środa, 25 maja 2011

Within Temptation i zasada odwróconej piramidy

“Enter”, czyli “Wejście”, jest pierwszą płytą holenderskiego zespołu Within Temptation (pozwolę sobie wtrącić, że “Wejście” to idealna nazwa dla debiutanckiego krążka formacji muzycznej!). CD, opublikowane w 1997 roku przez firmę fonograficzną DSFA Records, a dziesięć lat później wznowione przez wytwórnię Season of Mist, liczy sobie osiem utworów, zaliczanych do gatunków gothic metal i doom metal.

“Enter” jest jedyną długogrającą płytą WT, na której pojawia się charakterystyczny growl, czyli warcząco-ryczący śpiew Roberta Westerholta (ów growl słychać jeszcze na EP-ce “The Dance”. EP-ka to rodzaj płyty z niewielką liczbą piosenek, którą można określić za pomocą wyrażenia “już nie singiel, ale jeszcze nie longplay”). Poza tym, CD zawiera obecny na wszystkich krążkach Within Temptation śpiew Sharon den Adel. A trzeba przyznać, iż Sharon posiada niezwykle piękny, wysoki, operowy głos oraz zdolności aktorskie, umożliwiające śpiewanie w sposób emocjonalny, dramatyczny, teatralny i przejmujący.

WT to jeden z moich ulubionych zespołów - słucham go od 14 roku życia i zdążyłam już poznać wszystkie jego płyty. Jako doświadczona słuchaczka Withinów, mogę powiedzieć, iż formacja ma za sobą wiele eksperymentów muzycznych: artyści interesowali się brzmieniami ciężkimi i lekkimi, depresyjnymi i pogodnymi, symfonicznymi i folkowymi, patetycznymi i skromnymi, spokojnymi i hałaśliwymi, klasycznymi i stylizowanymi na muzykę filmową. Chociaż lubię wszystkie krążki Within Temptation, dostrzegam pewną niepokojącą tendencję, a mianowicie to, że twórczość grupy jest - z płyty na płytę - coraz słabsza.

Withini stosują coś w rodzaju “zasady odwróconej piramidy”. Pojęcie “zasady odwróconej piramidy” pochodzi z prasoznawstwa i oznacza sztywne, ściśle określone zasady redagowania wiadomości prasowych. Informacje najbardziej wartościowe mają być na początku tekstu, średnio istotne w środku, a najmniej ważne na końcu. Podobne zjawisko da się zauważyć w muzyce zespołu Within Temptation: najpiękniejsze, najbardziej artystyczne CD zostało przezeń wydane na początku, później pojawiło się kilka słabszych krążków, a teraz twórczość grupy jest ewidentnie komercyjna i adresowana do szerokiego grona odbiorców.

Ponieważ tą pierwszą, najlepszą płytą WT jest “Enter”, postanowiłam polecić ją swoim Czytelnikom. Zapraszam do czytania opisów poszczególnych piosenek z omawianego CD. Jak już wspomniałam, owych piosenek jest osiem, a ich brzmienie posiada cechy gothic metalu i doom metalu.

“Restless” - utwór, którego klimat można określić mianem “umiarkowanego niepokoju”. Dzieło rozpoczyna się niespokojnymi i intrygującymi dźwiękami pianina, które przykuwają uwagę odbiorcy i wprowadzają go w odpowiedni nastrój. Dźwięki te odgrywają istotną rolę przez całą kompozycję. Bardzo ważny w utworze jest również wokal Sharon den Adel, która - tym swoim dźwięcznym, drżącym, operowym głosem - wyraża uczucia analogiczne do tych kreowanych przez muzykę.

Piosenka “Restless” posiada niezwykle poruszający refren, w którym śpiew Sharon przechodzi w chwytające za serce wycie (zaprawdę, uwielbiam sposób, w jaki ta kobieta śpiewa wyrazy “through” i “you”!). Prawdziwym popisem wokalnych i aktorskich zdolności den Adel jest też fragment ze słowami “Laj, laj, laj…”. Głos wokalistki WT brzmi wówczas niezwykle słodko, niewinnie i wzruszająco.

“Enter” - utwór bardzo odmienny od “Restless”. Rozpoczyna się on wyrazistymi odgłosami otwieranych drzwi, po których Robert Westerholt mówi “Welcome to my home”, czyli “Witaj w moim domu”. Chwilę później słychać ciężkie gitary, growlowy ryk Roberta oraz wysokie, symfoniczne, tajemnicze dźwięki instrumentu klawiszowego. W końcu Westerholt zaczyna melorecytować tekst piosenki, zaczynający się od słów “Bramy czasu zostały otwarte. Teraz ich łańcuchy są przerwane. Starożytna siła znów się wyzwoliła” (tłumaczenie własne).

Po fragmencie wykonywanym przez mężczyznę nadchodzi czas na fragment śpiewany przez kobietę. Sharon den Adel pięknie i wysoko wokalizuje samogłoskę “u”, po czym wykonuje dalszą część piosenki. Jak widać, w utworze “Enter” wokaliści śpiewają na przemian - raz słychać jego, a raz ją. Poza tym, w piosence nieustannie przeplatają się momenty głośniejsze z cichszymi. Naprzemiennie występują też fragmenty obdarzone wokalem i pozbawione ludzkiego głosu.

“Pearls of Light” - jedna z najpiękniejszych i najbardziej wzruszających piosenek, jakie znam. Jest ona tak śliczna, wypełniona słodyczą, delikatnością, czułością, smutkiem i bólem, że aż trudno ją opisać. Utwór rozpoczyna się cudnymi, wręcz bajecznymi dźwiękami stylizowanymi na muzykę celtycką, potem pojawia się nieprawdopodobnie wzruszający - przejęty i przejmujący - śpiew Sharon den Adel.

Kolejnym elementem, który występuje w dziele “Pearls of Light”, jest ciężka, ponura, depresyjna, ale absolutnie nie agresywna gitara elektryczna. Gdy wokalistka Sharon śpiewa refren (“Carried away by the truculence of my world…”), jej głos brzmi niesamowicie dramatycznie, chwilami upodabnia się do płaczu i wycia z rozpaczy. Dotyczy to szczególnie słów “where I” - dwóch jednosylabowych wyrazów, w których artystka potrafi zawrzeć mnóstwo silnych, wszechogarniających, udzielających się odbiorcy emocji.

Cała kompozycja “Pearls…” jest dramatyczna, jednak jej finał to już szczyt dramatyzmu. Królujące w nim instrumenty - gitara elektryczna, perkusja i keyboard - dosłownie rozdzierają człowiekowi serce. Tego nie da się opisać, to trzeba usłyszeć i przeżyć na własnej skórze. Gdyby ktoś mnie zapytał, czym jest katharsis, odpowiedziałabym, że właśnie tym uczuciem, które ogarnia ludzkie wnętrze pod koniec (słuchanej od początku) piosenki “Pearls of Light”.

“Deep Within” - utwór będący istnym antidotum na omawiane wcześniej “Pearls…”. O ile poprzednia kompozycja była delikatna, słodka, kobieca i łzawa, o tyle ta jest ostra, mroczna, męska i groźna. Jak nietrudno odgadnąć, w całości wykonuje ją Robert Westerholt, właściciel strasznego, niemalże “wilkołaczego” growlu. W piosence “Deep Within”, oprócz warcząco-ryczącego wokalu Roberta, bardzo ważna jest ponura, jak gdyby “brzęcząca” gitara elektryczna. Niewykluczone, że gra na niej sam Westerholt, bowiem jest on nie tylko wokalistą, ale także gitarzystą.

“Gatekeeper” - pieśń niezwykle epicka, której dźwięki i słowa wydają się opowiadać pewną historię, skądinąd tragiczną i mrożącą krew w żyłach. Na początku utworu słychać tajemnicze, wysokie i niskie dźwięki, uzupełnione przez złowróżbne pohukiwanie sowy. To pohukiwanie powoduje, że odbiorca wyobraża sobie noc i otwartą przestrzeń, czyli elementy świata przedstawionego w opowieści. W dalszej części dzieła słychać patetyczne, acz pozbawione radości dźwięki instrumentu klawiszowego.

Następnie mamy fragment keyboardowo-perkusyjno-gitarowy i keyboardowo-perkusyjny, oba przepełnione strachem i rozpaczą. W końcu muzyka staje się ilustracyjna: jej brzmienie imituje odgłosy bicia albo siekania mieczem. Robert Westerholt zaczyna melorecytować tekst, w którym podmiot liryczny mówi o nadejściu jakichś złych, żądnych krwi ludzi, którzy “przyszli, by zabrać nasze życia” (tłum. własne).

Niedługo potem odzywa się Sharon den Adel, śpiewająca już w czasie przeszłym: “Jeden po drugim umarli. Masakra, która zajęła całą noc. Nie mieli szans, nie było walki. Nie możesz zabić tego, co zostało zabite już wcześniej. Umarli” (tłum. własne). Wokalistka, a raczej grana przez nią postać, zaczyna straszliwie i niepohamowanie wyć z rozpaczy, natomiast Robert melorecytuje zakończenie opowieści. Później następuje muzyczny finał i pieśń dobiega końca. Muszę przyznać, iż “Gatekeeper” kojarzy mi się ze zbrodniami OUN-UPA popełnianymi na Polakach w czasie drugiej wojny światowej.

“Grace” - kompozycja bardzo ostra, przepełniona skrajnymi emocjami, takimi jak strach, desperacja, gniew i żal do drugiego człowieka. O ile utwór poprzedni opowiadał o ludziach zabitych podczas rzezi, o tyle ten ukazuje tragedię osób przebywających w niewoli. Tekst piosenki prawdopodobnie mówi o torturach. Sharon śpiewa bowiem: “Zimne są kości twoich żołnierzy, tęskniących za domem, ich małym rajem. Nie czuję wybawienia z ich strony. (…) Poczuj te ręce, ucisk, zimno, drżenie. Czy słyszysz te słowa? Czy czujesz rany? Nigdy ci nie pomogę. Zimne są twoje dusze. Czuję urazę. Oni czują się zdradzeni, nienawidzą zimna. Nie czuję wybawienia z ich strony” (tłum. własne).

