czwartek, 25 listopada 2010

Pan Iksiński, pierwowzór towarzysza Zdzisława

MUZYCZNE MOTTO:

“Tak więc sąd nad miłością
Jest jednocześnie zły i dobry.
Złą wiadomością jest to,
Że miłość obróciła świat w ściek.
Dobrą wiadomością jest to,
Że ludzie nauczyli się kochać
Zapach ścierwa”


Boyd Rice




Pytanie, które trzeba wreszcie zadać

Osoby, które uważnie śledzą moją twórczość literacką, zapewne zdążyły się zorientować, że stworzona przeze mnie opowieść o perypetiach funkcjonariusza Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego, Zdzisława Baumfelda, to nie tylko dwanaście tomów “TragiFarsy socNIErealistycznej”, ale również dwa opowiadania (“Biblia ubecji, czyli teczka towarzysza Zdzisława”, “PUBP, czyli polska Strefa 51”), dwa artykuły (“TragiFarsa, czyli przygody UB-eka Zdzisława”, “TragiFarsa od kuchni”) oraz fragmenty dramatów “Jeszcze Nowszy Porządek Świata”, “Bardzo Spiskowa Teoria Dziejów“ i “Chryzantemy Złociste Na Fortepianie“. Utworów, które mają jakiś związek z postacią obłudnego, cynicznego, brutalnego, a zarazem leniwego i roztargnionego przedstawiciela stalinowskiej bezpieki, jest łącznie dziewiętnaście (jeśli dorzucimy do tego felieton, który czytacie obecnie, będzie dwadzieścia). W związku z powyższym, ktoś powinien wreszcie zapytać: “Jak to się stało, że Natalia Julia Nowak napisała tak wiele tekstów na temat jednej postaci? Co, a raczej kto ją do tego skłonił, zainspirował?”.


Towarzysz Zdzisław nie wziął się z powietrza

Jakiś czas temu napisałam parę słów o genezie “TragiFarsy socNIErealistycznej” i jej powiązaniach z innymi tekstami mojego autorstwa, a dzisiaj chciałabym odpowiedzieć na zadane przed chwilą pytanie, czyli wyjaśnić, skąd się wzięła postać Zdzisława Baumfelda. Bo trzeba Wam wiedzieć, drodzy Czytelnicy, iż ten bohater nie powstał z niczego - do jego wykreowania natchnął mnie pewien nietypowy jegomość, z którym miałam okazję się zetknąć na mojej drodze życiowej. Krótko mówiąc: Zdzisiek Baumfeld ma swój pierwowzór w realnym świecie i uważam, że o owym pierwowzorze warto napisać kilka akapitów.


Nie Zdzisław, nie Baumfeld, nie UB-ek

Człowiek, który zainspirował mnie do wykreowania głównego bohatera mojej metaserii, wcale nie ma na imię Zdzisław, wcale nie nosi nazwiska Baumfeld i wcale nie zrobił kariery w okresie stalinizmu (1944-1956). Nie dowiecie się, jak brzmią jego prawdziwe dane, gdyż mogłoby to przynieść więcej szkody niż pożytku. Na potrzeby niniejszego artykułu będę go nazywać panem Iksińskim, chociaż jego rzeczywiste nazwisko brzmi zupełnie inaczej. No, ale przejdźmy wreszcie do konkretów. Pana Iksińskiego poznałam przez Internet w dosyć dziwnych okolicznościach. Było to na początku 2009 roku, kiedy to zdarzało mi się publicznie posługiwać pewnym ateistycznym (neutralnym politycznie) hasłem.


“A ja jestem komunistą”

Pewnego dnia otrzymałam wiadomość prywatną od nieznajomego, starszego pana, której autor - czyli właśnie pan Iksiński - zachwycał się moim hasłem i wyznawał, że jest mu ono bliskie. Ucieszona pozytywną opinią, podziękowałam nadawcy za ciepłe słowa i wyjaśniłam, że jestem osobą niewierzącą, ale mam skrajnie prawicowe poglądy. Swoją deklarację światopoglądową zakończyłam grzecznościowym pytaniem: “A pan?”. Mój nowy znajomy udzielił mi dosyć zaskakującej i śmiałej odpowiedzi: “A ja jestem komunistą, ale z KPP mam raczej luźne związki!”.


“Oczywiście, że należałem do PZPR!”

Zdumiona słowami pana Iksińskiego, spytałam: “Jest pan komunistą? A należał pan do PZPR?”. Druga odpowiedź, której udzielił mi starszy mężczyzna, była dla mnie jeszcze bardziej zaskakująca niż pierwsza: “Oczywiście, że tak! Do SB też!”. Ponieważ ta pogodna, epatująca dumą i kompletnym brakiem wstydu wypowiedź na dobre rozpaliła moją ciekawość, zaczęłam się dopytywać: “Współpracował pan z SB? W jaki sposób? Donosił pan na ludzi?”. Wówczas Iksiński zażartował, że chyba musi się poddać dogłębnej lustracji i że zrobi to z przyjemnością, albowiem wcale nie żałuje swojej “czerwonej” przeszłości.


“Pracowałem w SB, przyjmowałem donosy”

Jego odpowiedź na pytanie dotyczące działalności w Służbie Bezpieczeństwa brzmiała mniej więcej tak: “Nie współpracowałem z SB, tylko tam pracowałem, i nie składałem donosów, tylko je przyjmowałem”. Po przeczytaniu tej deklaracji uświadomiłam sobie, że nie mam do czynienia z jednym z wielu “szeregowych” tajnych współpracowników (tzw. agentów), tylko z najprawdziwszym w świecie funkcjonariuszem SB, który był zespolony z bezpieką w jeszcze większym stopniu niż początkowo sądziłam.


“True” i “pozerzy”

Poprosiłam pana Iksińskiego, żeby poopowiadał mi trochę o swojej marksistowskiej “karierze” i w ogóle o “tamtych czasach”. Chciałam wiedzieć, jak ten stary, dumny z siebie SB-ek ocenia własny życiorys, Polską Zjednoczoną Partię Robotniczą, PRL i III RP. Czy, jego zdaniem, obecnie żyje się lepiej niż kiedyś? A może gorzej? Pan Iksiński odpowiedział, że to, co we współczesnych mediach nazywa się komunizmem, wcale nim nie było, i że prawdziwego komunizmu Polska nigdy nie doświadczyła. A do PZPR należało - zdaniem mojego rozmówcy - wielu ludzi, którzy uważali się za komunistów, choć w gruncie rzeczy nie mieli nic wspólnego z tą ideologią.


Zbrodnia oznaką braku miłości

Były funkcjonariusz Służby Bezpieczeństwa twierdził, iż zawsze ubolewał nad brakiem “prawdziwego komunizmu” i… “prawdziwych komunistów”, czyli ludzi takich jak on. Pytany o to, co go pociąga w komunizmie, odpowiadał, że jest to “jedyna ideologia na świecie, która opiera się na miłości do każdego człowieka”. Kiedy napisałam: “Pisze pan, że komunizm opiera się na miłości do każdego człowieka, a przecież tyle się słyszy o zbrodniach komunistycznych”, mój rozmówca odparł: “Jeśli ktoś popełnia zbrodnie, to znaczy, że nie ma w sercu miłości, więc nie jest komunistą. Może być co najwyżej podróbką komunisty”.


