środa, 30 marca 2011

Nie ma bytu poza materią

Vanitas vanitatum et omnia vanitas

W niniejszym tekście postaram się wytłumaczyć, kim, a raczej czym tak naprawdę jest człowiek. Spróbuję wykazać, że - z naukowego punktu widzenia - istota ludzka jest czymś pospolitym i niewiele wartym, wręcz “marnością nad marnościami” (“vanitas vanitatum”). Formułując poszczególne tezy, będę się opierać wyłącznie na podstawowych i niepodważalnych faktach naukowych, z którymi większość czytelników zapewne już się zetknęła w szkole na lekcjach biologii. Z faktów tych wyłania się bowiem obraz człowieka jako materialnego obiektu, którego sensem istnienia jest metabolizm innych organizmów. Nie życzę przyjemnej lektury, bo te prawdy wcale nie są przyjemne.


Definicja człowieka

Człowiek jest to każdy organizm z gatunku Homo sapiens, będący mniejszą lub większą całością oraz posiadający własny kod genetyczny. Organizm ten zostaje powołany do życia wskutek przeniknięcia plemnika ojca do komórki jajowej matki, a potem stopniowo się rozwija zgodnie z “linią programową” zapisaną w indywidualnym DNA. Istota ludzka składa się z komórek, których przybywa wraz z wiekiem (nietrudno obliczyć, że początkowo komórki są tylko dwie, a potem pojawia się ich coraz więcej i więcej). Komórki składają się z atomów, te zaś - z elektronów i dwóch rodzajów nukleonów (protonów i neutronów).


Równość człowieka, zwierzęcia, rośliny i przedmiotu

Jak wiadomo, atom jest najmniejszą cząstką materii, dlatego człowiek, będący konstrukcją zbudowaną z atomów, niczym się nie różni od innych tego typu konstrukcji. Czy to istota ludzka, czy to pszczoła, czy to opos, czy to powietrze, czy to listek figowy, czy to kawałek podłogi, czy to karabin maszynowy, czy to czołg, czy to liczydło, czy to opłatek, czy to whisky, czy to białe wino, czy to mocz, czy to błoto, czy to jad żmii, czy to psia krew, czy to kocie odchody, czy to woda w Narwi - wszystko we wszechświecie składa się z atomów i z niczego więcej. Nie ma wokół nas ani jednej rzeczy, która nie byłaby rzeczą materialną.


Uczucia to też materia!

Nawet to, co w języku potocznym nazywamy uczuciem, jest złudzeniem wywołanym przez działanie materialnej substancji wyprodukowanej w materialnym mózgu. Przykładowo, za złudzenie radości odpowiada dopamina, a za złudzenie zakochania - fenyloetyloamina (ponieważ fenyloetyloamina to zwykła substancja chemiczna, często mówi się, że między osobami, które się kochają lub lubią, jest “dobra chemia”). W obrębie naszego materialnego ciała zachodzą rozmaite procesy i zjawiska fizyczne, które ponoszą odpowiedzialność za inne urojenia.


Układ nerwowy - wielki iluzjonista

Dzięki skomplikowanej pracy układu nerwowego wydaje nam się, że myślimy, rozumiemy, marzymy, wierzymy w coś (np. w Boga, w UFO, w Świętego Mikołaja, w Latającego Potwora Spaghetti) i rozszyfrowujemy komunikaty nadawane przez odbiorcę. Za to, iż potraficie odczytać zawarte w tym artykule ciągi znaków graficznych, także należą się podziękowania układowi nerwowemu. Nawet ból nie istnieje obiektywnie, tylko jest przykrym wytworem naszych neuronów. Wszelka “wrażliwość”, “uczuciowość”, “emocjonalność”, “duchowość” świadczy o zachodzeniu w naszym organizmie określonych zjawisk fizycznych. Impulsy nerwowe, które przepływają przez nasze neurony, są impulsami elektrycznymi, takimi samymi jak impulsy elektryczne w jakimś urządzeniu.


Istota ludzka jako biologiczny robot

Nasz mózg działa na prąd, toteż niczym się nie różni od telewizora, lodówki, i krzesła elektrycznego (kolejnym podobieństwem, łączącym mózg, telewizor, lodówkę i krzesło elektryczne, jest ich materialna, oparta na atomach budowa). Pastuch w znaczeniu “pasterz” działa na tej samej zasadzie, co pastuch w znaczeniu “elektryczne ogrodzenie”. Można, a nawet należy powiedzieć, że człowiek jest najzwyklejszym w świecie biologicznym robotem. Załamaliście się? Jeśli tak, to wiedzcie, iż wcale Wam się nie dziwię!


Samsara, czyli kołowrót wcieleń

Kiedy istota ludzka przestaje funkcjonować, czyli umiera, zaczyna się stopniowo rozkładać, zupełnie jak śmieć na wysypisku. W końcu przypada jej “zaszczytna” funkcja nawozu organicznego - rośliny wykorzystują jej szczątki jako składniki pokarmowe, po czym zostają zjedzone przez ludzi lub zwierzęta albo naturalnie obumierają, ulegają rozkładowi i stają się nawozem dla kolejnych roślinek (tworząca nas materia jest nieśmiertelna. Gdyby ktoś się uparł, mógłby powiedzieć, że nasze nieustanne umieranie, odradzanie się i zmiany tożsamości to samsara - kołowrót wcieleń). Jak to się mówi: “To nie magia! To nauka!”.


Odrobina gdybania

Wracając do roślin, które pobrały z naszego trupa substancje organiczne, a które później zostały zjedzone przez ludzi lub zwierzęta: ich los może być różny. Skonsumowana roślina, mająca w sobie cząstkę nas samych, może - wskutek skomplikowanego procesu trawienia - wejść w skład ciała konsumenta. Może też zostać wydalona z organizmu w procesie defekacji, czyli wypróżnienia. Może wreszcie zostać zwymiotowana. Wyobrażam sobie człowieka wymiotującego atomami, które kiedyś stanowiły część mojego ciała! Biedaczek, nawet nie wie, że miał w żołądku Natalię Julię Nowak!