Kiedy ta piosenka, wyrażająca bezskuteczne błaganie o łaskę, dobiega końca, słuchacz czuje się kompletnie “zdemotywowany”. Tym bardziej, że ostatnie słowa śpiewane przez wokalistkę brzmią niezwykle żałośnie i boleśnie. Zwłaszcza jej końcowe “through”, przypominające skowyt bólu i rozpaczy. Cała pieśń “Grace” kojarzy mi się ze sceną z trzeciej części “Dziadów” Adama Mickiewicza, w której Rollisonowa rozmawia z Senatorem.

“Blooded” - utwór instrumentalny, podobny do “Gatekeeper”. To, co w nim ciekawe, to dźwięki naśladujące tętent końskich kopyt. Reszty nie warto opisywać, gdyż większość rozwiązań zaproponowanych w “Blooded” to powtórka z opisanej kilka akapitów wcześniej piosenki o masakrze. Szkoda, że kompozycja w ogóle nie zawiera słów. Sądzę, iż znacznie podniosłyby one jej wartość artystyczną.

“Candles” - najspokojniejszy utwór z całej płyty, przy którym można odpocząć po wrażeniach wywołanych przez wcześniejsze kompozycje. Dzieło pt. “Candles” rozpoczyna się szumem i świstem wiatru, po którym rozlega się delikatna, odrobinę celtycka muzyka. Ten spokojny, relaksacyjny wstęp trwa dosyć długo, więc można zamknąć oczy i się w niego wsłuchać. Jeśli chodzi o wokal Sharon den Adel, to dochodzi on jakby z daleka - nie jest tak wyeksponowany jak w pozostałych kawałkach z płyty “Enter”.

Mniej więcej po 2 minutach i 20 sekundach odzywa się pianino, a 20 sekund później - ciężka gitara, która dodaje utworowi dramatyzmu. Sharon dość niespokojnie wokalizuje kilka samogłosek, a potem śpiewa na przemian z Robertem Westerholtem. Kompozycja, a co za tym idzie: całe CD kończy się wyraziście i definitywnie.

Mam nadzieję, że mój tekst zachęci Czytelników do zapoznania się z pierwszą płytą holenderskiej formacji Within Temptation. A jeśli Czytelnicy już ją znają, to ufam, iż moje opisy przypadną im do gustu. Longplay “Enter” i EP-ka “The Dance” to jedyne wydawnictwa WT, które zawierają tak głębokie i niekomercyjne piosenki. Na następnych krążkach, poczynając od “Mother Earth”, muzyka zespołu będzie brzmiała coraz bardziej “popowo”. Jak już napisałam, ta negatywna tendencja, dręcząca grupę Within Temptation, przypomina znaną z prasoznawstwa “zasadę odwróconej piramidy”.


Natalia Julia Nowak,
24-25 maja 2011 roku

niedziela, 22 maja 2011

Einsamkeit. Płyta o bólu i samotności

“Einsamkeit” („Samotność”) - taki tytuł nosi druga płyta Lacrimosy, szwajcarskiego duetu, który wówczas, w roku 1992, stanowił jednoosobowe przedsięwzięcie muzyczne. Krążek „Einsamkeit” jest następcą niezwykle ponurego, przepełnionego strachem i przygnębieniem CD „Angst” oraz poprzednikiem mrocznego, epatującego szaleństwem i pożądaniem CD „Satura”. Płyta została wydana przez wytwórnię Hall of Sermon, skądinąd należącą do samego Tilo Wolffa.

Kiedy Tilo, pochodzący z Niemiec mieszkaniec Szwajcarii, pracował nad swoim drugim krążkiem, miał tyle samo lat co ja, czyli 20. To właśnie powoduje, że słuchając piosenek z krążka „Einsamkeit” odnoszę się do śpiewającego młodzieńca jak do wyjątkowo uzdolnionego rówieśnika. Choć, oczywiście, jest to pewne uproszczenie. Jak już napisałam, CD „Einsamkeit” pochodzi z roku 1992, a ja, kobieta z rocznika 1991, miałam wtedy roczek.

W niniejszym tekście chciałabym opisać wszystkie piosenki z omawianej płyty Lacrimosy. Jest ich sześć, a każda z nich należy do gatunku muzycznego zwanego dark wave - ciemna fala. Oto tytuły poszczególnych utworów: „Tränen der Sehnsucht” („Łzy tęsknoty”), „Reissende Blicke” („Szarpiące spojrzenia”), „Einsamkeit” („Samotność”), „Diener eines Geistes” („Sługa jednego ducha”), „Loblied auf die Zweisamkeit” („Pieśń pochwalna o samotności we dwoje”), „Bresso” („Próba”). Tłumaczenia owych tytułów pochodzą ze strony Stille.prv.pl.

„Tränen der Sehnsucht” - utwór częściowo stylizowany na muzykę poważną, albowiem rozpoczynający się długą, rozbudowaną partią instrumentalną graną na fortepianie. Po niej pojawia się element charakterystyczny dla gatunku dark wave - ponury podkład muzyczny i takiż śpiew młodego Tilo. „Tränen der Sehnsucht” posiada również żywy, ironicznie wesoły refren, ciekawy fragment grany na gitarze elektrycznej oraz moment z uroczystymi, jakby kościelnymi organami. Najważniejsze w utworze są jednak partie fortepianowe, prezentujące kompozytorskie uzdolnienia 20-letniego Wolffa.

„Reissende Blicke” - kompozycja nawiązująca do poprzedniej płyty Lacrimosy, „Angst”, a właściwie do kompozycji pt. „Seele In Not”. Podobnie jak w „Seele…”, słyszymy tutaj coś na kształt rozdzierających, potrząsających słuchaczem krzyków dziecka. Sam utwór jest tak poruszający, wypełniony tragizmem, cierpieniem, uczuciem strachu i osaczenia, że trudno nie „zarazić” się od niego tego typu wrażeniami. „Reissende Blicke” to jeden z moich ulubionych utworów, i to nie tylko ze względu na muzykę, ale także ze względu na słowa.

Bohaterem dzieła jest młody człowiek, który „siedzi w kinie swojego życia”. Chociaż w owym kinie ma być wyświetlany film o jego egzystencji, dla niego samego brakuje miejsca („Wszystkie miejsca są zajęte. Sam spoczywam na dostawionym krzesełku. Przyszło zbyt wielu widzów”). Kiedy biograficzna produkcja się rozpoczyna, podmiot liryczny cierpi, oglądając na nowo swoją przeszłość, natomiast inni widzowie „pękają ze śmiechu”. Bohater odczuwa wstyd, ma ochotę - mówiąc kolokwialnie - zapaść się pod ziemię. Odzyskuje pogodę ducha dopiero wtedy, gdy na ekranie pojawia się jego śmierć. [Opracowanie na podstawie tłumaczenia Tomasza Beksińskiego]

„Einsamkeit” - utwór najsłabszy z całej płyty. A szkoda, bo - sądząc po tytule tożsamym z nazwą CD - jest on najważniejszy ze wszystkich sześciu dzieł. „Einsamkeit” opiera się na kontraście i grotesce: najpierw słyszymy pseudoradosną, cyrkową melodyjkę (przypominającą popularne „Entry of the Gladiators”!), następnie smutny śpiew T. Wolffa, a potem ten sam motyw co na początku.

Jeśli chodzi o warstwę słowną, utwór mówi o samotności. O tym, że jest ona smutna i śmieszna jednocześnie. Ot, groteskowa. Chociaż kompozycja „Einsamkeit” nie należy do udanych, ratuje ją jedna rzecz: to, iż wskazuje ona kierunek interpretacji lacrimosowego godła (TragiKomicznego, białego arlekina na czarnym tle). Szkoda, że ten oparty na interesującym pomyśle utwór jest taki niedopracowany. Tilo powinien był poświęcić mu więcej czasu.

„Diener eines Geistes” - utwór zbliżający się, pod względem muzycznym, do lekkiego, gotyckiego rocka. Osobom dobrze znającym twórczość Lacrimosy może on przypominać dwie kompozycje z roku 1993: „Alles Lüge” oraz „Erinnerung”. Ciekawym zabiegiem zastosowanym w utworze jest wykorzystanie dźwięków jak gdyby „z życia wziętych”, a mianowicie odgłosów toastu i śmiechów tudzież wypowiedzi bawiącego się towarzystwa.

Co do tekstu, piosenka „Diener eines Geistes” opowiada o skrzywdzonym mężczyźnie, który pragnie - w bardzo niekonwencjonalny sposób - zemścić się na swojej byłej („Krzyczę w Twojej głowie. Roztrzaskuję Ci czaszkę od środka. Poczuj swój ból. Poczuj swą nienawiść. Pokaż mi swe rany. Sprawię, że zaczną ponownie krwawić” - tłum. Tekstowo.pl). W utworze ważną rolę odgrywają charakterystyczne, obłąkańcze, skrzeczące krzyki Tilo Wolffa.

„Loblied auf die Zweisamkeit” - kompozycja nadzwyczajnie piękna, nadzwyczajnie głęboka i nadzwyczajnie mroczna. Rozpoczyna się ona bardzo wysokimi, metafizycznymi, rozchodzącymi się w przestrzeni dźwiękami, przywodzącymi na myśl połączenie dzwoneczków feng shui z odgłosami tłuczonego szkła. Koneserzy tego typu muzyki mogą kojarzyć te dźwięki z niektórymi utworami amerykańskiego duetu The Switchblade Symphony („Bad Trash”, „Gutter Glitter”).

Kolejnym efektem, który słyszymy w „Loblied auf die Zweisamkeit” , jest niezwykle ponura, niska i pulsująca muzyka wygenerowana przez komputer bądź keyboard. Muzyka ta trochę przypomina przerobione organy. Następnie do naszych uszu docierają charakterystyczne szmery, kojarzące się nieco z szumem morza. Cała kompozycja „Loblied auf die Zweisamkeit” stanowi trafną i wyczerpującą definicję pojęcia „dark wave” - „ciemna fala”. Warto dodać, że w utworze pojawiają się również efekty specjalne, takie jak egzotyczne, plemienne, prawdopodobnie magiczne śpiewy.