Przepowiednia starego komucha

SB-ek gorąco mnie zapewniał, że miłość jest najwyższą wartością w życiu, bo gdy człowiek wszystko straci, to pozostanie mu już tylko to uczucie. Ponadto wróżył mi, że ja również “zostanę kiedyś komunistką”, ponieważ “mam w sobie miłość”. Gdy poprosiłam, żeby napisał, skąd wie, iż “mam w sobie miłość”, pan Iksiński użył mniej więcej takich słów: “Bo ze mną rozmawiasz”. Starszy pan zapewniał, że jest pozytywnie zaskoczony moją postawą. Podobno na początku był do mnie uprzedzony i sądził, że gdy zdradzi mi, kim był i jest, to przestanę z nim rozmawiać. Tymczasem ja wcale się od niego nie odwróciłam, a to - według niego - było dowodem na posiadanie dobrego, kochającego, wyrozumiałego serca.


“Ludzie uważają mnie za bandytę”

Zapytałam ex-funkcjonariusza SB, jak mu się żyje we współczesnej Polsce, i dowiedziałam się, że raczej niewesoło. “Ludzie uważają mnie za bandytę, chociaż nigdy nie popełniłem żadnego przestępstwa - żalił się marksista. - Nie jestem bandytą, bo dla mnie najważniejsza jest miłość”. Chciałam zgłębić ten temat i dowiedzieć się, co dokładnie spowodowało, iż pan Iksiński został powszechnie uznany za kryminalistę. Byłam także ciekawa, czy mój rozmówca posiada teczkę w Instytucie Pamięci Narodowej i czy jego nazwisko figuruje na tzw. liście Wildsteina. Niestety, zabrakło mi śmiałości, żeby spytać o te… hmmm… delikatne sprawy.


“Miłość” niejedno ma znaczenie

I pewnie nadal byłabym e-znajomą tego nietypowego jegomościa, gdyby nie fakt, że miał on naprawdę bulwersującą i trudną do wytrzymania wadę. Jak już wspomniałam, pan Iksiński dużo mówił o miłości i uważał to zjawisko za najwyższą wartość w swoim życiu, ale szybko się przekonałam, iż dla tego człowieka słowo “miłość” ma bardzo wiele znaczeń. Nie chciałabym zbyt dogłębnie analizować tego problemu, gdyż takie sprawy mnie krępują i przerażają, jednak podczas dyskusji z byłym funkcjonariuszem Służby Bezpieczeństwa odniosłam wrażenie, iż ten pan jest… eee… no… trochę zboczony.


Odzywki czerwone jak komunistyczny sztandar

Niektóre odzywki, które kierował pod moim adresem, były strasznie dwuznaczne i - że się tak wyrażę - “czerwone” jak komunistyczny sztandar. Tego typu wypowiedzi robiły na mnie bardzo negatywne wrażenie, tym bardziej, iż pochodziły od człowieka starszego ode mnie o kilkadziesiąt lat. Początkowo starałam się lekceważyć te komentarze albo obracać je w żart, lecz gdy pan SB-ek zaczął naprawdę przesadzać, zerwałam z nim wszelkie kontakty.


Tolerancja nie jest nieograniczona

Nie dlatego, że był zadeklarowanym komunistą i reliktem minionej epoki, nie dlatego, że ostro krytykował nacjonalizm, nie dlatego, że wychwalał Unię Europejską, związki homoseksualne i zabijanie nienarodzonych dzieci, nie dlatego, że uważał, iż powinno dojść do totalnej globalizacji i ujednolicenia języka, tylko dlatego, że poprzez swoje śmiałe odzywki wchodził z buciorami na mój prywatny teren. Pan Iksiński całkiem słusznie zauważył, że zaliczam się do osób dosyć tolerancyjnych i wyrozumiałych, jednak nie przyjął do wiadomości, iż moja tolerancja i wyrozumiałość mają pewne granice. I to była jego porażka.


Dyskusje kształcą

Wprawdzie byłego funkcjonariusza Służby Bezpieczeństwa wspominam z ogromnym niesmakiem i niechęcią, ale muszę przyznać, iż był on jedną z najciekawszych osób, z jakimi kiedykolwiek miałam okazję dyskutować. Dzięki niemu spojrzałam na świat z bardzo niecodziennej perspektywy, poznałam nowy, nieznany mi wcześniej punkt widzenia, zwróciłam uwagę na zagadnienia, których dotychczas nie dostrzegałam. I, co najważniejsze, zyskałam inspirację twórczą, którą rok później wykorzystałam w mojej groteskowo-satyrycznej metaserii o towarzyszu Zdzisławie Baumfeldzie.


Baumfeld to NIE Iksiński!

Chociaż postać Zdziśka jest inspirowana panem Iksińskim, warto podkreślić, iż NIE stanowi ona dokładnego odwzorowania tego człowieka. Baumfeld jest wszak funkcjonariuszem Urzędu Bezpieczeństwa (wbrew pozorom, UB i SB to dwie zupełnie różne instytucje!), posiada cechy, których nie stwierdziłam u Iksińskiego (lenistwo, roztargnienie, skłonność do stosowania sadystycznych tortur), nie wierzy w miłość, tylko w oderwany od emocji seks. Poznany przeze mnie SB-ek nie jest aż takim potworem jak towarzysz Zdzisław… a przynajmniej taką mam nadzieję.


Natalia Julia Nowak,
24 listopada 2010 r.

środa, 17 listopada 2010

TragiFarsa 12. Kukułcze gniazdo

OD AUTORKI:

Dwunasty tom groteskowo-satyrycznego cyklu dramaturgicznego “TragiFarsa socNIErealistyczna” jest krótszy od części poprzednich, albowiem niedawno rozpoczęłam naukę na uczelni wyższej i nie mam czasu na pisanie długich utworów literackich. Chociaż od początku wiedziałam, że “TragiFarsa 12” będzie dramatem niewielkich rozmiarów, starałam się, aby jej klimat nie odbiegał zbytnio od klimatu pozostałych jedenastu sztuk teatralnych. Mam nadzieję, iż ten cel udało mi się osiągnąć.

Jak nietrudno się domyślić, podtytuł mojego najnowszego dramatu, “Kukułcze gniazdo”, jest aluzją literacką do znakomitej powieści Kena Keseya “Lot nad kukułczym gniazdem” oraz filmu Milosa Formana pod tym samym tytułem. Wybór tego podtytułu wynika z faktu, iż znaczna część “TragiFarsy 12” jest poświęcona chorobie psychicznej jednej z bohaterek, ppłk Mroczysławy Kalinowskiej-Wójcik. Wprawdzie o schizofrenii Mroczysławy można było przeczytać już w “TragiFarsie 8. Nowej erze” i “TragiFarsie 10. Odcinku specjalnym”, jednak tym razem postanowiłam przyjrzeć się temu problemowi nieco bliżej.

Możliwe, że “TragiFarsa 12. Kukułcze gniazdo” jest już ostatnią częścią mojej groteskowo-satyrycznej serii dramaturgicznej. Tak się bowiem składa, iż mam coraz mniej siły i entuzjazmu do tworzenia tego quasi-historycznego cyklu. Ponadto, nieustannie przychodzą mi do głowy pomysły na zupełnie nowy dramat, jednak nie chciałabym teraz dzielić się nimi z moimi Czytelnikami.

Oto tytuły wszystkich dwunastu tomów TragiFarsy:

1. “TragiFarsa socNIErealistyczna”
2. “TragiFarsa 59 lat później”
3. “TragiFarsa 3. Skandal stulecia”
4. “TragiFarsa + 60 lat”
5. “TragiFarsa 5. Odcinek specjalny”
6. “TragiFarsa 6. Totalna porażka”
7. “TragiFarsa 7. Teoria spisku”
8. “TragiFarsa 8. Nowa era”
9. “TragiFarsa 9. Rok 2009”
10. “TragiFarsa 10. Część jubileuszowa”
11. “TragiFarsa 11. Strajk ścisły”
12. "TragiFarsa 12. Kukułcze gniazdo"

Pozdrawiam i życzę miłego czytania - zarówno tej, jak i poprzednich części mojej sztuki teatralnej!