My a łańcuch pokarmowy

Jeśli roślina mająca w sobie cząstkę nas została zjedzona przez zwierzę, to jej los może być jeszcze ciekawszy. Otóż zwierzę-konsument może zostać pożarte przez inne zwierzę - wraz z całą treścią pokarmową. To drugie zwierzę może zostać pożarte przez trzecie zwierzę albo zdechnąć z przyczyn naturalnych, rozłożyć się i posłużyć za nawóz dla roślin. Jak widać, procesy zachodzące w przyrodzie to “niekończąca się opowieść”. Mówiąc słowami z piosenki zespołu Within Temptation: “Jesteśmy częścią opowieści, częścią baśni, czasem pięknej, a czasem szalonej. Nikt nie pamięta, jak to się zaczęło”.


W przyrodzie nic nie ginie!

Atomy wędrują po świecie i - jak słusznie zauważyła jedna z moich byłych nauczycielek - niewykluczone, że tworzące nas pierwiastki chemiczne wchodziły kiedyś w skład ciał dinozaurów. Dziwnie się czuję, myśląc o tym, iż w którymś z poprzednich wcieleń mogłam być tyranozaurem lub triceratopsem. A w międzyczasie: krową, świnią, owcą albo innym człowiekiem. Ciekawe, jakiej byłam płci i w jaki sposób umarłam? Miło byłoby też wiedzieć, jakich perypetii doświadczą moje atomy w odległej przyszłości. Czy zostaną kiedyś wykorzystane do produkcji przemysłowej? Kto wie, może jakaś cząstka mnie zostanie przerobiona np. na mydło?


Czymże jest człowiek, że o nim pamiętasz?…

Po uświadomieniu sobie powyższych faktów dochodzę do wniosku, że wszechświat - wbrew pozorom - jest bardzo ubogi. Nie ma w nim bowiem nic oprócz chemii i fizyki, a jedyną słuszną religią są prawa przyrody. Istota ludzka jest marnością (vanitas), taką samą kupką atomów jak zając, owsik, dżdżownica, ananas, czosnek, banknot jednodolarowy, nożyczki, firanka, kabel USB, kostka brukowa, egzemplarz “Życia na Gorąco”, odtwarzacz DVD, wykładzina, perfumy marki Chanel albo przyczepa kempingowa. Odkąd odkryto materialną fenyloetyloaminę, straciły sens wszelkie romantyczne ballady i poematy o duchowej miłości. Myślę, iż powinnam wreszcie zadać sobie biblijne pytanie: “Czymże jest człowiek, że o nim pamiętasz, i czym syn człowieczy, że się nim zajmujesz?”. Te słowa, chociaż wyjęte z kontekstu, zawsze przypominały mi wymówkę, a nie filozoficzne refleksje.


Natalia Julia Nowak,
30 marca 2011 roku



P.S. Poglądy zawarte w niniejszym artykule można porównać z tymi, które wyraziłam w moich tekstach literackich sprzed dwóch lat. Chodzi tutaj o opowiadanie “Honor, Siła, Niezależność” (z lutego 2009 roku) oraz sztukę teatralną “Profesor Kuzniecow i jego roboty” (z grudnia 2009 roku).

P.S.2. Na lekcjach biologii uczono mnie, że bliźnięta jednojajowe posiadają identyczne DNA i różnią się wyłącznie fenotypem, czyli wyglądem zewnętrznym ukształtowanym przez czynniki środowiskowe. Czy to oznacza, iż bliźniaki to jedna i ta sama istota, tylko podzielona na dwie samodzielne części? Czy, według genetyki, Lech Kaczyński był tożsamy z Jarosławem Kaczyńskim (to samo DNA, tylko inny fenotyp)? To bardzo prawdopodobne, jeśli weźmie się pod uwagę proces powstawania ciąży bliźniaczej: Homo sapiens w najwcześniejszym stadium życia prenatalnego jest jednym organizmem, a potem dzieli się na dwa. Skoro bliźnięta jednojajowe to jeden człowiek podzielony na dwie części, to czy należy przez to rozumieć, iż - z genetycznego punktu widzenia - ta sama osoba była jednocześnie prezydentem i premierem Polski?!

P.S.3. Czy poglądy, które zawarłam w artykule “Nie ma bytu poza materią” są materialistyczne? Jak najbardziej. To jest tak zwany materializm wulgarny. Muszę jednak przyznać, że nie lubię słowa “materializm”, gdyż w języku potocznym oznacza ono uznawanie dóbr materialnych i prymitywnych rozrywek za sprawy najistotniejsze (mieszczańska mentalność: PJN - Pieniądz Jest Najważniejszy). A mnie taka postawa jest obca.

poniedziałek, 28 marca 2011

Limeryk o laureacie Pokojowej Nagrody Nobla

Był sobie Barack, polityk z Ameryki,
Co kochał pokój, ganił Busha wybryki.
Jak przyszło co do czego,
Dał popis czegoś złego:
Wysłał swe wojska do północnej Afryki!


28 marca 2011 r.

niedziela, 20 marca 2011

Piekło dzieci. Milczenie nienarodzonych owieczek

Tytuł i podtytuł “pożyczone” od Żeleńskiego i Szczuki

Tytuł niniejszego artykułu jest bezczelną i prowokacyjną parafrazą jednego z ulubionych frazeologizmów zwolenników mordowania nienarodzonych dzieci - “piekło kobiet” (pochodzącego od nazwy książki Tadeusza Boya-Żeleńskiego). Podtytuł jest zaś równie bezczelną i prowokacyjną parafrazą tytułu pro-aborcyjnej książki Kazimiery Szczuki “Milczenie owieczek” (będącego z kolei przeróbką nazwy filmu “Milczenie owiec”). Zdecydowałam się nazwać swój felieton tak, a nie inaczej, aby uświadomić czytelnikom pewną sprawę. Otóż wielu ludzi patrzy na aborcję z punktu widzenia kobiety (kata), a nie dziecka (ofiary). A przecież to nienarodzone dziecko jest w całym procederze najważniejsze!