„Bresso” - ostatnia kompozycja z płyty „Einsamkeit”, doskonale korespondująca z pierwszą, albowiem oparta na dźwiękach fortepianu i imitująca muzykę poważną. Utwór jest bardzo melancholijny, a wokal Tilo Wolffa teatralny, gdyż 20-letni artysta śpiewa w taki sposób, jakby recytował wiersz na scenie. Nie da się ukryć, iż w „Bresso” występuje pewne podobieństwo do poezji śpiewanej.

Ważnym elementem dzieła jest fragment, w którym Wolff dosłownie łka, szlocha, wzdycha i krzyczy z rozpaczy. W tle słychać wówczas nie tylko fortepian, ale także chwytające za serce dźwięki skrzypiec. Warto wspomnieć, że w serwisie YouTube.com, na profilu Romadera, znajduje się pomysłowy, świetnie zrealizowany i stojący na wysokim poziomie artystycznym video clip „Lacrimosa - Bresso” (twór fanów zespołu). Warto go obejrzeć, tym bardziej, iż wykorzystuje on symbolikę charakterystyczną dla Lacrimosy.

Moim zdaniem, druga płyta Tilo Wolffa jest bardzo dobra, aczkolwiek nie rewelacyjna. Oprócz genialnych kawałków, takich jak „Loblied auf die Zweisamkeit” czy „Reissende Blicke”, zawiera ona nieudane „Einsamkeit”. Mimo to, pragnę ją polecić wszystkim ludziom, którzy lubią tego typu klimaty muzyczne. Powinny ją poznać zwłaszcza osoby lubujące się w nowych, jakże odmiennych od starych utworach Lacrimosy.


Natalia Julia Nowak,
22 maja 2011 roku

wtorek, 17 maja 2011

Satura. Płyta z pomysłem i drugim dnem

“Satura” - “Nasycenie” jest trzecim (po “Angst” i “Einsamkeit”) studyjnym albumem szwajcarskiej grupy Lacrimosa. A właściwie, to nie grupy, tylko samego Tilo Wolffa, bo w tamtych czasach, czyli w roku 1993, Lacrimosa była jednoosobowym przedsięwzięciem artystycznym. “Satura”, podobnie jak dwa poprzednie krążki, liczy sobie sześć długich utworów muzycznych. Utwory te należą do gatunku dark wave, aczkolwiek czasem upodabniają się brzmieniowo do gotyckiego rocka.

Omawiane CD jest ostatnim, na którym Tilo Wolff występuje jako solista - następne płyty, w tym singiel “Schakal”, będą już zawierały głos pochodzącej z Finlandii Anne Nurmi. Przyjrzyjmy się wszystkim sześciu piosenkom z płyty “Satura”. Sprawdźmy, co oferuje nam Szwajcar niemieckiego pochodzenia, nazywany przez wielu znawców “geniuszem muzycznym”. Przekonajmy się, dlaczego warto słuchać Lacrimosy, legendy szeroko pojętego gotyku.

“Satura” - najważniejszy utwór z całej płyty. Rozpoczyna się on dosyć uroczystymi dźwiękami pianina, do których potem dołącza instrument smyczkowy - trochę smętny, a trochę sentymentalny. Następnie ten klawiszowo-smyczkowy duet zostaje uzupełniony przez automat perkusyjny, warczącą gitarę elektryczną i odrobinę intrygujące kościelne dzwony. W końcu pojawia się głos Tilo Wolffa, który jest taki, jak grająca w tle muzyka: częściowo smętny, a częściowo sentymentalny. Jednak w utworze, oprócz smętku i sentymentalności, da się również wyczuć czułość i namiętność.

To zrozumiałe, jako że “Satura” oznacza “Nasycenie”, a w tekście utworu padają deklaracje typu “Wreszcie poczułem pożądanie życia. Chcę Cię poczuć - dotknąć Cię. Ale boję się tego. Boję się. Zamykam oczy. Widzę zmierzch mej duszy, poszukującej Ciebie. Dotykam tylko bólu, który jest we mnie. Samotni w tych salach. Tylko Ty i ja” (źródło: Tekstowo.pl). Moim zdaniem, skomponowana przez Wolffa muzyka doskonale pasuje do poruszanej przez niego tematyki. Dźwięki „Satury”, podobnie jak pozostałych dzieł Lacrimosy, ułatwiają zrozumienie podmiotu lirycznego i wczucie się w jego sytuację.

„Errinerung” („Wspomnienie”) - utwór zupełnie inny nie tylko od „Satury”, ale również od większości piosenek, jakie słyszałam w całym swoim życiu. „Piosenek” - ponieważ „Errinerung”, w odróżnieniu od pozostałych kompozycji z omawianej płyty, posiada podział na zwrotki oraz refreny. Utwór „Wspomnienie” rozpoczyna się dziwnymi, jakby pulsującymi śmiechami, stęknięciami i piskami dzieci, potem rozbrzmiewa lekka, niby pogodna, a w rzeczywistości niepokojąca rockowa muzyka. Jeśli chodzi o Tilo Wolffa, podczas śpiewu często używa on swojego charakterystycznego, przysparzającego o ciarki skrzeku. Czasem zdarzają mu się pojedyncze skrzeki, innym razem artysta obłąkańczo krzyczy skrzeczącym głosem.

Cała piosenka „Errinerung” jest groteskowa, albowiem zawiera elementy straszne i śmieszne. Myślę, że można ją określić za pomocą angielskiego wyrazu „creepy”, dla którego, niestety, nie ma odpowiednika w języku polskim. Jeśli chodzi o warstwę słowną, piosenka opowiada o jakimś przykrym wspomnieniu, od którego podmiot liryczny nie może się uwolnić. Nie wiem, czy to poprawna interpretacja, ale tekst „Errinerung” - w połączeniu z dziwnymi odgłosami dzieci - sprawia wrażenie, jakby mówił o człowieku molestowanym w dzieciństwie.

Czy utwór zespołu Lacrimosa rzeczywiście opowiada o byłej ofierze pedofila? Trudno powiedzieć. Trzymajmy się tezy, według której każdy odbiorca może mieć własną, nawet dziwaczną interpretację dzieła. Mnie „Errinerung” skłania do takich refleksji, a kogoś innego może skłaniać do zupełnie innych. Cóż w tym złego, iż odbiorca dostrzega w sztuce to, co chce dostrzegać?

„Crucifixio” („Ukrzyżowanie”) - pieśń bardzo prowokacyjna, bo nawiązująca do Pisma Świętego i mieszająca sferę sacrum ze sferą profanum. Pierwszym efektem, który słyszymy w utworze, jest mroczne i niepokojące bicie kościelnych dzwonów. Następnie do naszych uszu docierają bardzo wysokie, a jednocześnie smutne dźwięki wygenerowane przez komputer/keyboard i… odgłosy wbijania gwoździ. W końcu Tilo Wolff zaczyna śpiewać o swoich perwersyjnych potrzebach seksualnych, a ściślej o tym, że chce być kochanym, wisząc na „krzyżu miłości”.

Pieśń kończy się mniej więcej tak, jak się zaczyna - wysokimi, acz ponurymi dźwiękami wzbogaconymi o kościelne dzwony i odgłosy wbijania gwoździ. Moim zdaniem, „Crucifixio” jest - pod względem muzycznym - najsłabszym utworem z płyty „Satura”. Natomiast pod względem treściowym jest mało oryginalne, ponieważ połączenie symboli religijnych z ludzką seksualnością pojawia się w piosenkach i teledyskach bardzo często (we współczesnych czasach stosuje ten zabieg m.in. Lady Gaga).

„Versuchung” („Pokusa”) - jeden z moich ulubionych utworów muzycznych. Kompozycja, podobnie jak omawiane wcześniej „Crucifixio”, rozpoczyna się od bicia kościelnych dzwonów. Potem słychać ponurą, rytmiczną muzykę, przez którą przebija pełne niepokoju i niecierpliwości oczekiwanie, a także wzmagające się podniecenie.

Utwór wraz z upływem czasu staje się coraz bardziej niespokojny, aż w końcu zaczyna brzmieć szaleńczo - Tilo Wolff szybko i obłąkańczo krzyczy tym swoim skrzeczącym, schizofrenicznym głosem. Kiedy punkt kulminacyjny dobiega końca, napięcie tworzone przez muzykę zaczyna opadać. O ile wcześniej stopniowo się zwiększało, o tyle teraz dosyć szybko się zmniejsza.

Podobnie jak w „Saturze”, w „Versuchung” warstwa muzyczna jest adekwatna do warstwy słownej. Tekst utworu mówi bowiem o mężczyźnie, który, wbrew własnej woli, jest bardzo podniecony seksualnie i cierpi z tego powodu („Wolę umrzeć niż przeżyć te cierpienia raz jeszcze” - tłum. Tekstowo.pl). Podmiot liryczny, będąc w takim stanie, całkowicie traci rozum, przestaje nad sobą panować, a kobietę, która doprowadziła go do szaleństwa, nazywa „przeciwnikiem”.

Mężczyzna źle się czuje, będąc tak podnieconym, tym bardziej, iż nie może zaspokoić swoich cielesnych pragnień. Tekst „Versuchung” kończy się powtórzeniem początkowego stwierdzenia: „Wolę umrzeć niż przeżyć te cierpienia raz jeszcze”. Dzieło posiada więc kompozycję klamrową.

„Das Schweigen” („Cisza”) - utwór różniący się od pozostałych zarówno pod względem muzycznym, jak i treściowym. Rozpoczyna się on mrocznymi, bardzo ponurymi dźwiękami, do których wkrótce przyłącza się pianino (przez całą kompozycję odgrywa ono niezwykle ważną rolę). „Das Schweigen” stanowi melancholijną balladę, której warstwa słowna porusza problem nienawiści i podziałów między ludźmi.