Natalia Julia Nowak

P.S. Jak łatwo zauważyć, “TragiFarsa 12. Kukułcze gniazdo” jest jedyną częścią cyklu, w której pojawiają się wyłącznie postacie kobiece. Do tej pory w serii dramaturgicznej występowali bohaterowie obu płci, przy czym zdarzało się, iż mężczyzn było więcej niż kobiet (patrz: “TragiFarsa socNIErealistyczna”). Tym razem w sztuce teatralnej pojawiają się wyłącznie panie, albowiem utwór jest krótki i po prostu nie było czasu ani okazji do wprowadzenia na scenę postaci męskiej. A szkoda, bo mieszane towarzystwo zawsze ubarwia dramat.

N. J. Nowak




MUZYCZNE MOTTO:

"Pomiędzy cieniem i oddechem świec
Swą tajemnicę ona karmi cicho i chowa się.
W ogrodach świeżo znalezionych prawd,
Wśród głosów, co prowadzą myśli i nie dają spać.
Co wieczór kąpie się we własnej krwi,
Świat przeklinając, albo modląc się do cienia.
Niezłomna, przędzie ciszę, aby żyć,
Gdzie głosy kreślą ścieżki przeznaczenia.
U źródła prawdy klęczy w chorym śnie,
Łapczywie pijąc z niego coraz więcej.
Ucieka od nas, nie słuchając słów,
I jęczy pod nią coraz cieńszy lód.
A wokół coraz goręcej, goręcej,
Goręcej, goręcej, goręcej”


Closterkeller - “Królowa”


Czas akcji: 31 stycznia 1953 roku (jakiś czas po wydarzeniach opisanych w “TragiFarsie 10. Części jubileuszowej“)

Miejsce akcji: siedziba Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Młodzianowicach, gabinet ppłk Mroczysławy Kalinowskiej-Wójcik (świeżo upieczonej dyrektorki PUBP)

Osoby: ppłk Mroczysława Kalinowska-Wójcik, kpt. Ożanna Dudek, kpt. Kwieta Kapitolina Kowalczyk, por. Świętożyźń Klemermann


Podpułkownik Mroczysława Kalinowska-Wójcik, nowa szefowa Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Młodzianowicach, która przejęła władzę po otrutym przez siebie pułkowniku Waldebercie Werfelbergu, przebywa w swoim prywatnym gabinecie. Ponieważ jest chora na schizofrenię, słyszy w głowie tajemnicze głosy, które jawią jej się jako komunikaty od istot pozaziemskich. Kobieta porozumiewa się z owymi głosami jak z prawdziwymi ludźmi.


PIERWSZY GŁOS W GŁOWIE MROCZYSŁAWY:

Oni dobrze wiedzą, że otrułaś Waldeberta Werfelberga i Rzędzimira Wszebora Witkowskiego… Dobrze o tym wiedzą… Śmieją się z ciebie, gdy jesteś nieobecna… Rozmawiają o tym, co zrobiłaś i nie mogą wyjść z podziwu, że uważasz swoje morderstwa za zbrodnie doskonałe… Zdają sobie sprawę z faktu, iż ty i Rzędzimir zawarliście szatańską umowę, a potem zabiliście swojego dyrektora… Wiedzą też, że niedługo po pogrzebie Werfelberga otrułaś Witkowskiego, aby pozbyć się rywala, który mógłby, zamiast ciebie, przejąć władzę nad Powiatowym Urzędem Bezpieczeństwa Publicznego w Młodzianowicach…


MROCZYSŁAWA KALINOWSKA-WÓJCIK (wściekle, ale i z przerażeniem):

Łgarstwo! Nikt nie ma prawa wiedzieć o tym, co się stało! Oba zabójstwa popełniłam dyskretnie i bezszelestnie, więc skąd pomysł, że ktoś mógłby o nich wiedzieć?! Przecież nie było żadnych świadków!


DRUGI GŁOS W GŁOWIE MROCZYSŁAWY:

Oni czekają na odpowiedni moment, by cię zdemaskować… Przygotowują się do tego tak skrupulatnie, jak ty przygotowywałaś się do swoich zbrodni… Są świadomi, że prędzej czy później pojawi się okazja do zaprezentowania światu twojego prawdziwego oblicza… Nie mogą się doczekać tej wiekopomnej chwili… Drżą z ekscytacji na samą myśl o tym, że mogą utrzeć nosa despotycznej dyrektorce młodzianowickiego Urzędu Bezpieczeństwa…


PIERWSZY GŁOS:

Szydzą z twojej naiwności, podobnie jak kiedyś szydzili z nieudolności Waldeberta Werfelberga… Wiedzą o wszystkich szczegółach tego, co zrobiłaś i chcą przekazać tę wiedzę Wojewódzkiemu Urzędowi Bezpieczeństwa Publicznego… Na razie jednak usypiają twoją czujność…


MROCZYSŁAWA KALINOWSKA-WÓJCIK (tym samym tonem, co poprzednio):

Wolne żarty! Nikt, oprócz Julii Brystiger i mnie, nie wie, że zabiłam pułkownika Werfelberga i podpułkownika Witkowskiego! WUBP cały czas bada sprawę, a ja nie jestem nawet na liście podejrzanych! Gdybym była, Pomponiusz Kanaliński nie uczyniłby mnie nową szefową PUBP! (Krzyczy, tracąc cierpliwość) Głupcy! Specjalnie wmawiacie mi kłamstwa, aby mnie przestraszyć! Ale ja nie dam się nabrać, bo doskonale znam się na metodach manipulacji ludzkim umysłem! Wszak uczyłam się tego na kursie NKWD w Związku Sowieckim!


TRZECI GŁOS W GŁOWIE MROCZYSŁAWY:

Sama słyszałaś, jak nazwał cię Gorgoniusz Skwarowski w rozmowie z Fulgencjuszem Skwarowskim… “Toksyczna dyrektorka, która zatruwa podwładnym życie”… Fulgencjusz zaś określił cię mianem “trującego bluszczu”… Użycie takich sformułowań nie mogło być przypadkowe… Oni wiedzą… Oni wszyscy wiedzą, że ponosisz odpowiedzialność za śmierć Werfelberga i Witkowskiego… Tylko ukrywają przed tobą tę wiedzę, abyś myślała, iż popełniłaś dwie zbrodnie doskonałe…


MROCZYSŁAWA KALINOWSKA-WÓJCIK (polemicznie):

Gorgoniusz Skwarowski nazwał mnie “toksyczną dyrektorką”, bo rzeczywiście jestem niezwykle surowa i wymagająca wobec swoich podwładnych. A przezwisko “trujący bluszcz” słyszałam już wiele razy w przeszłości, ponieważ uchodzę za najokrutniejszego - obok Werfelberga i Baumfelda - oprawcę w historii młodzianowickiej ubecji.


DRUGI GŁOS:

To bardzo wzruszające, że próbujesz sobie zracjonalizować te dziwne przypadki, jednak twoje tłumaczenia nie mają nic wspólnego ze stanem faktycznym… Oni wiedzą, Mroczysławo… Oni wiedzą…


PIERWSZY GŁOS:

I wiedzą, że ty wiesz, iż oni wiedzą…


TRZECI GŁOS:

Wiedzą wszystko!


PIERWSZY GŁOS:

Wszystko wiedzą!


DRUGI GŁOS:

Wszystko! Wszystko!


Mroczysława Kalinowska-Wójcik gwałtownie zatyka sobie uszy, jakby wierzyła, że w ten sposób przestanie słyszeć schizofreniczne głosy.