Jak z bazooki…

Nie marnujmy jednak czasu i miejsca na zbędne wstępy. Przejdźmy do meritum, czyli do uzasadnienia haseł “piekło dzieci” i “milczenie nienarodzonych owieczek”. Uwaga, moi Drodzy, zaczynam! Będę strzelać faktami jak z bazooki! Chociaż wiem, że dla wielu osób te fakty mogą się okazać niewygodne…


W Polsce, oczywiście, legalne

W Polsce, podobnie jak w większości krajów na naszej nieludzkiej planecie, mordowanie nienarodzonych dzieci jest legalne. Jeśli zapłodnienie nastąpiło na skutek gwałtu lub kazirodztwa, ciąża stanowi zagrożenie dla życia/zdrowia kobiety albo nienarodzone dziecko jest ciężko chore, to delikwentka może w majestacie prawa odebrać życie swojemu bezbronnemu potomkowi. Ale nie tylko wtedy. Tak to już jest, że nawet, jeśli “mamusia” popełni ten czyn z innych powodów (np. ze strachu przed obowiązkami rodzicielskimi), to i tak pozostanie zupełnie bezkarna.


Bezkarność matek, względna bezkarność lekarzy i podżegaczy

Za bezprawne przerwanie ciąży nie grożą kobiecie żadne konsekwencje - sankcje ponosi wyłącznie lekarz i ewentualni podżegacze. Warto tutaj zaznaczyć, iż polskie prawo przewiduje za nielegalne zamordowanie nienarodzonego dziecka śmiesznie niskie kary, które zdecydowanie nie pasują do tak poważnej i brutalnej zbrodni. Praktyka pokazuje zaś, że sądy preferują tak zwane wyroki w zawieszeniu. Oznacza to, iż lekarz, który odebrał życie nienarodzonemu dziecku, w zasadzie pozostaje bezkarny - no, chyba, że w wyznaczonym przez sąd czasie podwinie mu się noga. To samo dotyczy ludzi, którzy podżegali kobietę do pozbycia się żywego “balastu”. Właściwie, mogą oni spać spokojnie.


Polacy NIE są przeciwnikami aborcji!

Biorąc pod uwagę powyższe fakty, można powiedzieć, iż w naszej Ojczyźnie istnieje niemal zupełne przyzwolenie na uśmiercanie dzieci uwięzionych w łonach matek. Wszystko wskazuje na to, że ten stan będzie trwał jeszcze bardzo, bardzo długo. Zdecydowana większość Polaków, z którymi miałam okazję rozmawiać na temat mordowania osób nienarodzonych, deklarowała, iż w przypadku gwałtu lub niebezpiecznej ciąży kobieta powinna mieć prawo do uśmiercenia poczętego dziecka. Jaki z tego wniosek? Taki, że w Polsce prawie wszyscy aprobują aborcję. A przecież żyjemy w kraju demokratycznym, w którym liczy się wola większości (nawet, jeśli jest to wola zadawania śmierci słabszym istotom)! Stereotyp, według którego ludność Polski jest przeciwna aborcji, uważam za obalony.


Dziewięć sprawiedliwych

Co jednak z innymi państwami? Na stronie en.wikipedia.org/wiki/Abortion_law znajduje się arcyciekawa tabela, która pokazuje, w jakich krajach i w jakich okolicznościach jest legalne bądź nielegalne zabijanie poczętych dzieci. Z danych zawartych w tej tabeli wynika, iż tylko w kilku państwach prawa dziecka są w pełni respektowane (tzn. mordowanie osób nienarodzonych jest całkowicie zakazane przez prawo). Ukłon za ochronę i poszanowanie najmłodszych członków społeczeństwa należy się następującym krajom: Laos, Malediwy, Watykan, Dominikana, Salwador, Nikaragua, Tuvalu, Chile i Urugwaj. Pozostałe państwa (w tym, oczywiście, Polskę) należy stanowczo wezwać do respektowania praw człowieka.


Dane liczbowe, które zwalają z nóg

Jaka jest skala tego - aprobowanego przez większość państw świata - pogromu nienarodzonych dzieci? Jak podaje strona Fakty.Interia.pl (w newsie z 10 maja 2008 roku, godz. 6:51) w samej Unii Europejskiej ginie 1,2 mln dzieci rocznie. Podobno co 27 sekund jest zabijany jeden nienarodzony obywatel UE. Jeżeli chodzi o liczbę takich zbrodni popełnianych w ciągu roku na całej Ziemi, to sięga ona kilkudziesięciu milionów. Według strony TheLancet.com (publikacja z 13 października 2007 r.), w roku 2003 zabito aż 42 miliony poczętych ludzi! Bezpośrednie linki do artykułów, na które się powołuję, są dostępne (w postaci przypisów) w polskojęzycznej Wikipedii, pod hasłem “aborcja”.


Pozycja nienarodzonego dziecka w Państwie Środka

Gdzie nienarodzone dzieci mają najgorzej? Najprawdopodobniej w Chinach, czyli w kraju, w którym osoby poczęte bywają mordowane nawet bez zgody matek. Warto tutaj przytoczyć fragment newsa z internetowego wydania “Gazety Wyborczej” (1 października 2008 roku): “Po siedmiu latach chiński sąd zdecydował się rozpatrzyć sprawę kobiety, której władze uśmierciły dziecko w dziewiątym miesiącu ciąży”. Wynika z tego, iż chińskie władze roszczą sobie prawo do decydowania o życiu i śmierci niewinnych obywateli, a walka o sprawiedliwość jest w Państwie Środka trudna i czasochłonna.


Jeszcze trochę o Chinach

Hmmm… Postępowanie tych władz można wytłumaczyć (ale absolutnie nie usprawiedliwić!) tym, iż w Chinach panuje straszliwe przeludnienie, a tamtejszy rząd chce mieć mniej gąb do wykarmienia. Rozumiem to doskonale, jednak widzę tylko dwa akceptowalne sposoby walki z przeludnieniem: wstrzemięźliwość seksualną i sterylizację dorosłych. No, ale to taka pozbawiona znaczenia dygresja. Bezpośredni link do omówionego wcześniej newsa jest dostępny - jako przypis - w polskojęzycznej Wikipedii, pod hasłem „aborcja”.