Z owej warstwy słownej wyłania się obraz wojny - podmiot liryczny śpiewa o „zniszczeniu w każdym miejscu”, „pęknięciu, które dzieli rasy niczym galaktyki”, „ulicach śmierdzących krwią” i „ustach błagających o litość” (źródło: Tekstowo.pl). Utwór kończy się bardzo ładną, słodką i wzruszającą melodyjką, w której - moim zdaniem - znajduje się odrobina nadziei i pogody ducha.

„Flamme im Wind” („Płomień na wietrze”) - kolejne dzieło Lacrimosy, które bardzo lubię. Utwór „Flamme im Wind” jest niezwykle głęboki i metafizyczny, więc jeśli ktoś zamknie oczy i się w niego wsłucha, to może doznać uczucia zanurzenia się w muzyce. Jeśli chodzi o mnie, uwielbiam zarówno te wysokie, tajemnicze dźwięki, przenoszące mnie do „innego wymiaru”, jak i fragmenty bardziej rockowe, gitarowe. Podoba mi się również sposób śpiewania Tilo Wolffa, jego przejęty i niekiedy drżący głos.

Ten, kto dobrze zna twórczość Lacrimosy, wie, iż pod względem muzycznym „Flamme im Wind” stanowi zapowiedź kolejnych wydawnictw tej formacji: singla „Schakal” i albumu „Inferno”. Jeśli chodzi o słowa, omawiane dzieło mówi o nadziei. O tym, że „marzenie nigdy się nie kończy” i „wciąż jest na co czekać” (źródło: Tekstowo.pl).

Jak widać, utwory z płyty „Satura” Lacrimosy stanowią pewną całość. O ile tematem przewodnim płyty „Angst” był strach, a „Einsamkeit” - samotność, o tyle problematyka „Satury” obraca się głównie wokół ludzkiej seksualności. Na to, jaki jest charakter płyty „Satura”, wskazuje jej okładka, przedstawiająca wnętrze świątyni, w której miejsce krzyża zajmuje ogromna postać nagiej kobiety. Okładka ta wyraża bardzo prostą ideę: oddawanie boskiej czci ukochanej osobie, a właściwie jej ciału. Możemy powiedzieć, iż trzeci krążek Lacrimosy jest tzw. concept albumem, ponieważ opiera się na określonym i konsekwentnie realizowanym pomyśle artystycznym.

Okres największej fascynacji twórczością Lacrimosy przeżywałam w gimnazjum. Teraz, kiedy jestem studentką, odkrywam ten zespół po raz drugi. Przepadam zarówno za starymi utworami Tilo Wolffa, takimi jak te z płyty „Satura”, jak i za nowymi, nagranymi w ostatnich latach. Jeśli chodzi o Anne Nurmi, lubię ją nieco mniej niż Tilo (i nie jestem w tym odosobniona. Większość słuchaczy Lacrimosy preferuje Wolffa). Ale Lacrimosa nie jest jedynym zespołem, który odegrał w moim życiu dużą rolę. Jest jeszcze kilka innych formacji, które mają dla mnie ogromne znaczenie.


Natalia Julia Nowak,
17 maja 2011 roku

poniedziałek, 9 maja 2011

Stany Zjednoczone Europy. Analiza Traktatu Lizbońskiego

Czym są “przestępstwa przeciwko interesom finansowym Unii“? Dlaczego UE posiada “wyłączną kompetencję do zawierania umów międzynarodowych“? Na czym ma polegać “trwały rozwój Ziemi“, a na czym “zwalczanie wszelkiej dyskryminacji ze względu na orientację seksualną”? Co należy rozumieć poprzez “formy przestępczości naruszające wspólny interes objęty polityką Unii”? Po co kraje członkowskie “oddają do dyspozycji Unii swoje zdolności cywilne i wojskowe”? Te i wiele innych pytań to konsekwencje obcowania z Traktatem Lizbońskim - najwyższym aktem prawnym UE.

W niniejszym artykule nie będę analizować całego Traktatu z Lizbony, ponieważ jest to dokument bardzo obszerny i - nie łudźmy się - nudny. Jednak w natłoku nieciekawych, suchych i pozbawionych walorów estetycznych przepisów można czasem znaleźć “smaczki”, które potrafią człowieka zaskoczyć, a nawet przerazić. Zapraszam do lektury wybranych fragmentów kontrowersyjnego aktu prawnego, który, według mnie i wielu innych narodowców, pozbawił Polskę niepodległości.

Zastanówmy się, co z tych fragmentów wynika i czym - w kontekście założeń Traktatu Lizbońskiego - jest Unia Europejska. Moim zdaniem, ów dokument to dowód na to, iż UE nie jest konfederacją, tylko federacją. Spełnieniem marzeń ludzi, którzy w latach pięćdziesiątych XX wieku marzyli o utworzeniu Stanów Zjednoczonych Europy - alternatywy i konkurencji dla USA. Czytając i analizując fragmenty TL, nie zapominajmy o przerażonej twarzy Lecha Kaczyńskiego, którą uwieczniono w nagraniu z 10 października 2009 roku (“Podpisanie Traktatu Lizbońskiego” - YouTube.com). Pamiętajmy też, że “niniejszy Traktat zawiera się na czas nieograniczony”.

Oto cytaty z Traktatu Lizbońskiego opatrzone moimi komentarzami:

“Unia opiera się na wartościach poszanowania godności osoby ludzkiej, wolności, demokracji, równości, państwa prawnego, jak również poszanowania praw człowieka, w tym praw osób należących do mniejszości. Wartości te są wspólne Państwom Członkowskim w społeczeństwie opartym na pluralizmie, niedyskryminacji, tolerancji, sprawiedliwości, solidarności oraz na równości kobiet i mężczyzn”

Fragment, który właśnie zacytowałam, to zbiór mało oryginalnych i niewiele mówiących ogólników, jakimi bardzo często wycierają sobie gardło politycy z różnych państw. O wolności, godności ludzkiej, prawach człowieka i wartościach demokratycznych mówią wszyscy - Barack Obama, Donald Tusk, Aleksander Łukaszenka i konstytucja Korei Północnej. Zaprezentowany cytat kończy się nudną i oklepaną deklaracją, mówiącą o równym statusie kobiet i mężczyzn. Jest to iście demagogiczne mydlenie oczu, ponieważ inne fragmenty Traktatu Lizbońskiego wskazują na wyraźną faworyzację kobiet kosztem mężczyzn:

“Powyższe dziedziny przestępczości są następujące: terroryzm, handel ludźmi oraz seksualne wykorzystywanie kobiet i dzieci, nielegalny handel narkotykami, nielegalny handel bronią, pranie pieniędzy, korupcja, fałszowanie środków płatniczych, przestępczość komputerowa i przestępczość zorganizowana”

“Zwalczanie handlu ludźmi, w szczególności kobietami i dziećmi”


Sformułowanie “seksualne wykorzystywanie kobiet i dzieci” jest tak jednoznaczne, że można z niego wywnioskować, iż mężczyzna będący ofiarą takiego wykorzystywania nie ma co liczyć na pomoc ze strony Unii. Ba! Po przeczytaniu powyższego cytatu można się zastanawiać, czy krzywdzenie osób płci męskiej w ogóle jest przestępstwem - wszak nie ma o nim mowy w spisie czynów zabronionych! Mamy wyraźnie napisane, że seksualne wykorzystywanie kobiet i dzieci jest złe. Nigdzie jednak nie ma mowy o tym, iż seksualne wykorzystywanie mężczyzn też jest niewłaściwe.

Dyskryminacja? Pewnie, że tak! Znacznie przychylniejszy dla facetów jest cytat drugi, w którym padają słowa “w szczególności kobietami i dziećmi”. To sformułowanie nikogo nie wyklucza, ale wskazuje na wyraźną faworyzację kobiet i dzieci. Niech nikt nie mówi, że w Unii Europejskiej istnieje zjawisko równości wobec prawa. Bo, niestety, jest ono iluzją.

“Unia zapewnia spójność swoich poszczególnych polityk i działań, uwzględniając wszystkie swoje cele i zgodnie z zasadą przyznania kompetencji”

Spójność? Przed chwilą wykazałam, iż żadnej spójności nie ma!

“Przy określaniu i realizacji swoich polityk i działań Unia dąży do zwalczania wszelkiej dyskryminacji ze względu na płeć, rasę lub pochodzenie etniczne, religię lub światopogląd, niepełnosprawność, wiek lub orientację seksualną”

O dyskryminacji ze względu na płeć już sobie powiedzieliśmy. Ciekawi mnie jednak opisane w powyższym fragmencie “zwalczanie wszelkiej dyskryminacji ze względu na orientację seksualną”. Czy te słowa odnoszą się również do “dyskryminacji” w Urzędach Stanu Cywilnego i przy oddawaniu dzieci do adopcji?

“W stosunkach zewnętrznych Unia umacnia i propaguje swoje wartości i interesy oraz wnosi wkład w ochronę swoich obywateli. Przyczynia się do pokoju, bezpieczeństwa, trwałego rozwoju Ziemi, do solidarności i wzajemnego szacunku między narodami, do swobodnego i uczciwego handlu, do wyeliminowania ubóstwa oraz do ochrony praw człowieka, w szczególności praw dziecka, a także do ścisłego przestrzegania i rozwoju prawa międzynarodowego, w szczególności zasad Karty Narodów Zjednoczonych”

Co to jest “trwały rozwój Ziemi”? Wiem, na czym polega rozwój nauki, techniki, kultury i sztuki, ale o “rozwoju Ziemi” nigdy wcześniej nie słyszałam. Jak można rozwijać planetę? A może pod pojęciem “Ziemia” kryje się natura, przyroda? Jeśli tak, to należy zadać pytanie: czy “rozwój Ziemi” to wspieranie GMO - Genetycznie Modyfikowanych Organizmów? Kochani Czytelnicy, poczytajcie sobie o Codex Alimentarius i ciemnej stronie firmy Monsanto (Stopcodex.pl, Zbrodniarze.com)! Zastanówcie się także, jak się ma deklarowana przez UE “ochrona praw dziecka” do aktywnego wspierania ruchu aborcyjnego (http://www.uniaeuropejska.org/unia/index.php?option=com_content&view=article&id=564:kontrowersyjne-stanowisko-parlamentu-europejskiego-w-sprawie-aborcji&catid=49:polityka&Itemid=65).