MROCZYSŁAWA KALINOWSKA-WÓJCIK (błagalnie, z rozpaczą):

Zamknijcie się, kuźwa!


TRZECI i PIERWSZY GŁOS (jednocześnie):

Wszystko! Wszystko!


WSZYSTKIE GŁOSY (chórem, głośno, wyraźnie):

Wszystko! Wszystko! Wszystko! Wszystko!


MROCZYSŁAWA KALINOWSKA-WÓJCIK (z jeszcze większą rozpaczą):

Powiedziałam: zamknijcie się! Nie słyszycie?!


Nagle wchodzą do pomieszczenia zastępczynie Kalinowskiej-Wójcik: kapitan Ożanna Dudek i kapitan Kwieta Kapitolina Kowalczyk. Ta druga trzyma w rękach tacę, na której znajduje się szklanka wody oraz cztery tajemnicze tabletki. Wszystkie głosy, które dotychczas dokuczały szefowej PUBP, milkną. W tle rozlega się charakterystyczna muzyka z filmu “Lot Nad Kukułczym Gniazdem” (“One Flew Over The Cuckoo’s Nest”) wyreżyserowanego przez Milosa Formana.


OŻANNA DUDEK (do Mroczysławy):

Podpułkowniku Kalinowska-Wójcik, to już południe! Trzeba wziąć leki, jak doktor Żuławski przykazał!


Kwieta Kapitolina Kowalczyk podchodzi do biurka Mroczysławy i kładzie na nim tacę z medykamentami.


MROCZYSŁAWA KALINOWSKA-WÓJCIK (wzdycha):

Ach, lekarstwa… Faszerujecie mnie tym łajnem, jakbym była jakąś wariatką… To prawda, że nie należy wykluczać możliwości, iż jestem chora na schizofrenię. Ale nie należy też przekreślać prawdopodobieństwa, iż te natrętne głosy, które słyszę w swojej głowie, mogą być jak najbardziej prawdziwe.


OŻANNA DUDEK (tonem nieznoszącym sprzeciwu):

Towarzyszko Kalinowska-Wójcik, nie marudźcie, tylko połknijcie te tabletki! Diagnoza lekarska została już postawiona, więc radzę wam nie snuć teorii spiskowych na temat pochodzenia owych głosów! Doktor Żuławski wie najlepiej, co wam dolega i w jaki sposób należy z tym walczyć! (Niecierpliwie, wskazując na tacę z wodą i tabletkami) No, na co jeszcze czekacie, towarzyszko? Łykajcie te tabletki, bo pomyślę, że sami sobie szkodzicie w ramach schizofrenicznej autoagresji!


MROCZYSŁAWA KALINOWSKA-WÓJCIK:

Jeśli dobrze pamiętam, dr Żuławski wypisał mi tylko dwa lekarstwa, które należy przyjmować rano i wieczorem. Tymczasem wy podajecie mi po cztery tabletki trzy razy dziennie. Coś tu nie gra…


Ożanna Dudek wpada we wściekłość.


OŻANNA DUDEK (opryskliwie, krzyczy):

Obywatelko! Nie wiem, skąd w waszej chorej głowie wzięło się przeświadczenie, iż macie łykać po dwie tabletki rano i wieczorem! Wasz mózg jest już chyba tak zniszczony, że nie odróżnia złudzeń od autentycznych wspomnień! Zaiste, bardzo niepokojący objaw! Jeśli natychmiast nie połkniecie tych lekarstw, to zadzwonię po pogotowie i każę was zawieźć prosto do szpitala psychiatrycznego! Czy wiecie, jaki to będzie dla was wstyd? Dyrektorka Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Młodzianowicach, wykształcona kobieta ze stopniem oficerskim, w domu wariatów! Cha, cha, cha, cha, cha! Śmiechu warte!


KWIETA KAPITOLINA KOWALCZYK (lodowatym tonem):

Kapitan Ożanna Dudek ma rację. Bardzo was proszę, podpułkowniku Kalinowska-Wójcik, abyście przestali się stawiać jak małe dziecko i połknęli te tabletki. Wasza buta i agresywne zachowanie de facto mogą świadczyć o jakiejś psychozie i o tym, że trzeba was natychmiast hospitalizować. (Krótka pauza, podczas której Kwieta Kapitolina Kowalczyk spogląda na zegar ścienny) Macie jeszcze trzy minuty, obywatelko Mroczysławo. Jeżeli nie połkniecie medykamentów po dobroci, to przyjedzie pogotowie i zawiezie was w miejsce, gdzie po prostu będziecie musieli zażyć te leki. Zapewniam was, że będzie dla was lepiej, jeśli skorzystacie z możliwości pierwszej.


Pani podpułkownik decyduje się połknąć przyniesione przez Dudek i Kowalczyk lekarstwa.


MROCZYSŁAWA KALINOWSKA-WÓJCIK (zażywając po kolei wszystkie tabletki):

Wam, towarzyszki, chyba się wydaje, że wiecie lepiej ode mnie, co jest dla mnie dobre…


OŻANNA DUDEK (autorytatywnie, a zarazem agresywnie):

Podpułkowniku Kalinowska-Wójcik! Nie urządzajcie sobie kpin! Wiem, że denerwuje was, iż musicie regularnie zażywać leki psychotropowe, ale to jeszcze nie powód, aby nas obrażać! Wy jesteście wariatką, towarzyszko, i g***o wiecie, co jest dla was dobre! Natomiast my jesteśmy zdrowymi, trzeźwo myślącymi kobietami, które wspaniałomyślnie zdecydowały, iż będą wam pomagać w walce z chorobą psychiczną! Jaka szkoda, że nie potraficie nawet tego docenić!


Nagle z Mroczysławą zaczyna się dziać coś dziwnego: funkcjonariuszka UB staje się otępiała, rozkojarzona, senna, zupełnie inna niż jeszcze kilka sekund wcześniej. Kwieta i Ożanna wyglądają na zadowolone z takiego obrotu sprawy, co sugeruje, iż umyślnie doprowadziły swoją szefową do takiego stanu.


KWIETA KAPITOLINA KOWALCZYK (słodko, do Kalinowskiej-Wójcik):

Widzicie, obywatelko Mroczysławo, że po zażyciu medykamentów czujecie się o niebo lepiej? Jesteście spokojni, nic was nie niepokoi, nie stanowicie też zagrożenia dla osób ze swojego otoczenia. Żyć, nie umierać!


MROCZYSŁAWA KALINOWSKA-WÓJCIK (otępiałym głosem):

Jakoś… Jakoś…


KWIETA KAPITOLINA KOWALCZYK (znowu słodko, ale i stanowczo):

Nie wysilajcie się, towarzyszko! Wam teraz potrzeba odpoczynku, może nawet snu, więc radzę wam pójść do domu i położyć się do łóżka! No, dlaczego jeszcze się nie ubieracie? Możecie być pewni, że ja i kapitan Ożanna Dudek będziemy was zastępować najlepiej, jak potrafimy!


OŻANNA DUDEK (siląc się na to, by być przekonującą):

Zaufajcie kapitanowi Kwiecie Kapitolinie Kowalczyk. Skoro ona mówi, że będziemy was godnie zastępować, to znaczy, iż tak właśnie będzie. Gdy już wrócicie do domu, pozdrówcie od nas swojego męża, dobrze?


Mroczysława milczy. Sprawia przy tym wrażenie, jakby gorączkowo się nad czymś zastanawiała, ale nie mogła dojść do żadnego wniosku.


KWIETA KAPITOLINA KOWALCZYK (dość niecierpliwie, do dyrektorki młodzianowickiego UB):

Pozdrowicie męża ode mnie i od towarzyszki Dudek? Pozdrowicie, czy nie?