Dzieci poczęte, acz niezagnieżdżone w macicy

Oczywiście, cały czas mówimy o aborcji w tradycyjnym tego słowa znaczeniu. Co jednak z dziećmi, które już się poczęły, ale jeszcze nie zagnieździły w macicy? One też giną, jednak okoliczności ich śmierci zazwyczaj nie są uznawane za aborcję (o tej mówi się wówczas, gdy zostaje zabite dziecko zagnieżdżone w łonie matki). Dzieci, które już istnieją, lecz jeszcze nie zaimplantowały się w macicach kobiet, często tracą życie wskutek działania rozmaitych środków antykoncepcyjnych. Wiem, że trudno się z tym pogodzić, ale taka jest prawda.


Straszna prawda o antykoncepcji

Metodami zapobiegania ciąży (Uwaga! Zdaniem wielu osób, zajście w ciążę to moment zagnieżdżenia się dziecka w łonie matki, a nie wniknięcia plemnika do komórki jajowej!), które stanowią zagrożenie dla poczętych-niezaimplantowanych osób, są: pigułka hormonalna, pigułka „dzień po” i spirala/wkładka domaciczna. O tym, czy pozostałe metody antykoncepcji mogą doprowadzić do śmierci dziecka poczętego, acz niezagnieżdżonego w kobiecym łonie, nic mi jeszcze nie wiadomo. Na wszelki wypadek, lepiej z nich nie korzystać. Ile dzieci poczętych-niezaimplantowanych umiera w ciągu roku przez antykoncepcję? Nie mam zielonego pojęcia. Trudno mi to sobie nawet wyobrazić.


Pigułka „dzień po” a środek wczesnoporonny

Czy osławiona pigułka „dzień po” jest środkiem wczesnoporonnym? Jeśli przyjmiemy tezę, że ciąża zaczyna się od momentu poczęcia (czyli zespolenia plemnika z komórką jajową), to będziemy mogli śmiało powiedzieć: tak. Jeśli zaś poprzemy pogląd, według którego początkiem ciąży jest zaimplantowanie się nienarodzonego dziecka w macicy matki, to będziemy musieli stwierdzić: nie do końca. Bez względu na drobne różnice, jakie dzielą pigułkę „dzień po” i klasyczny środek wczesnoporonny, jedna rzecz pozostaje pewna.


Drobna różnica, ten sam skutek

Oba te produkty są śmiercionośne, gdyż zabijają nienarodzone dziecko. Ten pierwszy (pigułka „dzień po”) niszczy osobę, która już się poczęła, ale jeszcze nie zagnieździła w łonie kobiety. Ten drugi (klasyczny środek wczesnoporonny) niszczy osobę poczętą i zagnieżdżoną tamże. Na jedno wychodzi, prawda? Morał z tego taki, iż w bardzo wielu przypadkach antykoncepcja jest tożsama z aborcją. Można zrozumieć kobietę, która stosuje środki antykoncepcyjne, ponieważ nie wie, że mogą one być groźne dla jej ewentualnego potomka. Nie ma zaś zrozumienia dla kobiety, która sięga po antykoncepcję przy pełnej świadomości jej śmiercionośnych wad. A teraz ciekawostka z polskojęzycznej Wikipedii: wkładkę/spiralę domaciczną stosuje ok. 160 milionów kobiet. Wstyd i hańba!


Nasz świat jest piekłem!

Jak widać, planeta Ziemia nie jest przyjaznym miejscem dla ludzi nienarodzonych. Zważywszy na to, że prawie wszystkie kraje (z wyjątkiem Laosu, Malediwów, Watykanu, Dominikany, Salwadoru, Nikaragui, Tuvalu, Chile i Urugwaju) dopuszczają łamanie praw najmłodszych przedstawicieli gatunku ludzkiego, możemy powiedzieć, iż nasz świat jest “piekłem dzieci”. Poczęte dzieciątka są niewinne i bezbronne jak jagnięta, ale nie mają możliwości, aby w jakikolwiek sposób upomnieć się o swoje prawa (stąd “milczenie nienarodzonych owieczek”).


Obłuda i znieczulica

Nie napiszę “miejmy nadzieję, że ten stan ulegnie kiedyś poprawie” bo najprawdopodobniej tak się nie stanie. Jedyne, co mi pozostaje, to gorzki śmiech z faktu, że państwa, które najgłośniej krzyczą o prawach człowieka, godności ludzkiej, demokracji itp. najbardziej akceptują mordowanie nienarodzonych dzieci (USA, Wielka Brytania, Kanada, Francja, Norwegia, Szwecja, Szwajcaria i inne). Pod tym względem nie różnią się one od pro-aborcyjnych, komunistycznych reżimów, takich jak Korea Północna, Chiny czy ZSRR w czasach Lenina. Smutne to, ale prawdziwe. Niestety, obrońcy praw dziecka nienarodzonego, tacy jak ja, nic na to nie poradzą.


Natalia Julia Nowak,
20 marca 2011 roku

niedziela, 13 marca 2011

Witold Pilecki - wzór uniwersalny

- z Michałem Tyrpą, inicjatorem akcji społecznej „Przypomnijmy o Rotmistrzu” („Let’s Reminisce About Witold Pilecki”) i pomysłodawcą ustanowienia 25 maja europejskim Dniem Bohaterów Walki z Totalitaryzmem, rozmawia Natalia Julia Nowak.


Jest Pan prezesem Fundacji Paradis Judaeorum, która już od 2008 roku prowadzi kampanię społeczną „Przypomnijmy o Rotmistrzu”. Celem przedsięwzięcia jest szeroko pojęte promowanie postaci rotmistrza Witolda Pileckiego, jego ideałów i dokonań. Czy mógłby Pan opowiedzieć, kim był rotmistrz Pilecki i dlaczego warto o nim przypominać? Założę się, że część naszych Czytelników nie słyszała jeszcze o tej postaci albo wie o niej bardzo mało.