“Celem wzmocnionej współpracy jest sprzyjanie realizacji celów Unii, ochrona jej interesów oraz wzmocnienie procesu jej integracji. Współpraca taka otwarta jest dla wszystkich Państw Członkowskich w dowolnym czasie, zgodnie z artykułem 280c Traktatu o funkcjonowaniu Unii Europejskiej”

Powyższy cytat mówi o przewidzianej w Traktacie Lizbońskim możliwości politycznej, zwanej “wzmocnioną współpracą”. Ta “wzmocniona współpraca” teoretycznie nie jest obowiązkowa, ale - jak się zaraz okaże - rezygnacja z niej ciągnie za sobą bardzo poważne skutki prawne:

“W obradach Rady mogą uczestniczyć wszystkie Państwa Członkowskie, jednak w głosowaniu biorą udział tylko członkowie Rady reprezentujący Państwa Członkowskie uczestniczące we wzmocnionej współpracy. Zasady głosowania przewidziane są w artykule 280e Traktatu o funkcjonowaniu Unii Europejskiej”

Widać gołym okiem, że równości nie ma nie tylko w świecie szarych obywateli, ale także w centralnych instytucjach Unii Europejskiej. Ech, gdzie się podziały piękne przemówienia o równości i braterstwie państw wchodzących w skład UE?! Równość i braterstwo były we Wspólnotach Europejskich, jednak Traktat Lizboński te Wspólnoty unicestwił:

“Skreśla się ustęp 1 i odpowiednio zmienia się oznaczenie kolejnych ustępów; w całym artykule wyrazy Wspólnot Europejskich zastępuje się wyrazem Unii”

Niestety, jest to tylko wierzchołek góry lodowej zwanej brukselskim uciskiem. W Unii Europejskiej żaden naród nie może się czuć wolny, gdyż na każde państwo nałożono szereg dotkliwych ograniczeń. Tutaj nie można myśleć o zaspokajaniu własnych, narodowych potrzeb - trzeba być gotowym na liczne wyrzeczenia i zaakceptować wyższość interesów unijnych nad własnymi. Jeśli interesy UE są sprzeczne z ojczystymi, to trzeba po prostu zacisnąć zęby i pogodzić się z losem. W Unii żaden kraj nie jest suwerennym państwem, tylko wasalem czegoś, co stoi ponad nim:

“Państwa Członkowskie podejmują wszelkie środki ogólne lub szczególne właściwe dla zapewnienia wykonania zobowiązań wynikających z Traktatów lub aktów instytucji Unii. Państwa Członkowskie ułatwiają wypełnianie przez Unię jej zadań i powstrzymują się od podejmowania wszelkich środków, które mogłyby zagrażać urzeczywistnieniu celów Unii”

“Jeżeli w ramach procedury, o której mowa w ustępie 3, zostanie stwierdzone, że polityki gospodarcze Państwa Członkowskiego nie są zgodne z ogólnymi kierunkami, o których mowa w ustępie 2, lub zagrażają prawidłowemu funkcjonowaniu unii gospodarczej i walutowej, Komisja może skierować do danego Państwa Członkowskiego ostrzeżenie. Rada, na zalecenie Komisji, może kierować do danego Państwa Członkowskiego niezbędne zalecenia”

“Państwa Członkowskie przyjmują wszelkie środki prawa krajowego niezbędne do wprowadzenia w życie prawnie wiążących aktów Unii”


Bruksela nie tylko obciąża państwa przykrymi obowiązkami i żąda pokornego wykonywania poleceń, ale również rości sobie prawo do decydowania, co wolno, a czego nie. Jeśli jakiś kraj członkowski chce coś zrobić, to musi zapytać o zgodę Unię Europejską. To, czy UE pójdzie mu na rękę, zależy wyłącznie od jej kaprysu. Myślę, iż można to porównać do sytuacji osoby niepełnoletniej, która - pragnąc coś przedsięwziąć - musi poprosić rodziców o zgodę:

“Przed podjęciem jakichkolwiek działań na arenie międzynarodowej lub zaciągnięciem wszelkich zobowiązań, które mogłyby wpłynąć na interesy Unii, każde Państwo Członkowskie konsultuje się z pozostałymi w ramach Rady Europejskiej lub Rady. Państwa Członkowskie zapewniają, poprzez zbieżne działania, możliwość realizacji przez Unię jej interesów i wartości na arenie międzynarodowej. Państwa Członkowskie są względem siebie solidarne”

Istnieją kwestie, w których państwa członkowskie nie mają absolutnie nic do powiedzenia. W Traktacie Lizbońskim jest wyraźnie napisane, że niektóre sprawy są przywilejami Unii… i nikogo więcej:

“1. Unia ma wyłączne kompetencje w następujących dziedzinach:
a) unia celna;
b) ustanawianie reguł konkurencji niezbędnych do funkcjonowania rynku wewnętrznego;
c) polityka pieniężna w odniesieniu do Państw Członkowskich, których walutą jest euro;
d) zachowanie morskich zasobów biologicznych w ramach wspólnej polityki rybołówstwa;
e) wspólna polityka handlowa.
2. Unia ma także wyłączną kompetencję do zawierania umów międzynarodowych, jeżeli ich zawarcie zostało przewidziane w akcie prawodawczym Unii lub jest niezbędne do umożliwienia Unii wykonywania jej wewnętrznych kompetencji lub w zakresie, w jakim ich zawarcie może wpływać na wspólne zasady lub zmieniać ich zakres”


Jak należy rozumieć “wyłączną kompetencję do zawierania umów międzynarodowych”? Czy oznacza ona, iż Unia Europejska może - bez zgody Polski - zawrzeć pakt, który będzie obowiązywał właśnie Polskę? Czy UE jest naszym ustawowym przedstawicielem, podobnym do rodzica, który zawiera umowy cywilnoprawne w imieniu dziecka? Dlaczego Rzeczpospolita Polska, zamiast być niepodległą Ojczyzną, jest tak ubezwłasnowolniona? Czemu nie ma nic do powiedzenia w kwestii aktów prawnych, które Unia jej narzuca? To, co opisuję, przypomina sytuację średniowiecznych księżniczek, które zmuszano do zawierania zaaranżowanych związków małżeńskich.

“Partie polityczne na poziomie europejskim przyczyniają się do kształtowania europejskiej świadomości politycznej i wyrażania woli obywateli Unii”

W powyższym cytacie jest mowa o świadomości europejskiej, ale nie ma ani słowa o świadomości narodowej. Owa “świadomość europejska” to nic innego jak akceptacja wyższości interesów unijnych nad ojczystymi - zwykły konformizm i pokora wobec politycznego tworu, który stoi ponad państwem i narodem. Zwróćcie, drodzy Czytelnicy, uwagę na wyrażenie “obywateli Unii”. Czy organizacja międzynarodowa może mieć obywateli?

Nie, nadawanie obywatelstwa leży wyłącznie w gestii państw! Można z tego wywnioskować, iż UE wcale nie jest organizacją międzynarodową, tylko federacją - państwem związkowym, czymś na kształt Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej. Jak wiemy, w USA każdy stan ma własną konstytucję i własny parlament, ale nie jest suwerennym państwem. Bardzo podobnie przedstawia się sytuacja Unii Europejskiej, która po ratyfikacji omawianego tutaj Traktatu Lizbońskiego przeobraziła się w Stany Zjednoczone Europy.

Zresztą, taki był jej pierwotny cel. Potwierdzeniem tego faktu może być cytat z książki “Historia Polski 1914-2000” Wojciecha Roszkowskiego (PWN, Warszawa 2001): “W Europie Zachodniej dojrzewały koncepcje integracyjne. Pod koniec 1953 r. omawiano projekt wspólnoty gospodarczej, politycznej i wojskowej, której celem miały być przyszłe Stany Zjednoczone Europy”. Myliłby się ten, kto by powiedział, iż początkowo Unia miała być zwykłą organizacją międzynarodową, a potem niespodziewanie zmieniła kurs. Ona od samego początku zmierzała ku utworzeniu Stanów Zjednoczonych Europy.

Nie wierzę, że ci, którzy nas do niej wepchnęli, o tym nie wiedzieli. UE to państwo, posiadające własną flagę, dewizę, hymn, święto (9 maja), ambasady i obywateli. Unia posiada nawet prezydenta, o czym świadczy fragment artykułu z portalu Onet.pl: “Obecnie prezydentem Unii Europejskiej jest Herman van Rompuy” (źródło: http://wiadomosci.onet.pl/swiat/prezydenckie-ambicje-aktora-usmialem-sie,1,4251413,wiadomosc.html). Potrzebujecie więcej dowodów na państwowość UE? Proszę bardzo: na stronie polskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych Wspólnoty Europejskie figurują na liście państw obchodzących w maju święta narodowe (http://www.msz.gov.pl/National,Days,12922.html).