Podpułkownik Kalinowska-Wójcik budzi się z “letargu”.


OŻANNA DUDEK:

Pozdrowicie?


MROCZYSŁAWA KALINOWSKA-WÓJCIK (głębokim, sennym, tępym głosem):

Pozdrowię…


Kwieta Kapitolina Kowalczyk chwyta wiszącą na wieszaku kurtkę Mroczysławy i pomaga kobiecie się ubrać.


KWIETA KAPITOLINA KOWALCZYK (w trakcie ubierania dyrektorki):

A córkę też pozdrowicie?


Głucha cisza.


OŻANNA DUDEK (z odrobiną niecierpliwości w głosie):

Towarzyszko Kalinowska-Wójcik, kapitan Kwieta Kapitolina Kowalczyk zapytała, czy pozdrowicie od nas swoją córkę.


KWIETA KAPITOLINA KOWALCZYK (głośno i wyraźnie):

Pozdrowicie?


MROCZYSŁAWA KALINOWSKA-WÓJCIK (tym samym głosem, co poprzednio):

No, pozdrowię…


Ożanna Dudek wykonuje pojedyncze klaśnięcie w dłonie.


OŻANNA DUDEK (z fałszywym zachwytem, jak do małego dziecka):

Ślicznie!


KWIETA KAPITALINA KOWALCZYK (naśladując Ożannę):

Pięknie jak z obrazka!


Otumaniona “medykamentami” Mroczysława uśmiecha się naiwnie.


OŻANNA DUDEK:

Podpułkowniku Kalinowska-Wójcik, traficie do domu sami, czy ktoś ma was odprowadzić?


MROCZYSŁAWA KALINOWSKA-WÓJCIK:

Trafię sama…


OŻANNA DUDEK:

Jesteście pewni?


Cisza.


OŻANNA DUDEK (zniecierpliwiona milczeniem szefowej):

Czy jesteście pewni, podpułkowniku Kalinowska-Wójcik, że traficie sami do domu?


MROCZYSŁAWA KALINOWSKA-WÓJCIK:

Jestem…


OŻANNA DUDEK (znów udając zachwyt):

No to świetnie!


Kwieta Kapitolina Kowalczyk otwiera drzwi, a potem podbiega do Mroczysławy i delikatnie popycha ją do wyjścia.


KWIETA KAPITOLINA KOWALCZYK (natarczywie):

Do widzenia, towarzyszko! Tylko pamiętajcie, że macie pozdrowić męża i córkę!


OŻANNA DUDEK (nie mniej natarczywie niż Kowalczyk):

Do widzenia! Do widzenia!


Kiedy dyrektorka PUBP opuszcza pomieszczenie, Kwieta natychmiast zamyka za nią drzwi i podchodzi bliżej Ożanny.


OŻANNA DUDEK (rozbawiona, wybuchając śmiechem):

Cha, cha, cha, cha, cha! Baba z wozu, koniom lżej!


KWIETA KAPITOLINA KOWALCZYK (także rozbawiona):

Co racja, to racja, kapitanie Dudek! Przyznajcie jednak, że ta Mroczysława to całkiem spostrzegawcza bestia! Kobitka bardzo szybko się zorientowała, iż z jej kuracją jest coś nie tak… No, ale co może z tym fantem zrobić? Przecież nie pojedzie do Kanalińskiego i nie poskarży mu się, że Dudkowa i Kowalczykowa trują ją narkotykami! Odkąd wyszło na jaw, iż Kalinowska-Wójcik cierpi na schizofrenię, nikt nie traktuje jej poważnie. Nawet, gdyby nasza dyrektorka… oj, przepraszam: pacjentka… wymieniła wszystkie nasze nadużycia, nikt by jej nie uwierzył! Bo czy ktokolwiek jest na tyle głupi, żeby wierzyć w sensacyjne opowieści schizofreników? Sądzę, obywatelko Ożanno, że jesteśmy zupełnie bezpieczne i nie musimy się obawiać demaskacji!


OŻANNA DUDEK (z zachwytem, ale tym razem szczerym):

Szalona, uzależniona od nas kobieta, zajmująca wysokie stanowisko i mająca szerokie znajomości w Ministerstwie Bezpieczeństwa Publicznego - właśnie tego nam było potrzeba!


KWIETA KAPITOLINA KOWALCZYK (tonem rodem z kapitalistycznych reklam):

Nowa… Ulepszona… Naszpikowana psychotropami i depresantami… Mroczysława Kalinowska-Wójcik, którą można kierować jak Citroenem Traction Avant… Nie przegap okazji! Coś takiego może się więcej nie powtórzyć!


Ożanna chichocze demonicznie.


OŻANNA DUDEK (anachronicznie parafrazując pewien kontrowersyjny cytat):

“Mroczysława jest taka kochana! Można ją tak formować, jak plastelinkę!”


KWIETA KAPITOLINA KOWALCZYK:

Właśnie o tym mówię! Wystarczy ją tylko trochę podtruć, żeby zaczęła się zachowywać jak bezwolny robot! Zróbmy z niej Fałszywą Marię z “Metropolis” - inteligentną maszynę, siejącą śmierć i zniszczenie zgodnie z wolą programisty! Jeśli Mroczysława popełni jakikolwiek błąd, będzie można zrzucić winę na jej obłęd i wsadzić świruskę do psychuszki! Tam spotkają ją elektrowstrząsy albo nawet lobotomia!


Niespodziewanie rozlega się pukanie do drzwi. Po chwili do pomieszczenia wchodzi porucznik Świętożyźń Klemermann.


ŚWIĘTOŻYŹŃ KLEMERMANN (dosyć nieśmiało, do Ożanny i Kwiety):

Dzień dobry, towarzyszki! Mam nadzieję, że w niczym wam nie przeszkodziłam?…


OŻANNA DUDEK (niewinnie):

Ależ skąd! Walcie śmiało, poruczniku Klemermann, co wam leży na sercu!


ŚWIĘTOŻYŹŃ KLEMERMANN (poważnie, uroczyście, z większą pewnością siebie):

Kapitanie Dudek! Kapitanie Kowalczyk! Przychodzę do was, aby się dowiedzieć, czy podjęto już decyzję w sprawie budowy na Placu Dobrej Nadziei w Młodzianowicach pomników Waldeberta Werfelberga i Rzędzimira Wszebora Witkowskiego!


Kwieta Kapitolina wywraca oczami.


KWIETA KAPITOLINA KOWALCZYK:

Towarzyszko Klemermann! Ile razy mam powtarzać, że ta decyzja nie należy ani do nas, ani do podpułkownika Kalinowskiej-Wójcik, tylko do zupełnie innego podmiotu? PUBP, wbrew pozorom, nie jest najwyższą władzą w Młodzianowicach! Oprócz nas jest jeszcze Polska Zjednoczona Partia Robotnicza oraz szereg podległych jej instytucji decydujących o losach naszego miasta!


Świętożyźń Klemermann bierze głęboki oddech, aby stłumić w sobie irytację.


ŚWIĘTOŻYŹŃ KLEMERMANN (najuprzejmiej jak potrafi):

Towarzyszko Kowalczyk, doskonale zdaję sobie sprawę z faktów, które właśnie przytoczyliście. Jak zapewne wiecie, prośby o zbudowanie pomników pułkownika Werfelberga i podpułkownika Witkowskiego były już wielokrotnie kierowane do Partii oraz różnych organów państwowych, jednak do tej pory nie udzielono nam jednoznacznej odpowiedzi. Od śmierci Werfelberga minęło już kilka tygodni, od śmierci Witkowskiego ponad tydzień, a aktywiści Marksistowskiego Ruchu Propomnikowego nadal nie wiedzą, czy pomniki naszych nieodżałowanych współtowarzyszy zostaną wybudowane, czy nie. Z całym szacunkiem, kapitanie Kowalczyk, ale wielu z nas zaczyna się już niecierpliwić. A wydaje mi się, że kto jak kto, ale kadra kierownicza młodzianowickiej ubecji powinna być szczególnie zainteresowana uczczeniem pułkownika Werfelberga i podpułkownika Witkowskiego.