Witold Pilecki to jedna z największych postaci w naszej historii. Przez „naszej” rozumiem tu zarówno historię Polaków, jak historię Europy, chrześcijaństwa i całego świata. Biografia rotmistrza Pileckiego do pewnego stopnia jest typowa dla pokoleń urodzonych w niewoli, okutych w powiciu. Z drugiej strony jest absolutnie wyjątkowa. Witold Pilecki - żołnierz wojny o niepodległość roku 1920 i wojny obronnej z września 1939, harcerz, ułan, konspirator, więzień kacetu, powstaniec. Ale także mąż i ojciec, społecznik, rolnik-ziemianin, głęboko wierzący katolik, wreszcie poeta i malarz. Jedyny człowiek, który na ochotnika podjął się misji przeniknięcia do niemieckiego obozu koncentracyjnego. Twórca i przywódca Związku Organizacji Wojskowej w KL Auschwitz. To dzięki Witoldowi Pileckiemu alianci od samego początku i to niejako z samego jądra ciemności, dowiedzieli się o charakterze i rozmiarach niemieckiego ludobójstwa. Po zakończeniu II wojny światowej, nadal określanym często mianem „wyzwolenia”, Witold Pilecki stał się ofiarą komunistycznego bestialstwa i mordu sądowego. Po śledztwie, podczas którego katowano go w niewyobrażalny sposób (oprawcy z UB między innymi wyrwali mu paznokcie), Rotmistrz wypowiedział zdanie: „Oświęcim to była igraszka”… I dziś, w roku 2011, ów Bohater jest kimś powszechnie na świecie nieznanym! Ba! Jest kimś nierozpoznawalnym w Ojczyźnie, która tak wiele mu zawdzięcza. Zaś nasza oddolna, apolityczna inicjatywa obywatelska, która od trzech lat, konsekwentnie „przypomina o Rotmistrzu”, zwalczana jest przez polityków i urzędników utrzymywanych z kieszeni podatnika i objęta cenzurą w podobno zatroskanych o dobro wspólne mediach…

Kiedy i w jakich okolicznościach dowiedział się Pan o postaci Witolda Pileckiego? Usłyszał Pan o Rotmistrzu już jako dorosły człowiek, czy też pamięć o tym bohaterze była kultywowana w Pańskiej rodzinie?

O Witoldzie Pileckim dowiedziałem się jako dwudziestoparolatek, w pierwszej połowie lat 90. ze wzmianki w publikacji historycznej, która przypadkiem wpadła mi w ręce (tytułu nie pomnę). Od razu zastanowiło mnie, że tej rangi bohater pozostaje kimś powszechnie nieznanym. Zdumienie narastało w miarę upływu czasu, kiedy przekonałem się, że lata, jakie biegną od upadku komunizmu to okres, kiedy wchodzą w dorosłe życie kolejne pokolenia Polaków, które nigdy nawet nie słyszały nazwiska jedynego w historii ochotniczego więźnia i twórcy konspiracji w KL Auschwitz! Większość młodych, którzy urodzili się po 1989 r. nigdy nie słyszała o człowieku, którego format i zasługi we właściwy sobie sposób docenili komuniści – strzelając Witoldowi Pileckiemu w tył głowy w więzieniu mokotowskim, wieczorem 25 maja 1948 r.

Czy chęć wypromowania postaci Witolda Pileckiego pojawiła się u Pana spontanicznie? A może pomysł zainaugurowania akcji „Przypomnijmy o Rotmistrzu” był efektem długich, dogłębnych przemyśleń?

Zdumieniu, o którym wspomniałem, towarzyszyło coraz bardziej dojmujące poczucie wstydu za tzw. elity, których zaniedbań na tym polu nie sposób przecenić. A kiedy po raz pierwszy przeczytałem „Raport Witolda” z 1945, uznałem, że trzeba coś z tym zrobić. I to nie tylko w Polsce. Podczas promocji biografii Rotmistrza wydanej przez Chrześcijańskie Stowarzyszenie Rodzin Oświęcimskich, która bodaj w roku 2005 odbyła się w krakowskim Muzeum Armii Krajowej, obiecałem dzieciom Rotmistrza – Zofii i Andrzejowi Pileckim, że uczynię co w mojej mocy, aby postać i świadectwo Ochotnika do Auschwitz wydobyć z powszechnej niepamięci. Zainaugurowana w styczniu 2008 r. – w związku z 60. rocznicą śmierci Witolda Pileckiego i 65. rocznicą jego ucieczki z Auschwitz - akcja społeczna „Przypomnijmy o Rotmistrzu” („Let’s Reminisce About Witold Pilecki”) temu ma właśnie służyć. Rotmistrza trzeba wydobyć z powszechnej niepamięci. W całej globalnej wiosce! I w sposób wierny jego dziedzictwu, w zgodzie z przesłaniem „Raportu Witolda” z 1945 r.

Dlaczego zdecydował się Pan przypominać akurat o Witoldzie Pileckim, a nie o jakimś innym zapomnianym bohaterze? Jakie czynniki zadecydowały o tym, że uznał Pan Rotmistrza za postać ważniejszą i ciekawszą od innych?

Zadecydował o tym splot czynników. Najważniejszym był wspomniany, unikalny rys postaci Bohatera. Witold Pilecki to ktoś o biografii w jakimś stopniu podobnej do historii takich Bohaterów, jak np. „Nil”, „Kotwicz”, „Zapora”, „Zo” i tylu innych zapomnianych, wyklętych, bezimiennych.. Z drugiej strony to jedyna w historii osoba, która na ochotnika ( ! ) znalazła się w niemieckiej fabryce śmierci. Na miejscu, w owym „anus mundi”, Pilecki stworzył prężnie działającą konspirację więźniów, a po zniesieniu przez Niemców odpowiedzialności zbiorowej za ucieczkę współwięźniów, zagrożony dekonspiracją, zbiegł. Po wielu perypetiach (opisanych zresztą w „Raporcie Witolda”), szczęśliwie powrócił do Warszawy, złożył meldunek dowództwu Armii Krajowej o tym, jak wygląda sytuacja w największej niemieckiej fabryce śmierci i przekonywał do przeprowadzenia akcji, która oswobodzi więźniów. Rotmistrz walczył także w Powstaniu Warszawskim, gdzie zasłynął brawurą, doskonałym dowodzeniem i szczególną troską o młodych żołnierzy. Ci ostatni zwracali się nawet do niego per „tato”. Po zakończeniu Powstania trafił do obozu jenieckiego w Murnau, gdzie wyzwolili go Amerykanie. Po wojnie, jako członek głęboko zakonspirowanej organizacji „NIE” i na rozkaz generała Andersa powrócił do ojczyzny, by przyglądać się nowym, sowieckim porządkom. Jego epopeja zakończyła się, jak wspomniałem w warszawskim więzieniu przy Rakowieckiej, 25 maja 1948 r. (...)