Wróćmy jednak do analizy fragmentów Traktatu z Lizbony. UE posiada pewne ambicje militarne i nie wyklucza stosowania radykalnych środków w imię “osiągnięcia celów określonych przez Radę”. Unia Europejska również w dziedzinie wojskowości zmusza kraje członkowskie do wyrzeczeń, wymagając od nich, aby oddawały jej do dyspozycji swoje “zdolności cywilne i wojskowe”:

“Państwa Członkowskie, w celu realizacji wspólnej polityki bezpieczeństwa i obrony, oddają do dyspozycji Unii swoje zdolności cywilne i wojskowe, aby przyczynić się do osiągnięcia celów określonych przez Radę. Państwa Członkowskie wspólnie powołujące siły wielonarodowe mogą również przekazać je do dyspozycji wspólnej polityki bezpieczeństwa i obrony”

Ale to jeszcze nie wszystko. Omawiany przeze mnie Traktat Lizboński zawiera niejasne i niezdefiniowane sformułowania, pod które da się podciągnąć to, co się chce. Chodzi mi tutaj o słowa “rasizm i ksenofobia”, którymi źli ludzie mogliby nazywać wszelkie ruchy patriotyczne i nacjonalistyczne w celu ich skompromitowania i zdyskredytowania (ciekawostka: w okresie stalinizmu Urząd Bezpieczeństwa Publicznego nazywał żołnierzy Armii Krajowej “faszystami”):

“Unia dokłada starań, aby zapewnić wysoki poziom bezpieczeństwa za pomocą środków zapobiegających przestępczości, rasizmowi i ksenofobii oraz zwalczających te zjawiska, a także za pomocą środków służących koordynacji i współpracy organów policyjnych i sądowych oraz innych właściwych organów, a także za pomocą wzajemnego uznawania orzeczeń sądowych w sprawach karnych i, w miarę potrzeby, przez zbliżanie przepisów karnych”

Osoba, która uważnie przegląda Traktat z Lizbony, prędzej czy później natknie się na wzmianki o “przestępstwach przeciwko interesom finansowym Unii” i o tajemniczym Europolu, mającym te przestępstwa ścigać:

“Wszczynanie śledztwa karnego oraz występowanie z wnioskiem o wszczęcie ścigania prowadzonego przez właściwe organy krajowe, w szczególności dotyczącego przestępstw przeciwko interesom finansowym Unii”

“W celu zwalczania przestępstw przeciwko interesom finansowym Unii Rada, stanowiąc w drodze rozporządzeń zgodnie ze specjalną procedurą prawodawczą, może ustanowić Prokuraturę Europejską w oparciu o Eurojust. Rada stanowi jednomyślnie po uzyskaniu zgody Parlamentu Europejskiego”

“Prokuratura Europejska jest właściwa do spraw dochodzenia, ścigania i stawiania przed sądem, w stosownych przypadkach w powiązaniu z Europolem, sprawców i współsprawców przestępstw przeciwko interesom finansowym Unii, określonych w rozporządzeniu przewidzianym w ustępie 1. Prokuratura Europejska jest właściwa do wnoszenia przed właściwe sądy Państw Członkowskich publicznego oskarżenia w odniesieniu do tych przestępstw”


Nie wiem, czym są “przestępstwa przeciwko interesom finansowym Unii” i nie zamierzam się bawić w zgadywanie, co autorzy Traktatu Lizbońskiego mieli na myśli. Wiem tylko tyle, że sformułowanie “przestępstwo przeciwko interesom finansowym Unii” brzmi jak stosowane w PRL-u wyrażenie “przestępstwo przeciwko socjalistycznemu porządkowi państwa”. Natomiast słowo Europol to tzw. skrótowiec grupowy (sylabowiec) utworzony od nazwy własnej European Police - Europejska Policja. W samym skrótowcu nie byłoby nic złego, gdyby nie to, iż brzmi on jak nowomowa.

Niestety, Unia Europejska nie chce się ograniczać wyłącznie do ścigania “przestępstw przeciwko jej interesom finansowym”. Jak wynika z Traktatu Lizbońskiego, Europol (Europejska Policja) ma również zwalczać “formy przestępczości naruszające wspólny interes objęty polityką Unii”. Nie wiem i wolę nie wiedzieć, o co tutaj chodzi:

“Zadaniem Europolu jest wspieranie i wzmacnianie działań organów policyjnych i innych organów ścigania Państw Członkowskich, jak również ich wzajemnej współpracy w zapobieganiu i zwalczaniu poważnej przestępczości dotykającej dwóch lub więcej Państw Członkowskich, terroryzmu oraz form przestępczości naruszających wspólny interes objęty polityką Unii”

Wielu ludzi twierdzi, że UE to zalążek rządu światowego, jedynego w swoim rodzaju molocha, który w przyszłości pochłonie całą Ziemię i utworzy globalną dyktaturę zwaną Nowym Porządkiem Świata - New World Order. Trudno powiedzieć, czy jest to prawda, czy tylko teoria spiskowa. Ale jedno jest pewne: Unia Europejska popiera globalizację i pragnie ją pogłębiać.

Jakże mrocznie brzmią w tym kontekście słowa błogosławionego Jana Pawła II, skądinąd wielkiego zwolennika UE: “Nowy Porządek Świata, cywilizacja miłości, może zostać osiągnięty” (“Pope John Paul 2's New World Order Speech at Gandhi's Memorial” - YouTube.com)! Popierana przez Karola Wojtyłę Unia Europejska opowiada się za “integracją w ramach gospodarki światowej” i “dobrymi rządami na poziomie światowym”:

“Unia określa i prowadzi wspólne polityki i działania oraz dąży do zapewnienia wysokiego stopnia współpracy we wszelkich dziedzinach stosunków międzynarodowych, w celu: (…)
- zachęcania wszystkich krajów do integracji w ramach gospodarki światowej, między innymi drogą stopniowego znoszenia ograniczeń w handlu międzynarodowym;
- wspierania systemu międzynarodowego opartego na silniejszej współpracy wielostronnej i na dobrych rządach na poziomie światowym”


Jak już napisałam, zaprezentowany materiał to tylko garstka najbardziej interesujących fragmentów Traktatu Lizbońskiego. Jeżeli ktoś ma ochotę zapoznać się z pełnym tekstem tego dokumentu, może go bezpłatnie ściągnąć ze strony:

http://bookshop.europa.eu/is-bin/INTERSHOP.enfinity/WFS/EU-Bookshop-Site/pl_PL/-/EUR/ViewPublication-Start?PublicationKey=FXAC07306

Na koniec warto przytoczyć cytat z książki “Konstytucyjny system władz publicznych” napisanej pod redakcją Pawła Chmielnickiego (wyd. LexisNexis, Warszawa 2010): “Z chwilą akcesji do UE państwo członkowskie traci ok. 60% kompetencji ustawodawczych, a w materii prawa gospodarczego - nawet ok. 80%”. Słowa te pokazują, w jak wielkim stopniu Unia Europejska ogranicza suwerenność naszej Ojczyzny - kraju słynącego niegdyś z patriotyzmu.

Dlaczego dzisiaj, w XXI wieku, zgadzamy się na takie uciemiężenie? Przecież mieliśmy być Winkelriedem Narodów! Wygląda na to, że medialna, euroentuzjastyczna propaganda skutecznie uśpiła naszą czujność i zataiła przed nami ciemną stronę UE. Jestem studentką dziennikarstwa, więc wiem z wykładów i pomocy naukowych, jak wielka jest siła mediów i jakie bzdury można ludziom wmówić za pomocą środków masowego przekazu.

Istnieje taki film fabularny, “Fakty i Akty”, który pokazuje, że telewizja może wcisnąć obywatelom nawet największe kłamstwo. TV w tym filmie spreparowała materiały dotyczące rzekomej wojny w Albanii. Natomiast w realnym świecie - tutaj, w Polsce - telewizja rozpowszechniła fałszywy, utopijny obraz Unii Europejskiej. To przykre, że daliśmy się zwariować, ale możemy jeszcze zawrócić ze złej drogi i pójść do rozum do głowy. Jeśli porzucimy wykreowane przez media zabobony, ujrzymy prawdziwe oblicze UE, które ma się nijak do sielankowego obrazu z TV i popularnych gazet.


Natalia Julia Nowak,
8-9 maja 2011 roku

czwartek, 5 maja 2011

Media a Smoleńsk. Tragedia przez pryzmat języka

Uwaga od autorki

Jestem studentką pierwszego roku Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej. Artykuł, który Państwu prezentuję, to praca zaliczeniowa z przedmiotu “współczesny język polski”. Zgodnie z życzeniem wykładowcy, tematem mojej wypowiedzi jest “językowy obraz katastrofy smoleńskiej w polskich mediach” (tak też brzmiał oryginalny tytuł tekstu). Praca, chociaż niedługa, została oceniona na 5 (czytelników słabo rozeznanych w realiach akademickich informuję, iż na studiach obowiązuje pięciostopniowa skala ocen). Doktor, będący pomysłodawcą i krytykiem mojego artykułu, jest językoznawcą.

N. J. Nowak


10 kwietnia 2010 r. miało miejsce coś, co wstrząsnęło zarówno narodem polskim, jak i światową opinią publiczną. Samolot Tupolew Tu-154M nr boczny 101, którym Prezydent RP Lech Kaczyński i dziewięćdziesiąt pięć innych osób leciało na uroczystości związane z siedemdziesiątą rocznicą zbrodni katyńskiej, rozbił się w okolicach Smoleńska. Nikt nie przeżył katastrofy. Wskutek zderzenia Tu 154M z ziemią straciła życie polska elita polityczna, reprezentanci Rodzin Katyńskich, przedstawiciele Sił Zbrojnych Rzeczypospolitej Polskiej oraz inne osoby, w tym załoga państwowego samolotu.

Tragedia, która wydarzyła się 10 kwietnia 2010 r. na terenie Federacji Rosyjskiej, szybko stała się “tematem nr 1” zarówno w polskich, jak i zagranicznych mediach. Sprawdźmy, w jaki sposób autorzy doniesień medialnych wypowiadają się na temat tej wielkiej tragedii. Przekonajmy się, jaki obraz katastrofy smoleńskiej wyłania się z dostępnych w Polsce środków masowego przekazu.

Zacznijmy od analizy portalu internetowego Niezalezna.pl, który ściśle współpracuje z czasopismem “Gazeta Polska”. Oba wymienione media słyną z wyjątkowego zainteresowania tragedią smoleńską, dążenia do odkrycia jej przyczyn i ustalenia skutków. Jeśli chodzi o serwis Niezalezna.pl, 21 marca 2011 r. o godz. 14:50 artykuły poświęcone katastrofie Tu-154M, jej ofiarom, rodzinom ofiar, formom upamiętnienia wypadku i prowadzonemu w tej sprawie śledztwu stanowiły przeważającą część materiałów dostępnych na pięciu pierwszych stronach w dziale “Gorące tematy”.