KWIETA KAPITOLINA KOWALCZYK:

Obywatelko, z całego serca doceniam wasz szacunek dla nieżyjących już funkcjonariuszy naszego urzędu, jednak w tym momencie nie jestem w stanie wam pomóc. Po prostu nie jestem w stanie. Sądzę, że członkowie Marksistowskiego Ruchu Propomnikowego powinni uzbroić się w cierpliwość i poczekać, aż upoważniona do tego instytucja wyda stosowną decyzję w sprawie budowy pomników Werfelberga i Witkowskiego.


Świętożyźń Klemermann traci cierpliwość.


ŚWIĘTOŻYŹŃ KLEMERMANN (krzyczy):

Ale my nie możemy czekać! Musimy otrzymać odpowiedź jak najszybciej, póki odczuwamy smutek po śmierci naszych współtowarzyszy, a co za tym idzie: jesteśmy zainteresowani budową pomników! Potem może być już za późno!


OŻANNA DUDEK (stanowczo, lodowato, do Świętożyźni):

Towarzyszko Klemermann, wydaje mi się, że kapitan Kowalczyk powiedziała już wszystko, co mogła powiedzieć w imieniu kadry kierowniczej młodzianowickiego PUBP. Moim zdaniem, jest to odpowiedni moment, aby zakończyć wszelkie dyskusje na ten temat.


Klemermann wydaje z siebie jęk rozpaczy.


ŚWIĘTOŻYŹŃ KLEMERMANN (pretensjonalnie, ze łzami w oczach):

Ach, drogie towarzyszki! Dlaczego tak lekceważycie swoich kompanów z Urzędu Bezpieczeństwa?! Czy wy nie wiecie, że pomysł wybudowania pomników Werfelberga i Witkowskiego poparły takie autorytety jak Anatol Fejgin, Józef Czaplicki, czy Józef Różański - serdeczni przyjaciele naszego zmarłego dyrektora? Zastrzegli oni jednak, iż ostateczna decyzja musi należeć do władz lokalnych!


OŻANNA DUDEK:

Owszem, Anatol Fejgin, Józef Czaplicki i Józef Różański powiedzieli, że są za budową pomników, ale Jakub Berman, Hilary Minc, Stanisław Radkiewicz i Julia Brystiger zadeklarowali, iż tej budowy nie popierają.


ŚWIĘTOŻYŹŃ KLEMERMANN:

Julia Brystiger początkowo była entuzjastycznie nastawiona do naszego pomysłu, lecz gdy dowiedziała się, że Józef Różański stoi po tej samej stronie barykady co ona, postanowiła, iż będzie przeciwko pomnikowi. Po prostu stwierdziła, że nie może dołączyć do obozu splamionego obecnością jej największego rywala. “Jak świat światem, ten krzywy ryj nie był mi bratem” - tak brzmiało jej uzasadnienie!


Kowalczyk wybucha śmiechem.


KWIETA KAPITOLINA KOWALCZYK (rozbawiona, śmiejąc się):

Cha, cha, cha, cha, cha! Czy Julka ma konstytucyjny obowiązek krytykowania wszystkich poczynań Józka i zajmowania zawsze przeciwnego stanowiska… jak… jak… jak… jak… jak opozycja brytyjska?!


OŻANNA DUDEK (również rozbawiona):

Nie wiem. Ale tak to wygląda.


KWIETA KAPITOLINA KOWALCZYK (poważniejąc):

Żarty żartami, ale skoro ważne osoby z Warszawy wypowiedziały się na temat pomników młodzianowickich UB-eków i mają na tę kwestię różne poglądy, to sprawa faktycznie jest poważna.


OŻANNA DUDEK:

Poza tym, należy pamiętać, iż funkcjonariusze WUBP oraz dygnitarze PZPR różnych szczebli także nie mogą dojść do porozumienia w tej sprawie. Całej aferze przyglądają się masy. Jedni obywatele z pewnością są za Marksistowskim Ruchem Propomnikowym, ale inni - zarówno komuniści, jak i wrogowie ludu - mogą być negatywnie nastawieni do pomnikowej inicjatywy. Musimy więc się przygotować na ewentualne zamieszki lub wręcz na wojnę domową. Oprócz tego, warto być gotowym na możliwe czystki partyjne, aresztowania i Trocki wie, co jeszcze. Bo jestem przekonana, drogie towarzyszki, iż cały ten spór nie doprowadzi do niczego dobrego. Nie tak dawno schwytano i poddano torturom słynnego, zasłużonego dla rewolucji Wacława Komara. Czy ktokolwiek mógł się tego spodziewać? Myślę, że powinnyśmy uważać na to, co mówimy o budowie pomników, na kogo się powołujemy i u czyjego boku stajemy. Albowiem nigdy nie wiadomo, która opcja - pomnikowa, czy antypomnikowa - okaże się dominującą.


KWIETA KAPITOLINA KOWALCZYK (anachronicznie nuci fragment piosenki “Dług Publiczny” artysty znanego jako DJFunkyKoval):

“Lud spiera się w sprawie pomników,
A nie, kto okrada podatników. (…)
O nienawiść niech mnie nikt nie posądzi -
- Ja kocham rząd… gdy mądrze rządzi!”


Ożanna Dudek obdarza swoją współtowarzyszkę morderczym spojrzeniem. Kwieta Kapitolina Kowalczyk rumieni się, spuszcza wzrok i piszczy: “Przepraszam! Wymknęło mi się! Ja już tak nie będę!”. Ożanna jeszcze przez chwilę groźnie patrzy na drugą funkcjonariuszkę UB, po czym kieruje swój wzrok ku przedstawicielce Marksistowskiego Ruchu Propomnikowego.


OŻANNA DUDEK (do Świętożyźni Klemermann):

Poruczniku Klemermann, czy ktoś spytał o opinię Bolesława Bieruta?


ŚWIĘTOŻYŹŃ KLEMERMANN (niechętnie, wymijająco, krzywiąc się z niesmakiem):

Tak, spytał.


OŻANNA DUDEK:

I co Bierut powiedział?


ŚWIĘTOŻYŹŃ KLEMERMANN (ponuro):

Że nie ma własnego zdania.


OŻANNA DUDEK (unosząc wysoko brwi):

Standard!


KWIETA KAPITOLINA KOWALCZYK:

Jak u monarchy brytyjskiego!


ŚWIĘTOŻYŹŃ KLEMERMANN (dumnie, patetycznie, parafrazując słynne słowa Mikołaja Reja):

“A niechaj narodowie wżdy postronni znają,
Iż członkowie ubecji w tyłku Zachód mają”


KWIETA KAPITOLINA KOWALCZYK:

I basta!


Nagle Świętożyźń wyjmuje zza pazuchy białą, zaklejoną kopertę i wymownym gestem wręcza ją Ożannie.


OŻANNA DUDEK (zdumiona, przyjmując kopertę):

A cóż to takiego?


ŚWIĘTOŻYŹŃ KLEMERMANN (uroczyście, anachronicznie parafrazując pewien znany cytat):

“Ta koperta to apel do UB i do PZPR o postawienie w Młodzianowicach pomników pamięci pułkownika Waldeberta Werfelberga i podpułkownika Rzędzimira Wszebora Witkowskiego, którzy zginęli w styczniu 1953 roku”!


