poniedziałek, 10 października 2011

Epicka klęska optymistów

Mydliny w oczach

Powiem krótko, ale dobitnie: nie rozumiem prawicowców, którzy patrzą w przyszłość z optymizmem i nie dopuszczają do swojej świadomości straszliwej prawdy o współczesnym świecie. Mamy w Polsce dużą grupę ludzi, którzy są zszokowani sukcesem Ruchu Palikota i nie mogą pojąć, jak to możliwe, iż radykalnie lewicowa partia zajęła trzecie miejsce w wyborach parlamentarnych. Postawa tych osób świadczy tylko o tym, że dotychczas były one przekonane, iż Polacy są narodem patriotyczno-konserwatywnym. Jeśli kogoś zaskoczył sukces lewicy, to znaczy, że wcześniej uważał społeczeństwo polskie za wspólnotę mniej lub bardziej prawicową. Taki ktoś żył w świecie wyobraźni, pogrążał się w skrajnym chciejstwie i był ślepy na otaczające nas zlewaczenie.


Grochem o ścianę

Muszę przyznać, iż spotkałam wiele takich osób. Optymistyczni prawicowcy, z którymi miałam okazję rozmawiać, postrzegali Polaków jako konserwatystów, patriotów, a nawet nacjonalistów. Wprawdzie próbowałam im wytłumaczyć, że rzeczywistość ma niewiele wspólnego z ich wizją, ale oni natychmiast zaprzeczali moim słowom i upierali się przy swojej opinii. Pytałam ich: jeśli Polacy są konserwatystami, to dlaczego większość z nich popiera aborcję, antykoncepcję, swobodę obyczajową i edukację seksualną? Pytałam: jeśli Polacy są patriotami, to dlaczego większość z nich nie widzi nic złego w tym, iż Polska musi wykonywać polecenia Brukseli? Pytałam: jeśli Polacy są nacjonalistami, to dlaczego partie nacjonalistyczne mają mniej niż jeden procent poparcia?


Szok i przerażenie

Prosiłam tych ludzi, żeby otworzyli oczy i poczytali chociażby komentarze w popularnych serwisach internetowych. Niestety, moje akcje uświadamiające nie przynosiły żadnego skutku. Optymistyczni prawicowcy z uporem maniaka powtarzali, że Naród Polski jest patriotyczny i konserwatywny, a lewica nigdy w naszej Ojczyźnie nie zatriumfuje. Teraz, kiedy Ruch Palikota został w Polsce partią nr 3, skrajni optymiści przecierają oczy ze zdumienia i nie wiedzą, co ze sobą zrobić. Ja tam doskonale wiedziałam, że w naszym kraju żyje mnóstwo lewicowców, którzy prędzej czy później upomną się o swoje.


Druga Holandia to wyrok!

Już od kilku lat byłam przygotowana na najgorsze, a swoją rozpacz i poczucie beznadziejności wyrażałam w formie depresyjnych felietonów i wierszy. Uparcie powtarzałam, iż upodobnienie się Polski do Holandii/Hiszpanii/Szwecji po prostu musi nastąpić, albowiem takie jest przeznaczenie i nic tego nie zmieni. Rozumiałam, że tak jak Traktat Lizboński i parytety dla kobiet były tylko kwestią czasu, tak totalne zlewaczenie Polski prędzej czy później stanie się faktem. Jedyne pytanie, na które nie potrafiłam sobie odpowiedzieć, brzmiało: “Kiedy to nastąpi? Czy za rok, czy za pięć lat, czy za dwie dekady?”.


Spóźniona apokalipsa

Zagadka została rozwiązana 9 października 2011 roku. Tego dnia, a raczej tej nocy, mogłam sobie powiedzieć: “Oooo! Więc to już ta chwila? Ale heca! Moja stara przepowiednia wypełniła się właśnie dzisiaj!”. Szczerze mówiąc, jestem zaskoczona, iż moje proroctwo urzeczywistniło się tak późno. Był bowiem czas, kiedy myślałam, że kompletne zlewaczenie naszej Ojczyzny nastąpi bezpośrednio po ratyfikacji Traktatu z Lizbony. Jak widać, pomyliłam się o dwa lata. Ale to nie zmienia faktu, iż prawidłowo wskazałam kierunek, w którym pójdzie (czyt.: idzie) nasz ukochany kraj.