“Smoleńsk zagrodził drogę do Hagi”, “Dezinformacja na rocznicę”, “J. Kaczyński o gaszeniu zniczy”, “PO zakazuje koncertu 10 kwietnia”, “Czekając na raport”, “Wróg ludu - A gdyby to był zamach”, „Lech Kaczyński nie chciał, Komorowski podpisał”, „Barierki na 10 kwietnia”, „To Putin i Tusk rozdzielili wizyty w Katyniu”, „Donald Tusk nie boi się 10 kwietnia”, „Sprawa smoleńska żyje”, „Smoleńscy pałkarze”, „Uderzą w Protasiuka”, „Zawiadomienie do prokuratury ws. płk. Klicha”, „Płk Klich uniemożliwił badanie wraku TU 154”, „Buzek pod naciskiem prawicy zapyta o Smoleńsk”, „Prokuratura: Tu-154 był dobrze wyważony”, „Macierewicz broni pilotów Jaka-40”, „Turowski - architekt przyjaźni z Moskwą”, „Ludzie Roku 2010: Antoni Macierewicz i ks. Stanisław Małkowski”, „Miller nie potwierdza rewelacji TVN24 i GW”, “Monachium: setki osób wysłuchały Macierewicza”, “To on chciał zniszczyć nagrania Wiśniewskiego?”, “Nieznane nagrania z 10 kwietnia”, “Oni nie walczą z Martą, oni walczą z Lechem” - oto tytuły artykułów opublikowanych we wspomnianym wcześniej miejscu.

Wymienione nagłówki sugerują, że tragedia z 10 kwietnia 2010 r. jest tematem niezwykle ważnym, ale cenzurowanym w największych mediach i zwalczanym przez partię rządzącą, czyli Platformę Obywatelską (PO). Pojawiają się tutaj oskarżenia o:

- szarganie pamięci ofiar wypadku,

- manipulację opinią publiczną,

- zakazywanie manifestowania pamięci o katastrofie,

- utrudnianie śledztwa w sprawie tragedii.

Niektóre tytuły insynuują, że smoleński wypadek mógł być starannie przygotowanym zamachem, który teraz próbuje się zatuszować. Z wymienionych tytułów da się również wywnioskować, iż autorzy publikacji podziwiają Antoniego Macierewicza za prowadzone przez niego śledztwo oraz odczuwają głęboki sentyment do zabitego w wypadku prezydenta Lecha Kaczyńskiego.

Można powiedzieć, że z artykułów umieszczonych na stronie Niezalezna.pl wyłania się obraz Polski jako totalitarnego państwa, w którym istnieje prawdopodobieństwo zabójstw na tle politycznym, a władze są gotowe stosować brutalne metody wobec opozycji, blokować zgromadzenia publiczne, ukrywać fakty dotyczące ważnych spraw oraz propagować fałszywą wizję kraju i świata („dezinformacja”, „gaszenie zniczy”, „zakazuje koncertu”, „wróg ludu”, „gdyby to był zamach”, „barierki”, „pałkarze”, „uderzą”, „uniemożliwił badanie wraku”, „chciał zniszczyć nagrania”, „walczą z Lechem”). Kreowany przez dziennikarzy obraz Rzeczypospolitej Polskiej ma się kojarzyć z czasami PRL, kiedy to w naszym kraju panował autorytarny system rządów, a władze państwowe ściśle współpracowały z Kremlem („Putin i Tusk rozdzielili wizyty w Katyniu”, “architekt przyjaźni z Moskwą”).

Sprawdźmy teraz, co o katastrofie smoleńskiej można przeczytać w internetowym wydaniu tabloidu “Fakt” (Fakt.pl). 21 marca 2011 r. o godz. 16:00 na podstronie z artykułami opatrzonymi hasłem „Smoleńsk” (Fakt.pl/tag/Smolensk) można było znaleźć następujące publikacje: „Śledztwo smoleńskie: NATO wytropi generała z Moskwy?”, „Rosja blokuje polski raport”, „Brak dowodów na kłótnię przed lotem”, „Rosjanie przekażą protokoły z sekcji zwłok”, „Tu-154 ma być gotowy do końca tygodnia”, „Piloci o gen. Błasiku: Teraz tak zap..., bo musi…”, „Błasik zwymyślał pilota? Jest świadek, ale…”, „Tusk opisał masakrę Ofiar? Awantura u premiera!”, „Górniak zaśpiewa dla Kaczyńskiego”, „Śp. Gosiewski był przeczulony na punkcie…”, „Fragment Tu-154 wciąż tkwi w drzewie w Smoleńsku”, „Pierwsza ugoda w sprawie Smoleńska”, „To ja odprowadziłem Pierwszą Parę do tupolewa!”, „Wdowy: Piloci nie lubili gen. Błasika”, „Kłótnia Błasika z Protasiukiem? Jest film!”, „Prawnik wdów: Był nacisk Błasika na pilotów”.

Prawie wszystkie z wymienionych tytułów mają charakter sensacyjnych informacji i są sformułowane w taki sposób, aby zaszokować lub przynajmniej przykuć uwagę odbiorców. Napisane potocznym językiem, pełne wielokropków i wykrzykników nagłówki koncentrują się nie tyle na samej katastrofie, jej przyczynach i skutkach, ile na postaciach związanych z tym wydarzeniem. Mamy tutaj wiele dosadnych wyrażeń i sugestywnych obrazów, które z jednej strony ukazują dramatyzm wydarzeń z kwietnia 2010 r., a z drugiej - nieco trywializują tragedię i ośmieszają jej ofiary („zwymyślał pilota”, „masakrę ofiar”, „awantura”, „był przeczulony na punkcie”, „fragment Tu-154 wciąż tkwi w drzewie”, „nie lubili gen. Błasika”, „kłótnia Błasika z Protasiukiem”, „był nacisk Błasika na pilotów”).

Podobnie jak na stronie Niezalezna.pl, w internetowym wydaniu „Faktu” pojawia się negatywny obraz Rosji i oskarżenia o utrudnianie śledztwa w sprawie katastrofy smoleńskiej („NATO wytropi generała z Moskwy”, „Rosja blokuje polski raport”). Dziennikarze dużo uwagi poświęcają gen. Andrzejowi Błasikowi, jednak ukazują go w zdecydowanie niekorzystnym świetle. Obraz świata kreowany przez autorów artykułów jest niespójny, gdyż publikują oni sprzeczne informacje. Z jednej strony, mamy nagłówek „Brak dowodów na kłótnię przed lotem”, a z drugiej - „Kłótnia Błasika z Protasiukiem? Jest film!”.

Przekonajmy się również, jak katastrofa Tupolewa Tu-154M jest przedstawiana w portalu internetowym Dziennik.pl. 21 marca 2011 r. o godz. 16:50 po wpisaniu do tamtejszej wyszukiwarki hasła „Smoleńsk” (sortowanie według trafności) pojawiały się następujące artykuły: „Szef PiS nie zgłosił się na pielgrzymkę do Smoleńska”, „Chcą lecieć do Smoleńska. Zabiorą krzyż?”, „Kontroler ze Smoleńska dzwonił na Okęcie. Chodziło o Jaka-40”, „Ujawniamy tajemnice korespondencji w sprawie Smoleńska”, „Kto z kim chciał się spotkać w Smoleńsku?”, „Gosiewska o pomyśle prezydenta: To byłaby zdrada!”, „Pielgrzymka do Smoleńska. Kto poleci?”, „Marta Kaczyńska o Smoleńsku: Ktoś ma krew na rękach”, „Pilot tupolewa nie chciał lecieć do Smoleńska”, „Graś za przewiezieniem krzyża do Smoleńska”.

Nagłówki z serwisu Dziennik.pl, w przeciwieństwie do tych ze stron Niezalezna.pl i Fakt.pl, są napisane spokojnym, neutralnym językiem. O ile publikacje z portalu Niezalezna.pl miały charakter informacyjno-propagandowy i odznaczały się stronniczością, a publikacje z portalu Fakt.pl posiadały formę typową dla tabloidu, o tyle wiadomości zamieszczone w serwisie Dziennik.pl wykazują wysoki stopień obiektywizmu i dziennikarskiej rzetelności.

Układane przez redaktorów tytuły mają pełnić funkcję informacyjną, stanowić wprowadzenie do artykułów, a nie szokować czy szkolić ideologicznie określoną opcję polityczną. Tytuły te nie są tak atrakcyjne jak nagłówki z „Faktu”, nie zaspokajają też (w odróżnieniu od portalu Niezalezna.pl) potrzeb emocjonalnych kręgów zbliżonych do Prawa i Sprawiedliwości. Z drugiej strony, autorom tekstów ze strony Dziennik.pl zdarza się cytować w nagłówkach kontrowersyjne wypowiedzi znanych ludzi („Gosiewska o pomyśle prezydenta: To byłaby zdrada!”, „Marta Kaczyńska o Smoleńsku: Ktoś ma krew na rękach”).

Z przytoczonych w niniejszej pracy przykładów wynika, że katastrofa samolotu Tupolew Tu-154M nr boczny 101 jest przedstawiana przez dziennikarzy na wiele sposobów. To, w jaki sposób dane medium ukazuje tragedię z 10 kwietnia 2010 r., najprawdopodobniej wynika z gatunku danego czasopisma lub portalu internetowego i z preferencji grupy społecznej, do której informacje są kierowane. Niezalezna.pl reprezentuje interesy centroprawicy, Fakt.pl pisze dla osób żądnych sensacji i posiadających niewielkie wymagania intelektualne, natomiast Dziennik.pl stara się dotrzeć do publiczności o różnych poglądach, poziomie wykształcenia itp.

Pluralizm, który panuje na polskim rynku medialnym, sprawia, że każdy człowiek może korzystać z takiego medium, jakie najbardziej mu odpowiada. Każdy z nas ma prawo sięgać po ulubione czasopismo lub odwiedzać preferowany portal internetowy i czytać to, co po prostu chce przeczytać.

niedziela, 1 maja 2011

Kapitalistyczne Imperium Czerwonej Gwiazdy

"Czerwona gwiazda - obok sierpa i młota symbol
komunistyczny, spopularyzowany po rewolucji
październikowej na całym terytorium tworzącej
się Rosji Radzieckiej - późniejszego ZSRR.
Wraz z rozpowszechnianiem się wpływów
radzieckich w świecie, znak czerwonej gwiazdy
przyjmowały do swoich emblematów partie
komunistyczne na całym świecie, pojawiał się
też w godłach i na flagach państw realnego
socjalizmu (z wyjątkiem PRL i NRD)".