Dudek spogląda na otrzymaną kopertę i uśmiecha się chytrze.


OŻANNA DUDEK:

Aha… Już wiem, o co chodzi…


KWIETA KAPITOLINA KOWALCZYK (szybko, aczkolwiek melodyjnie):

Kopertę przyjmujemy, lecz pomników nie obiecujemy!


ŚWIĘTOŻYŹŃ KLEMERMANN (poważnie):

Mam jednak nadzieję, towarzyszki, że zrobicie z tego dobry użytek. (Zbierając się do wyjścia) Do widzenia, do zobaczenia!


Porucznik Klemermann opuszcza gabinet.


OŻANNA DUDEK (chichocze, nadal przyglądając się kopercie):

Kurde dratwa, jakiż skorumpowany ten Urząd Bezpieczeństwa!


KWIETA KAPITOLINA KOWALCZYK:

Jak już powiedziałam, przyjęłyśmy kopertę, ale wcale nie zobowiązałyśmy się do rozpoczęcia jakiejkolwiek działalności na rzecz budowy pomników Werfelberga i Witkowskiego. Świętożyźń Klemermann jest głupia, ponieważ zapłaciła nam z góry za coś, czego może nigdy nie otrzymać.


OŻANNA DUDEK (unosząc brwi):

No cóż… Ona po prostu naśladuje swojego idola Werfelberga! (Robiąc aluzję do wydarzeń z “TragiFarsy 5. Odcinka specjalnego”) Pamiętacie, kapitanie Kowalczyk, jak nasz “ukochany” dyrektor zapłacił Józefowi Różańskiemu trzy tysiące dolarów za zabicie Zdzisława Baumfelda? Niestety, egzekucja się nie udała. Wprawdzie Baumfeld został dotkliwie pobity i powieszony za nogi na Rynku Starego Miasta w Warszawie, jednak to nie było to, czego oczekiwał Werfelberg.


KWIETA KAPITOLINA KOWALCZYK:

Najgorszy jest fakt, że tamto wyrzucenie pieniędzy w błoto nie było jedynym tego typu przypadkiem. Podczas swoich rządów Waldebert podjął mnóstwo zgubnych i idiotycznych decyzji, a niektóre z nich są nadal odczuwalne dla młodzianowickiego PUBP. I my mu teraz mamy pomniki stawiać?! Dobre sobie! Kto jak kto, ale Werfelberg i ten cienki laluś Witkowski nie zasługują na żadne monumenty!


Ożanna Dudek zastanawia się, jak odpowiedzieć swojej rozmówczyni. Niespodziewanie wraca na scenę Mroczysława Kalinowska-Wójcik, która wciąż znajduje się pod wpływem środków odurzających.


KWIETA KAPITOLINA KOWALCZYK (z udawaną serdecznością, na widok Mroczysławy):

Ach, podpułkownik Kalinowska-Wójcik! Wróciliście! Co was do nas sprowadza, hę?


OŻANNA DUDEK (także z udawaną serdecznością, nie dając Kalinowskiej-Wójcik dojść do głosu):

Jakże nam miło, że znowu was widzimy, towarzyszko! Właśnie rozmawiałyśmy z porucznikiem Świętożyźnią Klemermann na temat ewentualnej budowy pomników Waldeberta Werfelberga i Rzędzimira Wszebora Witkowskiego. Jesteśmy niezmiernie ciekawe, obywatelko Mroczysławo, jakie jest wasze zdanie na ten temat!


MROCZYSŁAWA KALINOWSKA-WÓJCIK (głębokim, sennym, tępym, znarkotyzowanym głosem):

Ja… jestem… przeciw…


Dudek i Kowalczyk wyglądają na ucieszone taką odpowiedzią.


OŻANNA DUDEK (radośnie):

Przeciw! Bardzo mądrze, towarzyszko! Bardzo mądrze! A czy można wiedzieć, dlaczego jesteście przeciw?


MROCZYSŁAWA KALINOWSKA-WÓJCIK (jakby nie zrozumiała, o co zapytała ją Ożanna):

Ja… jestem… przeciw…


OŻANNA DUDEK (lekko zniecierpliwiona i zirytowana):

To już słyszałam, ale chcę wiedzieć, DLACZEGO jesteście przeciw. Czy wy rozumiecie pytanie, podpułkowniku Kalinowska-Wójcik?


MROCZYSŁAWA KALINOWSKA-WÓJCIK:

Rozumiem…


KWIETA KAPITOLINA KOWALCZYK:

No, to odpowiedzcie kapitanowi Dudek, dlaczego jesteście przeciw!


Mroczysława przez chwilę milczy, nieświadomie podsycając ciekawość pozostałych funkcjonariuszek Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego.


MROCZYSŁAWA KALINOWSKA-WÓJCIK (bez żadnych emocji, tym samym głosem, co poprzednio):

To ja zabiłam Waldeberta Werfelberga i Rzędzimira Wszebora Witkowskiego.


Ożanna Dudek i Kwieta Kapitolina Kowalczyk wytrzeszczają oczy, a potem mdleją jak na zawołanie. Kalinowska-Wójcik, która, jak wiemy, znajduje się pod wpływem narkotyków, nie rozumie tego, co się właśnie stało.


MROCZYSŁAWA KALINOWSKA-WÓJCIK (tylko trochę zmienionym głosem):

No co? Przecież prawdę powiedziałam!


W tle słychać piosenkę “What Have You Done?” z repertuaru holenderskiego zespołu Within Temptation.



K-O-N-I-E-C

Natalia Julia Nowak,
16-17 listopada 2010 roku

poniedziałek, 8 listopada 2010

In vitro. Orwellowski czarnobiał

“Czarnobiał” - pojęcie rodem z powieści Orwella

W niniejszym felietonie chciałbym poruszyć temat, który zawsze wydawał mi się ważny, a którego - z niewiadomych przyczyn - dotychczas unikałam. Jest to jeden z tematów, o których aktualnie często się dyskutuje i który posiada zarówno zagorzałych zwolenników, jak i radykalnych przeciwników. Chodzi o in vitro, czyli o sztuczne (pozaustrojowe) zapłodnienia dokonywane w specyficznych warunkach. Zjawisko, które można określić orwellowskim terminem “czarnobiał”, gdyż posiada ono sporo zalet, ale również sporo wad. Przeczytajcie, co ja, konserwatywna ateistka, mam do powiedzenia o owym “czarnobiale”.


Dobry pomysł, szczytny cel

Sama idea in vitro - w przeciwieństwie do idei np. Unii Europejskiej, która od początku jest mroczna jak płyta “Angst” Lacrimosy - wydaje mi się dobra, szlachetna i czysta jak łza. Chodzi w niej przecież o to, żeby pomóc ludziom, którzy bardzo chcą mieć dziecko, ale cierpią z powodu bezpłodności. “Wynalazek” zwany zapłodnieniem pozaustrojowym jest także szansą dla anty- i aseksualistów, którzy nie chcą uprawiać seksu, jednak marzą o posiadaniu własnego, nieadoptowanego potomstwa. Miejsce, w którym poczynają się dzieci, nie ma żadnego znaczenia - dotychczas nikt nie zauważył, aby maluchy, które powstały w probówce, były w czymkolwiek gorsze od tych, które powstały w organizmie matki.


Sztuczne zapłodnienia są jak sztuczne porody

Tak samo przedstawia się sytuacja porodów: jedne odbywają się w sposób naturalny, inne poprzez tzw. cesarskie cięcie. Również w tym przypadku ingerencja specjalisty nikomu nie uwłacza, zaś dziecko urodzone w sposób nienaturalny wcale nie różni się od tego powitego siłami natury. Stare przysłowie mówi, że szczęściu trzeba pomóc, a ułatwienie małżeństwu doczekania się wymarzonego potomka wydaje się realizacją tego powiedzenia. Wszystko pięknie jak w bajce, nieprawdaż? Dobre metody nie są złe…


Okrutny los niechcianych dzieci

I pewnie nikt (z wyjątkiem Kościoła katolickiego, który stawia na naturę, bo uważa ją za narzędzie w rękach Boga) nie miałby nic przeciwko in vitro, gdyby nie jeden poważny szkopuł: otóż podczas tej procedury nie tworzy się jednego zarodka, który ma być od razu wszczepiony do organizmu matki, tylko tworzy się ich wiele, a ich późniejsze losy są różnorakie. Część zarodków umiera śmiercią naturalną, inne - te, które zostają uznane przez laborantów za gorsze od pozostałych - są umyślnie zabijane, jak gdyby nie były godne dalszego życia (eugenika, ot co!). Niektóre stają się obiektami eksperymentów medycznych, i to wcale nie w Korei Północnej, tylko tutaj, w tak zwanym “cywilizowanym świecie”. Są wreszcie takie embriony, które - po otrzymaniu etykietki “niepotrzebnych”, “nadliczbowych” - zostają w okrutny sposób zamrożone, jakby nie były przedstawicielami gatunku Homo sapiens, tylko mięsem wkładanym do zamrażalnika.


Wczuj się w cudzą sytuację!

Drogi Czytelniku, jak Ty byś się poczuł, gdybyś się dowiedział, że przed swoimi narodzinami byłeś zamarznięty i schowany w zamrażarce? Czy nie miałbyś wrażenia, iż ktoś potraktował Cię w sposób niegodny i przedmiotowy? Co byś powiedział, gdybyś spotkał tych, którzy Ci to zrobili? Bo ja bym im zarzuciła zlekceważenie zawartego w deklaracjach praw człowieka “zakazu tortur i innego okrutnego, nieludzkiego lub poniżającego traktowania albo karania“. Możliwe nawet, że domagałabym się od nich wysokiego odszkodowania.


Jeszcze raz o okrutnym losie niechcianych dzieci

Jak już wspomniałam, niewiele dzieci poczętych w procedurze in vitro ma szczęście trafić do łona matki, spokojnie się tam rozwijać, a potem znowu wyjść na światło dzienne (czy to siłami natury, czy to poprzez cesarskie cięcie - sposób nie gra roli!). Tak naprawdę, większość z nich jest skazana na śmierć, eksperymenty medyczne albo poniżającą egzystencję w zimnym pojemniku z ciekłym azotem. Nie chciałabym być jednym z tych “niepotrzebnych”, “nadliczbowych” dzieci, którym nikt nie próbuje pomóc i których “pomocnicy rodziców” (czyli lekarze przeprowadzający in vitro) pragną się pozbyć. Niektórzy ludzie twierdzą, że takie nieludzkie traktowanie “nadprogramowych” embrionów nie jest niczym złym, gdyż są one jeszcze bardzo małe i niepodobne do osób dorosłych. Owszem, taka jest prawda, ale czy to oznacza, iż owe embriony są gorsze od dzieci już urodzonych?


Istota ludzka: od zygoty do osoby dorosłej

Człowiek nie jest od razu dojrzały i rozwinięty. Drogi Czytelniku, zanim stałeś się dorosły, byłeś nastolatkiem. Zanim stałeś się nastolatkiem, byłeś kilkulatkiem. Zanim stałeś się kilkulatkiem, byłeś niemowlęciem. Zanim stałeś się niemowlęciem, byłeś noworodkiem. Zanim stałeś się noworodkiem, byłeś płodem. Zanim stałeś się płodem, byłeś zarodkiem. Zanim stałeś się zarodkiem, byłeś zygotą (poczętą albo w organizmie matki, albo w probówce - wsio rawno!). Jednak przez wszystkie lata swojej egzystencji byłeś i nadal jesteś tą samą ludzką istotą - tylko różnej wielkości i o różnym stopniu rozwoju.


Wiek nie czyni nikogo lepszym lub gorszym

Jako nastolatek nie byłeś gorszy niż jako niemowlę, jako niemowlę nie byłeś gorszy niż jako płód, jako płód nie byłeś gorszy niż jako zygota (chociaż owszem, inaczej wyglądałeś i miałeś mniejszy wpływ na własne życie). Zresztą, nie tylko Ty, ale również wszyscy inni ludzie, którzy kiedykolwiek pojawili się na Ziemi. Jak słusznie zauważył Antoine de Saint-Exupery: “Każdy dorosły był kiedyś dzieckiem” (można do tego dorzucić: nastolatkiem, kilkulatkiem, niemowlęciem, noworodkiem, płodem, zarodkiem i zygotą). Jeśli ktoś, drogi Czytelniku, powie Ci, że wartość człowieka zależy od jego wieku, to możesz mu odpowiedzieć, iż jego postawa jest ejdżystyczna (ageistyczna) albo adultystyczna. Bo tak się składa, iż dyskryminacja za wiek doczekała się już kilku fachowych określeń.


Żyj i daj żyć innym!

Tobie, Czytelniku, pozwolono się począć (naturalnie lub nienaturalnie), a potem urodzić (również naturalnie lub nienaturalnie), co oznacza, iż miałeś ogromne szczęście. W związku z tym, jesteś zobowiązany walczyć o to, aby również inne osoby otrzymały tę wielką szansę. Aby zygoty mogły stać się zarodkami, zarodki płodami, płody noworodkami, noworodki niemowlętami, niemowlęta kilkulatkami, kilkulatki nastolatkami, a nastolatki dorosłymi. Bo przecież są to ludzie, tylko - jak już ustaliliśmy - różnej wielkości i o różnym stopniu rozwoju. Proszę, zostań bohaterem, uratuj komuś życie! Mówiąc przysłowiowo: żyj i daj żyć innym!


Nobel dla twórcy in vitro

Niedawno człowiek, który wynalazł metodę in vitro, został uhonorowany Nagrodą Nobla. Mój stosunek do tego wydarzenia jest bardzo ambiwalentny, co wynika z faktu, iż darzę sztuczne zapłodnienia mieszanymi uczuciami. Z jednej strony, podoba mi się, że we współczesnych czasach można pomóc bezpłodnym, aseksualnym lub antyseksualnym małżeństwom, dać komuś życie bez udziału Matki Natury. Z drugiej strony, przeraża mnie, iż z procedurą in vitro wiąże się tak wiele zagrożeń: naturalna śmierć słabszych zarodków, umyślne uśmiercanie lub prowadzenie doświadczeń medycznych na “nadliczbowych” embrionach oraz ta cała makabryczna krioprezerwacja (lub - jak kto woli - kriokonserwacja).


Podsumowanie

Myślę, że zapłodnienia pozaustrojowe można zaakceptować tylko wtedy, gdy nie wyrządzają one nikomu krzywdy. Ktoś kiedyś użył takich słów: “Wolność twojej pięści jest ograniczona bliskością mojego nosa”. Co - w kontekście niniejszego artykułu - z tego wynika? To, że człowiek ma prawo tworzyć zarodki poza organizmem kobiety, ale pod warunkiem, iż żadnemu z owych zarodków nie dzieje się krzywda. Nieważne, jak się ktoś poczyna, ani jak się rodzi. Ważne, żeby był bezpieczny i miał zagwarantowane prawa człowieka.


Natalia Julia Nowak,
8 listopada 2010 roku