Pełna treść wywiadu jest dostępna na stronie:

http://njnowak.salon24.pl/286899,witold-pilecki-wzor-uniwersalny

czwartek, 3 marca 2011

Gdy idolka okazuje się aborcjonistką

Moja zaleta: stałość w uczuciach

Jestem osobą stałą w uczuciach - kiedy ogłaszam kogoś swoim idolem, to słucham jego piosenek przez lata, niezależnie od zmieniających się mód i tendencji medialnych. Nie należę do ludzi, którzy zachwycają się artystami popularnymi w danym sezonie, a potem porzucają ich na rzecz nowych celebrytów. Jeśli zachwyca mnie czyjś talent, to staram się poznać jego twórczość jak najdokładniej, poczuć ją całym jestestwem i w pełni zrozumieć.


Katharsis, czyli oczyszczenie przez sztukę

Swoich idoli traktuję niemal jak przyjaciół, towarzyszy codziennego życia, powierników i pocieszycieli. Jeżeli przepełniają mnie silne emocje, to włączam odpowiednią muzykę, aby lepiej je przeżyć albo się ich pozbyć. Gdy mam ochotę krzyczeć, pozwalam, by ukochani artyści robili to za mnie. Gdy pragnę łkać, słucham nagranego przez idola łkania i utożsamiam się z tym łkaniem. To mnie oczyszcza, to mnie wyzwala, to mnie zbawia. Uważam, że rację miał ten, kto powiedział, iż muzyka najlepiej ze wszystkich sztuk ilustruje ludzkie emocje, nastroje i przeżycia wewnętrzne. Nie wszystko przecież można przedstawić za pomocą słów czy obrazu.


“Nie potrzeba nam wielkich twórców…”

W doborze muzycznych idoli zawsze byłam liberalna, tolerancyjna i otwarta. O tym, kto miał prawo zostać moim “bożyszczem”, decydowały wyłącznie względy estetyczne i ich zbieżność z moimi upodobaniami. Jeśli jakaś piosenka chwytała mnie za serce, to odtwarzałam i przeżywałam ją aż do znudzenia, upajając się jej pięknem i doskonałością. Nie obchodziły mnie życiorysy czy wypowiedzi artystów - liczyła się tylko sztuka, która stoi ponad podziałami, jest wolna, autonomiczna, transcendentna. Uwielbiałam nie tyle muzyków, ile owoce ich pracy. Bo, jak to kiedyś ktoś powiedział, “nie potrzeba nam wielkich twórców, tylko wielkich dzieł”.


Julia i Lena - idolki od Podstawówki

Zespołem, którego słuchałam najdłużej ze wszystkich, był rosyjski duet t.A.T.u., tworzony przez rudowłosą Lenę Katinę i brunetkę Julię Wołkową. Zostałam jego fanką w czwartej lub piątej klasie Szkoły Podstawowej i dochowywałam mu wierności aż do teraz, czyli do czasów studenckich. Można powiedzieć, że wychowałam się na jego twórczości. Przez te wszystkie lata, od starszych klas SP aż do studiów, uwielbiałam t.A.T.u., chociaż moje uwielbienie dla tej formacji było raz silniejsze, a raz słabsze.


Dowód na przemijanie

Uważnie obserwowałam zmiany zachodzące w sztuce tego duetu oraz w wizerunku jego członkiń. Zmiany te były dla mnie namacalnym dowodem na to, iż czas upływa, zaś rzeczywistość ulega licznym przeobrażeniom - nieletnie dziewczynki stają się dorosłymi kobietami, głosy wokalistek się starzeją, image jest niestały, pewne tendencje muzyczne zanikają, a potem powracają lub nie. Mówiąc słowami Heraklita z Efezu: “Panta rhei” - “Wszystko płynie”. I jeszcze słowami Paula Dennisona: “Życie jest ruchem, a ruch życiem”.


Theatrum mundi

Wielu osobom nie podobało się, że słucham t.A.T.u. pomimo pełnej świadomości, iż duet ten podawał się kiedyś za lesbijski. Ja jednak nie przejmowałam się tymi komentarzami, ponieważ wiedziałam, że życie egzystującego w blasku fleszy artysty jest teatrem (niekiedy teatrem absurdu. Patrz: Lady Gaga), a scenariusz teledysku czy estradowego występu to fikcja. Nie należy mylić fikcji z rzeczywistością. Włodzimierz Matuszczak, który gra (grał?) księdza Antoniego w serialu “Plebania”, wcale nie jest księdzem. Jacek Rozenek, który w kilku filmach zagrał tego samego UB-eka, wcale nie jest UB-ekiem. Robert Pattinson, znany z roli wampira w sadze “Zmierzch”, wcale nie jest wampirem. Dziewczyny z t.A.T.u., udające lesbijki w teledyskach i na koncertach, wcale nie są lesbijkami. W sztuce nie należy niczego traktować poważnie i dosłownie. Potwierdzeniem tej tezy może być dziecko z popularnej anegdotki, które wyskoczyło przez okno, ponieważ telewizja wyprała mu mózg jakąś reklamą czy kreskówką o lataniu. A także słynne, fantastycznonaukowe słuchowisko radiowe “Wojna światów” z 1938 roku, przez które wielu ludzi uwierzyło, iż Ziemia została zaatakowana przez kosmitów.


Obuchem w łeb

Niestety, czasami zdarza się, że popularny artysta naprawdę robi coś niewłaściwego i nie ma to żadnego związku z jego codzienną grą aktorską, czyli wizerunkiem. Niedawno dowiedziałam się, iż moja wieloletnia idolka, Julia Wołkowa z t.A.T.u., uśmierciła przed laty swoje nienarodzone dziecko (źródło: muzyka.onet.pl/10172,1638455,0,2,wywiady.html). Kiedy przeczytałam tę informację, byłam po prostu wstrząśnięta. Julia, która wystąpiła kiedyś w pięknym, poruszającym, antyaborcyjnym teledysku, sama ma na sumieniu wyabortowanie bezbronnego dziecka!


Jedno mi było w głowie: sztuka!

Wielu z Was może się dziwić, że ja - fanka Wołkowej - wcześniej o tym nie wiedziałam. Rozumiem to, ale musicie pamiętać o jednym: przez lata interesowałam się wyłącznie muzyką swoich ulubionych artystów, nie zaś ich prywatnym życiem. A to dlatego, iż uważałam sztukę za byt niezależny, autonomiczny oraz hołdowałam zasadzie “Nie potrzeba nam wielkich twórców, tylko wielkich dzieł”. Wiedziałam, że Julia miała kiedyś problemy psychologiczne, a nawet myślała o samobójstwie, jednak o pozbyciu się przez nią dziecka (i to w tak niehumanitarny sposób!) po prostu nie miałam pojęcia.


“Ignorancja to siła“

Teraz jestem w kropce. Nieustannie zadaję sobie pytanie: czy godzi się, aby osoba kochająca i szanująca nienarodzone dzieci słuchała piosenek śpiewanych przez kobietę, która na takie dziecko podniosła rękę? Czy wychwalanie tej artystki, przy pełnej świadomości jej haniebnego czynu, nie byłoby obrazą dla jej nieszczęsnego dzieciątka? Czuję się oszukana i przeklinam własną ignorancję (chociaż kiedyś ta “ignorancja” była moją “siłą“. Aluzja do mądrego hasła z “Roku 1984“ George’a Orwella). Od 11 do 20 roku życia, czyli przez prawie pół życia, uważałam za swoją idolkę kobietę zdolną do czegoś tak przerażającego… Zachwycałam się aborcjonistką i kibicowałam jej…


“Prawda rodzi nienawiść”

Moje uczucie zawodu jest tym większe, że po obejrzeniu genialnego teledysku “Beliy Plaschik” (“Biełyj Płaszczik”, “White Robe”) postrzegałam Julię Wołkową jako bohaterkę walki o prawa dzieci poczętych. Napisałam o tym nawet felieton pt. “Muzyka Przeciwko Aborcji”. Bolesne rozczarowanie, które teraz przeżywam, można porównać do rozczarowania Lechem Kaczyńskim w październiku 2009 roku (prezydent Rzeczypospolitej Polskiej obiecywał, że nie podpisze Traktatu Lizbońskiego, a jak przyszło co do czego…!). Moi Drodzy, ja już nie lubię Julii z t.A.T.u. Po tym, co przeczytałam, nie jestem w stanie dłużej uważać się za jej fankę. Jak napisał Terencjusz: “Prawda rodzi nienawiść”.


“Bo z dziewczynami nigdy nie wie, oj, nie wie się…”

Nie chcę, żeby taki zawód spotkał mnie ponownie w przyszłości. Niestety, sprawa z kobietami - zarówno tymi sławnymi, jak i zwyczajnymi - przenigdy nie jest pewna. Nigdy nie wiadomo, która z przedstawicielek płci słabej ma za sobą wyabortowanie bezbronnego dziecka, a która nie. Pisałam o tym już trzy lata temu i posłużyłam się wówczas cytatem z pewnej popularnej piosenki: “Bo z dziewczynami nigdy nie wie, oj, nie wie się, czy wszystko dobrze jest, czy może jest już źle…” (chodzi o taki jeden felieton, który był później - za moją zgodą - rozpowszechniany przez Redakcję Maskulizm.pl).


Prawdopodobieństwo? Fifty-fifty!

O ile mi wiadomo, w środowisku kobiet-karierowiczek, zwłaszcza tych zagranicznych, pozbywanie się dzieci metodami aborcyjnymi jest dosyć powszechnym problemem. Czasem takie przypadki są podawane do wiadomości publicznej, na przykład przez same sprawczynie, innym razem pozostają one w sferze tajemnic. Wiem, że to smutne i przerażające, lecz jeśli spojrzy się na dowolną kobietę, to prawdopodobieństwo, iż ma ona za sobą aborcję, wynosi 50% (prosty rachunek: albo to zrobiła, albo tego nie zrobiła). W przypadku mężczyzn prawdopodobieństwo usunięcia ciąży spada do 0%.


Odpowiedzialność zbiorowa

Z tego powodu podjęłam odważną (żeby nie powiedzieć: męską) decyzję. Postanowiłam, że odtąd moimi idolami będą wyłącznie osoby płci męskiej. Ograniczę listę moich ulubieńców do tych, którzy - z racji przynależności do określonego typu seksuologicznego - nie są w stanie zajść w ciążę i jej usunąć. Odpowiedzialność zbiorowa względem żeńskich idoli? Jak najbardziej. Ktoś może powiedzieć, iż moja decyzja jest nieracjonalna, bo istnieją mężczyźni, którzy popierają uśmiercanie nienarodzonych dzieci. Owszem, istnieją i staram się o tym nie zapominać. Ale oni nie stanowią bezpośredniego zagrożenia dla tych dzieci. Facetowi popierającemu aborcję można co najwyżej powiedzieć: “Popierać to ty sobie możesz”.


Lista popularnych, zagranicznych aborcjonistek

Jakieś dwa lata temu, w pewnym serwisie społecznościowym, widziałam listę zagranicznych celebrytek, o których wiadomo, że dopuściły się aborcji. Niestety, profil, na którym opublikowano tę listę, już nie istnieje. Czy ta lista jest jeszcze dostępna gdzieś w Internecie? Jeśli tak, to bardzo proszę o stosowny link. Chciałabym dokładnie się w nią wczytać i ją przeanalizować. Ponadto, chciałabym przeprowadzić małą akcję uświadamiania odbiorców popkultury, na które sławne kobiety należy uważać. Myślę, że ta akcja byłaby dobrym uczynkiem w walce z obłudą. Bo, według mnie, naprawdę nie godzi się, aby przeciwnik krzywdzenia nienarodzonych dzieci korzystał z twórczości gwiazd, które popełniły aborcję. Uważasz, że aborcja jest zła? To nie głaszcz po głowie kobiet, które się jej dopuściły! Nie słuchaj ich piosenek, nie oglądaj filmów z ich udziałem! Bądź konsekwentny w tym, co robisz (ja przestałam być fanką Julii Wołkowej)!


Sławne cudzoziemki, które popełniły aborcję

Na razie wiem tylko tyle, iż usunęły ciążę: Julia Wołkowa, Madonna, Britney Spears, Lil Kim, Whoopi Goldberg, Brigitte Bardot, Sharon Osbourne, Sinead O'Connor, a także nieżyjące już Marilyn Monroe, Marlene Dietrich i - prawdopodobnie - Greta Garbo. Kogo jeszcze należy dopisać do tej listy? Oczywiście, pytam wyłącznie o celebrytki popularne w Polsce (nie zależy mi zaś na nazwiskach/pseudonimach kobiet, o których w naszym kraju prawie nikt nie słyszał). Uświadamiajmy społeczeństwo, jaką przeszłość mają za sobą niektóre gwiazdy! Tłumaczmy, że ich podziwianie jest nieetyczne!


Celebryci, którzy popierają prawo do aborcji

Innym problemem, o którym warto wspomnieć w niniejszym artykule, są znani ludzie, którzy otwarcie wyrażają swoje pro-aborcyjne poglądy (chociaż niekoniecznie mają aborcję na sumieniu). Myślę, że społeczeństwo powinno znać nazwiska bądź pseudonimy gwiazd, które nie widzą nic złego w odbieraniu życia nienarodzonym dzieciom. Polską piosenkarką, która powiedziała, iż popiera prawo do aborcji, jest Dorota “Doda” Rabczewska. Warto jednak podkreślić, że w 2007 roku NIE podpisała się ona pod słynnym apelem, w którym wzywano polityków, aby zrezygnowali z dopisania do Konstytucji RP wzmianki o “ochronie ludzkiego życia od poczęcia do naturalnej śmierci”.


Apel o odrzucenie antyaborcyjnej poprawki do Konstytucji

Kto zaś podpisał się pod tym apelem? Jak podaje strona prochoice.blox.pl, na liście przeciwników “ochrony ludzkiego życia od poczęcia do naturalnej śmierci” figurują m.in.:

Wisława Szymborska
prof. Maria Janion
Olga Lipińska
Magdalena Abakanowicz
prof. Barbara Skarga
prof. Wiktor Osiatyński
prof. Michał Głowiński
prof. Mirosława Marody
prof. Joanna Tokarska - Bakir
prof. Paweł Dybel
prof. Marcin Król
prof. Lena Kolarska-Bobińska
Andrzej Celiński
Izabela Cywińska
Renata Dancewicz
Magdalena Cielecka
Maja Ostaszewska
Maria Seweryn
Joanna Brodzik
Katarzyna Herman
Jowita Budnik
Katarzyna Kwiatkowska
Michał Witkowski
Kora Jackowska
Fiolka Najdenowicz
Olga Tokarczuk
Kinga Rusin
Tomasz Raczek
Katarzyna Roeyens / Kayah
Reni Jusis
Agnieszka Arnold
Piotr Najsztub
Jerzy Pilch
Wojciech Eichelberger
Bożena Walter
Małgorzata Braunek
Adam Wajrak
Janina Ochojska
Marek Borowski
Wojciech Olejniczak
Marcin Meller
dr Jacek Kochanowski
dr Monika Płatek
Michał Rusinek
dr Kinga Dunin
Seweryn Blumsztajn
Mariusz Sieniewicz
Wilhelm Sasnal
Maja Kleczewska
Wanda Nowicka
Hanna Samson
Kazia Szczuka
Krystyna Kofta
Sławomir Sierakowski
Beata Sadowska
Mariusz Przybylski
Marcin Paprocki
Mariusz Brzozowski
Grażyna Olbrych
Joanna Rajkowska
Zuzanna Janin
Marta Dzido
Anna Baumgart
Kamil Sipowicz
dr Bożena Umińska
prof. Inga Iwasiów
prof. Jolanta Brach - Czaina
prof. Magdalena Środa
prof. Bożena Chołuj
Prof. Katarzyna Rosner
Prof. Małgorzata Szpakowska
Prof. Małgorzata Fuszara
dr Agnieszka Graff
Iwona Radziszewska
Maria Sadowska
Joanna Żółkowska
Paulina Holtz


The March for Women's Lives

Czytelnikom niniejszego artykułu radzę również się zapoznać z listą sławnych zwolenników pro-aborcyjnego marszu zwanego The March for Women's Lives. Lista ta jest dostępna na stronie march.now.org/coalition.html i zawiera m.in. takie nazwiska/pseudonimy, jak: Christina Aguilera, Jennifer Aniston, Glenn Close (Cruella de Mon), Cindy Crawford, Sheryl Crow, Kirsten Dunst, Calista Flockhart (Ally McBeal), Jane Fonda (Barbarella), Whoopi Goldberg, Salma Hayek, Helen Hunt, Amy Jo Johnson (Różowa Wojowniczka z „Power Rangers”), Ewan McGregor, Moby, Demi Moore, Julianne Moore, Alanis Morissette, Pink, Susan Sarandon, Sharon Stone, Charlize Theron i Uma Thurman. Oczywiście, wymieniłam tylko „najbardziej rzucające się w oczy” osoby.


Zakończenie

Jak zapewne się domyślacie, informacja o aborcyjnej przeszłości jednej z moich największych idolek była dla mnie nie lada wstrząsem, po którym już nigdy nie spojrzę na tę kobietę tym samym okiem co dotychczas. Czym innym jest bowiem głoszenie pro-aborcyjnych poglądów, a czym innym rzeczywiste podniesienie ręki na nienarodzone dziecko. W przypadku osoby, która otwarcie wyraża swoje poparcie dla aborcji, istnieje szansa, że jej deklaracje są tylko „pustym gadaniem”. Jednakże Julia Wołkowa - artystka, którą lubiłam i podziwiałam przez prawie pół życia - naprawdę dopuściła się aborcji. To NIE to, co Anja Orthodox z zespołu Closterkeller, która z jednej strony głosi pro-aborcyjne przekonania, a z drugiej jest kochającą matką i zapewne nigdy nie wyrządziłaby krzywdy swoim dzieciom. Wołkowa nie „klepie” bzdur o dopuszczalności aborcji… Ona de facto to uczyniła! A co się stało, to się nie odstanie!


Natalia Julia Nowak,
2-3 marca 2011 roku