcym siłom, albowiem nie słucha nikogo z wyjątkiem siebie. Kraj niepodległy zna swoją wartość i nie pozwala, by ktokolwiek deptał jego godność.


Ojczyzna i Honor - Honor i Ojczyzna

Taka nieskrępowana wolność Ojczyzny świadczy tylko o jednym. O tym, że kraj jest silny, potężny, dumny, świadomy swoich praw, a co za tym idzie: godny szacunku, podziwu i uznania. Honor nakazuje, aby państwo było właśnie takie. Jak widać, z Honoru wynika niepodległość, a z niepodległości Honor. To są dwie podstawowe wartości, za które warto nawet oddać życie. Ojczyzna i Honor - Honor i Ojczyzna. Dwie nierozłączne i wzajemnie się inspirujące idee. Najcenniejsze skarby, których utrata zawsze stanowi hańbę i katastrofę.


Sprawy prywatne i sprawy publiczne

Nie należy jednak mylić osobistego honoru z Honorem Ojczyzny. Bywa, że do tego pierwszego jesteśmy bardziej przywiązani niż do tego drugiego, jednak to właśnie ten drugi przedstawia wyższą wartość. Honor osobisty to sprawa prywatna, której w żadnym wypadku nie należy przedkładać nad sprawy państwowe i narodowe, czyli publiczne. Posiadanie tej cnoty jest ważne, jednak nie ma ona prawa przysłaniać nam tego, co jeszcze ważniejsze.


Stan wyższej konieczności

Może się zdarzyć, że człowiek w trudnej sytuacji dziejowej będzie musiał wybierać między honorem własnym a Ojczyzną. W takich okolicznościach wskazany jest wybór Ojczyzny, co wynika z samej istoty zjawiska zwanego stanem wyższej konieczności. Ze stanem tym mamy do czynienia, kiedy występuje bezpośrednie niebezpieczeństwo, które można uchylić w tylko jeden sposób - poprzez poświęcenie dobra o niższej wartości dla ratowania dobra o wyższej wartości. Niepodległość państwa zawsze stanowi rzecz o wyższej wartości. Jest po prostu cenniejsza od innych dóbr, niezależnie od ich rodzaju. Osobiste porachunki, miłość, przyjaźń, rodzina, sumienie, kaprysy, fobie i próżne marzenia - to wszystko jest prywatą, zawadzającą w kryzysowych momentach historycznych. Ojczyzna musi stać ponad pozostałymi sferami ludzkiej egzystencji. Nic nie jest ważniejsze od suwerenności kraju.


Zadanie i sens życia

Ktoś może powiedzieć, że zupełna niepodległość państwa jest niemożliwa, zwłaszcza we współczesnych, zglobalizowanych czasach. Może i tak, ale to nie zmienia faktu, iż trzeba do niej stale dążyć. Podejmowanie prób uzyskania lub utrzymania suwerenności to zadanie dla polityków, obowiązek, który muszą oni wypełniać, dopóki sprawują funkcje publiczne. Dla decydentów, zwłaszcza tych najwyższej rangi, Ojczyzna i Honor - Honor i Ojczyzna muszą być sensem życia, przyczyną oraz celem wszelkich działań.


Wierność Ojczyźnie

Rządzący muszą żyć tymi wartościami, oddychać nimi, żywić się i poić - codziennie, aż do dnia ustąpienia z urzędu. Nie mają prawa im się sprzeniewierzyć, na przykład poprzez podpisanie umowy przekazującej organizacji międzynarodowej część kompetencji władz państwowych. Politycy mają być wierni Ojczyźnie kosztem wszystkich innych wartości, nawet kosztem samych siebie. Na tym, do choroby ciężkiej, polega patriotyzm. Nie ma, że boli.


Natalia Julia Nowak,
4-5 lipca 2011 roku

sobota, 2 lipca 2011

Dwaj bracia w czasach Stalina

Przed laty, w czerwonej epoce,
Gdy słudzy Stalina rządzili,
Dwaj bracia, wyznawcy marksizmu,
W mym kraju działali i żyli.

Obydwaj - z tej samej rodziny,
Obydwaj - z narodu jednego.
Choć bliscy, nie mieli ci ludzie
Ze sobą zbyt wiele wspólnego.

Dwa różne nazwiska, imiona,
Dwie ścieżki życiowe, dwa cele.
Kroczyli innymi szlakami,
Po drodze czynili zaś wiele.

Ten starszy, jak lepsza połowa,
Miał w głowie tomiki, gazety.
Ten młodszy, jak gorsza połowa,
Nieszczęścia przynosił, niestety.

Ten starszy - chciał tworzyć, budować,
Nieść ludziom druk, słowo, oświatę.
Ten młodszy - chciał niszczyć, wyburzać,
Nieść śmierć i cierpienie, być katem.

Ten starszy zapraszał artystów.
Do czego? Tworzenia kultury!
Ten młodszy fałszywie oskarżał,
Mordował, prowadził tortury.

Ten starszy - dziennikarz, wydawca,
Atrament miał tylko na rękach.
Ten młodszy - miał krew, bo wykrwawiał
Niewinne ofiary na mękach.

Ten starszy nie zdobył matury,
Lecz umiał swój umysł rozwijać.
Ten młodszy, choć prawnik, adwokat,
Zwykł z prawem i prawdą się mijać.

Dwaj bracia działali i żyli
Przed laty, za czasów Stalina.
Ten młodszy był jak Balladyna,
Ten starszy zaś był jak Alina.

I tak, jak to było w dramacie,
Ten lepszy był wielkim przegranym.
I tak, jak napisał Słowacki,
Ten gorszy miał fart być wygranym.

Brat starszy gdzieś umarł, wygnany,
Brat młodszy - triumfy wciąż święcił.
W ten sposób, przez lata diabelskie,
Czerwony interes się kręcił.

Oj, kręcił się, kręcił interes,
Aż szlag trafił brata młodszego.
Lecz było już znacznie za późno...
Morału tu nie ma żadnego.


28 czerwca 2011 r.


P.S. Historia opowiedziana w utworze jest w całości oparta na faktach. Jeżeli kogoś zainteresowały dzieje dwóch braci, może odwiedzić strony:

http://pl.wikipedia.org/wiki/Jerzy_Borejsza

http://pl.wikipedia.org/wiki/J%C3%B3zef_R%C3%B3%C5%BCa%C5%84ski

http://bi.gazeta.pl/im/2/6848/z6848412X,Jerzy-Borejsza.jpg

http://grafik.rp.pl/grafika2/197738,204628,9.jpg