Źródło: Wikipedia.org


Istnieją ludzie, którzy uważają, że otaczająca nas rzeczywistość jest wypełniona symbolami masońskimi, satanistycznymi i okultystycznymi. Do takich ludzi należy Farhan Khan, młody muzułmanin z Wielkiej Brytanii, którego poglądy opisałam w artykułach “Farhan Khan i Zakon Iluminatów” oraz “Farhan Khan i Masońska Islamofobia”. Istnieją też osoby doszukujące się w teledyskach, filmach i tekstach piosenek nawiązań do tzw. kontroli umysłu (projektu Monarch, znanego także jako MK-ULTRA). Wśród nich są autorzy strony VigilantCitizen.com, o której wspomniałam w felietonie zatytułowanym “Pranie brudnych mózgów”.

Chociaż do poglądów Khana i publikacji Vigilant Citizen podchodzę z dużą ostrożnością, sprawiły one, iż zaczęłam uważniej przyglądać się otaczającym mnie znakom i symbolom. Dzięki temu zauważyłam, że w naszym codziennym życiu nieustannie pojawia się… czerwona gwiazda. A przecież czerwona gwiazda to znany na całym świecie symbol bolszewizmu, który nosili m.in. funkcjonariusze stalinowskiej policji politycznej, NKWD! Znak, o którym mowa, jest także obecny na aktualnej fladze Koreańskiej Republiki Ludowo-Demokratycznej (Korei Północnej).

Myliłby się ten, kto by powiedział, iż w XXI wieku czerwonymi gwiazdami otaczają się wyłącznie mieszkańcy państw komunistycznych i socjalistycznych. Tak się bowiem składa, że gwiazda w kolorze krwi jest stale obecna w krajach, które już odeszły od tych ustrojów albo nie wdrażały ich nigdy. Najśmieszniejsze jest jednak to, iż symbol bolszewizmu - ideologii opartej na nienawiści do własności prywatnej - pojawia się w logach i nazwach jak najbardziej prywatnych przedsiębiorstw! Aby się o tym przekonać, wystarczy wpisać do wyszukiwarki Google hasło “czerwona gwiazda” w różnych językach (np. angielskim - “red star”, niemieckim - “roter stern”, włoskim - “stella rossa”, hiszpańskim - “estrella roja”, holenderskim - “rode ster”, portugalskim - “estrela vermelha”, walijskim - “seren goch“).

Czerwona gwiazda jest zazwyczaj pięcio- lub sześcioramienna, występuje samodzielnie, aczkolwiek bywa, że pojawia się “w towarzystwie” innych takich gwiazd. Czasem stanowi ważny, rzucający się w oczy element kompozycji, innym razem jest mała, dyskretna i łatwa do przeoczenia. Nie zawsze posiada kontury, a jeśli już, to zwykle białe, żółte albo czarne. Często pojawiającym się substytutem czerwonej gwiazdy jest… biała gwiazda na czerwonym tle. Każdy, kto ma taką chęć, może się przekonać, iż gwiazdeczka “barwy zórz, barwy róż i krwi“ [cytat z Jopek i Maleńczuka] lub jej substytut widnieje:

- w logach zachodnich lokali gastronomicznych: Red Star Chinese Restaurant, Little Star Pizza, Red Star Pizza Cafe, Red Star Tavern, Lone Star Steakhouse, Red Star Revolutionary Pizza, Red Star Pizza, Stella Rossa Espresso Bars, The Red Star Bar & Grill

- w nazwie włoskiej pizzerii Stella Rossa Pizza Bar (logo tego lokalu nie zawiera czerwonej gwiazdy, ale “stella rossa” to w języku Berlusconiego “czerwona gwiazda”)

- w logach i nazwach dyskotek, zespołów muzycznych oraz firm zajmujących się popularyzacją muzyki: Red Star Digital Music, Red Star & Prestige, Reverb Nation, Red Star Sounds, Disco Devils, Red Star Institute, Red Star Radio, Star Club, Kypck/Kursk, Commandantes, Red Star Bullets

- w logach i/lub nazwach klubów sportowych: Red Stars Basketball Club, KK Crvena Zvezda, C.F. Estrella Roja de Santa Brigida, Perth Red Star Scooter Club, Chicago Red Stars, Roter Stern Vienenburg, FC Stella Rossa, Rode Ster Gingelom, Rode Ster Malinas, Gehandicaptensport Nederland, Esporte Clube Estrela Vermelha, Vila Nova Futebol Clube, Seren Goch Community Football Club, Red Star Hockey Club, Red Star Skateboards, Club Atletico Estrella Roja de Santiago del Estero

- w nazwie i logo meksykańskiej firmy przewozowej Estrella Roja, a co za tym idzie: na autobusach używanych przez tę firmę

- w nazwach firm odzieżowych: Red Star Jeans, Stella Rossa Clothing, Stella Rossa Leather Fashion

- w tytule piosenki “Red Stars” grupy The Birthday Massacre

- w nazwie i logo Red Star Poker

- w logo piwa Heineken

- w nazwie i logo firmy produkującej okulary przeciwsłoneczne: Red Star World Wear

- w nazwie londyńskiej firmy budowlanej: Stella-Rossa Contractors Ltd

- w nazwie i logo niemieckiej księgarni/antykwariatu: Roter Stern Buchhandlung Modernes Antiquariat

- w nazwie i logo grupy zajmującej się grafiką komputerową: Stella Rossa Design

- w nazwie i logo firmy specjalizującej się w product placement: Red Star Media sp. z o.o.

- w nazwie i logo firmy organizującej imprezy: Red Star Adventure

- w nazwie i logo firmy produkującej narty: Kneissl Red Star SC

- w nazwie i logo bratysławskiego hostelu: Red Star Hostel in Bratislava

- w nazwie chóru prowadzonego przez A. Bażałkina: Red Star

- w nazwie biura podróży: Red Star Travel Agency

- w nazwie i logo amerykańsko-chińskiej galerii sztuki: Red Star Press

- w nazwie firmy Red Star Holdings Ltd

- w nazwie belgijskiego muzeum: Red Star Line

- w nazwach i logach organizacji, partii oraz bojówek komunistycznych (to chyba oczywiste!)

I Hugo wie, gdzie jeszcze…

W niniejszym artykule nie będę pisać o tym, czy te przykłady, których jest prawie sześćdziesiąt, obrażają moje przekonania i godzą w poczucie dobrego smaku. Nie chcę jednoznacznie osądzać ludzi, którzy odpowiadają za wybór wymienionych nazw i projekty znaków firmowych. Dlaczego? Bo nie mam pewności, czy umyślnie nawiązali oni do tradycji bolszewickiej, czy zrobili to nieświadomie.

Dostrzegam jednak pewien problem. Otóż część „czerwonogwiezdnych” firm działa na terenie Rzeczypospolitej Polskiej, a w naszym kraju propagowanie komunistycznych (jak również faszystowskich i nazistowskich) symboli jest zakazane przez prawo. Pojawia się zatem pytanie, czy eksponowanie znaków firmowych tych przedsiębiorstw jest legalne. Warto także zapytać o sprawę ogólniejszą, iście filozoficzną. Czy loga firm zawsze mają charakter komercyjny, czy też mogą wyrażać treści głębsze - społeczne, polityczne, światopoglądowe? Gdzie leży granica między reklamą a wezwaniem do poważniejszych refleksji? I czy logo, np. opisywana w niniejszym artykule czerwona gwiazda może nam coś powiedzieć o samym przedsiębiorstwie lub jego władzach?

No i kolejna sprawa… Czy obecność w naszej rzeczywistości czerwonych gwiazd nie rani uczuć ludzi, którzy mają złe wspomnienia związane z komunistami? Czy ofiarom NKWD, UB, SB i MO, patrzącym na oczopieprzny szyld „Red Star”, nie przypominają się ponure chwile z przeszłości? Czy straszące w miejscach publicznych bolszewickie gwiazdy nie są kpiną z osób pokrzywdzonych przez „czerwonych”? Dlaczego nikt nie buntuje się przeciwko dołączaniu do znaków firmowych czerwonych gwiazd? Gdyby w logach różnych firm występowała swastyka, to przeciwnicy nazizmu z pewnością protestowaliby przeciwko takiemu stanowi rzeczy!

Jak to możliwe, iż bolszewickie symbole są rozpowszechnione nie tylko w państwach postkomunistycznych, ale również w tych, które komunizmu nigdy nie doświadczyły? Czy to świadczy o swoistej tęsknocie lub pociągu do totalitarnej ideologii? Dlaczego czerwona gwiazda najczęściej pojawia się w nazwach/logach klubów sportowych i podmiotów związanych z muzyką? Czy niektórzy sportowcy kojarzą komunizm z siłą i zwycięstwem, a część młodzieży uważa bolszewików za autorytety w kwestii buntu przeciwko porządkowi społecznemu? Skąd tak wiele lokali gastronomicznych wykorzystujących czerwoną gwiazdę?

Jak widać, po 1989 roku komunizm nie zniknął zupełnie z naszego życia. Jest on wciąż obecny w popularnym symbolu czerwonej gwiazdy - bez względu na to, czy ktoś go eksponuje świadomie, czy nie. Zarówno w Polsce, jak i za granicą istnieje wiele przedsiębiorstw, drużyn sportowych, zespołów muzycznych i innych tworów posługujących się gwiazdą w kolorze truskawek. Wypływa z tego faktu ciekawy wniosek. Otóż czerwona gwiazda to banał - rzecz wyświechtana i świadcząca o braku inwencji. Czy naprawdę chcemy używać czegoś tak nudnego i nieoryginalnego?


Natalia Julia Nowak,
30 kwietnia - 1 maja 2011 r.