Zawracanie kijem Wisły

Ruch Palikota dąży do tego, aby przeprowadzić w Polsce istną rewolucję społeczno-obyczajową. Mówię Wam, drodzy Czytelnicy, że ta rewolucja dojdzie do skutku. Jeśli nie od razu, to odrobinę później (RP ma wszak cztery lata na realizację swojego celu). Mam nadzieję, iż nie będziecie wówczas wytrzeszczać oczu ze zdziwienia i kręcić głową z niedowierzania. Mnie ta cała tragedia wcale nie dziwi. Owszem, zasmuca i napełnia lękiem, ale nie dziwi. Od dawna wiem, że wszelkie wartości są skazane na przemiał i że nie da się tego wyroku odwołać. Można płakać, można walić głową w mur, można wyrywać sobie włosy ze skroni, można się szarpać i awanturować, jednak te zabiegi absolutnie niczego nie zmienią. Przed nami, prawicowcami, nie ma przyszłości. No, chyba, że za przyszłość uznamy rozpacz, upokorzenie i śmierć w straszliwych męczarniach psychicznych.


Życie dla życia

Moi Kochani, ja już dawno odrzuciłam wszelkie oczekiwanie. Nie czekam, bo nie mam na co. To znaczy: czekam na własną śmierć, z którą jest dokładnie tak jak ze zlewaczeniem Polski. Zgon jest przeznaczeniem, ponurym wyrokiem, który prędzej czy później zostanie wykonany. Jedyne, co mogę, to zastanawiać się, kiedy umrę - czy za miesiąc, czy za dziesięć lat, czy dopiero po ukończeniu 90 roku życia. Żyję z dnia na dzień, świadoma faktu, iż nigdy nie doczekam się poprawy swojej doli. Oddycham, jem, piję, wydalam, piszę artykuły, słucham muzyki, surfuję po Internecie i studiuję dziennikarstwo, ale nie czekam na nic konkretnego, nie liczę na najniklejszy uśmiech losu, nie spodziewam się żadnego cudu. Po co żyję? Otóż żyję dla samego życia. Poczęłam się, urodziłam… więc żyję. Jestem jak wskazówka zegara, którą kiedyś wprawiono w ruch i która obraca się dla samego obracania. W tym, że wskazówka się obraca, nie ma żadnej filozofii. To czysta fizyka i nic poza tym.


Reformy a swobody obywatelskie

Interesuje mnie tylko jedna sprawa. Czy po reformach, które wejdą w życie w ciągu najbliższych czterech lat, zachowa się wolność myśli, słowa i sumienia? Czy będę mogła kontynuować pisanie patriotycznych, nacjonalistycznych, eurosceptycznych, konserwatywnych, antyfeministycznych i antydemokratycznych felietonów? Czy prawicowe ugrupowania, takie jak Polska Partia Narodowa i Narodowe Odrodzenie Polski, będą mogły istnieć i działać zgodnie z własnymi przekonaniami? Wiem, że pytania, które zadaję, mogą się kojarzyć z dylematami klaczy Mollie, bohaterki “Folwarku Zwierzęcego” G. Orwella (“Czy po powstaniu będzie cukier? A czy będę mogła wplatać sobie wstążki w grzywę?”). Ale są one dla mnie bardzo ważne, gdyż nie chcę stracić swoich najcenniejszych praw. Boję się cierpienia, dyskryminacji, represji… Myśl o tym, że mój los może się drastycznie pogorszyć, sprawia, iż coraz mniej lękam się śmierci. Wierzę, że zgon stanowi koniec wszystkiego - zmarły człowiek traci świadomość tego, co się dzieje na Ziemi.


Chociaż tyle dobrego, że pisowcy przegrali!

Na szczęście, dostrzegam jedną rzecz, z której mogę się cieszyć. Tą rzeczą jest spektakularna porażka Prawa i Sprawiedliwości, partii, która od dwóch lat potwornie mnie denerwuje. Widzicie, moi drodzy Czytelnicy… Dzisiaj, czyli 10 października, jest druga rocznica podpisania Traktatu Lizbońskiego przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Odkąd Kaczyński ratyfikował TL, darzę PiS samymi negatywnymi uczuciami. Moja niechęć do Prawa i Sprawiedliwości pogłębiła się po 10 kwietnia 2010 roku, kiedy to pisowcy zaczęli nazywać LK bohaterem narodowym, stawiać mu pomniki oraz oskarżać Rosjan o umyślne spowodowanie katastrofy smoleńskiej. PiS mnie irytuje, przeraża wrogością do Wschodnich Słowian, głęboką wiarą w teorie spiskowe i bezkrytycznym uwielbieniem dla braci Kaczyńskich. Dlatego cieszę się, iż ta partia jest wielkim przegranym tegorocznych wyborów. Szczęście w nieszczęściu. To, czego poszukiwała pewna bohaterka literacka, Pollyanna.


Natalia Julia Nowak,
10 października 2011 r.

Brak komentarzy: