piątek, 30 lipca 2010

"PUBP, czyli polska Strefa 51" - opowiadanie SF

MYŚL PRZEWODNIA:

“O sprawach takich, jak ta dzisiejsza, nie jest prosto mówić. Nie jest łatwo opowiadać o dramatycznym życiu człowieka, o jego samotności, lękach i obawach w sytuacji, kiedy inni wątpią w realność jego przeżyć. Zdecydowałem się jednak na to, ponieważ ktoś wreszcie musi przełamać tę zmowę milczenia. Trzeba wreszcie zacząć publicznie o tym mówić”

Maciej Trojanowski,
gospodarz programu “Nie do wiary”
(znanego również jako “Strefa 11”)





ROZDZIAŁ PIERWSZY


Był ciemny, ciemny las, a tym ciemnym, ciemnym lasem szedł ciemny, ciemny typ, który najwyraźniej bardzo się śpieszył. Maszerował długo, miarowo i wytrwale, aż w końcu dotarł na polankę, która przypominała dziedziniec ogrodzony ze wszystkich stron drzewami i krzewami. Ciemny typ, notabene 27-letni funkcjonariusz Urzędu Bezpieczeństwa, zatrzymał się w samym sercu polanki, od niechcenia spojrzał na zegarek, a następnie skierował swój wzrok na niebo, by już po chwili znowu wpatrywać się we wskazówki swojego czasomierza.

Mina UB-eka wskazywała na irytację i zniecierpliwienie. Mężczyzna przez dłuższą chwilę stał nieruchomo, jak gdyby zafascynowała go wieczna tułaczka sekundnika, a potem znowu spojrzał na niebo i… powrócił do obserwowania wskazówek zegarka. Ten schemat powtórzył się jeszcze kilka razy, jednak przy każdej “sesji” ruchy funkcjonariusza były coraz bardziej agresywne, jakby w jego sercu pomalutku przelewała się czara frustracji. Zegarek - niebo - zegarek - niebo… Oczy UB-eka, chociaż obdarzone uważnym, czujnym i inteligentnym spojrzeniem, wydawały się teraz płonąć gniewem. “Poczekam jeszcze pięć minut - pomyślał w końcu mężczyzna, a ton, którego użył w swojej głowie, był równie niecierpliwy jak jego gesty. - Jeśli te barany nie przylecą, wrócę do Urzędu”.

Czasomierz 27-letniego Zdzisława Baumfelda wskazywał godzinę 8:11 wieczorem, ale ponieważ był środek lipca 1948 roku, na dworze było jeszcze jasno. Kiedy funkcjonariusz Urzędu Bezpieczeństwa po raz ostatni oderwał wzrok od zegarka, aby skontrolować ściemniające się powoli niebo, jego twarz niespodziewanie rozpromieniała radością. Po letnim niebie frunął z nieziemską szybkością mały, metalowy obiekt podobny do odwróconego spodka, który raz po raz błyskał błękitnymi światłami. Niezidentyfikowany Obiekt Latający pędził nieubłaganie w stronę Zdzisława, a gdy już był blisko niego, zawisł w powietrzu i zaczął się zniżać do lądowania. UB-ek podszedł bliżej, jak gdyby bardzo mu zależało na spotkaniu z pasażerami.

Z nieziemskiego obiektu, który wylądował na leśnej polance, wysiadły trzy identyczne, nagie, szarozielone istoty o wzroście około 155 centymetrów, obdarzone nieproporcjonalnie dużymi, baniastymi głowami i wielkimi, czarnymi, skośnymi oczami. Istoty te, pomimo ogromnych mózgoczaszek, miały szczupłe, trójkątne, zwężające się ku dołowi trzewioczaszki z niezwykle ostrymi podbródkami. Zdzisław Baumfeld powitał każdą z istot uściskiem dłoni, a potem - widocznie nie chcąc marnować czasu na zbędne wstępy - wyjął zza pazuchy pozaginany plan najbliższego miasteczka, Bratomirca, i pośpiesznie go rozłożył.

- Kojarzycie może ten dom przy ulicy Szkarłatnego Sztandaru? - zapytał rzeczowo, pukając palcem w konkretny punkt na arkuszu papieru. - Na pewno przelatywaliście obok niego, lecąc na tę polankę…

Przybysze z kosmosu pokiwali głowami twierdząco.

- Mieszka tam taka niewysoka, brązowowłosa 19-latka, Koleta Lewandowska. Dzisiaj w nocy macie jej zrobić wjazd na chatę, porwać ją i zawieść do Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Młodzianowicach, zrozumiano? Będę na was czekał do godziny 4:00 rano.

Szare istoty znowu pokiwały głowami.

- Mam nadzieję, że tym razem mnie nie rozczarujecie - powiedział z naciskiem Baumfeld, spoglądając kolejno na wszystkich kosmitów. - Podpisaliście umowę z lokalnym UB, więc macie się z niej wywiązywać, kapujecie?

Nagle tuż za plecami Zdzisława rozległ się krótki, pojedynczy trzask, jak gdyby ktoś przypadkowo nadepnął na gałązkę. Ten dźwięk zmroził UB-ekowi krew w żyłach. 27-latek odwrócił się na pięcie i zobaczył jakiegoś mężczyznę z aparatem fotograficznym, który - uświadomiwszy sobie, że funkcjonariusz Urzędu Bezpieczeństwa wie o jego obecności - zaczął uciekać ile sił w nogach. Baumfeld, nie namyślając się długo, rzucił się w pogoń za szpiegiem, a ponieważ był młodszy, silniejszy i sprawniejszy fizycznie, w mgnieniu oka złapał uciekiniera i powalił go na ziemię. Rozpoczęła się krótka szamotanina, którą bezsprzecznie wygrał UB-ek. W tym samym czasie przybysze z kosmosu wsiedli do swojego statku, podlecieli do leżących na trawie mężczyzn i wciągnęli ich na pokład po błękitnej smudze światła.

Wnętrze UFO przypominało niedużą, owalną salę o perłowobiałych ścianach, podłodze i suficie. W jednym miejscu na ścianie znajdowały się jakieś tajemnicze urządzenia, które zapewne służyły do sterowania pojazdem kosmicznym. Na podłodze stało coś w rodzaju łóżka, stolika medycznego i regału z niezliczonymi, zamkniętymi szafkami, a także meble jak najbardziej ziemskie: dwuosobowy, drewniany stół i skromne krzesełka po obu jego stronach. Jeśli chodzi o regał, oprócz licznych szafek posiadał on dwie półki, na których stały słoiki wypełnione jakimiś paskudnymi substancjami. Zdzisław Baumfeld, w przeciwieństwie do nieznajomego mężczyzny z aparatem fotograficznym, zachowywał się zupełnie swobodnie i spokojnie, jakby przebywał w tym miejscu już wiele razy.


ROZDZIAŁ DRUGI


Nieznajomy człowiek, który napytał sobie biedy, przyłapując funkcjonariusza UB na rozmowie z istotami pozaziemskimi, nazywał się Gaudenty Janecki i był cenionym w okolicy szewcem. Przez długi czas nie pamiętał on, co się z nim stało po tym, jak Zdzisław Baumfeld, usłyszawszy trzask łamanej gałązki, odwrócił się w jego stronę. Później pobyt na pokładzie UFO zaczął mu się stopniowo przypominać, jednak były to wspomnienia wyjątkowo mętne i niewyraźne, których za nic w świecie nie dało się ułożyć w głowie. Naturalnie, pan Janecki nie powiedział nikomu o swoich doświadczeniach. Dlaczego? Bo i tak nikt by mu nie uwierzył…

Gaudenty, dążąc do odzyskania pamięci, wielokrotnie powracał myślami do momentu, kiedy zobaczył na leśnej polanie młodego, odzianego w UB-ecki mundur mężczyznę i wyjął z torby aparat fotograficzny. Dlaczego to zrobił? Co niezwykłego było w tym młodym mężczyźnie, że pan Janecki zdecydował się potajemnie go sfotografować? Czy obiektem zainteresowania Gaudentego naprawdę był przedstawiciel stalinistycznej bezpieki, czy też na polanie znajdowało się coś więcej… coś, czego Janecki nigdy wcześniej nie widział? Jak to wszystko się skończyło? Co się stało, kiedy obserwowany komunista się odwrócił, usłyszawszy trzask łamanej gałązki? Niestety, Gaudenty nie mógł sobie tego przypomnieć.

Miał lukę w pamięci, zupełnie jak ludzie poddani elektrowstrząsom. Elektrowstrząsom? Dlaczego samo przywołanie tego słowa wywoływało w nim tak silne emocje, jakby wiązało się z jakimiś traumatycznymi przeżyciami? Zaraz, zaraz, zastanówmy się… Błysk światła, oszołomienie, jakieś szarozielone sylwetki pochylające się nad unieruchomionym ciałem pana Janeckiego…

Na Zeusa, co się stało po tym, jak funkcjonariusz Urzędu Bezpieczeństwa odwrócił się w jego stronę?! To na pewno był UB-ek, wszak prowadził tamto przesłuchanie! Przesłuchanie? Jakie przesłuchanie? Gdzie i kiedy się ono odbyło? Czego dotyczyło? Pan Janecki nie potrafił odpowiedzieć na te pytania, jak gdyby usunięto mu z pamięci wszystkie szczegóły zajścia.

Ale jedno było pewne. Nazajutrz po tym, jak Gaudenty przeżył na polance najdziwniejsze i najbardziej tajemnicze wydarzenie w swoim życiu, do drzwi jego domu zapukali dwaj podejrzani, odziani w czarne garnitury mężczyźni. Przestraszony Janecki, który wiedział, co to może oznaczać, bez szemrania wpuścił ich do środka, aby nie kusić losu i ewentualnie nie pogarszać swojej sytuacji. Nieproszeni goście nie chcieli zbyt dużo mówić na swój temat - oświadczyli tylko, że są specjalnymi inspektorami, którzy działają na zlecenie władz państwowych i którzy zostali upoważnieni do przekazania Gaudentemu pewnego rozkazu.

- Towarzyszu, jeśli w waszym życiu wydarzyło lub wydarzy się coś niewytłumaczalnego, to absolutnie nie mówcie o tym innym obywatelom - brzmiało polecenie. - To może być bardzo trudne, ale wierzcie nam, że zachowywanie takich incydentów w tajemnicy ma ogromne znaczenie dla bezpieczeństwa publicznego.

Janecki posłusznie obiecał, że jeśli stanie się kiedyś świadkiem jakiegoś nietypowego zdarzenia, to zachowa ten fakt w tajemnicy. Odziani na czarno mężczyźni, widocznie zadowoleni z deklaracji Gaudentego, poprosili niespodziewanie o coś do picia.

- Może być nawet zwykła woda - zapewniali skromnie. - Nie chcielibyśmy nadużywać waszej gościnności, towarzyszu.

Pan Janecki, który był z natury człowiekiem grzecznym i uczynnym, natychmiast pobiegł do kuchni, aby spełnić prośbę swoich rozmówców. Jednak kiedy wrócił do pokoju gościnnego, z ogromnym zdumieniem zauważył, że tajemniczych mężczyzn już nie ma. Gaudenty wyjrzał przez okno i rozejrzał się kilkakrotnie na wszystkie strony, ale nigdzie nie zauważył dwóch tajemniczych “inspektorów”. Dziwne… Przecież to niemożliwe, żeby tak szybko wrócili do siebie! Więc co się z nimi stało? Chyba nie rozpłynęli się w powietrzu?…


ROZDZIAŁ TRZECI


Koleta Lewandowska była tego wieczoru bardzo zmęczona, toteż - gdy tylko wybiła godzina 10:00 w nocy - z radością położyła się do łóżka, aby zasnąć i zregenerować siły. Chociaż miała za sobą męczący dzień, nie spała spokojnie - wielokrotnie budziła się ze snu, zlana potem, przerażona i dogłębnie wstrząśnięta obrazami, które pojawiały się w jej głowie. O godzinie 1:00 rano zasnęła na jakieś pół godziny, jednak - chociaż jej kolejny sen był już spokojny i normalny - znowu przebudziła się przed czasem. Nie chciało jej się otwierać oczu, zwłaszcza, że - jak sama twierdziła - mogłoby to ją jeszcze bardziej rozbudzić i ostatecznie przekreślić szansę na ponowne zaśnięcie.

Dziewczyna leżała biernie przez jakieś dwie minuty, aż poczuła, że jest jej niewygodnie. Kiedy zdecydowała się zmienić pozycję, zauważyła, iż nie może się poruszać, jakby była całkowicie sparaliżowana. Zdziwiła się, a nawet zaniepokoiła, ale postanowiła podjąć kolejną próbę zmiany pozycji. Bezskutecznie. Przestraszona Koleta chciała wołać o pomoc, ale również to okazało się niemożliwe.

Jakby tego było mało, 19-latka poczuła na sobie czyjś dotyk… bardzo nieprzyjemny dotyk, który uświadomił jej, że od chwili przebudzenia towarzyszy jej krępujące poczucie czyjejś obecności. Lewandowska postanowiła otworzyć oczy - i to jej się udało. Zdumiał ją jednak nie tyle fakt, że jej powieki nie były sparaliżowane, ile trzy dziwaczne postacie, które pochylały się nad jej łóżkiem.

Koleta przeraziła się do tego stopnia, że zemdlała. Kiedy chwilę później się ocknęła, poczuła, iż nadal znajduje się w pozycji leżącej, a jej sparaliżowane ciało unosi się w powietrzu i frunie w stronę ściany, po czym przenika przez mur (tak, tak! Dziewczyna czuła wówczas, jakby się zanurzała w wodzie, chociaż od początku do końca była zupełnie sucha!), aż w końcu trafia do wnętrza Niezidentyfikowanego Obiektu Latającego. Ciało Kolety wylądowało miękko na “łóżku“, które - jak się później okazało - było stołem operacyjnym. Po chwili umierająca ze strachu Lewandowska znowu ujrzała nad sobą trzech obcych: dokładnie tych, z którymi kilka godzin wcześniej rozmawiał Zdzisław Baumfeld.


ROZDZIAŁ CZWARTY


Podobnie jak Gaudenty Janecki, Koleta przez długi czas nie pamiętała, co się z nią stało. W ogóle nie pamiętała porwania i transportu do UFO, tylko to, że kiedyś po przebudzeniu ujrzała nad sobą trzy tajemnicze sylwetki. Ale w jej psychice na zawsze pozostał głęboki uraz… uraz, którego nie potrafiła sobie wytłumaczyć ani zracjonalizować. Był to paniczny strach przed ciemnością i przed obecnością obcych w pokoju. Fobia, której nabawiła się Lewandowska, przejawiała się między innymi bezsennością. Dziewczyna miała problemy z zaśnięciem, co chwilę otwierała oczy i zaglądała w głąb mrocznego pokoju, aby się upewnić, że nie stoją tam pozaziemscy porywacze.

Bała się również tego, że po zaśnięciu może się obudzić w środku nocy, a potem przeżyć ten sam horror co latem 1948 roku. Poza tym, lękała się koszmarnych snów o dziwacznych postaciach pochylających się nad jej ciałem. Ta fobia wyjęła jej z życiorysu wiele godzin, które - zgodnie z planem Matki Natury - były przeznaczone na sen. A przecież powszechnie wiadomo, iż bezsenność skraca ludzkie życie oraz może być przyczyną najrozmaitszych chorób.

Co ciekawe, Koleta Lewandowska również przeżyła spotkanie z tajemniczymi, odzianymi na czarno “inspektorami”, którzy najpierw zabronili jej opowiadać komukolwiek o wszelkich niewytłumaczalnych zdarzeniach, a potem zniknęli równie niespodziewanie jak się pojawili. Dziewczyna złożyła taką samą deklarację jak Gaudenty, ale - w przeciwieństwie do niego - miała spore trudności z trzymaniem języka za zębami. A to dlatego, że w jej życiu raz po raz dochodziło do niewytłumaczalnych zdarzeń, które aż się prosiły o przedyskutowanie z zaufanymi osobami. No, ale skoro Koleta dała słowo przedstawicielom władzy ludowej, to jej “psim” obowiązkiem było dochowanie mu wierności. Czasy były ciężkie, a panna Lewandowska bardziej ceniła sobie bezpieczeństwo, stabilizację i spokój niż zdobywanie wiedzy.

Dwa lata po porwaniu, a więc w roku 1950, do miejscowości, w której mieszkała Lewandowska (miasteczko Bratomirzec w powiecie młodzianowickim) dotarła sensacyjna wiadomość. Otóż w sąsiedniej wsi, Cyrynowie, na jednym z PGR-owskich pól pojawiły się tajemnicze kręgi zbożowe! Dziewczyna nie miała z tym absolutnie nic wspólnego, lecz gdy pewnego dnia spacerowała po ulicach swojego miasta, niespodziewanie zaczepił ją Zdzisław Baumfeld. Ubrany po cywilnemu UB-ek zaprosił ją na podwieczorek do najbliższego baru mlecznego i zaczął ją wypytywać o owe kręgi.

Koleta odpowiadała zgodnie z prawdą, tzn. deklarowała, że nie wie nic o pochodzeniu piktogramów i że nie ma własnego zdania na ich temat. Zdzisław wyraził przypuszczenie, iż zbożowe kręgi mogą być dziełem jakichś złośliwych, reakcyjnych sabotażystów (najprawdopodobniej działaczy Podziemnego Klubu Anonimowych Antykomunistów), a potem niespodziewanie pożegnał się z Lewandowską i opuścił lokal. Od tej pory nikt nie rozmawiał z Koletą na podobne tematy. Dziewczyna również wolała się nimi nie zajmować, gdyż napawały ją one nieuzasadnionym niepokojem.


ROZDZIAŁ PIĄTY


Czas mijał. Minął Urząd Bezpieczeństwa, minęła jego spadkobierczyni, Służba Bezpieczeństwa, minęły PGR-y, minął ustrój komunistyczny, minęły sława i prestiż Zdzisława Baumfelda, minął las, który tak często przemierzał UB-ek, aby spotkać się ze swoimi kosmicznymi sojusznikami. Ale dwie rzeczy pozostały niezmienione: nocna fobia Kolety i strzępy wspomnień Gaudentego. Tak, tak… Te problemy nie minęły, lecz przeciwnie: po latach stały się jeszcze intensywniejsze i bardziej dokuczliwe.

14 marca 1997 roku stara już i schorowana Koleta Lewandowska czekała w szpitalu na operację serca. Kobieta - choć nie wiedziała, dlaczego - odczuwała paniczny strach przed operacją, jak gdyby miała już złe doświadczenia związane z tego typu zabiegami. Mimo to, zdobyła się na odwagę i pozwoliła chirurgom wykonać konieczną pracę.

Gdy obudziła się z narkozy, jeden z lekarzy poinformował ją, że w czasie zabiegu znaleziono w jej sercu tajemniczy, metalowy przedmiot. Było to trójkątne urządzenie wielkości paznokcia, które - zdaniem miejscowych badaczy - zawierało pierwiastki niewystępujące na Ziemi. Jednym słowem: implant. Najdziwniejszą i najbardziej szokującą cechą rzeczonego implantu było jednak to, że nie zawierał on tajemniczych rysunków ani słów zapisanych w kosmicznym języku, tylko jak najbardziej ziemski skrótowiec “UB”.

Lewandowska przypomniała sobie wszystko, absolutnie wszystko, co przydarzyło jej się tamtej nocy w 1948 roku. I chociaż dopiero przeszła zabieg, mający na celu uratowanie jej życia, padła wstrząśnięta na poduszkę i już nigdy się nie podniosła. Tak… Przed śmiercią cały dramat stanął jej przed oczami… Ale okazało się, iż od kosmitów i tak straszniejsi byli ludzie… Tak zwani “bliźni”… Funkcjonariusze Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego…

Jeśli chodzi o pana Gaudentego, w 2002 roku zdecydował się on poddać hipnozie, aby przypomnieć sobie wszystkie szczegóły tamtych wydarzeń, które zapoczątkowało przypadkowe spotkanie UB-eka na leśnej polanie. Ponowne przeżywanie owych chwil i ubieranie ich w słowa nie były dla Janeckiego przyjemne, lecz dzięki seansowi hipnotycznemu udało mu się rozwiązać nurtującą go od lat zagadkę. Ale Gaudenty nie chciał poprzestać na hipnozie - jako człowiek o zdecydowanych poglądach politycznych napisał do Instytutu Pamięci Narodowej podanie o zbadanie incydentu z 1948 roku. Tego… paranormalnego incydentu.

Niestety, doczekał się odpowiedzi odmownej. Oburzony i rozzłoszczony, chwycił za telefon i zadzwonił do IPN-u w celu dowiedzenia się, co jest powodem zlekceważenia jego prośby. Poinformowano go, że sprawa, o której opowiedział, jest po prostu zbyt kontrowersyjna, żeby zajmował się nią tak poważny i szanowany ośrodek badawczy jak Instytut Pamięci Narodowej. Odbierająca telefon pani, skądinąd bardzo uprzejma i dobrze wychowana, przekonywała Gaudentego, iż przypadki uprowadzeń przez UFO, czyli tzw. wzięć, należy raczej zgłaszać do Strefy 11 (programu “Nie do wiary”) niż do IPN-u. Wówczas pan Janecki obraził się na całe państwo, założył sobie politycznego bloga i dołączył do grona wyznawców popularnej ideologii lub - jak kto woli - teorii spiskowej “rząd coś ukrywa“.


ROZDZIAŁ SZÓSTY


Gaudenty zmarł w roku 2006, nie doczekawszy się zbadania swojej sprawy przez środowiska cenione bardziej od ufologów. Jednak to, co wydarzyło się cztery lata później, a więc wiosną 2010 roku, rzuciło zupełnie inny cień na jego sprawę. Otóż w wyniku straszliwej powodzi, jaka dotknęła powiat młodzianowicki, została zalana znaczna część dawnego budynku Urzędu Bezpieczeństwa - ponurego gmachu, który od dziesięcioleci stał pusty i absolutnie nikogo nie interesował. Grupa młodych, entuzjastycznych wolontariuszy, która postawiła sobie za cel ratowanie wszystkich podtopionych obiektów w okolicy, ochoczo przystąpiła do usuwania wody z tego wielkiego, niesławnego “zabytku“.

W jednym z pomieszczeń, które kiedyś służyło za gabinet dyrektora, a obecnie było niepodobne do niczego, 18-letnia Hersylia Kiloff znalazła starą, wodoodporną, szczelnie zamkniętą skrzynkę. Dziewczyna oddała znalezisko stojącym na zewnątrz strażakom, a oni - dwojąc się i trojąc - otworzyli je i znaleźli w jego wnętrzu kilka godnych uwagi rzeczy. Były to dwa małe, trójkątne, metalowe urządzenia elektroniczne (które później okazały się implantami, podobnymi do tego, który znaleziono w ciele Kolety Lewandowskiej), czarno-białe zdjęcia oraz kilka dokumentów sporządzonych w językach polskim i rosyjskim.

Nagle, wiedziony jakąś komuszą intuicją, przybył na miejsce 89-letni Zdzisław Baumfeld, niegdysiejszy funkcjonariusz lokalnego Urzędu Bezpieczeństwa. Starzec był dobrze znany w Młodzianowicach, ale “cieszył się” ponurą sławą, gdyż okoliczni mieszkańcy doskonale wiedzieli o egzekucjach i torturach, które prowadził w okresie stalinizmu, a które nigdy nie doczekały się sprawiedliwego osądzenia. 89-latek, chociaż nielubiany, natychmiast przejął inicjatywę i zażądał, żeby strażacy pokazali mu znalezione fotografie.

- Widzicie tego czarnowłosego przystojniaka w UB-eckim mundurze? - zapytał komunista, stukając palcem w konkretny punkt zdjęcia, dokładnie tak jak w rozdziale pierwszym podczas pokazywania domu na mapie. - To jestem ja, podporucznik Zdzisław Baumfeld. Piękna brunetka, którą obejmuję, to z kolei moja kochanka, Tajna Współpracowniczka Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Młodzianowicach. Ta bezecna Marysieńka, co woja prawego Aulusa na manowce wywiodła… Kilka kroków za nami stoi funkcjonariuszka Świętożyźń Klemermann, która przez długi czas była chorążym, lecz potem awansowała na porucznika. A teraz ciekawostka: tutaj, na trzecim planie, jest kosmita! Człowiek, który fotografował nas, UB-eków, w ogóle go nie zauważył!

- No, rzeczywiście! Kosmita! - wykrzyknął jeden z nastoletnich wolontariuszy, który podbiegł do Baumfelda, aby zobaczyć uwiecznioną na zdjęciu postać. - Kurde strudel, trzeba to wysłać do IPN-u! Ale będzie pompa, hehehe!

Były funkcjonariusz Urzędu Bezpieczeństwa prychnął pogardliwie i spojrzał z wyższością na swojego rozmówcę.

- A wysyłajcie sobie! - zawołał. - Jestem już stary, moje życie dobiega końca, więc nie robi mi różnicy, czy świat się dowie, że byliśmy polską Strefą 51, czy nie! Jednak na papiery radzę wam nie patrzeć, bo możecie się… hmmm… porządnie przestraszyć! Dokumenty zawierają szczegóły umowy, jaką my, przedstawiciele bezpieki, zawarliśmy z istotami pozaziemskimi, dlatego zastanówcie się dwa razy, zanim je przeczytacie! I uważajcie, żeby ta wasza prawacka lustracja nie obróciła się przeciwko wam!

Młodziutki wolontariusz, do którego Zdzisław skierował te słowa, poczuł na swojej skórze dreszcz przerażenia. Kiedy spojrzał na pozostałe osoby, zauważył na ich twarzach strach lub niedowierzanie. A Baumfeld, który najwyraźniej zdradził największą i najbardziej przerażającą tajemnicę miejscowego UB, bez pożegnania powrócił tam, skąd przyszedł. Później wielokrotnie wypierał się tego, co wyznał w obecności młodych wolontariuszy i strażaków, a ich samych opisywał jako “oszołomów”, “histeryków“ i “fantastów“.


ROZDZIAŁ SIÓDMY


Zdzisław Baumfeld zmarł na przełomie maja i czerwca 2010 roku. Jego śmierć była tak drastyczna i nieprzyjemna, że aż się prosiła, żeby ją zinterpretować jako spóźnioną karę za zbrodnie i niegodziwości sprzed 60 lat. Otóż pewnej nocy, kiedy starzec wracał z “sentymentalnej wyprawy do budynku dawnego UB“, niespodziewanie zaskoczyła go burza. Były funkcjonariusz Urzędu Bezpieczeństwa nie był przygotowany na ulewę, nie miał również gdzie się schronić, gdyż o tej porze wszystkie sklepy i instytucje były zamknięte. A ponieważ Młodzianowice wciąż były zalane na skutek powodzi, starszy pan musiał brodzić w wodzie, której poziom - z racji deszczu - szybko się podnosił i w końcu przekroczył wysokość jego gumowców.

Nagle rozległ się przerażający trzask i tego zmokniętego człowieka, któremu woda sięgała do kolan, trafił piorun. Baumfeld nie miał szans na przeżycie tego uderzenia, a nawet, gdyby przeżył, to niewiele by mu to pomogło, gdyż - po upadku na chodnik i całkowitym pokryciu przez wodę - po prostu by się utopił. Następnego dnia pewien wolontariusz, który zmierzał do dawnego budynku PUBP, aby usunąć zeń wodę, potknął się o coś dużego i się przewrócił. Kiedy wstał, on sam i jego przyjaciele postanowili wyłowić to, co znajdowało się na dnie (czyli na zalanym chodniku) i stanowiło zagrożenie dla przechodniów. Jakże wielkie było ich zdumienie, kiedy “podwodną przeszkodą” okazały się blade, sztywne zwłoki podporucznika Zdzisława Baumfelda!

Dla nieszczęsnego wolontariusza, który potknął się o trupa (Germeriusza Pielgrzymiaka), to pechowe zdarzenie było prawdziwą traumą. 19-latek już od dłuższego czasu zmagał się z depresją, a nawet myślał o samobójstwie, jednak teraz czara jego goryczy się przelała i nieszczęsny młodzieniec utopił się w pobliskiej rzece. W swoim liście pożegnalnym Pielgrzymiak zaznaczył, iż jednym z powodów tej desperackiej decyzji był utrzymujący się w jego wyobraźni obraz martwego 89-latka wyławianego z wody przez wolontariuszy. A także zasłyszane opowieści o przeszłości tego starca - o strzelaniu w lesie do żołnierzy Armii Krajowej tudzież Narodowych Sił Zbrojnych, o wbijaniu więźniom igieł pod paznokcie, o biciu pałką i batem, o zmuszaniu do wielogodzinnego stania na mrozie, o bezlitosnym kopaniu i wybijaniu zębów…

Ale to jeszcze nie był koniec nieszczęść. Otóż w życiu Hersylii Kiloff, dziewczyny, która znalazła skrzynkę ze ściśle tajnymi dokumentami, zdjęciami i innymi “skarbami” UB-eków, zaczęło się dziać coś dziwnego. Trzy dni po pamiętnej akcji, polegającej na usuwaniu wody z siedziby niegdysiejszego Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Młodzianowicach, doszło do wypadku samochodowego, w wyniku którego zginęła ciocia i dwie kuzynki nastolatki. Nazajutrz dziadek Hersylii doznał udaru mózgu i w ciężkim stanie trafił do szpitala, natomiast brat panny Kiloff został zaatakowany przez jakichś chuliganów.

Z samą 18-latką początkowo nie działo się nic złego, jednak później, w pierwszej połowie lipca 2010 roku, przeżyła ona zapalenie wyrostka robaczkowego, który - oczywiście - trzeba było usunąć. Po szczęśliwie przeprowadzonym zabiegu chirurg poinformował Hersylię, że podczas operacji znaleziono w jej organizmie ciało obce: małe, trójkątne, metalowe urządzenie niewiadomego pochodzenia. Dziewczyna była w ciężkim szoku, gdyż nie miała pojęcia, skąd taki przedmiot mógł się wziąć w jej ciele. Później przypomniała sobie, iż identyczne implanty znalazła kiedyś w szczelnie zamkniętej skrzynce, która przez dziesięciolecia leżała w budynku dawnego UB.

Jeśli chodzi o tego młodziutkiego wolontariusza, któremu Zdzisław wspomniał o “polskiej Strefie 51” (Laurencjusza Kowalskiego), niespodziewanie zaczął on opowiadać przedziwne historie o spotkaniach z istotami pozaziemskimi. Naturalnie, nikt nie wierzył w jego opowieści. Ludzie, którzy go znali, byli przekonani, że Laurencjusz wygaduje głupoty pod wpływem “miejskich legend” i “teorii spiskowych“, jakie obiegły Młodzianowice po pamiętnym wygadaniu się Baumfelda. Co więcej, zaczęli mu dokuczać i doradzać wizytę u lekarza specjalisty. Pewnego dnia zdesperowany Laurencjusz podciął sobie żyły, ale nie pozostawił żadnego listu pożegnalnego z wyjaśnieniem swojej decyzji. Jego siostra, Kamelia Kowalska-Wróbel, utrzymywała jednak, iż podczas ostatniej rozmowy Laurencjusz opisał siebie jako osobę niezrozumianą przez społeczeństwo oraz odrzuconą ze względu na wiedzę przewyższającą współczesnych uczonych.

Co do ponurego gmachu dawnego Urzędu Bezpieczeństwa, po wielu latach zapomnienia stał się on obiektem zainteresowania historyków, archeologów, ufologów, parapsychologów oraz zwykłych ciekawskich. Pewnego razu trzej studenci historii, badający ów niesławny budynek, zabłąkali się w jego lochach, które były kiedyś miejscem śmierci i udręczenia wielu polskich patriotów. Nagle jeden z badaczy, który dotarł dalej niż inni, znalazł świetnie zakonserwowane zwłoki niskiej, szarozielonej istoty o dużej, baniastej mózgoczaszce, szczupłej, trójkątnej, zwężającej się ku dołowi trzewioczaszce, spiczastym podbródku i wielkich, czarnych, skośnych oczach.

- O choroba! - zawołał student, którego znalezisko nie tylko zdumiało, ale również przeraziło.

- Co tam znalazłeś? - spytał inny, zaniepokojony jego okrzykiem.

- Lepiej, żebyś nie wiedział, bo już nigdy nie spojrzysz na rzeczywistość tym samym okiem co dotychczas - powiedział ten pierwszy drżącym głosem. - Naprawdę, radziłbym ci na to nie patrzeć.

Wtedy trzeci badacz, należący do ludzi niezwykle ciekawskich, wręcz wścibskich, wszedł do pomieszczenia, w którym jego przyjaciel znalazł zwłoki przybysza z Kosmosu. Kiedy na nie spojrzał, na usta cisnęły mu się słowa z jednego z “sonetów krymskich” Adama Mickiewicza:


“Mirzo, a ja spojrzałem! Przez świata szczeliny
Tam widziałem... Com widział, opowiem — po śmierci:
Bo w żyjących języku nie ma na to głosu”



Doprawdy, trudno o lepszą puentę dla tego przedziwnego opowiadania!


KONIEC

poniedziałek, 26 lipca 2010

Czerwone kwiatuszki

czerwone kwiatuszki wdzięczą się
jak mali komuniści
na starych zdjęciach z chin
letnie nocne niebo
to granatowa płachta w gwiazdki
podobna do chorągwi
wielkiej siostry unii
inny nieboskłon
ten niebieski dzienny
wydaje się manifestować
kapitalizm i liberalizm
soczek z mandarynek
jest pomarańczowym rewolucjonistą
którego pijesz po zjedzeniu
zieleniny z partii zielonych
tylko noc jest czarna
jak mundury włoskich faszystów
zaś szczeliny chodnika
przypominają swastykę
z pewnego punktu widzenia


14 października 2009 r.

piątek, 23 lipca 2010

Hymn Historiozoficzny

OD AUTORKI:

Piosenka, którą mam zaszczyt Wam dzisiaj zaprezentować, została ułożona do melodii “Mother Earth” holenderskiego zespołu Within Temptation. Nie jest ona dziełem nowym - napisałam ją już zeszłego lata, ale dotychczas jakoś nie udało mi się znaleźć okazji do jej publikacji. Treść utworu, jak sama nazwa wskazuje, ma charakter historiozoficzny, a więc obraca się wokół zagadnień związanych z filozofią historii. Wyrażone w niej poglądy są bliskie konfliktowej teorii dziejów - jednoznacznie wynika z nich, że czasy się zmieniają, gdyż pewne formacje polityczne zwalczają inne, po czym same są zwalczane przez swoich rywali. Krótko mówiąc: uczucia zawiści i nienawiści są czynnikami, które mobilizują ludzi do zmieniania świata (bez względu na to, czy te zmiany są korzystne dla większości społeczeństwa, czy nie).

Przykłady? Kiedy w Europie panował feudalizm, zwalczano go na rzecz kapitalizmu. Gdy zapanował kapitalizm, zwalczano go na rzecz komunizmu. Gdy zapanował komunizm, zwalczano go na rzecz demokracji. Teraz, kiedy panuje demokracja, jest ona zwalczana na rzecz Narodowego Radykalizmu (pozdrowienia dla Przyjaciół NR!). Mam prawo przypuszczać, że jeśli my, Narodowi Radykałowie, osiągniemy swój cel, tzn. stworzymy Wielką Polskę, to ona również będzie wytrwale zwalczana przez jakieś zawistne siły polityczne. Potem te “zawistne siły polityczne” same będą zwalczane przez swoich wrogów i tak dalej, i tak dalej, i tak dalej…

O tym właśnie mówi moja piosenka “Hymn Historiozoficzny”, którą ułożyłam do melodii “Mother Earth” grupy Within Temptation. Oryginalny utwór “Mother Earth” można znaleźć pod adresem:


http://www.youtube.com/watch?v=m-Xq3Op4WLk

Miłego czytania i… śpiewania!



Czarna, czerwona
Niebieska czy tęczowo-pstra
Każdy wizję ma
Lukrowej przyszłości
Jeśli chcesz
W swym wymarzonym świecie żyć
Musisz przebijać się
Jak kwiat przebiśniegu

Bój trwa
Już od tysięcy lat
Mordercza gra
Bój trwa
Już od tysięcy lat
I będzie trwał

Zapadam w sen
I widzę wymarzony świat
Gdzie rzeczy takie są
Jakich chcę
Zanurzam się
W mojej utopii
Lecz wiem że
Dla Ciebie ten mój raj
To antyutopia

Bój trwa
Już od tysięcy lat
Mordercza gra
Bój trwa
Już od tysięcy lat
I będzie trwał

Tak funkcjonuje świat
Od tysięcy lat (tysięcy)
Jak w dzikiej dżungli
Silniejsi
Niszczą słabszych
Tak funkcjonuje świat
Od tysięcy lat

Ty też nie wymkniesz się
(Ty też nie wymkniesz się)
Ty też nie wymkniesz się
(Ty też nie wymkniesz się)
Ty też nie wymkniesz się
Z historii rąk!

Bój trwa
Już od tysięcy lat
Mordercza gra
Bój trwa

Ty też nie wymkniesz się
Ty też nie wymkniesz się
Ty też nie wymkniesz się
Z historii rąk!

środa, 21 lipca 2010

Smoleńsk 2010. Przeżycie pokoleniowe?

Felieton, który miał nigdy nie powstać

Felieton, który macie okazję teraz czytać, miał nigdy nie powstać. To znaczy: 10 kwietnia 2010 roku, kiedy dowiedziałam się o katastrofie prezydenckiego samolotu w Smoleńsku, planowałam napisać okolicznościowy artykuł, jednak - uświadomiwszy sobie, jaka atmosfera panuje w Narodzie Polskim - porzuciłam ten pomysł na rzecz kompletnego milczenia. Miałam się nie wypowiadać na temat tragedii, jej uczestników, wywołanych skutków społeczno-politycznych ani ewentualnych przyczyn zdarzenia. Ba! Miałam w ogóle nie pisać o współczesnej polityce, Polsce i Polakach! Zadajecie mi pytanie: dlaczego? Skoro tak, to spróbuję Wam na nie odpowiedzieć…


Milczenie jest złotem

Po pierwsze: w obliczu ogromnych emocji, jakie zawładnęły polskim społeczeństwem, poruszanie wspomnianych kwestii wydało mi się szalenie niebezpieczne. Po drugie: moja opinia na temat skutków katastrofy (pogrzeb Lecha i Marii Kaczyńskich na Wawelu, zmiany personalne na wysokich stanowiskach państwowych, postawienie krzyża przed Pałacem Prezydenckim, wzajemnie wykluczające się teorie spiskowe, gloryfikacja ofiar wypadku, polsko-rosyjskie śledztwo, sprawa czarnych skrzynek) jest odmienna od zdania większości Prawicowców. Ponieważ nadal uważam się za przedstawicielkę Prawicy (czytaj: Skrajnej Prawicy), stwierdziłam, że najkorzystniejszym dla mnie rozwiązaniem będzie niewypowiadanie się na temat katastrofy smoleńskiej i w ogóle polskiej polityki.


Być damą i dojrzałym człowiekiem

Wydaje mi się, iż lepiej jest zamknąć się w sobie, ugryźć w język i nabrać wody w usta niż otrzymać od dotychczasowych sojuszników etykietkę “nacjonalistycznego Palikota/ Bartoszewskiego/ Michnika/ Wajdy”. Na tym, moi Drodzy, polega bycie damą i w ogóle dojrzałym człowiekiem. Nie dowiecie się, jak brzmią moje refleksje związane z Tymi Wszystkimi Sprawami, chociaż mam ich tak wiele, iż mogłabym nimi obdzielić kilka felietonów. Ja swoje wiem, lecz czasami zachowuję tę wiedzę dla siebie. Nie muszę się nikomu spowiadać z tego, co myślę - grunt, że w ogóle zastanawiam się nad pewnymi problemami. Myślenia mi nie zabronicie, tym bardziej, że nie zdradzę Wam, jak obecnie przebiega jego tok. Mówiąc słowami Stanisława Jerzego Leca: “Myśli są wolne od cła… gdy nie przekraczają granic” (naturalnie, chodzi tu o granice ludzkiej czaszki).


Przerwana zmowa milczenia

No, ale wróćmy do tego, co napisałam w akapicie pierwszym. Niniejszy felieton miał nigdy nie powstać, gdyż planowałam uczynić Smoleńsk swoim prywatnym tematem tabu. Przez trzy i pół miesiąca trzymałam samą siebie za twarz, żeby się - broń, Zeusie! - nie odezwać i nie zdradzić swoich poglądów dotyczących tej wielowątkowej afery. Teraz jednak miarka się przebrała - to, co z masochistyczną determinacją dusiłam w sobie przez tyle czasu, niespodziewanie we mnie wybuchło i zaczęło wychodzić na światło dzienne poprzez stukające w klawiaturę palce. Świadczy o tym właśnie ten artykuł, który miał zostać dosłownie wyabortowany z mojego umysłu. Co z tego, że niewiele z niego wynika? Grunt, że jest, chociaż plany były zupełnie inne! O Smoleńsku miałam nie pisać nic, a tu taki psikus!


Katastrofa w Smoleńsku - przeżycie pokoleniowe?

Jak już wspomniałam, nie zdradzę Wam, co sądzę o pogrzebie państwa Kaczyńskich na Wawelu, postawieniu krzyża przed Pałacem Prezydenckim, wzajemnie wykluczających się teoriach spiskowych, gloryfikacji ofiar wypadku, polsko-rosyjskim śledztwie, sprawie czarnych skrzynek etc. Nie chcę wyrażać opinii sprzecznych ze zdaniem znacznej części Prawicy. Napiszę za to coś innego, co - pomimo bezpośredniego związku z kwietniową tragedią - wydaje mi się bardziej bezpieczne i neutralne. Otóż przyszło mi do głowy, iż katastrofa prezydenckiego samolotu w Smoleńsku może być dla mojej generacji (urodzonej po roku 1989) przeżyciem pokoleniowym. Czyli takim, które ma miejsce akurat wtedy, gdy dane pokolenie wchodzi w dorosłe życie, a które nie pozostawia nikogo obojętnym i w znacznym stopniu wpływa na światopogląd większości osób.


Każda generacja ma swoje przeżycie

Dla polskich romantyków przeżyciem pokoleniowym było powstanie listopadowe, a dla pozytywistów - powstanie styczniowe. Dla osób urodzonych około roku 1920 przeżyciem pokoleniowym okazała się druga wojna światowa. Potem było pokolenie “Współczesności”, pokolenie “Nowej Fali”, pokolenie “Solidarności”… A co z moją, urodzoną po 1989 roku generacją, która właśnie wchodzi w dorosłe życie? Czy doświadczyła ona czegoś, co zrobiło wrażenie na wszystkich osobach i wpłynęło na świadomość wielu z nich? Ośmielę się stwierdzić, iż dla moich rówieśników największym (jak dotąd) przeżyciem pokoleniowym była katastrofa Tupolewa Tu-154, która wydarzyła się 10 kwietnia 2010 r. w okolicach rosyjskiego miasta Smoleńsk!


Pokolenie Smoleńska (pokolenie kwietnia 2010)

Nie myślcie, drodzy Internauci, że jestem zadowolona z takiego stanu rzeczy. Wcale NIE cieszę się z faktu, iż najprawdopodobniej reprezentuję pokolenie Smoleńska czy też - jak kto woli - pokolenie kwietnia 2010. Tak samo NIE cieszyłabym się, gdybym należała do poprzedniego pokolenia “Solidarności” (bo fakt, że się posiada antykomunistyczne przekonania, to jeszcze NIE powód, żeby popierać ten związek zawodowy! Ja jestem przeciwniczką komunizmu, ale z racji posiadania antydemokratycznych poglądów w życiu NIE opowiedziałabym się po stronie naszej Złotej Polskiej Opozycji Demokratycznej! Nie lubię, kiedy ktoś narzuca mi postawę pro-solidarnościową. Jako konserwatywno-nacjonalistyczno-tercerystyczna antydemokratka całkowicie odżegnuję się od tego ruchu społecznego). No, ale cóż… Przeżyć pokoleniowych się nie wybiera… To nie moja wina, iż na świecie dzieje się to, a nie coś innego… Mam rację czy nie? Czekam na Wasze wypowiedzi!



Natalia Julia Nowak,
reprezentantka pokolenia Smoleńska
(pokolenia kwietnia 2010)

piątek, 16 lipca 2010

TragiFarsa 6. Totalna porażka

OD AUTORKI:

Utwór “TragiFarsa 6. Totalna porażka” jest - jak sama nazwa wskazuje - szóstą częścią mojej serii dramaturgicznej o UB-eku Zdzisławie Baumfeldzie. Tym razem akcja opowieści rozgrywa się w roku 1949 i powraca do wątku związanego z aresztowaniem, brutalnym śledztwem i fałszywym oskarżeniem 24-letniego Wespazjana Cipki, posądzanego o współpracę z nielegalną organizacją antykomunistyczną. Osoby, które czytały poprzednie części sztuki teatralnej, na pewno wiedzą, o co chodzi, toteż nie muszę im tego tłumaczyć. Tych, którzy jeszcze nie zapoznali się z pięcioma pierwszymi TragiFarsami, zachęcam zaś do nadrobienia zaległości. Oto tytuły poszczególnych dramatów (w kolejności chronologicznej, czyli od pierwszej do piątej części): “TragiFarsa socNIErealistyczna”, “TragiFarsa 59 lat później”, “TragiFarsa 3. Skandal stulecia”, “TragiFarsa + 60 lat”, “TragiFarsa 5. Odcinek specjalny”.

W “TragiFarsie 6. Totalnej porażce” pojawia się pewien kontrowersyjny epizod dotyczący homoseksualizmu. Korzystając z okazji, chciałabym podkreślić, że powstał on wyłącznie w celach rozrywkowych (aby uczynić dramat jeszcze dziwaczniejszym oraz wprowadzić do serii coś zupełnie nowego, świeżego, niecodziennego). Zapewniam, iż ów fragment NIE ma na celu propagowania ani LGBT, ani homofobii. Absolutnie NIE chodzi w nim również o obrażanie którejkolwiek ze stron sporu, toczącego się między zwolennikami a przeciwnikami homoseksualizmu. Jak już wspomniałam, rzeczony epizod jest tylko ciekawym ozdobnikiem i NIE kryje się za nim żadna ideologia (ani “pro”, ani “anty”). Mam nadzieję, że wyrażam się jasno. Jeśli jednak któryś z przeciwników lub zwolenników LGBT poczuje się zniesmaczony tym nieszczęsnym fragmentem, to z góry przepraszam, bo NIE miałam złych intencji!

Natalia Julia Nowak (En-Dżej-En)

P.S. Wydaje mi się, że “TragiFarsa 6. Totalna porażka” to jedna z najzabawniejszych i najbardziej ekspresyjnych części mojej serii dramaturgicznej. Ale moją najulubieńszą i tak pozostaje “TragiFarsa 3. Skandal stulecia”!





Czas akcji: przedwiośnie 1949 roku

Miejsce akcji: sala przesłuchań w budynku UB, ale NIE ta, która pojawiła się w “TragiFarsie socNIErealistycznej” i “TragiFarsie 3. Skandalu stulecia”

Osoby: Zdzisław Baumfeld (28 lat), Archibald Moździerz (43 i pół roku), Wespazjan Cipka (24 i pół roku), Maria Lolita (22 lata), Świętożyźń Klemermann (38 lat), Dżafar Takiff (26 lat), Gliceria Gościwit (25 i pół roku), Niewidoczny Narrator (słyszalny tylko dla widzów)


28-letni mężczyzna odziany w UB-ecki mundur, podporucznik Zdzisław Baumfeld, siedzi przy biurku w sali przesłuchań i czeka, aż zostanie do niego przyprowadzony więzień Wespazjan Cipka. Rzeczona sala przesłuchań jest inna niż w pierwszej i trzeciej części TragiFarsy - wprawdzie słabo wyposażona, ale za to jasna, przestronna i odrobinę bardziej zadbana. Fakt, że funkcjonariusz Urzędu Bezpieczeństwa wybrał akurat to pomieszczenie, sugeruje, iż nie ma już potrzeby prowadzenia interrogacji w tej strasznej, ciemnej, ponurej, obskurnej piwnicy rodem z “TragiFarsy socNIErealistycznej“ i “TragiFarsy 3. Skandalu stulecia“. Nagle drzwi się otwierają i do pomieszczenia wchodzi dwoje funkcjonariuszy (Archibald Moździerz oraz Świętożyźń Klemermann), którzy trzymają za ramiona osłabionego fizycznie, ale wciąż silnego psychicznie Wespazjana Cipkę. Młody więzień ma podbite prawe oko i dużego siniaka na prawej kości policzkowej. Mimo to, patrzy na Zdzisława dosyć śmiało i wyzywająco. Archibald Moździerz zamyka drzwi sali, a Baumfeld wstaje z krzesła i podchodzi do Wespazjana.


ZDZISŁAW BAUMFELD (bez entuzjazmu, odrobinę znudzony):

Wespazjan Cipka… Znowu się spotykamy… (Ostro, despotycznym tonem) Towarzyszu! Łapki podnieść, paluszki pokazać! (Chwyta dłonie więźnia, po czym uważnie przygląda się ich wierzchniej części) Uaaa… Trzy pazurki już wam odpadły, ale reszta trzyma się jak rzep psiego ogona! Gdybyście, towarzyszu, od początku odpowiadali na moje pytania, to nie skończylibyście tak, jak skończyliście. Niestety, wy często miewacie problemy z kolejnością wykonywania zadań. Cóż, to wasz problem. Wiele razy was ostrzegałem, towarzyszu, że przez własną bezczelność i brak powagi możecie pogorszyć swoją sytuację. Jednak wy, z niewiadomych przyczyn, nie chcieliście mi wierzyć i kontynuowaliście swoją durną grę. (Cytuje fragment Pisma Świętego) “Błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli”… Czy jakoś tak…


WESPAZJAN CIPKA (ponuro, patrząc z nienawiścią na swojego oprawcę):

Łatwo ci kpić, Zdzisiek, bo sam nigdy nie miałeś igieł wbijanych pod paznokcie.


Zdzisław, pod pretekstem upewnienia się, czy z Wespazjanowymi paznokciami jest wszystko w porządku, mocno naciska jeden z nich. Więzień wydaje z siebie okrzyk bólu, gwałtownie się wyszarpuje i próbuje uciec na drugi koniec pomieszczenia, ale Moździerz i Klemermann natychmiast go obezwładniają.


WESPAZJAN CIPKA (do Zdzisława, ze złością i z wyrzutem):

Nie dotykaj tego, gnojku, to boli!


ZDZISŁAW BAUMFELD (poważnie, zupełnie niewzruszony):

Jeśli was boli, towarzyszu, to na wasze osobiste życzenie.


WESPAZJAN CIPKA:

A kto mógłby sobie życzyć takiego bólu?! Chyba tylko jakiś chory człowiek! Jesteś okrutny, Zdzisław… Nie rozumiem takich ludzi jak ty… Ja nie mógłbym na COŚ TAKIEGO nawet patrzeć, a cóż dopiero robić to innym ludziom! Ty gnido, powinieneś wylądować w kryminale albo w psychiatryku! (Rozpaczliwie, patrząc na sufit) Boże, gdzie jesteś?! Dlaczego pozwalasz swoim dzieciom na takie okrucieństwo?! Na katechezie słyszałem, że jesteś miłosierny i sprawiedliwy… Więc dlaczego nie ingerujesz w to, co się tutaj dzieje?! Nienawidzę cię, Boże! Nienawidzę!


ŚWIĘTOŻYŹŃ KLEMERMANN (szyderczo, anachronicznie cytując słowa z piosenki “Matka” zespołu Closterkeller):

“Nie trzeba mi słów, że musiało tak być -
- Głos Boga w mym życiu nie liczy się nic!”


Zdzisław Baumfeld, nadal spokojny, nieporuszony i znudzony, daje pozostałym UB-ekom znak, żeby posadzili Wespazjana na krześle. Przez chwilę panuje milczenie, równie ponure jak wypowiedź rozżalonego więźnia. Nieprzyjemną ciszę przerywa gwałtowne i niespodziewane wejście Marii Lolity - kochanki Baumfelda, Tajnej Współpracowniczki młodzianowickiego PUBP oraz wolnej obserwatorki tutejszych przesłuchań. Młoda kobieta jest tak zbulwersowana, że nawet nie wita się ze swoim partnerem, tylko od razu zaczyna donosić.


MARIA LOLITA (szybko, nie posiadając się z oburzenia, dokładnie takimi słowami jak Barbara Kwarc z internetowego serialu “Klatka B”):

“Zakupami obładowana, wchodzę do windy. Wchodzi koleś, stary dziad. Z kundlem, rozumiesz. I nagle… winda rusza, a pies sra! Czujesz to?! Ja się tak wk**wiłam… Mówię: ’Panie, słuchaj no, pan. Albo pies, albo pan. Ja robię blokadę windy i wypad mnie, k***a, stąd!’. K***a, dobrze, niech wali twardo. Ale taka sraka, że smród, k***a, total. Totalny smród!”


ZDZISŁAW BAUMFELD (parafrazując słowa z tego samego serialu):

“To ten towarzysz z dziewiątego piętra?”


MARIA LOLITA (również parafrazując serialową kwestię):

“Ten towarzysz z dziewiątego piętra. Eutychian Kilianowicz” (Pauza) “I taki, k***a, smród, że szok!”


ZDZISŁAW BAUMFELD:

“A zwróciłaś mu, Marysiu, jakoś uwagę?”


MARIA LOLITA (wciąż zbulwersowana):

“No, zwróciłam mu. To myślałam, k***a, że mnie opluje. Najważniejszy jest pies. Ja się nie liczę, pies jest najważniejszy (…)” (Dłuższa pauza) “Co to: pies sra w windzie? No dobra, klocka może walnąć, ale nie, k***a, srakę! Taką na… wiesz. No”


Parodia e-serialu “Klatka B” dobiega końca. Baumfeld, widocznie przejęty historią swojej kochanki, szybkim krokiem podchodzi do biurka.


ZDZISŁAW BAUMFELD (chwytając kartkę i długopis):

Czy mogłabyś powtórzyć, jak się nazywa twój sąsiad?


MARIA LOLITA:

Kilianowicz. Eutychian Kilianowicz. Przecinkowiec cholery.


Funkcjonariusz Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego pośpiesznie zapisuje tę informację.


ZDZISŁAW BAUMFELD (do Marii Lolity):

A pies jak ma na imię?


MARIA LOLITA:

Chyba Awit… Awit? Tak, na sto procent Awit. Awit ma na imię.


28-letni podporucznik notuje imię zwierzęcia.


ZDZISŁAW BAUMFELD:

Podaj mi jeszcze dokładny adres tych rozbójników.


MARIA LOLITA:

Młodzianowice, ulica Iwana Sierowa 26 m. 18.


Zdzisław zapisuje ulicę, numer wieżowca i mieszkanie.


ZDZISŁAW BAUMFELD (bezlitosnym tonem, odkładając kartkę i długopis):

Na razie będziemy obserwować jednego i drugiego. Jeśli zauważymy coś godnego niepokoju, to zajmiemy się tym “duetem” inaczej.


WESPAZJAN CIPKA (ironicznie, lekko rozbawiony):

Psa będziecie inwigilować, tak? A potem co? Na przesłuchanie go weźmiecie? Zmusicie go do wsypania wszystkich kundli w okolicy?


ARCHIBALD MOŹDZIERZ:

No wiecie, towarzyszu, wszystko może się zdarzyć… Skoro rzymski cesarz Kaligula mógł mianować konia senatorem, to dlaczego ubecja nie miałaby inwigilować psa?


WESPAZJAN CIPKA (z pogardą w głosie):

Z każdym dniem pogrążacie się coraz bardziej. Ale w przypadku Baumfelda, który je koty i wieprzowinę morską (mięso ze świnek morskich), chyba już nic mnie nie zdziwi.


Archibald Moździerz uderza Cipkę w głowę, żeby go ukarać za wypowiedziane przed chwilą słowa. Wespazjan wydaje z siebie niebezpieczny syk, ale bardziej ze złości i upokorzenia niż z bólu.


MARIA LOLITA (rzucając się swojemu kochankowi na szyję):

Dziękuję ci z całego serca, Zdzisiu! Ktoś wreszcie musi pogonić tych bydlaków! Co oni sobie myślą, że mogą bezkarnie świnić… a właściwie: psioczyć w windzie?! Niedoczekanie ich! Obaj powinni być przywiązani do budy!


ZDZISŁAW BAUMFELD (poważnie, przytulając do siebie Marię Lolitę):

Dobrze, że mnie o tym informujesz, Mario Lolito. Istnieje prawdopodobieństwo, że zanieczyszczanie budynków użyteczności publicznej jest formą sabotażu architektury socrealistycznej. Prymitywna, niewyszukana dywersja, ale dywersja. (Puszcza kobietę i bierze jej dłonie tak jak wcześniej Wespazjana Cipki, tyle że znacznie delikatniej i czulej) Twój dzisiejszy donos był bardzo cenny, bo podmurował nasze obawy dotyczące Kilanowicza i… eee… istot z jego otoczenia. (Z dwuznacznym uśmiechem, niskim głosem) Możesz być pewna, Marysiu, że dzisiaj w nocy cię za to nagrodzę. Widzę, że dotrzymujesz umowy, którą zawarliśmy w dniu naszego poznania się.


Archibald Moździerz i Świętożyźń Klemermann chichoczą dwuznacznie, jakby doskonale rozumieli aluzję Zdzisława. Więzień Wespazjan, który także ją rozumie, krzywi się z niesmakiem i spogląda z odrazą na Marię Lolitę. Tymczasem sama TW promienieje radością i lekko się rumieni.


ZDZISŁAW BAUMFELD (z zachwytem):

Jesteś słodka, Mario Lolito. Wszelkie niedoskonałości umysłu doskonale maskujesz urokiem osobistym i atrakcyjnością fizyczną.


WESPAZJAN CIPKA (pogardliwie):

Bo to pusta lala jest - duży biust, a mały mózg!


Zdzisław Baumfeld spogląda morderczym wzrokiem na Wespazjana, a potem podchodzi blisko niego, żeby go przestraszyć i odebrać mu pewność siebie.


ZDZISŁAW BAUMFELD (lodowatym tonem):

“Pusta lala”, tak? Nie martwcie się, towarzyszu - fakt, że znieważacie Tajną Współpracowniczkę Urzędu Bezpieczeństwa także odnotujemy w waszym akcie oskarżenia. Gdzieś pomiędzy “używał ordynarnych epitetów pod adresem funkcjonariuszy” a “manifestował swój lekceważący stosunek do Państwa Polskiego i jego konstytucyjnych organów”.


WESPAZJAN CIPKA (z gorzką ironią);

I znowu wyjdzie na to, że ja jestem chuliganem i chwastem społecznym, a ty - wielkim bohaterem, pogromcą bandytyzmu oraz obrońcą Ojczyzny…


Baumfeld uśmiecha się obłudnie.


ZDZISŁAW BAUMFELD:

A co, towarzyszu, może nie jesteście “chuliganem i chwastem społecznym”? Przecież sami podpisaliście się pod zeznaniem zawierającym dokładnie takie sformułowania!


ŚWIĘTOŻYŹN KLEMERMANN (dumnie, wtrąca się):

Nie chcę się chwalić, ale to JA byłam autorką tego fragmentu o chwaście społecznym! Fajnie mi wyszedł, prawda? W latach dwudziestych, jako nastolatka, często pisałam opowiadania i drukowałam je w lokalnej gazecie, więc mam jeszcze wprawę w pisaniu!


ARCHIBALD MOŹDZIERZ (nie chcąc być gorszym od Klemermann):

A ja opisałem zebranie Podziemnego Klubu Anonimowych Antykomunistów, z którego wracał Wespazjan Cipka pewnej nocy w 1948 roku. Chociaż on nigdy nie chodził na spotkania tej organizacji, hehehehe!


ŚWIĘTOŻYŹŃ KLEMERMANN (kpiąco, do Archibalda):

Nie bądźcie tacy pewni siebie, towarzyszu Moździerz. Ten wasz opis był beznadziejny, nie trzymał się kupy, a na dodatek zawierał masę błędów gramatycznych i ortograficznych. “Przyszłem”, “wyszłem”, “wróciłem” przez “u”, “kształt” przez “rz”, “chociaż” przez “h” i “rz”, “dziura“ przez “ó“… Musiałam go strasznie długo poprawiać, wiecie?


ZDZISŁAW BAUMFELD:

Tak czy owak, towarzysz Cipka podpisał się pod tym zeznaniem i każdy grafolog może potwierdzić, że jest to jego prawdziwy charakter pisma.


WESPAZJAN CIPKA (ze złością):

Nie podpisałbym się pod tym stekiem kłamstw, gdybyście mnie do tego nie zmusili torturami!


ZDZISŁAW BAUMFELD (dobitnie, patrząc z wyższością na Wespazjana):

Ale podpisaliście. Stoimy przed faktem dokonanym. Wojskowy Sąd Rejonowy może wam udowodnić, że złożyliście podpis pod “swoim” zeznaniem, ale wy nie możecie mu udowodnić, iż zrobiliście to pod przymusem. Peszek, prawda, towarzyszu? Mamy nad wami stuprocentową przewagę, a wy nic na to nie poradzicie.


WESPAZJAN CIPKA:

Mogę pokazać rany, blizny…


ZDZISŁAW BAUMFELD (spokojnym, acz polemicznym tonem):

No dobrze, towarzyszu, ale jak udowodnicie, że to my wam je zrobiliśmy? Może uczynił to któryś z więźniów, albo sami się pochlastaliście? Wszak od czasu do czasu zdarzają się u nas próby samobójcze i inne akty autoagresji! A tak w ogóle, to młodzianowicki Wojskowy Sąd Rejonowy jest tylko marionetką w rękach Waldeberta Werfelberga, dyrektora tutejszego UB. Już on, Werfelberg, nie pozwoli, żeby jego instytucja straciła dobre imię! Zdecydowana większość wyroków, jakie zapadają w WSR, jest w mniejszym lub większym stopniu inspirowana przez niego, wiecie? Cha, cha, cha, cha, cha! Mówicie, towarzyszu, że pokażecie sędziemu swoje rany i blizny? A co wam to pomoże, skoro tutejsi sędziowie są z nami w zmowie?! Jeśli koniecznie chcecie kogoś błagać o litość, to błagajcie Werfelberga, bo sam WSR ma niewiele do powiedzenia!


WESPAZJAN CIPKA (zirytowany):

Wiesz co, Zdzisiek?! Ty jesteś po prostu potworem! Współczuję twojej matce, że jej łono wydało na świat taką kreaturę! (Spoglądając na pozostałych UB-eków) Wy wszyscy jesteście potworami i kreaturami!


ŚWIĘTOŻYŹŃ KLEMERMANN:

Towarzyszu Baumfeld, chyba będziemy musieli to dodać do aktu oskarżenia: “Poinformowany o procedurach prawnych, obowiązujących w Wojskowym Sądzie Rejonowym, stracił kontrolę nad własnym zachowaniem i zaczął obrzucać funkcjonariuszy niewyszukanymi wyzwiskami typu potwór czy kreatura”…


ZDZISŁAW BAUMFELD (wesoło, do Świętożyźni):

Pewnie, towarzyszko Klemermann, że dodamy to do aktu oskarżenia! Będziemy zbierać wszystkie takie “kwiatki”, aż się okaże, iż obywatel Cipka popełnia przestępstwa 24 godziny na dobę! Jak mawiała moja babcia: “Ziarnko do ziarnka, aż zbierze się miarka”!


ARCHIBALD MOŹDZIERZ:

“Grosz do grosza, a będzie kokosza“…


ŚWIĘTOŻYŹŃ KLEMERMANN:

“Cent do centa i zbierze się renta”…


MARIA LOLITA:

“Ziarenko do ziarenka,
A kamyczek do kamyczka,
A cegiełka go cegiełki
Na nasz wspólny dom”!


WESPAZJAN CIPKA (nie mogąc się powstrzymać):

Wy podłe, zakłamane, złośliwe bestie! Nawet krowie potrafilibyście udowodnić, że jest wielbłądem, a świętemu, że służy Lucyferowi!


Zdzisław robi groźną minę i spogląda Wespazjanowi prosto w oczy.


ZDZISŁAW BAUMFELD (lodowato):

Widzę, obywatelu Cipka, że bicie, kopanie i wbijanie igieł pod paznokcie niczego was nie nauczyło. Cóż, zdarza się. Mieliśmy tu takich, którzy byli torturowani trzy razy brutalniej niż wy, ale - w przeciwieństwie do was - nikogo nie wsypali i do niczego się nie przyznali. Jednak musicie być świadomi, towarzyszu Wespazjanie, że od pięciu tygodni współpracuje z nami ktoś taki jak Dżafar.


WESPAZJAN CIPKA:

Kto?


ZDZISŁAW BAUMFELD:

Dżafar Takiff. Człowiek, przy którym wymiękają nawet najdzielniejsi więźniowie. Jeśli mam być szczery, zauważyłem wśród osadzonych pewną interesującą tendencję: im większy “kozak”, tym mniej odporny na spotkanie z Dżafarem. Heh, mógłbym o tym napisać pracę z dziedziny psychologii lub socjologii!


WESPAZJAN CIPKA:

Kim jest ten cały Dżafar Takiff? Czy to jakiś nowy funkcjonariusz? Milicjant? Pospolity, uliczny przestępca, wynajęty za psie pieniądze do znęcania się nad ludźmi?


ZDZISŁAW BAUMFELD (uśmiecha się demonicznie):

Na razie pozostanie to dla was zagadką, towarzyszu. Tak czy owak, Dżafar ma w sobie coś takiego, że nawet my, funkcjonariusze Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Młodzianowicach, wolimy trzymać się od niego z daleka. Przyznam, iż ja sam boję się chodzić do toalety, odkąd Werfelberg zatrudnił Dżafara. Pewnego dnia, kiedy wszedłem do łazienki i zbliżyłem się do jednej z kabin, niespodziewanie wyskoczył z niej Takiff. Natychmiast zapomniałem o potrzebie fizjologicznej i uciekłem, gdzie pieprz rośnie! Teraz też chciałbym się załatwić, ale nie mogę pójść do ubikacji, bo… kto wie? Może właśnie siedzi tam Dżafar?


WESPAZJAN CIPKA (wzdycha, mając na myśli Dżafara):

“Kim on jest, że nawet Zdzisław Baumfeld boi się z nim spotkać”?…


ZDZISŁAW BAUMFELD (ustosunkowuje się do słów więźnia):

Prawdę mówiąc, nie tylko ja się go boję. O ile mi wiadomo, nawet Waldebert Werfelberg nigdy nie odważył się osobiście spotkać z Dżafarem. Zawsze, gdy chce się z nim skontaktować, robi to telefonicznie, listownie lub poprzez pośredników - najczęściej Mroczysławę Kalinowską-Wójcik i Świętożyźń Klemermann. Nasze funkcjonariuszki boją się Dżafara odrobinę mniej niż funkcjonariusze, może dlatego, że jest on… hmmm… jak by to powiedzieć… dżentelmenem? Niech będzie słowo dżentelmen. No, ale nic nie zmieni faktu, że dżafarofobię mamy potworną.


WESPAZJAN CIPKA:

Fajnie, że mnie o tym informujesz, ale… dlaczego to robisz?


ZDZISŁAW BAUMFELD (podchodząc do biurka i wyjmując z szufladki jakąś zadrukowaną kartkę papieru):

Dlatego, towarzyszu Cipka, że macie do podpisania jeszcze jedno zeznanie, tym razem obciążające waszego ojca, Dagoberta. Jeśli tego nie uczynicie, to przyjdzie do was Dżafar.


ŚWIĘTOŻYŹŃ KLEMERMANN (szybko):

To zeznanie jest w całości napisane przeze mnie, ale zrzekam się osobistych i majątkowych praw autorskich na rzecz obywatela Wespazjana Cipki!


Przedstawiciel bezpieki wręcza Wespazjanowi dokument, a ten zaczyna go uważnie czytać.


WESPAZJAN CIPKA (stanowczo, kręcąc głową i oddając Zdzisławowi kartkę):

Nie, Zdzisiek… Ja tego nie podpiszę… Nie ma mowy… Podpisałem już jakieś ścierwo dotyczące mnie i ledwo mi znanych osób, ale tego paszkwilu nie podpiszę za nic w świecie… To jest przesada!


ZDZISŁAW BAUMFELD:

Skoro tak, to będę musiał zawołać Dżafara.


Świętożyźń Klemermann zaczyna głupkowato chichotać, ale potem - na widok morderczego spojrzenia Baumfelda - odzyskuje powagę.


WESPAZJAN CIPKA (nadąsany, do Zdzisława):

A wołaj sobie! Zmusiliście mnie do wielu paskudnych rzeczy, jednak nie uda wam się sprawić, że pogrążę własnego ojca! To jest niewykonalne! Bardzo kocham moich rodziców i żaden Dżafar Takiff nie zdoła tego zmienić!


ZDZISŁAW BAUMFELD:

Czy to jest wasza świadoma i dobrowolna decyzja, towarzyszu Wespazjanie?


WESPAZJAN CIPKA (ze złością):

Tak, do choroby ciężkiej!


ZDZISŁAW BAUMFELD:

Obywatelu, tortura znana jako “Dżafar” jest u nas stosowana jako ostateczność. Jeśli przez długi czas dwoimy się i troimy, żeby zmusić więźnia do współpracy, a on nadal odmawia posłuszeństwa, to na szarym końcu przyprowadzamy do niego Dżafara. Wówczas mamy niemal stuprocentową pewność, że dostaniemy to, na czym nam zależy. W waszym przypadku, towarzyszu Wespazjanie, do ostateczności jest jeszcze baaaaardzo daleko. Ale ponieważ zachowujecie się w bezczelny sposób, pominiemy kilka etapów i od razu rzucimy was Dżafarowi na pożarcie. Heh, powinniście się czuć zaszczyceni, że robimy dla was wyjątek i że doświadczycie tego, co do tej pory było zarezerwowane tylko dla nielicznych!


Wespazjan Cipka jest blady ze strachu, jednak nadal próbuje sprawiać wrażenie śmiałego i pewnego siebie.


WESPAZJAN CIPKA (z trudem ukrywając przerażenie):

No więc czuję się zaszczycony!


ZDZISŁAW BAUMFELD (wkłada dokument z powrotem do szuflady):

Towarzyszko Świętożyźń, proszę sprowadzić Dżafara. Towarzyszu Archibaldzie, chodźmy już, żeby przypadkiem nie spotkać się z Takiffem. Marysiu, pilnuj tego więźnia, żeby przed nadejściem Dżafara nie zrobił jakiegoś głupstwa.


Świętożyźń Klemermann spogląda poważnie na Zdzisława i salutuje.


ŚWIĘTOŻYŹŃ KLEMERMANN:

Tak jest, towarzyszu podporuczniku!


Po tych słowach kobieta opuszcza pomieszczenie i skręca w prawo.


ZDZISŁAW BAUMFELD (szyderczo, do Wespazjana):

No, to miłego dnia, towarzyszu! Sami się przekonacie, że będziecie uciekać przed Dżafarem jak Maria z “Metropolis” przed chcącym ją porwać Rotwangiem!


ARCHIBALD MOŹDZIERZ (zachwycony):

Ach, “Metropolis” - świetny film! Szkoda, że dziś się takich nie kręci! Widocznie dobre kino zginęło na wojnie, hehehe!


MARIA LOLITA (anachronicznie parafrazuje pewne hasło):

Kino światowe skończyło się na “Metropolis” - potem była już tylko komercja!


ARCHIBALD MOŹDZIERZ:

Dokładnie. Rok 1927 to data ostatecznego upadku sztuki filmowej. Przez te dwadzieścia parę lat, które upłynęło od premiery “Metropolis”, ludzkość nie zdołała stworzyć ani jednej produkcji, mogącej się równać z arcydziełem Fritza Langa. (Pogodnie, do Wespazjana) My tu mamy fanklub filmu “Metropolis”, wiecie? Na zebraniach dyskutujemy o różnych rzeczach. Na przykład o tym, że w czasie II wojny światowej oglądanie “Metropolis” było dosyć ryzykowne, bowiem jest to produkcja niemiecka, a pewne środowiska miały zwyczaj wołać “Tylko świnie siedzą w kinie”. Ściśle mówiąc, wołali tak AK-owcy i ich poplecznicy. Teraz my, funkcjonariusze Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego, ostro się na nich mścimy. (Anachronicznie parafrazuje słowa Internauty Luntka) “Polsko Ludowa! Chcę, żebyś wiedziała, że jestem największym fanem filmu ‘Metropolis‘! I nie pozwolę, by ktokolwiek go publicznie krytykował! Odwalcie się od niego!!! Odwalcie…”


ZDZISŁAW BAUMFELD (apodyktycznie, niecierpliwie, do Archibalda):

Obywatelu Moździerz, wychodzimy!


Zdzisław i Archibald opuszczają salę przesłuchań, skręcając w przeciwnym kierunku niż Świętożyźń Klemermann. Więzień zostaje sam na sam z Tajną Współpracowniczką. Przez chwilę w pomieszczeniu panuje absolutna cisza.


WESPAZJAN CIPKA (słabym głosem, nie musząc już udawać odważnego):

Mario Lolito, wiesz może, kim jest Dżafar?


MARIA LOLITA:

Dżafar? Kilka razy słyszałam to imię, ale nie wiem nic na jego temat. Naprawdę. Bardzo mi przykro… Zresztą, nawet gdybym coś wiedziała, to i tak bym wam nie powiedziała, bo to mogłoby się nie spodobać Zdzisiowi.


WESPAZJAN CIPKA (poważnie):

Dlaczego zostałaś Tajną Współpracowniczką? Przecież każdy widzi, że nie jesteś przekonana ani do ideologii komunistycznej, ani do metod stosowanych przez ubecję…


MARIA LOLITA (wymijająco, z namysłem):

Hmmm… Może dlatego, że jest tu wielu fajnych facetów?


WESPAZJAN CIPKA:

Co to znaczy “fajnych facetów”? Jacy mężczyźni ci się podobają, Mario Lolito?


MARIA LOLITA (cicho, rumieniąc się):

Źli.


WESPAZJAN CIPKA:

Źli, powiadasz? Tacy jak Zdzisław?


MARIA LOLITA (z lekkim uśmieszkiem, kiwając głową):

Mhm. Albo jeszcze gorsi.


WESPAZJAN CIPKA:

Jeszcze gorsi niż Zdzisław? To co, może się zakręcisz wokół Waldeberta Werfelberga?


MARIA LOLITA (krzywi się z niesmakiem):

Werfelberg jest za stary. Nie lubię facetów po czterdziestce.


WESPAZJAN CIPKA:

A gdyby Werfelberg był młodszy, na przykład w wieku Baumfelda? Chciałabyś go wtedy?


MARIA LOLITA:

To zależy od tego, czy byłby odpowiednio przystojny.


WESPAZJAN CIPKA:

Reasumując: idealny facet musi być zły, młody i przystojny? Dobrze cię zrozumiałem?


MARIA LOLITA:

Tak.


WESPAZJAN CIPKA:

A gdybyś spotkała mężczyznę młodego, przystojnego, ale dobrego, to co byś zrobiła?


MARIA LOLITA (chichocze głupkowato):

Zgorszyłabym go.


WESPAZJAN CIPKA:

Naprawdę?


MARIA LOLITA (wesoło, z przekonaniem):

Tak!


WESPAZJAN CIPKA:

A mnie mogłabyś zgorszyć? Przecież jestem młody…


MARIA LOLITA:

Ale nie przystojny.


WESPAZJAN CIPKA (uświadamiając sobie, że dostał “kosza”):

Ojjj… Przykro mi to słyszeć… (Krótka pauza) A gdyby Zdzisław dla “dobra” Polski Ludowej kazał ci mnie uwieść?


MARIA LOLITA (ożywia się):

Aj, to co innego! Wtedy bym się zgodziła, bo wiedziałabym, że Zdzisio mnie za to nagrodzi!


WESPAZJAN CIPKA:

Uwiodłabyś jednego faceta, żeby móc pójść do łóżka z drugim? I to na wyraźne życzenie tego drugiego?


MARIA LOLITA:

No… tak…


WESPAZJAN CIPKA:

Czy nie sądzisz, że byłoby to k****stwo?


MARIA LOLITA (piszczy):

To by było straszne k****stwo!


WESPAZJAN CIPKA:

Więc dlaczego postąpiłaś tak ze Śp. kapralem Aulusem Nowakowskim? Zdzisław kazał ci go uwieść, więc to zrobiłaś, odrywając nieszczęsnego żołnierza od żony Melizandy i synka Tomiła. On ci zaufał, opowiedział ci całe swoje życie, a ty przekazałaś wszystkie zdobyte informacje Baumfeldowi. Potem ubecja aresztowała Aulusa, poddała go przerażającemu śledztwu, aż w końcu zabiła. Za spust pociągnął, oczywiście, twój “ukochany” Zdzisław. Nie masz z tego powodu żadnych wyrzutów sumienia? Dlaczego, mimo tego faktu, nadal spotykasz się z tym bydlakiem? Czy nie widzisz, że on wykorzystuje twoją głupotę i naiwność do złych celów?


MARIA LOLITA (odrobinę zniecierpliwiona, pretensjonalnie):

Och, towarzyszu Wespazjanie, przecież to ja zagadałam do niego jako pierwsza! Sama do niego przyszłam, dobrze wiedząc, że UB to UB!


WESPAZJAN CIPKA:

Dlaczego to zrobiłaś?


Maria Lolita wygląda, jakby właśnie straciła cierpliwość.


MARIA LOLITA (dobitnie, wyzywająco, patrząc Cipce prosto w oczy i anachronicznie posługując się słowami Doroty “Dody” Rabczewskiej):

“Bo mi się bzykać chciało”!


Wespazjan się załamuje.


WESPAZJAN CIPKA (nie posiadając się ze zdumienia, oburzenia i irytacji):

“Bo ci się bzykać chciało”! Wszyscy Tajni Współpracownicy donoszą do UB dla pieniędzy, władzy, ułatwienia sobie kariery, ze strachu albo pod przymusem… A ty donosisz, bo chcesz, żeby cię posuwał przystojny funkcjonariusz! Twój “związek” z Baumfeldem nie ma nic wspólnego ze związkiem w tradycyjnym tego słowa znaczeniu! To jest… to jest pewna forma zinstytucjonalizowanej prostytucji! Z tą różnicą, że prostytucja wyrządza krzywdę wyłącznie klientom i samej ladacznicy, a w waszym przypadku każda wspólnie spędzona noc ciągnie za sobą wiele ofiar!


MARIA LOLITA (anachronicznie parafrazuje refren utworu “Mamona” - “Ta piosenka jest śpiewana dla pieniędzy” formacji Republika):

“Te donosy są… składane dla rozpusty!
Te donosy są… składane dla rozpusty!
Te donosy są… składane dla rozpusty!
Te donosy są… składane dla rozpusty!”


WESPAZJAN CIPKA:

Gdyby to było czynione dla pieniędzy… Ale ty to czynisz dla ROZPUSTY! (Z pogardą i obrzydzeniem) Jesteś psychopatką, wiesz o tym? Dążysz po trupach do celu. I to… jakże głupiego celu!


Maria Lolita wybucha śmiechem, który nie jest cyniczny ani diabelski, tylko właśnie głupi. Nagle za drzwiami rozlega się tupot wielu nóg. Drzwi się otwierają, a oczom Wespazjana i Marii Lolity ukazują się Świętożyźń Klemermann oraz Gliceria Gościwit.


ŚWIĘTOŻYŹŃ KLEMERMANN (despotycznie, do Marii Lolity):

Towarzyszko Mario Lolito, proszę opuścić salę przesłuchań! Dżafar Takiff już tu jest!


Wespazjanowi robi się słabo z przerażenia. Maria Lolita także robi przestraszoną minę, ale bez słowa spełnia polecenie Świętożyźni.


WESPAZJAN CIPKA (z rozpaczą, pod nosem, patrząc na sufit):

“Boże Wszechmogący, odejmij ode mnie ten kielich goryczy”!


Do pomieszczenia wchodzi osławiony Dżafar Takiff, który natychmiast zamyka za sobą drzwi na klucz. Jest to szczuplutki, smukły, 26-letni mężczyzna wzrostu 160 cm, ubrany po cywilnemu, ale w dosyć dziwnym stylu. Przybysz nosi czarne, lśniące buty, ciemne spodnie, różową koszulę i zabawny, pasiasty krawat we wszystkich kolorach tęczy. Jego rysy twarzy są bardzo ładne, delikatne i młodzieńcze, ruchy - płynne i pełne gracji, spojrzenie - maślane, uśmiech - lekki i zalotny, a skóra - jasna i gładka. Dżafar podchodzi do Wespazjana (który natychmiast wstaje z krzesła), podaje mu rękę w dosyć wdzięczny, kobiecy sposób, a potem siada za biurkiem, na fotelu przesłuchującego.


DŻAFAR TAKIFF (wysokim, miękkim, przyjemnym głosem):

Dzień dobry. Mam na imię Dżafar, ale możesz na mnie mówić Jeffrey.


WESPAZJAN CIPKA (dosyć ostrożnie):

Dzień dobry. Ja jestem Wespazjan Cipka.


DŻAFAR TAKIFF:

Miło mi cię poznać, Wespazjanie. Zanim przejdziemy do tych nudnych spraw, do których, niestety, musimy przejść, chciałbym, abyś mi coś o sobie opowiedział.


WESPAZJAN CIPKA:

A… co konkretnie?


DŻAFAR TAKIFF:

No, cokolwiek. Czym się zajmujesz, jakie masz zainteresowania, o czym marzysz…


WESPAZJAN CIPKA (nadal ostrożnie i niepewnie):

Jeśli chodzi o marzenia, to chciałbym przede wszystkim się stąd wydostać. Czym się zajmuję? Hmmm… Teraz to głównie ratowaniem własnej skóry, ale przed aresztowaniem byłem robotnikiem fabrycznym.


DŻAFAR TAKIFF (szczerze zaciekawiony):

Robotnikiem fabrycznym? To bardzo… socrealistyczne zajęcie!


WESPAZJAN CIPKA (ponuro, w rozżaleniu):

Wiem, że socrealistyczne, ale w niczym mi nie pomaga.


DŻAFAR TAKIFF:

A co produkowałeś, jeśli mogę spytać?


WESPAZJAN CIPKA (krzywi się):

Części samolotowe, głównie skrzydła. O rety! (Krótka pauza) To wcale nie jest prawda, że komuniści faworyzują proletariuszy i chcą im oddać pełnię władzy. Ja jestem proletariuszem, a jednak traktują mnie jak śmiecia i robią wszystko, aby zatruć mi życie.


Wespazjan wyciąga do Dżafara dłonie i pokazuje mu swoje palce. Takiff, patrząc na ręce więźnia, poprawia sobie włosy za uchem.


WESPAZJAN CIPKA (smutno, wręcz płaczliwie):

Widzisz to, Jeffrey? Zdzisław Baumfeld wbijał mi igły pod paznokcie! Niektóre z tych paznokci już mi poodpadały, inne się trzymają, ale to najprawdopodobniej kwestia czasu! Ta menda chyba jest chora psychicznie… Bo jakoś nie chce mi się wierzyć, że normalny człowiek mógłby być zdolny do TAKICH rzeczy! (Rozżalony) Kuźwa, nadal mnie boli… A najgorsze jest to, że może mi się wdać jakaś infekcja…


DŻAFAR TAKIFF (z czułością, biorąc dłonie Wespazjana w swoje):

Biedny Wespazjanek… Daj, pocałuję, to przestanie boleć… I infekcji żadnej nie będzie…


Takiff już ma pocałować palce więźnia, kiedy ten delikatnie, ale stanowczo uwalnia swoje ręce z jego uścisków.


WESPAZJAN CIPKA (zirytowany):

Daj spokój, Jeffrey, nie jestem dzieckiem!


DŻAFAR TAKIFF:

To może w usteczka? Przybliż się tu do mnie, od razu ci się zrobi słodko na duszy…


Widząc, że Wespazjan odsuwa się od biurka, Dżafar wstaje z fotela i podchodzi blisko niego.


DŻAFAR TAKIFF (ciepłym głosem):

Nie bój się mnie, habibi. Wiem, że na mój temat krąży pewna czarna legenda, ale ja naprawdę nie zrobię ci krzywdy. (Podchodzi jeszcze bliżej) Ja chcę cię tylko pocieszyć, podarować ci odrobinę nieba, ukoić twoje poszarpane nerwy… No, dalej, Wespazjanku! Jeden słodki pocałunek i od razu zapomnisz o problemach!


Przesłuchujący pochyla się nad Cipką, chcąc mu dać całusa. Wówczas więzień zrywa się z krzesła i odsuwa kilka kroków dalej.


DŻAFAR TAKIFF (idąc w stronę Wespazjana, który zaczyna przed nim uciekać):

Nie bądź śmieszny, habibi! Swojej mamie też uciekasz, kiedy chce cię przytulić po ciężkim dniu w pracy? Oj, oj, oj! Niegrzeczny chłopiec! (Przyśpiesza kroku, gdyż więzień także zaczyna szybciej się poruszać) No proszę! Chyba zacząłeś ze mną grać w kotka i myszkę! Mrrrrr! Uwielbiam takich łobuziaków jak ty!


WESPAZJAN CIPKA (pod nosem):

Choróbka… Druga Maria Lolita się znalazła!


Przesłuchiwany i jego oprawca zaczynają biegać po pomieszczeniu.


DŻAFAR TAKIFF:

Nie uciekaj, habibi! Ja i tak cię złapię!


WESPAZJAN CIPKA (groźnie, ostrzegawczo):

Tylko spróbuj mnie dotkąć, a ukręcę ci kark!


DŻAFAR TAKIFF (coraz bardziej szyderczo, powoli porzucając maskę słodkiego pocieszyciela):

Upsss! Wespazjanek zaczął się irytować! Nie denerwuj się, habibi, bo złość piękności szkodzi!


WESPAZJAN CIPKA:

Po pierwsze: nie mów na mnie habibi! Po drugie: g***o cię obchodzi mój wygląd!


Dżafarowi udaje się chwycić rękę Cipki. Przesłuchujący, dosyć arystokratycznym gestem, całuje dłoń przesłuchiwanego. Wespazjan natychmiast wyszarpuje swoją kończynę i wyciera ją sobie o ubranie.


WESPAZJAN CIPKA (wściekle):

Kuźwa! Słyszałeś, żebym ci pozwolił mnie dotykać?!


DŻAFAR TAKIFF (z nieukrywanym szyderstwem):

Och, Wespazjanku, ranisz moje serce! Dlaczego zwracasz się do mnie takim ostrym tonem?


Więzień podbiega do drzwi i zaczyna uderzać w nie pięściami.


WESPAZJAN CIPKA (krzyczy):

Świętożyźń! Świętożyźń! Gliceria! TOWARZYSZKI! Jesteście tam jeszcze?! Ej, towarzyszki!


Nikt za drzwiami się nie odzywa.


DŻAFAR TAKIFF (wybuchając śmiechem):

Cha, cha, cha! Twoje krzyki w niczym ci nie pomogą! To ja jestem panem sytuacji, a nie ty!


Takiff podbiega do biurka i wyjmuje z niego latarkę. Kiedy ją zapala, ktoś po drugiej stronie ściany wyłącza światło w sali przesłuchań. Sugeruje to, iż Dżafar jest w zmowie z pozostałymi UB-ekami, a cała scena opiera się na dokładnie opracowanym scenariuszu.


DŻAFAR TAKIFF:

Buahahahaha! Teraz będę cię ganiał z latarką jak Rotwang Marię!


WESPAZJAN CIPKA:

Jeśli mam być z tobą szczery, nigdy nie lubiłem “Metropolis”.


DŻAFAR TAKIFF:

Dzisiaj zrobię tak, że w mig polubisz!


Wespazjan Cipka, który w ciemności nie widzi prawie nic, biega po sali, co chwilę wpadając na ścianę albo na biurko. Ucieka on przede wszystkim przed światłem latarki, za pomocą którego Dżafar próbuje go wytropić. Cała scena w istocie przypomina fragment niemego filmu “Metropolis” Fritza Langa.


DŻAFAR TAKIFF (parodiując Rotwanga):

“Chodź, Mario! Już czas ofiarować Mechanicznemu Człowiekowi twoją twarz!”


WESPAZJAN CIPKA:

Czy ty naprawdę nie rozumiesz, co się do ciebie mówi?! Przecież wyraźnie powiedziałem, że nie lubię “Metropolis”!


Nagle pojawia się kolejna “atrakcja”, zdalnie sterowana przez przebywających za ścianą funkcjonariuszy/funkcjonariuszki UB - przez specjalne otwory w podłodze do sali przesłuchań wdziera się woda. W tle rozlega się muzyka z filmu “Metropolis” (ze sceny, w której fala powodziowa zalewa Miasto Robotników, a Maria ratuje proletariackie dzieci i próbuje włączyć automatyczny gong z dźwignią). Naturalnie, chodzi o ORYGINALNĄ muzykę z filmu “Metropolis” (1926 rok), a nie o współczesne badziewie!


DŻAFAR TAKIFF (zachłystuje się zachwytem):

Ekspresjonizm w kinie niemieckim… To jest to! (Popadając w jakąś estetyczną ekstazę) Twórcy “Metropolis”, jesteście genialni!!!


Wespazjan, uświadamiając sobie, że wody jest coraz więcej, wykrzykuje jakieś przekleństwo, natomiast Dżafar wybucha okrutnym, demonicznym śmiechem. Pościg trwa jednak dalej. Gdy Cipka po omacku odnajduje drzwi, zaczyna energicznie szarpać klamkę i uderzać pięściami w drewno.


WESPAZJAN CIPKA (histerycznie, na całe gardło):

Towarzyszki! Towarzyszki! Słyszycie mnie?! Towarzyszki! (Anachronicznie parafrazując słowa Jana Marii Rokity) “Ratuuujcieee! Homo-homo mnie gwałci!”


DŻAFAR TAKIFF (drwiącym tonem, groźnie, ostrzegawczo):

Gwałt to się dopiero zacznie!


Światło latarki, trzymanej przez Takiffa, natrafia na Wespazjana, toteż więzień jest zmuszony uciec na drugi koniec sali. Nalewająca się do pomieszczenia woda sprawia, że nie jest mu już tak łatwo uciekać jak wcześniej.


DŻAFAR TAKIFF:

Cha, cha, cha, cha, cha! Nie wysilaj się, Wespazjanku, bo i tak ze mną nie wygrasz! Nie mówili ci, że spotkania ze mną jeszcze nikt nie wytrzymał?!


Wespazjan Cipka znowu podbiega do drzwi i zaczyna walić rękami w drewno.


WESPAZJAN CIPKA (z najwyższą rozpaczą):

Towarzyszki! Towarzyszki! Poddaję się! Podpiszę to zeznanie! Tylko błagam: zebierzcie ode mnie Dżafara!


DŻAFAR TAKIFF:

Wiesz co? Ty jednak nazywaj mnie Rotwangiem!


Chociaż Wespazjan rozpaczliwie woła osoby, znajdujące się po drugiej stronie drzwi, wciąż nikt mu nie odpowiada. Tymczasem przesłuchujący zbliża się z latarką do przesłuchiwanego.


WESPAZJAN CIPKA (ochrypłym głosem):

Towarzyszko Klemermann! Towarzyszko Gościwit! Przecież wiem, że tam jesteście! Mniejsza o wodę i ciemność! Zabierzcie ode mnie Dżafara… to znaczy: Rotwanga!!!


DŻAFAR TAKIFF:

Nie słyszą albo nie chcą słyszeć!


WESPAZJAN CIPKA (motywująco, sam do siebie, przesuwając się wzdłuż ściany):

Nie poddawaj się, Wespazjanku, nie poddawaj… Tu chodzi o twoją cześć i cnotę… (W nagłym przypływie determinacji) Kurde trznadel! Ja nie chcę zostać zgwałconym przez homo-homo!!!


DŻAFAR TAKIFF (ironicznie, robiąc aluzję do “Metropolis” Frtiza Langa):

Poddaj się, Mario! Żaden Freder cię nie uratuje!


WESPAZJAN CIPKA:

Jeszcze jedno durne słowo, a wytargam cię za ten pasiasty, tęczowy krawat!


DŻAFAR TAKIFF (szyderczo):

Serio? Tylko ciekawe, jak mnie znajdziesz! Wszak to ja mam latarkę!


Cipka ucieka daleko od Dżafara.


WESPAZJAN CIPKA (zaczepnie, prowokacyjnie, robiąc anachroniczną aluzję do pewnego filmu):

“Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz”?


DŻAFAR TAKIFF:

Zaraz uzyskasz odpowiedź na to pytanie!


Dżafar ponownie namierza Wespazjana za pomocą światła latarki. Nagle rzuca się na więźnia, powala go na biurko i kładzie się na nim w taki sposób, jakby naprawdę zamierzał go zgwałcić.


WESPAZJAN CIPKA (tragicznie):

Kuźwa! “To mężczyźni mężczyznom zgotowali ten los”!


Cipka, wysilając się za dwóch, zrzuca z siebie Takiffa, po czym wstaje z biurka.


WESPAZJAN CIPKA (biegnąc w stronę drzwi):

Teraz przynajmniej wiem, dlaczego Baumfeld bał się spotkać Dżafara w łazience! Ta dżafarofobia jest całkiem uzasadniona! (Waląc dłońmi o drewno) Towarzyszki, towarzyszki! Mówię po raz kolejny: zmieniłem zdanie! Jestem gotów podpisać wszystko, co mi podsuniecie pod nos!


Nagle w sali przesłuchań zapala się światło. Woda przestaje się nalewać i spływa do specjalnych otworów w podłodze, które właśnie się otworzyły. Muzyka z niemego, czarno-białego filmu “Metropolis” Fritza Langa urywa się jak Hejnał Mariacki, a Dżafar Takiff przestaje ścigać Wespazjana. Gdy w sali przesłuchań jest już prawie sucho, drzwi się otwierają, ukazując więźniowi i oprawcy uśmiechnięte oblicza Świętożyźni Klemermann oraz Glicerii Gościwit.


WESPAZJAN CIPKA (poważnie, domyślając się, o czym mogą myśleć dwie funkcjonariuszki Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Młodzianowicach):

Taka jest prawda: zmieniłem zdanie! Mogę podpisać wszystko, co tylko wam się zamarzy, i nawet ręka mi nie drgnie!


GLICERIA GOŚCIWIT (z uznaniem, do Dżafara):

Towarzyszu Takiff, świetna robota! Jak zwykle!


ŚWIĘTOŻYŹŃ KLEMERMANN:

Zgadzam się z przedmówczynią. (Do Takiffa) No, ale teraz, drogi obywatelu, musicie już iść. Podporucznik Baumfeld nie przyjdzie tutaj dopóty, póki wy nie zwiniecie żagli.


DŻAFAR TAKIFF (posłusznie, do Świętożyźni):

Tak jest, towarzyszko Klemermann! Do widzenia!


Po tych słowach niedoszły gwałciciel Wespazjana opuszcza pomieszczenie.


ŚWIĘTOŻYŹŃ KLEMERMANN (do Glicerii):

Towarzyszko, pójdźcie po Zdzisława Baumfelda i powiedzcie mu, że już może przyjść. Aha, i poproście go, żeby zabrał ze sobą gumową podkładkę, bo biurko jest odrobinę mokre!


Gliceria salutuje i wychodzi z sali przesłuchań.


ŚWIĘTOŻYŹŃ KLEMERMANN:

No i co, towarzyszu Cipka? Jak się czujecie po “bliskim spotkaniu trzeciego stopnia” z Dżafarem Takiffem?


WESPAZJAN CIPKA (ponuro):

Szczerze? Będę miał traumę do końca życia!


Świętożyźń wybucha głośnym, złośliwym śmiechem.


WESPAZJAN CIPKA:

Tak! Będzie mi się to śniło po nocach!


Chwila ciszy.


WESPAZJAN CIPKA (takim tonem, jakby coś go natchnęło):

Macie tu może jakiegoś psychologa? Jeśli tak, to chciałbym z nim porozmawiać, póki rana na mojej psychice jest świeża…


Funkcjonariuszka Klemermann spogląda na Cipkę ze zdumieniem, jednak nic nie mówi.


WESPAZJAN CIPKA (proszącym tonem):

Bardzo bym chciał spotkać się z psychologiem. Nie z lekarzem, nie z księdzem, tylko właśnie z psychologiem. Czy proszę o zbyt wiele? Czuję, że sam sobie nie poradzę po tej konfrontacji z gejem-gwałcicielem…


ŚWIĘTOŻYŹN KLEMERMANN (unosząc brwi):

Heh, a Zdzisław mówił, że im większy “kozak”, tym mniej odporny na spotkanie z Dżafarem! Wszyscy faceci boją się obywatela Takiffa. A jeśli się nie boją, to jest to co najmniej podejrzane.


WESPAZJAN CIPKA:

Dżafar Takiff - postrach męskiej części więźniów!


ŚWIĘTOŻYŹŃ KLEMERMANN (jeszcze wyżej unosząc brwi):

I funkcjonariuszy.


WESPAZJAN CIPKA (pogardliwym tonem, jak zawsze podczas mówienia o Zdzisławie):

Z Baumfeldem na czele, tak?


ŚWIĘTOŻYŹŃ KLEMERMANN:

Mhm. I z Werfelbergiem.


Dłuższa pauza.


ŚWIĘTOŻYŹŃ KLEMERMANN (do Wespazjana, chcąc zabić ciszę):

Z naszym UB współpracuje też Safira - piękna, niebieskooka brunetka o długich, falujących włosach i pełnych, “całuśnych” ustach. Ona z kolei jest postrachem kobiet. Nie będę ukrywać, że ja sama wolę trzymać się od niej z daleka. Skoro Safira “radzi sobie” z więźniarkami, to kto wie, czy nie “poradziłaby sobie” również ze mną? Drżę przed nią tak, jak Baumfeld przed Dżafarem!


WESPAZJAN CIPKA:

Nie dziwię się…


ŚWIĘTOŻYŹŃ KLEMERMANN:

Tutaj, wbrew pozorom, panują bardzo surowe, wręcz konserwatywne (tfu, tfu, tfu!) obyczaje. Funkcjonariuszkom doradza się unikanie Safiry, funkcjonariuszom Dżafara… A Zdzisław Baumfeld ma jeszcze indywidualny zakaz: nie wolno mu przesłuchiwać kobiet!


WESPAZJN CIPKA (odrobinę zdumiony):

Dlaczego?


ŚWIĘTOŻYŹŃ KLEMERMANN:

Bo jest zbyt przystojny, a to rozprasza aresztantki. Werfelberg podjął tę decyzję, kiedy zobaczył minę takiej jednej Aldegundy. Spojrzenie i wyraz twarzy tej dziewczyny zdawały się mówić: “No, kurde graca… Jak to się dzieje, że ktoś tak atrakcyjny może być jednocześnie tak zły? Taki fajny, taki czarujący facet, a pracuje dla takiej niecnej instytucji… Co? On coś do mnie mówi? Ach, jaki on jest przystojny, kiedy się wypowiada!”. Oczywiście, Aldegunda nie powiedziała niczego takiego na głos, jednak było widać, że właśnie takie myśli chodzą jej po głowie. Ponieważ takich przypadków mogło być więcej, dyrektor stwierdził, iż należy nieco ograniczyć kontakty Baumfelda z kobietami. Sam Zdzisław był przekonany, że decyzja Werfelberga to “staroświeckość”, “wstecznictwo”, “prawicowość” i “dyskryminacja za wygląd”, ale teraz chyba pogodził się z losem.


WESPAZJAN CIPKA (zmieniając temat):

Wiesz co, Świętożyźń? Mam wrażenie, że ta cała szopka z Dżafarem była inspirowana filmem “Metropolis”, który nakręcono w 1926 roku, a którego premiera miała miejsce w roku 1927.


ŚWIĘTOŻYŹŃ KLEMERMANN (poważnie):

Słuszne skojarzenie, towarzyszu. Rzeczywiście chcieliśmy w ten sposób złożyć hołd Fritzowi Langowi - bez względu na to, co o tym sądzą nasi i ONI. Bo my tu mamy fanklub filmu “Metropolis”, wiecie? To taka mała forma zemsty za okrzyki “Tylko świnie siedzą w kinie”, które uskuteczniali AK-owcy w czasie wojny.


WESPAZJAN CIPKA (krzywi się z niesmakiem):

Wiem, wiem, Archibald Moździerz już mi o tym powiedział. Swoją drogą, strasznie nietypowy ten wasz młodzianowicki Urząd Bezpieczeństwa. Intuicja podpowiada mi, że nigdzie nie ma tak jak u was…


Po tych słowach znowu następuje pauza. Kilka sekund później do sali przesłuchań wchodzi Zdzisław Baumfeld, ale bez Glicerii Gościwit. Funkcjonariusz UB trzyma w ręce gumową podkładkę.


ZDZISŁAW BAUMFELD (do Świętożyźni):

Czy mnie uszy nie mylą, obywatelko Klemermann? Wespazjan Cipka postanowił podpisać sfałszowane zeznanie, obciążające jego ojca?


WESPAZJAN CIPKA (uśmiechając się ponuro):

Niestety, tak.


ZDZISŁAW BAUMFELD (tryumfalnie):

Od samego początku wiedziałem, że tak będzie! Od samego początku! Dżafar Takiff daje nam niemal stuprocentową gwarancję powodzenia!


Baumfeld kładzie podkładkę na biurku, a potem wyjmuje z szufladki potrzebny dokument. Następnie kładzie kartkę na podkładce, wyjmuje zza pazuchy długopis i daje Wespazjanowi znak, aby podpisał zeznanie.


WESPAZJAN CIPKA (przyjmując od Zdzisława długopis):

Ech, życie, życie… Czasami trzeba wybierać między mniejszym a większym złem… Chociaż zdaje mi się, że - z obiektywnego punktu widzenia - mój wybór wcale nie był tym mniejszym… Tato, wybacz mi moją zdradę! Ja wciąż cię kocham, chociaż dałem się złamać tym sadystom!


ZDZISŁAW BAUMFELD (zniecierpliwiony):

Towarzyszu Cipka! Nie gadać, tylko podpisywać!


Wespazjan bez słowa podpisuje dokument, nawet nie patrząc na jego treść. W tle gra charakterystyczna, wesoła melodyjka ze starej gry komputerowej “Super Mario Bros”.


NIEWIDOCZNY NARRATOR (zniekształconym, komputerowym głosem, słyszalnym tylko dla widzów):

Game over! Game over! Game over! Game over!


WESPAZJAN CIPKA (ponuro, oddając Baumfeldowi kartkę):

Proszę…


Niepodziewanie funkcjonariusze młodzianowickiego UB parskają śmiechem.


ZDZISŁAW BAUMFELD (rozbawiony nie wiadomo czym):

Cha, cha, cha, cha, cha! Epic fail - epicka klęska!


ŚWIĘTOŻYŹŃ KLEMERMANN:

Totalna porażka!


ZDZISŁAW BAUMFELD (do Cipki):

Widzicie, obywatelu Wespazjanie? Znowu pokazaliście, jaki z was słaby i tchórzliwy człowiek!


WESPAZJAN CIPKA:

Łatwo ci kpić, Zdzisiek, bo sam nigdy nie przeżyłeś tego, co ja.


ZDZISŁAW BAUMFELD (wciąż rozbawiony i oczarowany sceną, którą miał okazję obserwować):

Nie no… Ja chcę to zobaczyć jeszcze raz… Wyjmuję kopię zeznania, bo chcę zobaczyć replay!


ŚWIĘTOŻYŹŃ KLEMERMANN (anachronicznie nuci fragment piosenki “Pon De Replay” z repertuaru barbadoskiej piosenkarki Rihanny):

“Come, Mr DJ, song pon de replay!
Come, Mr DJ, won’t you turn the music up!
All the gyal, pon the dancefloor, wantin some more, what!
Come, Mr DJ, won't you turn the music up!
Come, Mr DJ, song pon de replay!
Come, Mr DJ, won’t you turn the music up!
All the gyal, pon the dancefloor, wantin some more, what!
Come, Mr DJ, won't you turn the music up!”


Zdzisław, zgodnie z tym, co wcześniej powiedział, wyjmuje z biurka kopię dokumentu i kładzie ją na gumowej podkładce.


NIEWIDOCZNY NARRATOR (zniekształconym, komputerowym głosem, słyszalnym tylko dla widzów):

Replay! Replay! Replay! Replay!


Cipka podpisuje kopię sfałszowanego zeznania, po czym bez słowa oddaje ją (i długopis) Baumfeldowi. Funkcjonariusze Urzędu Bezpieczeństwa znowu wybuchają śmiechem.


ZDZISŁAW BAUMFELD (zachłystując się zachwytem):

Ach, załamanie opornego więźnia! Przepiękna scena - spektakularny upadek!


ŚWIĘTOŻYŹŃ KLEMERMANN:

I to z telemarkiem!


ZDZISŁAW BAUMFELD (udaje, że się przesłyszał):

Z czym? Z telemarketerem?


ŚWIĘTOŻYŹŃ KLEMERMANN:

Nie z telemarketerem, tylko z telemarkiem! Do epoki telemarketerów jeszcze daleko! To NIE są lata dwutysięczne, towarzyszu Baumfeld!


ZDZISŁAW BAUMFELD (usprawiedliwiająco):

Och, wiem, wiem… Specjalnie strzeliłem anachronizmem, żeby było śmiesznie… (Złośliwie, z cwanym uśmieszkiem) A wy co, towarzyszko Klemermann? Prorokini jakaś?


ŚWIĘTOŻYŹŃ KLEMERMANN:

Eeee, tam: prorokini! Ja po prostu wam przypominam, że są… (Chichocze, robiąc anachroniczną aluzję do tytułu pewnego serialu) “różowe lata czterdzieste”!


WESPAZJAN CIPKA (zniesmaczony, ironicznie):

“Różowe lata czterdzieste”… W pierwszej połowie wojna, w drugiej stalinizm… Pewnie, kuźwa, że “różowe”!


ZDZISŁAW BAUMFELD:

Tak czy owak, lubię, gdy nasi aresztanci po długich, wyczerpujących torturach upadają z telemarkiem. Bo bez telemarku to głupio trochę.


WESPAZJAN CIPKA:

Mam pytanie: gdy Lucyfer spadał z nieba, to też z telemarkiem?


ZDZISŁAW BAUMFELD (wzruszając ramionami):

Skąd mogę wiedzieć?! Nie znam się na takich legendach!


WESPAZJAN CIPKA:

A Imperium Rzymskie? Upadło z telemarkiem czy bez telemarku?


ZDZISŁAW BAUMFELD (dosyć niecierpliwie):

Och, nie wiem… Naprawdę nie wiem…


WESPAZJAN CIPKA:

No a wasz komunistyczny system? Czy można liczyć na to, że upadnie z telemarkiem, czy raczej należy wybić to sobie z głowy?


ZDZISŁAW BAUMFELD (ze złością, ostrzegawczo):

Zamknijcie się, towarzyszu Cipka, bo wróci do was Dżafar!


ŚWIĘTOŻYŹŃ KLEMERMANN (wzdycha):

Ech… Ja już nigdy nie spojrzę na skoki narciarskie tym samym okiem co dotychczas!


Nagle wchodzi do pomieszczenia Maria Lolita - równie zbulwersowana jak na początku TragiFarsy.


ZDZISŁAW BAUMFELD (zdumiony, na widok gniewnej miny swojej kochanki):

Marysiu, coś ty taka wściekła? Znowu ktoś cię zdenerwował?


MARIA LOLITA (nie posiadając się z oburzenia, parafrazuje słowa Barbary Kwarc z e-serialu “Klatka B”):

“No, fajnie było, wszystko, k***a. Wchodzę do windy, frajer wchodzi, k***a. Szcześćdziesięcioletni prawie ten… Eutychian Kilianowicz. K***a, z psem, a pies wali kupę! No, k***a, czujesz to?! No, k***a, taki smród, że s*****syn! Frajera trzeba podać do… do… do… do tego… do Wojskowego Sądu Rejonowego! I, k***a, koleś musi w*****dalać stąd!”


ZDZISŁAW BAUMFELD (parafrazując słowa z tego samego serialu):

“A zwróciłaś mu uwagę?”


MARIA LOLITA:

“Tak! I koleś… Myślałam, że mnie opluje! K***a!”


ZDZISŁAW BAUMFELD:

“A… czy potem to posprzątał?”


MARIA LOLITA:

“Skąd: posprzątał?! Minę zrobił jak kot srający na pustyni, k***a! Imperialista kiełbolony! Burżuj kiełbolony!”


Parodia (parafraza) fragmentu “Klatki B” dobiega końca.


ZDZISŁAW BAUMFELD (stanowczo):

Mario Lolito, teraz nie mam już żadnych wątpliwości: Eutychian Kilianowicz, posługując się swoim zapchlonym kundlem Awitem, dokonuje prymitywnego sabotażu architektury socrealistycznej! Zaraz poproszę Waldeberta Werfelberga, żeby się zgodził na jego natychmiastowe aresztowanie! “Natychmiastowe”, czyli takie, które nastąpi przed najbliższym wschodem słońca. (Do Świętożyźni) Towarzyszko Klemermann, myślę, że możecie już uprzedzić odpowiednie osoby o planowanej akcji.


ŚWIĘTOŻYŹŃ KLEMERMANN:

Wedle rozkazu, towarzyszu podporuczniku!


Funkcjonariuszka Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego wychodzi z pomieszczenia.


WESPAZJAN CIPKA (wzdycha smutno):

Ech, szykuje się taki sam cyrk jak ze mną… Biedny Eutychian… Współczuję mu tego, co będzie musiał przeżyć…


ZDZISŁAW BAUMFELD (dosyć obojętnie, jakby mówił o rzeczy banalnej i oczywistej):

Na końcu i tak nastąpi totalna porażka. Wiecie dlaczego, towarzyszu Wespazjanie? Bo takie jest, do choroby ciężkiej, przeznaczenie, i nawet nie warto o tym dyskutować! Wszystkim więźniom początkowo się wydaje, że są “hardkorami”, jednak cierpienie (fizyczne lub psychiczne) weryfikuje ich zawyżoną samoocenę. Pamiętacie, jak to było z wami? Już podczas pierwszego przesłuchania zeznaliście przeciwko własnemu stryjkowi i jego rodzinie! A czemu? Cha, cha, cha, cha, cha! Bo byliście głodni i wam w brzuszku burczało!


WESPAZJAN CIPKA:

Zdzisiek, czy ty naprawdę nie współczujesz swoim ofiarom? Nie masz żadnych oporów wewnętrznych, nie pęka ci serce, kiedy zadajesz im ból, kiedy widzisz ich rany, kiedy słyszysz ich krzyki, kiedy przez ciebie płaczą, kiedy tak bezsensownie umierają?


ZDZISŁAW BAUMFELD (cynicznie, wyzywająco):

Ja nie mam serca.


WESPAZJAN CIPKA (gorzko, z wymuszonym uśmiechem):

To wiele wyjaśnia!



K-O-N-I-E-C

Natalia Julia Nowak,
14-16 lipca 2010 r.

piątek, 9 lipca 2010

Ella, Elle L'a! Lepsza Moskwa niż Bruksela! (parafraza hitu France Gall)

OD AUTORKI:

Niniejsza piosenka, będąca parafrazą nieśmiertelnego przeboju “Ella, Elle L’a” France Gall, jest inspirowana arcyciekawym artykułem “Ta ruska agentura”, który ukazał się kiedyś w ogólnopolskim tygodniku “Tylko Polska” (związanym z Polską Partią Narodową i Stronnictwem Narodowym). Autor owego artykułu zdemaskował i ośmieszył zjawisko rusofobii, które silnie zakorzeniło się w mentalności Polaków, a które jest stale podsycane przez środowiska sympatyzujące z PiS-em i Solidarnością. Co więcej, udowodnił on, iż sojusz polsko-rosyjski wiązałby się z mniejszą ilością zagrożeń niż obecna “przyjaźń” z Unią Europejską i Stanami Zjednoczonymi. Narodowcy wiedzą, że w naszym (czyli polskim) dobrze pojętym interesie leży ostrożność wobec liberalnego Zachodu i większa życzliwość wobec Wschodnich Słowian. Już Roman Dmowski, legendarny Ojciec polskiego nacjonalizmu, uważał, że jeśli Polska ma do wyboru współpracę z Zachodem lub z Rosją, to powinna się zdecydować na to drugie. Rzeczywiście. Wszystkie znaki na niebie i ziemi mówią, że na obecnym etapie historycznym sojusz z Ojczyzną Dostojewskiego to “najmniejsze zło”. O tym właśnie mówi moja parafraza piosenki “Ella, Elle L’a” France Gall.


Ella, Elle L’a! Lepsza Moskwa niż Bruksela! Lepsza Moskwa niż USA!


Oto link do oryginalnej wersji “Ella, Elle L’a”:
http://www.youtube.com/watch?v=bQkB-WWzsbg

A to “Ella, Elle L’a” w wykonaniu Alizee i Kate Ryan:
http://www.youtube.com/watch?v=WGiqDhU3-xs
http://www.youtube.com/watch?v=ZjJJwnfHyYc



Z czym kojarzy się
zły NPŚ?
Z Moskwą? Chyba nie!
Z US i UE
New World Order
nam kojarzy się.
Co pochłania nas?
Czy Moskwa?
Oj, raczej Unia!
No, a
Ameryka
do swych wojen
prosi nas.
Więc śpiewam,
śpiewam…

Ella, Elle L’a!
(U, u, u, u! U, u, u!)
Lepsza Moskwa
(U, u, u, u! U, u, u!)
niźli Bruksela!
Lepsza Moskwa
niż USA!
Ella, Ella…
Ella, Elle L’a!
(Ella! U, u, u, u! U, u, u!)
Lepsza Moskwa
(Ella! U, u, u, u! U, u, u!)
niż Bruksela!
Lepsza Moskwa
niż USA!
Ella, Ella…
Ella, Elle L’a!
(Ella! U, u, u, u! U, u, u!)
Ella, Elle L’a!
(Ella! U, u, u, u! U, u, u!)
Ella…

Choć pewnie chcesz dziś opluć mnie…
Choć pewnie krzyczysz: NIE i NIE…
Nie zmienię się…

Nie zmienię zdania,
chociażbyś chciał
i mówił: “Ty głupia,
nie wiesz,
czym jest Moskwa,
czym Bruksela
i USA!”
Nie zmienię zdania,
chociażbyś chciał
i krzyczał: “To hańba,
zamknij
więc swe usta,
bo historia…
Bla, bla, bla, bla!”
Śpiewam,
śpiewam…

Ella, Elle L’a!
(U, u, u, u! U, u, u!)
Lepsza Moskwa
(U, u, u, u! U, u, u!)
niźli Bruksela!
Lepsza Moskwa
niż USA.
Ella, Ella…
Ella, Elle L’a!
(Ella! U, u, u, u! U, u, u!)
Ella, Elle L’a!
(Ella! U, u, u, u! U, u, u!)
Ella, Elle L’a!

Ella, Elle L’a…
Ella, Elle L’a…
Ella, Elle L’a…
Ella, Elle L’a…
Ella, Elle L’a…

Ella, Elle L’a!
(U, u, u, u! U, u, u!)
Lepsza Moskwa
niźli Bruksela!
Lepsza Moskwa
niż USA!
Ella, Ella…
Ella, Elle L’a!
(U, u, u, u! U, u, u!)

Ella, Elle L’a!

środa, 7 lipca 2010

TragiFarsa 5. Odcinek specjalny

OD AUTORKI:

Po “TragiFarsie socNIErealistycznej”, “TragiFarsie 59 lat później”, “TragiFarsie 3. Skandalu stulecia” i “TragiFarsie + 60 lat” nadeszła pora na piątą część serii dramaturgicznej o UB-eku Zdzisławie Baumfeldzie (funkcjonariuszu Łowcy Onych). Dlaczego zdecydowałam, że owa sztuka teatralna będzie zawierała podtytuł “Odcinek specjalny”? Po pierwsze dlatego, iż ukazuje ona jedno z najważniejszych i najbardziej dramatycznych wydarzeń z życia przedstawiciela komunistycznej bezpieki. Po drugie dlatego, iż w utworze pojawiają się elementy ewidentnie baśniowe - personifikacje Śmierci i Śmierci Klinicznej oraz zjawiska znane wyłącznie z dzieł fantastycznych. Po trzecie dlatego, iż pośredni wpływ na losy głównego bohatera wywiera postać historyczna - “ważna osoba z Warszawy”, której nazwisko przez długi czas pozostaje tajemnicą (ów bohater autentyczny wprawdzie nie pojawia się w TragiFarsie osobiście, ale wiemy, że opisane wydarzenia są skutkiem jego działalności). Po czwarte dlatego, iż w dramacie występuje Niewidoczny Narrator (aczkolwiek mówi on bardzo mało). Po piąte dlatego, iż niektóre fragmenty sztuki teatralnej są odrobinę prowokacyjne (chodzi mi o nieortodoksyjne nawiązania do religii chrześcijańskiej).

Moim zdaniem, “TragiFarsa 5. Odcinek specjalny” odznacza się szczególnym nasileniem cech charakterystycznych dla tej serii: mamy tutaj więcej elementów poważnych, przygnębiających i godnych przemyślenia, ale także więcej absurdalnych sytuacji i specyficznego komizmu. Warto zaznaczyć, że “TragiFarsa 5” zawiera sporo aluzji do mojego opowiadania pt. “Biblia ubecji, czyli teczka towarzysza Zdzisława” (również poświęconego UB-ekowi Baumfeldowi). Sceny z dramatu NIE są kopiami scen z utworu prozatorskiego - wiele rzeczy musiałam zmienić, gdyż na scenie nie da się pokazać wszystkiego. Myślę jednak, że udało mi się w pełni “odmalować” następujące fragmenty:

“(…) W Warszawie Łowca nauczał i gromadził wokół siebie tłumy, które łaknęły i pragnęły słów jego. A uczeni w pismach Marksa, widząc, że [warszawianie] oddają cześć Baumfeldowi, wydali na niego wyrok śmierci. (…) O zmroku Łowca Onych zapadł w [śmierć] kliniczną. A przedstawiciele MO, myśląc, że to już koniec Baumfelda, zanieśli go do pobliskiego prosektorium, zwanego Jaskinią Hadesa. Wszyscy śpieszyli się wielce i [przynaglali], było to bowiem przed Świętem Pracy. (…) W prosektorium spędził Zdzisław trzy dni. A ponieważ szybko wyszedł ze śmierci klinicznej i większość [czasu] spędził na jawie, bez wody i kromki chleba, cierpiał okrutnie i pragnął się wyzwolić. Trzeciego dnia o świcie funkcjonariusz Łowca Onych wyważył drzwi prosektorium (…)”.

W “TragiFarsie 5. Odcinku specjalnym” pada wiele nazwisk związanych ze stalinistycznym Ministerstwem Bezpieczeństwa Publicznego oraz innymi instytucjami z tamtej epoki. Istnieje ryzyko, aczkolwiek jeszcze niepotwierdzone, że popełniłam w tym wątku jakiś anachronizm. Otóż akcja dramatu rozgrywa się na przełomie kwietnia i maja 1952 roku, a ja podczas pisania opierałam się głównie na danych z roku 1953. Nie mogę zagwarantować, że wszyscy ludzie, którzy w 1953 roku uchodzili za “ważne osoby z Warszawy”, byli nimi już rok wcześniej, czyli w momencie dziejowym z TragiFarsy. Jeśli rzeczywiście popełniłam jakiś anachronizm, to z góry przepraszam i proszę o wybaczenie (wszak mam takie pojęcie o okresie stalinizmu jak Henryk Sienkiewicz o czasach Nerona albo Adam Mickiewicz o epoce Konrada Wallenroda)! Sądzę jednak, że nie jest on aż tak rażący jak adidasy w filmie “Gladiator” (którego akcja rozgrywa się w starożytności) albo broń z 1926 roku w “Titanicu” (którego akcja rozgrywa się przed pierwszą wojną światową).


Pozdrawiam i życzę przyjemnej lektury!
Natalia Julia Nowak





MUZYCZNE MOTTO:


"Nie jestem winien, nikt mi nie dłużen,
tak po trochu dogorywam.
Trochę do tyłu ciągnie mój wózek,
trochę do przodu go czasem pcham.
Inni igrają moim losem,
ja milczę jak pies.
Jeszcze chwila, jeszcze trochę
i zapomnę Cię. (...)
Gdzie jesteście, Przyjaciele moi?
Odpłynęli w sinej mgle.
Kogo to obchodzi, kiedy boli?
Tylko Ciebie, kiedy idzie źle"


Maciej Maleńczuk & Yugopolis





SCENA PIERWSZA:
Zdzisław Baumfeld na śmierć skazany




Czas akcji: 28 kwietnia 1952 r.

Miejsce akcji: Młodzianowice, duża sala konferencyjna w budynku PZPR

Osoby: Niewidoczny Narrator, Waldebert Werfelberg (49 lat), Mroczysława Kalinowska-Wójcik (44 lata), Rzędzimir Wszebor Witkowski (38 lat), Mardoniusz Dudek (35 lat), Ożanna Dudek (35 lat), Świętożyźń Klemermann (41 lat), Archibald Moździerz (47 lat), Gorgoniusz Skwarowski (40 lat), Fulgencjusz Skwarowski (42 lata), Gliceria Gościwit (29 lat) i inni funkcjonariusze Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Młodzianowicach. Wszyscy, niezależnie od płci i stopnia, noszą UB-eckie mundury.

W dużej sali konferencyjnej, mieszczącej się w budynku Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, przebywają wszyscy funkcjonariusze młodzianowickiego PUBP (łącznie 51 osób, gdyż tyle pracowało w tego typu placówkach). Nigdzie nie ma 31-letniego Zdzisława Baumfelda, co sugeruje, że ten człowiek już nie pracuje w Urzędzie Bezpieczeństwa i że jego miejsce zajął ktoś inny. 48 UB-eków siedzi na zwykłych krzesłach, a naprzeciwko nich stoi nakryty czerwonym obrusem stół, przy którym zasiadają członkowie zarządu - dyrektor (pułkownik Waldebert Werfelberg) oraz jego zastępcy (podpułkownik Mroczysława Kalinowska-Wójcik i podpułkownik Rzędzimir Wszebor Witkowski). Na stole stoją zaś trzy szklanki, butelki z wodą mineralną i wazon z kwiatami. W pomieszczeniu panuje napięta atmosfera, co oznacza, iż zebranie dotyczy niezbyt przyjemnych spraw. Po dość długim milczeniu Waldebert Werfelberg wstaje z krzesła i przemawia do wszystkich zgromadzonych.


NIEWIDOCZNY NARRATOR (słyszalny tylko dla widzów):

Młodzianowice, 28 kwietnia 1952 roku.


WALDEBERT WERFELBERG (uroczyście, do funkcjonariuszy PUBP):

Obywatelki i obywatele! Zebraliśmy się w tak szczególnym miejscu, aby podyskutować na temat dosyć przykrej sprawy, o której wszyscy już wiemy i która zapewne leży na sercu całemu naszemu zespołowi. Chodzi o naszego byłego współpracownika, funkcjonariusza Łowcę Onych, podporucznika Zdzisława Baumfelda, którego dwa tygodnie temu musiałem dyscyplinarnie zwolnić z pracy. Nie ukrywam, że była to dla mnie decyzja bardzo trudna i bolesna, albowiem towarzysz Baumfeld działał w Powiatowym Urzędzie Bezpieczeństwa Publicznego całe sześć lat i miał na “koncie” wiele zasług, z których najważniejsza to pełne rozpracowanie Podziemnego Klubu Anonimowych Antykomunistów na przełomie lat 1949 i 1950. (Szybko, widząc wyczekującą minę Archibalda Moździerza) Oczywiście, w rzeczonym rozpracowaniu dużą rolę odegrał również sierżant - wówczas plutonowy - Archibald Moździerz, który siedzi tam, obok porucznika Świętożyźni Klemermann.


Archibald na chwilę wstaje z krzesła, aby z dumną i radosną miną ukłonić się swoim współtowarzyszom. Oni zaś nagradzają jego “osiągnięcie” życzliwymi oklaskami.


WALDEBERT WERFELBERG (kontynuuje swój monolog):

Jak już powiedziałem, podporucznik Zdzisław Baumfeld był wyjątkowo skutecznym funkcjonariuszem, jednak liczne pochwały i dowody uznania, których się doczekał, sprawiły, że… przepraszam za kolokwialne wyrażenie… woda sodowa uderzyła mu do głowy. Towarzysz Łowca Onych tak bardzo zachwycił się sobą, iż zaczął robić karierę na własną rękę, poszerzając swoją chwałę i zupełnie nie licząc się z nami, czyli PUBP. Sam ten fakt, chociaż bardzo niepokojący, nie był jeszcze powodem do zerwania współpracy z obywatelem Baumfeldem. Wszyscy mieliśmy nadzieję, że funkcjonariusz Łowca Onych na tym poprzestanie albo wręcz się opamięta i powróci do poprawnego zachowania. Niestety, przeliczyliśmy się. Arogancja towarzysza Zdzisława osiągnęła tak monstrualny poziom, że ja, pułkownik Waldebert Werfelberg, po długiej naradzie z podpułkownikami Mroczysławą Kalinowską-Wójcik i Rzędzimirem Wszeborem Witkowskim, zdecydowałem się usunąć go z naszego grona.


Wśród słuchających UB-eków rozlega się szmer - wszyscy komentują to, co powiedział ich dyrektor. Nagle Świętożyźń Klemermann wstaje z krzesła, podnosi rękę jak uczennica i spogląda (wyczekująco oraz niecierpliwie) na Waldeberta Werfelberga.


ŚWIĘTOŻYŹŃ KLEMERMANN (w taki sposób, aby przekrzyczeć pozostałych komunistów):

Towarzyszu pułkowniku, czy mogę coś powiedzieć?


Waldebert kilkakrotnie uderza pięścią w stół, żeby uspokoić hałasujących funkcjonariuszy. Kiedy UB-ecy milkną, dyrektor zwraca się grzecznie do Świętożyźni.


WALDEBERT WERFELBERG (uprzejmie, zachęcająco):

Tak, słucham was, towarzyszko Klemermann.


Kobieta bierze głęboki oddech, aby nabrać pewności siebie i jeszcze raz (na szybko) rozważyć swoją wypowiedź.


ŚWIĘTOŻYŹŃ KLEMERMANN:

Zdzisław Baumfeld od samego początku zachowywał się, jakby działał w Urzędzie Bezpieczeństwa w imię własnego prestiżu i splendoru, a nie budowania i utrwalania ustroju socjalistycznego. Swego czasu miałam z nim bardzo dobry kontakt, więc pamiętam, że w jego wypowiedziach rzadko pojawiały się elementy światopoglądowe czy odniesienia do międzynarodowego ruchu robotniczego. Owszem, często wspominał o komunizmie i posługiwał się pojęciami charakterystycznymi dla naszej ideologii, ale robił to bardzo powierzchownie, jak gdyby były one tylko… tylko dodatkiem do jego osobistej kariery. Chodzi mi o to, że wycierał sobie gardło proletariackimi hasłami, nie zagłębiając się w nie zbytnio i nie przywiązując do nich wagi. Obserwując towarzysza Zdzisława, często odnosiłam wrażenie, że realizuje on swoje własne, egoistyczne cele, a nie cele Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego. Innymi słowy: czułam, iż Baumfeld traktuje pracę w UB jako sposób na wypromowanie własnej osoby.


W pomieszczeniu znowu rozlegają się szepty i szmery. Jeden z uczestników zebrania, Mardoniusz Dudek, podnosi rękę i wpatruje się uporczywie w Werfelberga.


WALDEBERT WERFELBERG (do Mardoniusza):

Słucham, towarzyszu?


MARDONIUSZ DUDEK (z przekonaniem, wstając):

Porucznik Klemermann ma rację. Obywatel Baumfeld nie podchodził poważnie do swojej pracy, powiedziałbym nawet, że miał lekceważący stosunek do samej instytucji UB. Świadczy o tym skandal, który wywołał w roku 1948, a mianowicie ta afera z piciem alkoholu na służbie i przyłączeniem do zabawy dwojga więźniów - Wespazjana Cipki oraz nieżyjącej już Franciszki Ksawery Wąchockiej. (Złośliwie, spoglądając z wyższością na Świętożyźń) Towarzyszka Świętożyźń Klemermann powinna jednak pamiętać, że ona także wzięła udział w tej imprezie i potem musiała się strasznie kajać przed delegatami z Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego.


ŚWIĘTOŻYŹŃ KLEMERMANN (zawstydzona i zirytowana, rumieniąc się):

Towarzyszu Mardoniuszu, ta sprawa jest już od dawna zamknięta, więc nie rozumiem, dlaczego do niej wracacie!


Niektórzy przedstawiciele bezpieki, rozbawieni poruszonym tematem, cicho chichoczą i wymieniają zjadliwe uwagi na temat Świętożyźni oraz pozostałych uczestników libacji. Kiedy zniecierpliwiony Werfelberg kilkakrotnie uderza pięścią w stół, wszyscy błyskawicznie się uspokajają.


WALDEBERT WERFELBERG (zniecierpliwiony, do hałasujących UB-eków):

Ciszej! (Grzecznie, do dwóch osób, które wypowiedziały się na temat Baumfelda) Czy towarzysze Klemermann i Dudek mają jeszcze coś do powiedzenia? Nie? Więc proszę usiąść.


Świętożyźń i Mardoniusz bez słowa spełniają polecenie swojego szefa. Kolejną osobą, która pragnie coś powiedzieć, jest Gliceria Gościwit.


WALDEBERT WERFELBERG (do Glicerii):

Tak, obywatelko Gościwit?


29-latka wstaje z krzesła, po czym wypowiada się w bardzo chaotyczny sposób (jej głos drży, a mowa jest szybka i chwilami niezrozumiała).


GLICERIA GOŚCIWIT (stremowana, onieśmielona):

Ja… chciałabym tylko potwierdzić to, co powiedzieli moi przedmówcy. Że… że zarozumiały, rozpustny, przekonany o własnej doskonałości Baumfeld myślał tylko o sobie i… i… i traktował Urząd Bezpieczeństwa jako narzędzie do realizacji własnych celów. Weźmy na przykład przesłuchania, które prowadził. Czy jemu naprawdę zależało na wydobywaniu… wydobywaniu potrzebnych informacji z przeciwników politycznych? Czy interesowało go to, z czego przepytywał więźniów? A może te wszystkie przesłuchania były dla niego tylko… yyy… dobrą zabawą, formą rozrywki? Poza tym, te jego “spontaniczne akcje”… Zdzisław lubił podejmować przedsięwzięcia bez uprzedniego skonsultowania się z zarządem. Lubił… eeee… lubił pokazywać, że… że dyrektor i jego zastępcy nie są dla niego żadnymi autorytetami.


Kolejne poruszenie wśród słuchaczy. Gliceria Gościwit kłania się grzecznie, mówi “Dziękuję” i z ulgą siada na krześle.


MROCZYSŁAWA KALINOWSKA-WÓJCIK (bez wstawania z krzesła i bez podnoszenia ręki):

Tak, “spontaniczne akcje” obywatela Baumfelda były niezwykle irytujące i - z mojej strony - nigdy nie spotkały się z aprobatą. Ex-funkcjonariusz Łowca Onych posiada wadę, której nienawidzę najbardziej ze wszystkich i której nie potrafię u nikogo zaakceptować: snobizm. W organach bezpieczeństwa Polski Ludowej był praktycznie nikim, ale czuł się i zachowywał jak nie wiadomo kto. Może dla młodego mężczyzny, pochodzącego z zacofanej wsi Świńska Czaszka, posiadanie najniższego stopnia oficerskiego i praca w powiatowym UB były powodem do dumy, jednak - z szerszego punktu widzenia - nie czyniły go one znaczącą personą. Zdzisław Baumfeld nie miał wpływu na najważniejsze decyzje podejmowane w państwie ani nawet w tym jednym, prowincjonalnym Urzędzie Bezpieczeństwa. Jeśli rządził, to tylko swoimi gaciami.


Funkcjonariusze, rozbawieni żartem Kalinowskiej-Wójcik, wybuchają śmiechem. Waldebert Werfelberg tylko się uśmiecha, ale także wygląda na zachwyconego dowcipem swojej zastępczyni. Kiedy towarzystwo się uspokaja, dyrektor PUBP postanawia kontynuować przerwane przemówienie.


WALDEBERT WERFELBERG (poważnie):

Wracając do mojego wywodu: liczyłem na to, że po utracie posady w UB towarzysz Zdzisław wyciągnie wnioski ze swojego postępowania, że pożałuje własnego cynizmu, że się zmieni. Niestety, nic takiego nie nastąpiło. Wygnany z bezpieki Baumfeld widocznie poczuł się wolny jak ptak i zupełnie niezależny od “krępującej go” instytucji. Kilka dni temu wyjechał nawet do stolicy i zaczął głosić własną, dziwaczną ideologię zwaną marksizmem-zdzisławizmem, która - jak wynika z relacji naszego tajnego informatora - została ciepło przyjęta przez wielu proletariuszy. (Dłuższa pauza, po której głos Werfelberga nieco się zmienia) Wczoraj, tj. 27 kwietnia 1952 roku, otrzymałem w tej sprawie telefon od… hmmm… pewnej ważnej osoby z Warszawy. Ta osoba również powiadomiła mnie, że Baumfeld podburza lud i że jeśli chciałbym go ukatrupić, to nie ma problemu - stolica może mnie w tym wyręczyć. Ostateczna decyzja należy jednak do mnie. Jutro mam oddzwonić do tej osoby i powiedzieć, jaki jest mój wybór: czy zlikwidować Łowcę Onych, czy nie. Ale ponieważ nie jestem despotą i liczę się ze zdaniem moich podwładnych, postanowiłem zwołać dzisiejsze zebranie i zadecydować o losie Baumfelda razem z całym zespołem.


Sala konferencyjna pogrąża się w grobowym milczeniu, które trwa dość długo. Mroczysława Kalinowska-Wójcik i Rzędzimir Wszebor Witkowski mają zdumione miny, jakby wcześniej nie wiedzieli, że Waldebert otrzymał od kogoś wpływowego tak niecodzienną ofertę.


MROCZYSŁAWA KALINOWSKA-WÓJCIK (do Werfelberga, przerywając ponurą ciszę):

Towarzyszu pułkowniku, kim jest ta “ważna osoba z Warszawy”, o której wspomnieliście?


WALDEBERT WERFELBERG:

Jeśli mam być szczery, to ta osoba zabroniła mi wyjawiania jej nazwiska. Po prostu boi się, że jeśli świat się dowie, iż tak znacząca persona zajmuje się trzeciorzędnym funkcjonariuszem-oszołomem z zadupia, to będzie skompromitowana. Dlatego wybaczcie, towarzyszko Kalinowska-Wójcik, ale nie dowiecie się, kto do mnie zatelefonował. Niech to pozostanie moją słodką tajemnicą.


MROCZYSŁAWA KALINOWSKA-WÓJCIK (ciekawsko):

A powiecie chociaż, czy to kobieta, czy mężczyzna?


WALDEBERT WERFELBERG (niecierpliwie, chcąc jak najszybciej uciąć temat):

Mężczyzna. Nieważne, kto. Nazwisko na pewno jest wam znane, ale nic więcej nie zdradzę. (Kładzie sobie palec wskazujący na ustach, aby dać do zrozumienia, iż nie wyjawi swojego sekretu)


MROCZYSŁAWA KALINOWSKA-WÓJCIK (rozpaczliwie, błagalnie):

Towarzyszu, powiedzcie, kto to taki, bo ja nie zasnę dzisiaj w nocy! (Widząc, że dyrektor PUBP przecząco kręci głową) Jeśli nie powiecie, to ja jutro założę podsłuch w telefonie i sama sprawdzę, do kogo zadzwonicie!


Werfelberg namyśla się przez chwilę.


WALDEBERT WERFELBERG (do Mroczysławy, dając za wygraną):

No dobrze, powiem wam na ucho.


ARCHIBALD MOŹDZIERZ (wyrywa się):

Towarzyszu pułkowniku, a mnie powiecie?!


ŚWIĘTOŻYŹŃ KLEMERMANN:

A mnie?!


MARDONIUSZ DUDEK:

A mnie?!


WALDEBERT WERFELBERG (z pogardą i rozbawieniem, zerkając na Archibalda, Świętożyźń i Mardoniusza):

Wam? Z jakiej racji? Powiem tylko podpułkownikowi Kalinowskiej-Wójcik.


OŻANNA DUDEK:

A możecie przynajmniej wyjawić, kim on NIE jest?


WALDEBERT WERFELBERG (po namyśle):

W porządku, wyjawię wam, że to NIE jest Jan Ptasiński. Ale to już naprawdę moja ostatnia podpowiedź.


FULGENCJUSZ SKWAROWSKI (mruczy pod nosem, wytężając szare komórki):

Ważna osoba z Warszawy… Mężczyzna… Na pewno nie Jan Ptasiński… Już my z Gorgoniuszem wydedukujemy, kto to taki!


MROCZYSŁAWA KALINOWSKA-WÓJCIK (zniecierpliwiona, apodyktycznym tonem, do Waldeberta):

No, to co, towarzyszu Werfelberg?! Zdradzacie to nazwisko, czy nie?!


Dyrektor UB przysuwa się do wicedyrektorki i mówi jej na ucho nazwisko “ważnej osoby z Warszawy” (jednocześnie zakrywa sobie dłonią usta, żeby nikt nie odczytał słów z ruchu warg). Po usłyszeniu tajemnicy Mroczysława jest zszokowana.


MROCZYSŁAWA KALINOWSKA-WÓJCIK (piszczy, niedowierzając):

Chrzanicie, towarzyszu!


WALDEBERT WERFELBERG:

Wcale nie chrzanię. To naprawdę ON.


MROCZYSŁAWA KALINOWSKA-WÓJCIK (chichocze):

Nieźle, nieźle, hehehe… Baumfeld musi być w tej Warszawie prawdziwą gwiazdą, skoro TEN CZŁOWIEK zainteresował się jego cyrkami!


WALDEBERT WERFELBERG (poważnie, do wszystkich zgromadzonych):

No, ale wróćmy do sprawy najistotniejszej, czyli do decyzji, którą musimy podjąć... (Patetycznie, uroczyście, głośno) “Jeżeli ktoś zna powód, dla którego Zdzisława Baumfelda należy utrzymać przy życiu, niech przemówi teraz albo niech zamilknie na wieki”!


Mroczysława zrywa się z krzesła, po czym zaczyna wymachiwać rękami i robić miny w stylu Fałszywej Marii (bohaterki filmu “Metropolis” Fritza Langa) nawołującej robotników do rewolucji.


MROCZYSŁAWA KALINOWSKA-WÓJCIK (krzyczy, naśladując Fałszywą Marię):

Obywatele, nie odzywajcie się! Zróbmy JEMU przyjemność i ukatrupmy Zdziśka! Zmiażdżmy go! Rozdeptajmy! Poślijmy do diabła! Niech dureń zdycha w imię Marksa i Engelsa! Nie odzywajcie się, obywatele, bo towarzysz pułkownik nie wyda wyroku śmierci! Siedźcie cicho jak mysz pod miotłą!!!


Większość UB-eków, z własnej woli lub za namową Mroczysławy, milczy jak zaklęta. Rzędzimir Wszebor Witkowski wyjmuje z wazonu kwiat i - szepcząc “Zabić, nie zabić” - zrywa po jednym jego płatku (zabieg ten przypomina popularną wróżbę “Kocha, nie kocha“). Waldebert Werfelberg, który najwyraźniej nie jest przekonany co do konieczności zamordowania Baumfelda, wygląda na zaniepokojonego zachowaniem swoich podwładnych. Kalinowska-Wójcik, usatysfakcjonowana milczeniem większości funkcjonariuszy, z dumą siada na krześle i czeka na rozwój wypadków.


WALDEBERT WERFELBERG (prosząco, do Archibalda Moździerza):

Towarzyszu Moździerz, może wy coś powiecie? Przecież lubiliście się z Baumfeldem, byliście kolegami zarówno w pracy, jak i w życiu prywatnym…


Archibald, pomimo zachęcających słów Werfelberga, nie wydaje z siebie żadnych dźwięków.


WALDEBERT WERFELBERG (do Świętożyźni Klemermann):

A wy, towarzyszko Klemermann? Wiem, że Zdzisław wam się podobał, często spoglądaliście na niego z tęsknotą i oczarowaniem…


Świętożyźń milczy i nie okazuje żadnych emocji.


WALDEBERT WERFELBERG (do Fulgencjusza i Gorgoniusza Skwarowskich):

Bracia Skwarowscy, wy też nic nie powiecie? Myślałem, że dobrze wam się układało z Łowcą Onych…


Żaden ze Skwarowskich się nie odzywa.


WALDEBERT WERFELBERG (smutno, z westchnieniem):

No cóż, towarzysze, skoro taka jest wasza wola… (Uroczyście, podniośle, biorąc się w garść) Obywatelki i obywatele! Demokratyczną większością głosów zdecydowaliśmy, że funkcjonariusz Łowca Onych, Zdzisław Bonifacy Baumfeld, urodzony 31 stycznia 1921 roku, nie zostanie utrzymany przy życiu i trafi w ręce warszawskich organów bezpieczeństwa! Jutro w samo południe wykonam telefon do towarzysza J… eee… do “ważnej osoby z Warszawy” i poinformuję ją o dokonanym przez nas wyborze. Obywatel Baumfeld musi zostać sprawiedliwie ukarany za podburzanie ludu i rozpowszechnianie fałszywej ideologii marksizmu-zdzisławizmu!


MROCZYSŁAWA KALINOWSKA-WÓJCIK (z chorym entuzjazmem):

Tak! Na krzyż z nim! Na stos! Na arenę gladiatorów! Śmierć zaprzańcowi!!!


RZĘDZIMIR WSZEBOR WITKOWSKI (melancholijnie, kościelnym tonem):

Obywateli naszych tak umiłowaliśmy, że dla zbawienia Polski Ludowej funkcjonariusza własnego wydaliśmy na męki. Czyż mogliśmy złożyć większą ofiarę niż z ciała i krwi tego sprawiedliwego?…


MROCZYSŁAWA KALINOWSKA-WÓJCIK (pogardliwie):

Nie wiem, czy on taki “sprawiedliwy”, towarzyszu!


RZĘDZIMIR WSZEBOR WITKOWSKI (wzdycha, wpatrując się w bliżej nieokreślony punkt):

Dziękujemy ci, Zdzisiek, dziękujemy… Że przez śmierć i mękę swoją świat odkupić raczysz…


FULGENCJUSZ SKWAROWSKI (szeptem, do Gorgoniusza):

Ej, Gorgon, słyszałeś, co Werfelberg powiedział? “Towarzysza J…”! To znaczy, że imię lub nazwisko tej “ważnej osoby z Warszawy” zaczyna się na literę “J”! Bardzo pomocna wskazówka!


GORGONIUSZ SKWAROWSKI (również szeptem):

A znasz jakąś “ważną osobę z Warszawy”, której imię lub nazwisko zaczyna się na “J”?


FULGENCJUSZ SKWAROWSKI (zastanawia się gorączkowo):

Poczekaj, niech no pomyślę… Tam w stolicy jakieś 30-40% “ważnych osób” jest na literę “J”…


GORGONIUSZ SKWAROWSKI:

Jak to oszacowałeś, Fulgencjuszu?


FULGENCJUSZ SKWAROWSKI (uśmiecha się niewinnie):

Na oko, Gorgon, na oko. (Próbuje wymienić wszystkie osoby pasujące do ustalonego opisu) Jakub Berman, Jerzy Siedlecki, Jegiński Anatol…


GORGONIUSZ SKWAROWSKI (szybko):

Zaczekaj, wyjmę kartkę i długopis! (Wyjmuje z kieszeni rzeczone przedmioty) No, Fulgencjusz, dyktuj…


Fulgencjusz Skwarowski powoli i z namysłem wylicza nazwiska, a Gorgoniusz pośpiesznie je spisuje.


FULGENCJUSZ SKWAROWSKI:

Jakub Berman, Jerzy Siedlecki, Jegiński Anatol, Jan Ptasiński…


GORGONIUSZ SKWAROWSKI (ostro):

Stop! Ten odpada! Werfelberg powiedział, że “tą ważną osobą” na pewno NIE jest Ptasiński!


FULGENCJUSZ SKWAROWSKI:

Dobra, nie zapisuj go. (Próbuje wymieniać dalej) Józef Kratko, Józef Różański, Józef Czaplicki, Józef Światło, Józef Wojciechowski, Julia Brystygier, Julia Minc…


GORGONIUSZ SKWAROWSKI (jeszcze ostrzej):

Młotku! To ma być mężczyzna!


FULGENCJUSZ SKWAROWSKI:

A… No tak… Przepraszam… (Powraca do dyktowania nazwisk) Jan Kisielow, Jan Lech, Julian Konar, Joachim Getzel… Więcej chyba nie ma albo ja nie pamiętam… (Krótka pauza) Policz, Gorgoniuszu, ile znaleźliśmy nazwisk.


Młodszy Skwarowski liczy po cichu.


GORGONIUSZ SKWAROWSKI (podaje wynik):

Dwanaście. Dosyć dużo.


FULGENCJUSZ SKWAROWSKI:

Skoro mamy dwanaście nazwisk i musimy wskazać jedno z nich, to jakie jest prawdopodobieństwo, że wskażemy właściwe?


GORGONIUSZ SKWAROWSKI:

Hmmm… Myślę, że jeden do dwunastu…


FULGENCJUSZ SKWAROWSKI:

Jak to obliczyłeś, Gorgon? Też na oko?


GORGONIUSZ SKWAROWSKI (chichocze):

W rodzinie Skwarowskich wszyscy liczą na oko!


FULGENCJUSZ SKWAROWSKI (wzdycha):

Ech, jeden z dwunastu… Bardzo trudny wybór…


GORGONIUSZ SKWAROWSKI (też wzdycha):

Jakub Berman, Jerzy Siedlecki, Jegiński Anatol, Józef Kratko, Józef Różański, Józef Czaplicki, Józef Światło, Józef Wojciechowski, Jan Kisielow, Jan Lech, Julian Konar, Joachim Getzel… Dwunastu facetów na literę “J“, w tym pięciu Józefów i dwóch Janów… A jeden z nich zaproponował Waldebertowi Werfelbergowi zabicie Zdzisława Baumfelda! Czy to nie jest intrygujące?! Ilekroć usłyszę któreś z zapisanych nazwisk, po głowie będzie mi chodzić pytanie: “Czy to ON, czy nie ON?”. Kurde szlagier, będę miał obsesję do końca życia!


Nagle na dyskutujących braci spogląda Waldebert Werfelberg, który widocznie usłyszał ich rozmowę.


WALDEBERT WERFELBERG (uroczyście, radośnie):

Bracia Skwarowscy i w ogóle wszyscy zgromadzeni! Proponuję wam pewien konkurs! Ten, kto odgadnie, kim jest owa “ważna osoba z Warszawy”, wygra premię w wysokości miesięcznej pensji! Polecam wam wziąć udział w tej zabawie, bo nagroda jest wartościowa! Pamiętajcie, towarzysze: musicie wytypować jedno z dwunastu nazwisk, najlepiej na chybił-trafił! Karteczki z odpowiedziami mają trafić do kolektury… to znaczy: do mojego gabinetu… przed jutrzejszym zachodem słońca! Czekam na każdy kupon!


RZĘDZIMIR WSZEBOR WITKOWSKI (zirytowany, anachronicznie):

Co to ma być, do choroby ciężkiej?! Totalizator Sportowy?!


MROCZYSŁAWA KALINOWSKA-WÓJCIK (ze śmiechem):

Raczej Totalitaryzator Sportowy!


RZĘDZIMIR WSZEBOR WITKOWSKI (zdumiony, do Waldeberta):

Mam rozumieć, towarzyszu pułkowniku, że jutro, wbrew swoim wcześniejszym deklaracjom, zdradzicie nazwisko tej “ważnej osoby z Warszawy”?


WALDEBERT WERFELBERG (szeptem, zasłaniając sobie usta tak jak podczas wtajemniczania Mroczysławy):

Nie. Premii też nie wypłacę. Ale chcę odwrócić uwagę tych bałwanów od sprawy Baumfelda.


FULGENCJUSZ SKWAROWSKI (z przejęciem, konspiracyjnym szeptem, do brata):

Gorgon, ja po prostu muszę znać to nazwisko i wygrać tę premię! Muszę, najzwyczajniej w świecie muszę! Nie dopuszczam do siebie myśli, że mogę nie poznać nazwiska i nie otrzymać dodatkowej wypłaty!


GORGONIUSZ SKWAROWSKI:

Więc co zamierzasz zrobić? Poprosić o pomoc jakiegoś kabalistę, numerologa lub matematyka?


FULGENCJUSZ SKWAROWSKI (z diabelskim uśmiechem):

Nie. Uciec się do szwindlu.


GORGONIUSZ SKWAROWSKI:

W jaki sposób?


FULGENCJUSZ SKWAROWSKI (z jeszcze bardziej diabelskim uśmiechem):

Porywając Kalinowską-Wójcik i zmuszając ją do powiedzenia, kto jest tą “ważną osobą z Warszawy”. Mam już wprawę w wydobywaniu informacji z opornych jeńców, toteż na pewno sobie poradzę. Zobaczysz, Gorgon, że premia w wysokości miesięcznej pensji przypadnie właśnie mnie!


GORGONIUSZ SKWAROWSKI (osłupiony):

O, Feliksie Dzierżyński… Ale będzie akcja… (Wychodząc z osłupienia) Tak czy owak, pewne jest tylko jedno: pomysł zlikwidowania Baumfelda wyszedł albo od Bermana, albo od Siedleckiego, albo od Jegińskiego, albo od Kratki, albo od Różańskiego, albo od Czaplickiego, albo od Światły, albo od Wojciechowskiego, albo od Kisielowa, albo od Lecha, albo od Konara, albo od Getzela… albo od jakiejś innej osoby, której imię lub nazwisko zaczyna się na literę “J”…


FULGENCJUSZ SKWAROWSKI (żartobliwie, śmiejąc się):

Nazwisko “ważnej osoby z Warszawy” - Pierwsza Tajemnica Młodzianowicka!





SCENA DRUGA:
Zdzisław Baumfeld złożony w kostnicy




Czas akcji: noc z 30 kwietnia na 1 maja 1952 r.

Miejsce akcji: Warszawa, kostnica w prosektorium “Jaskinia Hadesa”

Osoby: Niewidoczny Narrator, milicjant Arnulf (22 lata), milicjant Makary (24 lata), milicjant Serafin (25 lat), Zdzisław Baumfeld (31 lat), Śmierć Kliniczna, Śmierć

Do mrocznej, obskurnej, nieprzyjemnej kostnicy, należącej do prosektorium “Jaskinia Hadesa”, wchodzą trzej milicjanci (Arnulf, Makary i Serafin), którzy niosą na noszach rannego, nieprzytomnego, uznanego za zmarłego mężczyznę - Zdzisława Baumfelda. Wszyscy przedstawiciele MO są bardzo zniecierpliwieni, wręcz rozhisteryzowani, co czyni ich ruchy niezdarnymi i groteskowymi. W pewnym momencie milicjanci kładą nosze na wysokim, metalowym stole, chwytają Baumfelda za ręce i nogi, a potem przenoszą go na specjalne, prosektoryjne łóżko. Ponieważ strasznie się śpieszą i złoszczą na własną opieszałość, nie zauważają oznak życia u skatowanego ex-funkcjonariusza UB.


NIEWIDOCZNY NARRATOR (słyszalny tylko dla widzów):

Warszawa, noc z 30 kwietnia na 1 maja 1952 roku.


MILICJANT ARNULF (ostro, niecierpliwie, tonem nieznoszącym sprzeciwu, podczas zdejmowania Zdzisława z noszy i przenoszenia go na łóżko):

Pośpieszcie się, towarzysze! Schnella, schnella! Zaraz wybije północ, a z nią pierwszy maja, i sami zostaniemy aresztowani przez UB pod zarzutem Pracy-w-Dniu-Pracy!


MILICJANT MAKARY (sarkastycznie, pod nosem):

Zakaz-Pracy-w-Dniu-Pracy… Niezły paradoks…


MILICJANT SERAFIN (zirytowany):

Nie gadać, tylko robić to, co trzeba! Kładziemy truposza na łóżku i wychodzimy z kostnicy! Szybciej! Arnulf, nie patrz na krew, bo to cię rozprasza! Makary, przesuń tego umarlaka jeszcze trochę w lewo! Ooo, właśnie tak ma być!


Reprezentanci Milicji Obywatelskiej już mają wyjść z kostnicy, kiedy Makary spostrzega na półce czysty, śnieżnobiały, złożony w kostkę całun.


MILICJANT MAKARY (do pozostałych funkcjonariuszy MO):

Ej, Serafin, Arnulf! Może by tak nakryć go tym całunem?


MILICJANT SERAFIN (ze złością):

Daj spokój, Makary, nie mamy czasu na takie bzdety! Jest za trzy dwunasta, kapujesz?! Musimy iść, a nie oddawać truchłu ostatnią posługę!


MILICJANT MAKARY (niepewnym tonem):

Słuchaj, Serafin… Ja mam jakieś złe przeczucia co do tego trupa… Może byśmy się upewnili, czy on naprawdę nie żyje? Połammy mu kości albo zróbmy coś w tym stylu…


MILICJANT ARNULF:

Makary, czy ty naprawdę nie rozumiesz, co się do ciebie mówi?! Nie mamy czasu na ceregiele! W normalnych warunkach byśmy cię posłuchali, ale nie na moment przed Świętem Pracy!


Po tych słowach milicjanci opuszczają pomieszczenie, a jeden z nich nerwowymi ruchami zamyka drzwi na klucz. Potem słychać tupot ciężkich butów, co sugeruje, że Arnulf, Makary i Serafin oddalają się od kostnicy. Zdzisław Baumfeld jeszcze przez jakieś pół minuty leży zupełnie nieruchomo, jakby naprawdę był martwy. W tle słychać ponury, przygnębiający utwór “Requiem” szwajcarskiego zespołu Lacrimosa. Nagle były UB-ek odzyskuje przytomność, otwiera oczy, przez chwilę wierci się niespokojnie i jęczy, a następnie odwraca głowę w prawą stronę i patrzy w głąb pomieszczenia. Kiedy uświadamia sobie, dokąd go przyniesiono, w mgnieniu oka zmienia pozycję z leżącej na siedzącą.


ZDZISŁAW BAUMFELD (zszokowany, przerażony):

Engelsie barmeński! Kostnica?! Pomieszczenie dla denatów?! Czyżby uznali mnie za zmarłego?!


Komunista, pomimo cierpienia i zmęczenia, wstaje z prosektoryjnego łóżka i szybkim krokiem podchodzi do drzwi. Przez chwilę szarpie klamkę, lecz gdy uświadamia sobie, że drzwi są zamknięte, z głośnym jękiem osuwa się na podłogę.


ZDZISŁAW BAUMFELD (zbolałym głosem):

Kurde wycior… Jutro jest Święto Pracy, więc nikt po mnie nie przyjdzie… Jak długo będę siedział w tej trupiarni?! Jak długo?! (Dłuższa pauza) O, Leninie… Wszystko mnie boli… Wiele razy patrzyłem na storturowanych ludzi, ale z punktu widzenia kata, więc nigdy nie zastanawiałem się nad uczuciami takich osób… (Pretensjonalnie, ze złością i rozżaleniem) Gumno! Kiełbolę w pufę takie zabawy!


Zdzisław, który widocznie nie ma siły wstać i położyć się na łóżku, rozkłada się jak długi na gołej podłodze. Przez chwilę leży bez słowa, wydając z siebie tylko pojedyncze jęki (w tle nadal gra piosenka “Requiem” formacji Lacrimosa). Niespodziewanie ex-funkcjonariusz UB ożywia się, jak gdyby olśniła go jakaś odkrywcza myśl.


ZDZISŁAW BAUMFELD (anachronicznie parafrazuje cytat z wiersza Jana Twardowskiego):

“Śpieszmy się bać sprawiedliwości - tak szybko nadchodzi!”


Po wypowiedzeniu tych słów Baumfeld gorzko chichocze, aczkolwiek jego chichot ma dużo wspólnego z łkaniem.


ZDZISŁAW BAUMFELD (uświadamiając sobie dwuznaczność swoich odgłosów):

Heh, gdyby usłyszała mnie moja siostra, Zdzisława Baumfeldówna, pewnie zapytałaby: “Zdzisiek, ty płaczesz czy się śmiejesz?”… TragiFarsa, jak słowo daję… (Żałośnie, płaczliwie) O, ja nieszczęśliwy!


Nagle Zdzisław Baumfeld znowu traci siły - zamyka oczy i przestaje się poruszać. Sprawa wygląda znacznie poważniej niż poprzednio, jakby 31-letni mężczyzna naprawdę umierał (utwór “Requiem“ Lacrimosy gra coraz ciszej, aż w końcu całkowicie milknie). Gdy jest już zupełnie cicho i martwo, na scenę wchodzi nowa, fantastyczna postać: Śmierć Kliniczna. Jest to kościotrup odziany w seledynowy, chirurgiczny fartuch, białe, gumowe rękawiczki i biały, lekarski czepek. Na twarzy-czaszce ma białą maskę chirurgiczną, a w kościstych rękach - wielką, groźnie wyglądającą kosę, podobną do tej, którą nosi Śmierć na obrazach z kręgu kultury europejskiej. Za plecami Śmierci Klinicznej znajduje się jakieś białe, lekko pulsujące, ciepłe światło. Zdzisław gwałtownie się podnosi, przy czym robi to z taką werwą i łatwością, jakby był człowiekiem zupełnie zdrowym, pełnym siły i energii, a nie umęczoną ofiarą swoich współtowarzyszy-komunistów. Baumfeld sprawia wrażenie, jakby nie czuł żadnego bólu ani zmęczenia, a fizyczne, ziemskie słabości już go nie dotyczyły. W tle słychać nową piosenkę - klasyczny utwór “Zegarmistrz Światła” Tadeusza Woźniaka. Jeśli chodzi o Śmierć Kliniczną, główny bohater TragiFarsy jest tylko trochę zaskoczony jej widokiem.


ZDZISŁAW BAUMFELD (lekko, z pewnością siebie, tak jak przez większą część życia, a nie w ostatnich chwilach swojej egzystencji):

Domyślam się, towarzyszko, że jesteście Śmiercią.


ŚMIERĆ KLINICZNA:

No, nie do końca. Jestem Śmiercią Kliniczną.


ZDZISŁAW BAUMFELD (zdumiony):

Śmiercią Kliniczną? A czym to się różni od zwykłej Śmierci?


ŚMIERĆ KLINICZNA:

Wiesz, ja czasem pozwalam… wrócić… tym, którzy bardzo tego chcą albo nie zdążyli zamknąć swoich ziemskich spraw. Natomiast moja koleżanka Śmierć zabiera ludzi na zawsze, czy im się to podoba, czy nie. Śmierć przychodzi do wszystkich, toteż każdy żywy człowiek powinien się pogodzić z myślą, że prędzej czy później się z nią spotka. A ja… odwiedzam tylko niektórych, czasem nawet wielokrotnie. Przychodzę do ludzi bardzo chorych, do ofiar wypadków, katastrof i kataklizmów. Przychodzę do operowanych. Przychodzę do rannych i skatowanych. W dawnych czasach byłam często mylona ze Śmiercią, co niejednokrotnie kończyło się wyprawianiem pogrzebów żywym ludziom. Z tobą chyba jest podobnie, skoro leżysz w kostnicy. Ale… niech ci się przyjrzę. (Zszokowana, łapiąc się wolną ręką za głowę-czaszkę) O kurczę, ty jesteś Zdzisław Baumfeld, funkcjonariusz Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Młodzianowicach! Byłam parę razy w waszym więzieniu, więc dobrze cię znam! Choróbka… Nie spodziewałam się, że cię spotkam w takim stanie i w takich okolicznościach!


Grająca w tle piosenka “Zegarmistrz Światła” Tadeusza Woźniaka miarowo się wycisza, aż wreszcie zupełnie milknie.


ZDZISŁAW BAUMFELD (odrobinę zirytowany, do Śmierci Klinicznej):

Po pierwsze: nie funkcjonariusz, tylko były funkcjonariusz. Po drugie: nie wiem, towarzyszko, skąd możecie mnie znać, bo widzimy się po raz pierwszy w życiu.


ŚMIERĆ KLINICZNA (zażenowana ignorancją swojego rozmówcy):

Och, Zdzisławku, Zdzisławku, Zdzisławku! Odkąd istnieje Urząd Bezpieczeństwa, wielokrotnie wysyłano mnie do waszych więźniów, którzy byli tak pobici i udręczeni, że kwalifikowali się pod kosę! W Młodzianowicach też miałam okazję gościć, toteż wiem, kim jesteś i co sobą reprezentujesz. Widziałam cię nie raz i nie dwa.


ZDZISŁAW BAUMFELD:

To dziwne… Ja nigdy was nie widziałem, towarzyszko…


ŚMIERĆ KLINICZNA:

Bo nie chciałeś mnie widzieć, Zdzisławku. Gdybyś miał taką wolę, na pewno byś mnie dostrzegł. Ale koleżanka też często gościła tam, gdzie kręciłeś się ty i twoi współtowarzysze.


ZDZISŁAW BAUMFELD (ostro, ostrzegawczo):

Nie wspominajcie o moich współtowarzyszach - zdradzieckich świniach i fałszywych przyjaciołach!


ŚMIERĆ KLINICZNA (kontynuuje przerwany monolog):

Śmierć stała na przykład obok tego starego drzewa w młodzianowickim lesie, kiedy strzelałeś do niewinnego żołnierza Armii Krajowej, kaprala Aulusa Nowakowskiego. Siedziała obok prokuratora podczas wielu politycznych rozpraw w Wojskowym Sądzie Rejonowym. Unosiła się w powietrzu, kiedy dyrektor PUBP, pułkownik Waldebert Werfelberg, osobiście zabijał Gelazję Osełkę-Mazur. Siedziała na taborecie w gabinecie ginekologicznym, kiedy lekarz - na życzenie twojej kochanki, pół-prostytutki Marii Lolity - wyrywał rączki i nóżki waszemu nienarodzonemu dziecku, miażdżył jego tułów i główkę, a potem wrzucał zakrwawione strzępki ciała do pojemnika na odpadki. Niby wszyscy zdawaliście sobie sprawę z obecności Śmierci, jednak jakoś nie chcieliście jej widzieć. A ona tam była i wszystko obserwowała. Możliwe, że gdy sama po was przyjdzie, to wszystko wam przypomni, wygarnie w twarz. Oj, ale wam będzie łyso, cha, cha, cha, cha, cha!


ZDZISŁAW BAUMFELD (ze złością, próbując zatuszować wyrzuty sumienia agresją):

Po co pleciecie takie farmazony, towarzyszko?!


ZDZISŁAW BAUMFELD (kładąc kościstą dłoń na ramieniu Zdzisława):

Żeby ci udowodnić, Zdzisławku, że zasłużyłeś na taki los. Mam nadzieję, iż po spotkaniu ze mną - o ile zdecydujesz się powrócić do życia na Ziemi - przemyślisz i radykalnie zmienisz swoje postępowanie. A tak w ogóle, to zwracaj się do mnie na “ty”. Nie lubię tej bolszewickiej formy grzecznościowej “druga osoba liczby mnogiej + towarzyszko”.


Przez chwilę panuje nieprzyjemna cisza. Baumfeld widocznie się nad czymś zastanawia, a Śmierć Kliniczna uważnie obserwuje emocje malujące się na jego twarzy.


ŚMIERĆ KLINICZNA (takim tonem, jakby coś sobie przypomniała i koniecznie chciała się tym podzielić z rozmówcą):

Wiesz, Zdzisławku? Trzy lata temu, czyli w roku 1949, wysłano mnie do jednej z waszych więźniarek, 25-letniej Franciszki Ksawery Wąchockiej…


ZDZISŁAW BAUMFELD (przerywa):

Franciszki Ksawery Wąchockiej? Widziałem ją parę razy, ale nie uczestniczyłem w jej przesłuchaniach.


ŚMIERĆ KLINICZNA:

Dziewczyna była w strasznym stanie… Nie będę ci opowiadać, co z nią zrobiono, bo ten dramat przestałby być TragiFarsą, a stałby się tragedią… Franciszka Ksawera została aresztowana za to, że w czasie wojny i zaraz po niej pomagała żołnierzom Narodowych Sił Zbrojnych. Formalnie nie należała do tej organizacji wojskowej i nie posiadała dużej wiedzy na jej temat, ale wasz PUBP tak się na nią uwziął, jakby była co najmniej oficerem i powierniczką tajemnic NSZ-u. Z niewiadomych przyczyn uczyniono ją jedną z najbardziej nękanych osób w historii waszego lokalnego UB. A ona była tylko skromną, zamkniętą w sobie pracowniczką cukierni.


ZDZISŁAW BAUMFELD (chichocze, robiąc aluzję do wydarzeń z “TragiFarsy 3. Skandalu stulecia”):

Cukierniczka-popielniczka… Pamiętam to, hehehe!


ŚMIERĆ KLINICZNA (kontynuuje):

Miała wielką smykałkę do robienia ciastek, potrafiła lepić cudeńka, które chętnie kupowano już za sam wygląd. Ale ich smak podobno też był wyborny. Najchętniej używała foremek w kształcie serduszek i choinek, wiesz? Była taka miła, taka nieśmiała, taka delikatna, a przez to… taka krucha, bezbronna i bezradna (może to właśnie dlatego Waldebert Werfelberg, Mroczysława Kalinowska-Wójcik, Archibald Moździerz i Chryzanta Hiacynta Chaber tak się nad nią pastwili? Może jej słabość i łagodność podsycały ich sadyzm oraz agresję?). Była też niewinna… Platonicznie kochała pewnego młodego inżyniera, ale nie przyjęła jego oświadczyn, ponieważ ślubowała Bogu czystość do końca życia. Zrozumiał to, gdyż był bardzo mądrym, światłym człowiekiem.


ZDZISŁAW BAUMFELD (krzywi się niemiłosiernie):

Ja bym tego nie zrozumiał!


ŚMIERĆ KLINICZNA:

Tak czy owak, gdy Franciszka Ksawera Wąchocka była już potwornie skatowana, wysłano do niej mnie, Śmierć Kliniczną. Powiedziałam jej, kim jestem, a ona opowiedziała mi swoją historię - bardzo płakała, kiedy opisywała swój pobyt w UB-eckim więzieniu.


ZDZISŁAW BAUMFELD (szyderczo, zjadliwym tonem):

“W takich chwilach wszyscy jesteśmy Franciszkami Ksawerami”!


ŚMIERĆ KLINICZNA (z trudem lekceważąc kpiny Baumfelda):

Przytuliłam ją najczulej jak potrafiłam i rzekłam: “Moje dziecko, cóż ja mogę ci powiedzieć? Nie znam słów, które mogłyby cię pocieszyć, dodać ci otuchy. Chciałabym ci pomóc, lecz nie wiem, jak”. I wiesz co? Ona nie wyraziła woli powrotu do ziemskiego życia. Stwierdziła, że ma już dosyć cierpienia i poniżenia, że chce, aby to wszystko raz na zawsze się skończyło. Kilka razy upewniałam się, czy naprawdę taka jest jej wola, a gdy otrzymałam potwierdzenie, przeprowadziłam ją… na… drugą stronę. Franciszka Ksawera mogła się jeszcze cofnąć, ale tego nie uczyniła. Cóż, wolna wola.


ZDZISŁAW BAUMFELD (drwiąco, osiągając szczyt podłości, bezduszności i nieczułości):

“Róbta co chceta”!


ŚMIERĆ KLINICZNA:

Dziewczyna została pochowana w swojej rodzinnej wiosce, Wolisławowie koło Młodzianowic. Ubecja próbowała wmówić jej rodzicom, że Franciszka Ksawera zmarła z powodu powikłań po zapaleniu płuc, ale - oczywiście - matka i ojciec nie dali się nabrać. Pewien ex-więzień, który znał Wąchocką osobiście, Wespazjan Cipka, zaprzyjaźnił się z jej krewnymi i opowiedział wszystko, co wiedział na temat jej zatrzymania. O ile wiem, nadal przynosi on kwiaty i świece na jej grób. Rodzice Franciszki Ksawery traktują go niemal jak syna i dziękują mu za to, że podczas tej osławionej “stypy po Mruczku” bronił jej przed słownymi zaczepkami ze strony funkcjonariuszy.


ZDZISŁAW BAUMFELD (złośliwie, szyderczo, pogardliwie):

Wespazjan Cipka - Wielki Zderzacz Andronów!


Śmierć Kliniczna syczy i kręci głową z irytacji.


ŚMIERĆ KLINICZNA (wskazując na swoją kosę):

Wiesz co, Zdzisławku?! Kiedy tak sobie kpisz, mam ochotę przeciąć cię tą kosą na pół! Zachowujesz się niegodnie w obliczu Śmierci Klinicznej! Wstyd, po prostu wstyd!


ZDZISŁAW BAUMFELD (cynicznie, z szelmowskim uśmiechem):

Cóż, za życia często słyszałem, że charakteryzuje mnie totalna pogarda dla Śmierci!


ŚMIERĆ KLINICZNA (grożąć Baumfeldowi kosą):

Jeszcze jedno durne słowo, a Śmierć pogardzi tobą! (Wskazuje na białe światło za swoimi plecami) Widzisz to pulsujące światło, Zdzisławku? Po drugiej stronie jest Inny Wymiar. W każdej chwili mogę cię tam wepchnąć, bo jestem - wbrew pozorom - nadludzko silna i radziłam sobie z większymi “kozakami” niż ty!


ZDZISŁAW BAUMFELD (przestraszony, dając za wygraną):

No dobra… Przepraszam… Już tak nie będę…


ŚMIERĆ KLINICZNA (strofującym, moralizatorskim tonem):

Och, Zdzisławku, bądź mężczyzną! Nie bałeś się bić ludzi, batożyć im stóp, wybijać zębów, wyrywać paznokci z rąk, parzyć ich papierosami i zmuszać do wielodniowego stania na mrozie, a teraz trzęsiesz portkami przed kupą kości w chirurgicznym fartuchu i w białej maseczce ochronnej?! Trochę honoru, śmiertelniku! Jesteś strasznie niekonsekwentny, zdajesz sobie z tego sprawę?! Bardzo dobrze, że skończyłeś tak, a nie inaczej, bo nic lepszego ci się nie należało! Nareszcie poczułeś to, co twoje ofiary! Nie próbuj mi wmawiać, że było inaczej, bo widziałam na własne oczy, jak leżałeś na podłodze i użalałeś się nad sobą! Sprawiedliwość polega na tym, iż każdy otrzymuje to, na co zasługuje, wiesz? A na co zasługują takie bydlęta jak ty, no na co?! Chyba nie na głaskanie po głowie!


ZDZISŁAW BAUMFELD (gniewnie):

Zmieńmy temat, dobrze?!


ŚMIERĆ KLINICZNA (dla świętego spokoju):

Jak sobie życzysz, Zdzisławku. (Przez chwilę zastanawia się, co powiedzieć) Czy wiesz, że z twoim… hmmm… “zgonem” wiążą się trzy tajemnice, nazywane szumnie Tajemnicami Młodzianowickimi? Jeśli chcesz, to mogę ci je wyjawić. Ale ostrzegam, że trzecia Tajemnica jest bardzo drastyczna i zatrważająca.


ZDZISŁAW BAUMFELD (szczerze zaciekawiony):

Wal śmiało, Kostucho!


ŚMIERĆ KLINICZNA:

Pierwsza Tajemnica Młodzianowicka dotyczy pewnej “ważnej osoby z Warszawy”. Jest to nazwisko wpływowego komucha, który dowiedział się o twojej działalności w stolicy i zadzwonił do Waldeberta Werfelberga, aby zapytać, czy przypadkiem nie życzyłby sobie twojego ukatrupienia. Jak ustalili młodzianowiccy UB-ecy, “ważna osoba z Warszawy” ma imię lub nazwisko zaczynające się na literę “J”, ale absolutnie nie jest to Jan Ptasiński. Druga Tajemnica Młodzianowicka ma charakter interaktywny, gdyż jej treść zależy wyłącznie od ciebie. Chodzi w niej o to, co się stanie z twoim ciałem astralnym…


ZDZISŁAW BAUMFELD (wytrzeszczając oczy):

Z czym?


ŚMIERĆ KLINICZNA:

No, z twoją duszą, po odłączeniu od materialnego ciała. Ja, Śmierć Kliniczna, daję ci wybór: albo powracasz do swojej ziemskiej egzystencji, albo przechodzisz na… drugą stronę.


ZDZISŁAW BAUMFELD (szybko, zdecydowanie):

Skoro tak, to od razu mówię, że chcę wrócić do mojej ziemskiej egzystencji!


ŚMIERĆ KLINICZNA (poważnie):

Twoje życzenie jest dla mnie rozkazem.


Ciepłe, białe światło, które dotychczas pulsowało za plecami Śmierci Klinicznej, gaśnie.


ŚMIERĆ KLINICZNA:

Trzecia Tajemnica Młodzianowicka dotyczy przyszłych losów twoich kolegów z pracy oraz ciebie, o ile powrócisz do życia na Ziemi (a tak właśnie będzie, bo przed chwilą mnie o tym poinformowałeś). Czy jesteś gotów poznać treść Tajemnic Młodzianowickich?


ZDZISŁAW BAUMFELD (śmiało, z przekonaniem):

Tak, jestem gotów.


ŚMIERĆ KLINICZNA:

Najpierw - Pierwsza Tajemnica Młodzianowicka. Człowiek, którego dotyczy ten sekret, na pewno jest ważną osobą, na pewno działa w Warszawie, na pewno jest mężczyzną, na pewno nosi imię lub nazwisko na literę “J” i na pewno nie jest Janem Ptasińskim. Twoi znajomi z Młodzianowic, Fulgencjusz i Gorgoniusz Skwarowscy ustalili, że do rzeczonej charakterystyki pasuje dwanaście postaci: Jakub Berman, Jerzy Siedlecki, Jegiński Anatol, Józef Kratko, Józef Różański, Józef Czaplicki, Józef Światło, Józef Wojciechowski, Jan Kisielow, Jan Lech, Julian Konar i Joachim Getzel. 28 kwietnia twój były szef, Werfelberg, zaproponował podwładnym niecodzienną loterię. Zadaniem każdego gracza było wytypowanie… najlepiej metodą chybił-trafił… jednego z tych dwunastu nazwisk. Ten, który wskazał prawidłowe, miał zostać nagrodzony premią w wysokości miesięcznej pensji. Proponuję ci, Zdzisławku, żebyś ty również zagrał w UB-eckie Lotto, ale nie z Werfelbergiem, tylko ze mną.


ZDZISŁAW BAUMFELD (zachęcony, ale jeszcze nie przekonany):

Pomyślę nad tym, Kostucho…


ŚMIERĆ KLINICZNA:

Chętnie podam ci dwanaście liczb, do których będą przyporządkowane nazwiska poszczególnych kandydatów. Jeśli uda ci się wskazać człowieka, od którego wyszedł pomysł zgładzenia twojej osoby, to nauczę cię, jak uprawiać OOBE - świadomie, dobrowolnie opuszczać ziemskie ciało, podróżować po astralu jako duch i bezpiecznie powracać do materialnego organizmu. Oprócz tego, podpowiem ci, jak skonstruować wehikuł czasu (bo słyszałam, że jesteś wynalazcą-amatorem). No, to co, Zdzisławku? Puszczasz tego UB-eckiego Totolotka?


ZDZISŁAW BAUMFELD (wesoło):

Puszczam!


ŚMIERĆ KLINICZNA:

A więc zaczynamy. Najpierw podam ci dwanaście liczb z przyporządkowanymi nazwiskami “ważnych osób z Warszawy”:
1. Jakub Berman
2. Jerzy Siedlecki
3. Jegiński Anatol
4. Józef Kratko
5. Józef Różański
6. Józef Czaplicki
7. Józef Światło
8. Józef Wojciechowski
9. Jan Kisielow
10. Jan Lech
11. Julian Konar
12. Joachim Getzel
Teraz proszę cię, żebyś się dobrze zastanowił, zanim wybierzesz tę jedyną liczbę.


Zdzisław Baumfeld pogrąża się w myślach.


ŚMIERĆ KLINICZNA (po długim milczeniu):

I jak, Zdzisławku? Czy mogę już cię prosić o wskazanie Twojego Szczęśliwego… a raczej: Nieszczęśliwego Numerka?


ZDZISŁAW BAUMFELD (powoli, w zamyśleniu):

Daj mi jeszcze chwilkę, dobrze? Hmmm… Myślę, że powinienem zastosować jakąś metodę numerologiczną… Dzisiaj jest pierwszy maja 1952 roku, tak?


ŚMIERĆ KLINICZNA:

Tak.


ZDZISŁAW BAUMFELD:

“Pierwszy” to liczba 1. Maj jest piątym miesiącem, więc odpowiada mu liczba 5. Rok 1952 to 1, 9, 5 i 2. Dodajmy do siebie te cyfry: 1 plus 9 plus 5 plus 2 równa się 17. Zredukujmy wynik do liczby jednocyfrowej: 1 plus 7 wynosi 8. Teraz zsumujmy wszystkie cyfry, które kryją się w dzisiejszej dacie: 1 plus 5 plus 8 równa się 14. Redukcja do liczby jednocyfrowej: 1 dodać 4 równa się 5. (Stanowczo, do Śmierci Klinicznej) Kostucho, wybieram piątkę!


ŚMIERĆ KLINICZNA:

Czy jesteś pewien, Zdzisławku, że chcesz wybrać właśnie tę liczbę?


ZDZISŁAW BAUMFELD (zniecierpliwiony):

Tak, do choroby ciężkiej!


ŚMIERĆ KLINICZNA (intrygującym tonem, umyślnie przedłużając sprawę):

Uwaga, uwaga! Za chwilę poznamy treść Pierwszej Tajemnicy Młodzianowickiej! Dowiemy się, kto zabił Zdzisława Baumfelda! Nasz bohater, rzeczony Zdzisław, już wybrał swój Nieszczęśliwy Numerek… Ale czy podjął słuszną decyzję? Czy metoda numerologiczna, którą zastosował, była właściwa? Dowiemy się już za moment… Zdzisławku, czy jesteś gotów poznać prawidłową odpowiedź?


ZDZISŁAW BAUMFELD (nie posiadając się z niecierpliwości):

Tak, już od dawna!


ŚMIERĆ KLINICZNA:

Zdzisławku, Twój Nieszczęśliwy Numerek to… 5!


Baumfeld, na wieść o zwycięstwie, podskakuje wysoko i wydaje z siebie okrzyk radości.


ZDZISŁAW BAUMFELD (z ogromną euforią):

O choroba, wygrałem!!! Wygrałem w UB-eckiego Totolotka!!!


Zdzisław, nadal bardzo szczęśliwy, rzuca się Śmierci Klinicznej na szyję, a potem zaczyna skakać po kostnicy jak mały chłopiec. W tle gra refren (ale tylko refren!) radosnej piosenki “We Are The Champions” - “Jesteśmy Mistrzami” grupy Queen.


ZDZISŁAW BAUMFELD (szaleje ze szczęścia):

Wygrałem!!! Wygrałem!!! Po raz pierwszy w życiu coś wygrałem!!!


ŚMIERĆ KLINICZNA (sarkastycznie):

Tylko nie popuść z wrażenia…


ZDZISŁAW BAUMFELD:

Rety, jak się cieszę! Nie spodziewałem się, że trafię!


ŚMIERĆ KLINICZNA (zażenowana zachowaniem swojego rozmówcy):

Wiesz co, Zdzisławku? Jesteś tak skrajnym idiotą, że aż mi ciebie żal! Jesteś jednym z tych przysłowiowych ludzi, których można opluć, a oni będą się cieszyć, że deszcz pada! Doprawdy, w mojej karierze spotkałam już wiele osób, ale nigdy wcześniej nie zetknęłam się z takim imbecylem jak ty! Gratuluję głupoty, Zdzisławku! Nigdy nie zapomnę ciebie i twojego debilizmu!


ZDZISŁAW BAUMFELD (broni się):

Ale ja WYGRAŁEM! Rozumiesz?! WYGRAŁEM! A prawdopodobieństwo zwycięstwa wynosiło jeden do dwunastu!


ŚMIERĆ KLINICZNA (ironicznie, dla św. Spokoju):

Cieszę się, że się cieszysz…


Nagle w pomieszczeniu pojawia się kolejna postać fantastyczna - Śmierć (ta zwykła). Wygląda ona tak jak na tradycyjnych obrazach, tzn. nosi długi, czarny płaszcz z kapturem, a w rękach trzyma wielką, przerażającą kosę.


ŚMIERĆ (pogodnie, do Śmierci Klinicznej):

Siema, stara! Wpadłam na moment, bo usłyszałam jakieś hałasy… Co tu się dzieje? Dlaczego ten gościu tak się podnieca? Naćpany jakiś czy co?


ŚMIERĆ KLINICZNA (chichocze):

Nie, nie naćpany. Po prostu poznał treść Pierwszej Tajemnicy Młodzianowickiej. Dowiedział się, kto odpowiada za jego ukatrupienie.


Śmierć robi zdziwioną minę, ale ponieważ nie chce być niegrzeczna, postanawia odpowiedzieć jak najbardziej dyplomatycznie.


ŚMIERĆ:

Aha. Różni ludzie, różne charaktery. (Ciekawsko) A kto odpowiada za jego ukatrupienie, jeśli można spytać?


ŚMIERĆ KLINICZNA:

“Ważna osoba z Warszawy” - dyrektor Departamentu Śledczego Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, pułkownik Józef Różański [*przypis]. Nasz głupiutki Zdzisławek Baumfeld jeszcze nie wydedukował, co to wszystko oznacza, ale dajmy mu czas. Myślę, że jak emocje opadną, to pojawią się przebłyski rozumu.


ŚMIERĆ (filozoficznie):

Ktoś mądry powiedział kiedyś: “Gdy rozum śpi, budzą się demony”!


ŚMIERĆ KLINICZNA:

Przede wszystkim demony ciemnoty i samoponiżenia. Powiedz mi, koleżanko… Co ja mogę myśleć o ludziach, którzy - będąc opluwanymi - cieszą się, że deszcz pada?!


Nagle Baumfeld robi coś szalonego i dziwacznego - śmiało, bez jakichkolwiek oporów chwyta Śmierć, by z nią zatańczyć. Postać fantastyczna wypuszcza z kościstych rąk kosę i pozwala, by rozentuzjazmowany Zdzisław ją poprowadził. W tle słychać piosenkę “Tango Straconych” popowego zespołu Ich Troje (naturalnie, jest to zamierzony anachronizm).


ŚMIERĆ KLINICZNA (jednocześnie zszokowana, zachwycona i rozbawiona):

Cha, cha, cha! Taniec Śmierci - Danse Macabre!


ZDZISŁAW BAUMFELD (radośnie, tańcząc):

To nie Danse Macabre! To Tango Straconych!
(Śpiewa razem z Michałem Wiśniewskim)
“Zatańczmy jeszcze raz,
niech biją nam dzwony aż po świt!
Zatańczmy jeszcze raz
to Tango Stracooonyyyyych!”


Baumfeld i Śmierć kończą swój taniec. Postać fantastyczna podnosi z podłogi kosę i poprawia sobie płaszcz.


ŚMIERĆ KLINICZNA:

Ładnie zatańczyliście, nie przeczę… Ale ja na waszym miejscu wybrałabym inną piosenkę zespołu Ich Troje: “Ci wielcy ludzie/ Im się udało/ Wrzucić mnie w bagno/ Przygwoździć zdradą/ Zabrakło światła/ I czasu brakło/ A wszystko to/ W co tak wierzyłem/ Raz na zawsze się rozpadło”.


ŚMIERĆ (poważnie, stanowczo):

No, ja już muszę lecieć. I tak jestem tu dłużej niż zaplanowałam. Wzywają mnie do pewnego ciężko chorego noworodka, więc rozumiecie… (Do byłego funkcjonariusza UB) Drogi panie Zdzisławie, dziękuję za gorące tango! Było mi bardzo miło, ale teraz naprawdę muszę już zmykać!


ZDZISŁAW BAUMFELD (żartobliwie):

Jak Kopciuszek, hehehe!


ŚMIERĆ KLINICZNA (do koleżanki):

Pa, pa, Śmierć!


ŚMIERĆ:

Pa, pa, Śmierć Kliniczna!


ZDZISŁAW BAUMFELD (do Śmierci, pozując na romantycznego amanta):

Żegnaj, o piękna!


ŚMIERĆ (czule, słodko, zalotnie, posyłając Baumfeldowi całusa):

Adieu, ma cherie! Jeszcze się spotkamy, ange de l‘amour!


Śmierć znika.


ŚMIERĆ KLINICZNA (zdumiona, do Zdzisława):

Śmierć… piękna? Chyba przesadziłeś z tym komplementem!


ZDZISŁAW BAUMFELD:

Eeee tam, przesadziłem!
(Recytuje fragment ballady K. I. Gałczyńskiego)
“Były dwie siostry: Noc i Śmierć.
Śmierć większa, a Noc mniejsza.
Noc była piękna jak Sen, a Śmierć…
Śmierć była jeszcze piękniejsza”


ŚMIERĆ KLINICZNA (z wyrzutem):

A dopiero mówiłeś, że cechuje cię totalna pogarda dla Śmierci!


ZDZISŁAW BAUMFELD:

Po tym tangu zmieniłem zdanie. (Krótka pauza) Czy to na pewno jest TA Śmierć, o której mi wcześniej opowiadałaś? Ta, która stała obok drzewa podczas egzekucji Aulusa Nowakowskiego, która siedziała obok prokuratora podczas procesów w Wojskowym Sądzie Rejonowym, która obserwowała, jak ginekolog rozrywał na strzępy dziecko, poczęte przeze mnie i Marię Lolitę?


ŚMIERĆ KLINICZNA (ponuro, z niesmakiem):

Na to wygląda. Choróbka, wstyd mi za nią… Skoro nawet Śmierć potrafi się tak wydurniać, to chyba naprawdę nastąpił Nowy Porządek Świata! Heh, a ja myślałam, że moja koleżanka jest poważną i chłodną osobą… Najwyraźniej źle ją oceniłam!


ZDZISŁAW BAUMFELD (zmienia temat):

Znam już Pierwszą Tajemnicę Młodzianowicką, ale co z dwiema pozostałymi?


ŚMIERĆ KLINICZNA:

Drugą też już znasz, gdyż sam - z własnej, nieprzymuszonej woli - ustanowiłeś jej treść. Ale mogę Ci zdradzić Trzecią, tę drastyczną i zatrważającą.


ZDZISŁAW BAUMFELD:

Bardzo proszę.


ŚMIERĆ KLINICZNA:

Nie boisz się?


ZDZISŁAW BAUMFELD:

Nie.


ŚMIERĆ KLINICZNA:

Na pewno?


ZDZISŁAW BAUMFELD (opryskliwie):

Nie rób ze mnie tchórza, dobrze?!


ŚMIERĆ KLINICZNA (głębokim głosem, uroczyście):

Trzecia Tajemnica Młodzianowicka, dotycząca przyszłości twojej i twoich kolegów z Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego… (Słowami kontrowersyjnej egzorcystki i jasnowidzącej, Bony Tyary Elżbiety Gas, znanej również jako Ismael Elżbieta Gas) “Śpijcie czujnie. Wydarzenia zaskoczą was w nocy, żywioły przejdą niespodziewanie, zabiorą wam gęstomaterialne dobra, wasz materialny dorobek. (…) Najlepiej, aby ci, co [znajdą się] na terenach, które będą zalane, kupili sobie kajak i spali w kajaku, bo inaczej siłą wody zostaną zmieceni. 40-metrowa fala będzie u wybrzeży Polski, zmiecie wszystko, co będzie na jej drodze, i małe szanse, abyście się uratowali, abyście mogli przeżyć taką siłę żywiołu wody. (…) Rozum wasz to żądze władzy i pieniędzy. To jest rozumowy upadek ludzkości, tak rozum góruje nad duchem i zdrowym rozsądkiem. Tym, którzy chcą zawładnąć Ziemią, nie pomogą żadne pływające budowle. Nic nie jest w stanie was ochronić. Skutek zwrotny dopadnie was wszędzie, gdzie będziecie. Udusi was wasza własna energia skutku zwrotnego. To, co zgotowaliście innym ludzkim duchom, wróci do was zwielokrotnione i energia wyrówna wszystkie rachunki bez udziału Stwórcy. Wy sami wymierzycie sobie sprawiedliwość swoimi czynami”.


ZDZISŁAW BAUMFELD (nie wiedząc, jak skomentować usłyszaną przepowiednię Tyary Elżbiety Gas):

Amen. (Po dłuższej pauzie, z zainteresowaniem) Kiedy nastąpią te wydarzenia, Kostucho?


ŚMIERĆ KLINICZNA:

Nie potrafię dokładnie odpowiedzieć na to pytanie. Mogę tylko przypuszczać, że między rokiem 2010 a 2012. Poza tym, wydaje mi się, iż tym „żywiołem wody” z proroctwa będzie fala tsunami albo fala powodziowa.


ZDZISŁAW BAUMFELD (ponuro):

Fala tsunami albo fala powodziowa… Aha…
(Anachronicznie śpiewa refren piosenki „Pokonamy Falę”)
„Poookooonaaaaamy faaalęęęęęęę,
Jeśli kaaażdy z naaas
Zbuuuduuujeee brzeeeeeeeg
Z miiiłooościii sweeeeeeej!
Poookooonaaaaamy faaalęęęęęęę,
Jeśli kaaażdy z naaas
Zbuuuduuujeee brzeeeeeeeg
Z miiiłooościii sweeeeeeej!”


ŚMIERĆ KLINICZNA:

Zdzisławku, na mnie też już pora, tak jak na Śmierć. Pamiętaj o wszystkim, co ci powiedziałam, i wyciągnij odpowiednie wnioski z oczywistych faktów. Do widzenia, śmiertelniku!


ZDZISŁAW BAUMFELD (zdumiony, że usłyszał „Do widzenia” zamiast „Żegnaj”):

Do widzenia! (Szybko) Aaaa, jeszcze jedno! Kiedy doczekam się obiecanej nagrody w postaci nauki OOBE i „przepisu” na wehikuł czasu?


ŚMIERĆ KLINICZNA:

Już niedługo, Zdzisławku. Wyślę do ciebie kogoś, kto cię w to wtajemniczy.


Śmierć Kliniczna znika, zostawiając ex-funkcjonariusza UB samego w kostnicy. Baumfeld, chociaż znowu jest wrażliwy na ból, zmęczenie i inne fizyczne dolegliwości, czuje się znacznie lepiej niż przed spotkaniem z postaciami fantastycznymi. Sprawia nawet wrażenie, jakby był gotów opuścić kostnicę i zemścić się na swoich oprawcach. Ale - ponieważ drzwi są zamknięte na klucz - nie może zrealizować tego planu.


ZDZISŁAW BAUMFELD (sam do siebie):

Zmartwychwstałem… Ja naprawdę zmartwychwstałem… Powstałem z martwych…
(Anachronicznie rapuje refren utworu „Jestem Bogiem” Paktofoniki)
„Jestem Bogiem -
- Uświadom to sobie!
Ty też jesteś Bogiem -
- Tylko wyobraź to sobie!”
(Dłuższa pauza)
Naiwni… Myślą, że oddałem ducha na Rynku Starego Miasta w Warszawie, późną nocą 30 kwietnia 1952 roku… Kto wie, może już przygotowują nagrobek o treści: „Zdzisław Bonifacy Baumfeld. 1921-1952. Poszerzył grono aniołków”? Cha, cha, cha, cha, cha! (Anachronicznie recytuje fragment tłumaczenia piosenki „End of All Hope” zespołu Nightwish) „Anioły, one upadają pierwsze, ale ja wciąż tu jestem”! Hehehe, może to dlatego, że nie jestem aniołem? Koniec tego dobrego! Trzeciego dnia o świcie „objawię się” tym skurczybykom i będę się śmiał z ich min! Tak, tak! 2 maja o godz. 6:00 rano pokażę całemu światu, że jestem niepokonany! Nastąpi totalna rezurekcja i teofania!





EPILOG



Czas akcji: 3 maja 1952 r.

Miejsce akcji: Młodzianowice, gabinet pułkownika Waldeberta Werfelberga

Osoby: Niewidoczny Narrator, Waldebert Werfelberg, Mroczysława Kalinowska-Wójcik (w gabinecie tego pierwszego), Archibald Moździerz, Fulgencjusz Skwarowski, Gorgoniusz Skwarowski (podsłuchujący za drzwiami)

Waldebert Werfelberg i Mroczysława Kalinowska-Wójcik, którzy już się dowiedzieli o “zmartwychwstaniu” Baumfelda (a nawet zobaczyli go na własne oczy), dyskutują w gabinecie dyrektora na temat tej afery. Nie wiedzą jednak, że za drzwiami stoją Archibald Moździerz i bracia Skwarowscy, którzy uważnie przysłuchują się ich rozmowie. Werfelberg sprawia wrażenie, jakby był wściekły, ale za wszelką cenę usiłował ukryć swoje emocje.


NIEWIDOCZNY NARRATOR (słyszalny tylko dla widzów):

Młodzianowice, 3 maja 1952 roku.


WALDEBERT WERFELBERG (do Kalinowskiej-Wójcik):

Powiem wam, towarzyszko Mroczysławo, jak to dokładnie było. Otóż 27 kwietnia, mniej więcej o godzinie 10:00 przed południem, zadzwonił do mnie ten drań Józef Różański i poinformował, że doniesiono mu o kompromitującej “szopce”, jaką uskutecznia w Warszawie mój były podwładny, Zdzisław Baumfeld, czyli funkcjonariusz Łowca Onych. Powiedział również, iż zapał Baumfelda może być niebezpieczny, ponieważ ma on dar przekonywania ludzi do swojej ideologii, marksizmu-zdzisławizmu. Odpowiedziałem mu, że wiem już o tej sprawie, a on zaoferował, iż może “nakręcić” warszawską bezpiekę w taki sposób, aby pojmała i zabiła Łowcę Onych. Ostateczna decyzja miała jednak należeć do mnie. Sami wiecie, towarzyszko Kalinowska-Wójcik, co było potem: zwołałem nadzwyczajne zebranie w sali konferencyjnej PZPR i razem z całym zespołem zadecydowałem o przyjęciu oferty pułkownika Różańskiego. Jak wiecie, nie zdradziłem jego nazwiska, bo sobie tego nie życzył. A dlaczego sobie nie życzył? Po pierwsze dlatego, że nie chciał się narazić na śmieszność, zajmując się jakimś trzeciorzędnym głupkiem z zadupia. Po drugie dlatego, że akcja zgładzenia Baumfelda NIE była oficjalną operacją MBP, tylko jego prywatną, potajemną, niezobowiązującą inicjatywą, podjętą z nudów, potrzeby rozrywki oraz sympatii do mojej osoby.


MROCZYSŁAWA KALINOWSKA-WÓJCIK (będąca pod wrażeniem):

Z sympatii do waszej osoby, towarzyszu pułkowniku? No to gratuluję!


WALDEBERT WERFELBERG:

29 kwietnia, zgodnie z obietnicą, oddzwoniłem do niego i powiedziałem, że zdecydowałem się skorzystać z jego propozycji, tzn. przekazać Łowcę Onych w ręce warszawskich organów bezpieczeństwa. Różański zaczął mnie gorąco zapewniać, że do Święta Pracy sprawa będzie załatwiona, że już nigdy więcej nie zobaczę tego pajaca, że mogę przestać się martwić o dobre imię młodzianowickiego Urzędu Bezpieczeństwa. Potem było dużo serdeczności: wyznaliśmy sobie, że się podziwiamy nawzajem i że powinniśmy się kiedyś spotkać, bo dawno nie rozmawialiśmy w cztery oczy. Już miałem zakończyć rozmowę, kiedy ten łotr wyskoczył z następującym tekstem: “Ejże! A zapłata za fatygę? W Warszawie nie ma nic za darmo!”. Myślałem, że śnię!


MROCZYSŁAWA KALINOWSKA-WÓJCIK (zbulwersowana, wytrzeszczając oczy):

Naprawdę kazał wam zapłacić za potajemne, służące prywatnym celom nadużycie władzy?! Towarzyszu, przecież to była korupcja!


WALDEBERT WERFELBERG (krzywi się):

Jak zwał, tak zwał. (Chichocze, anachronicznie parafrazując cytat z reklamy pewnego banku) “A morał tej bajki jest krótki i niektórym znany: to tylko mamy za darmo, co zrobimy sami”!


Archibald Moździerz i bracia Skwarowscy, którzy stoją za drzwiami, dwoją się i troją, żeby nie wybuchnąć śmiechem.


MROCZYSŁAWA KALINOWSKA-WÓJCIK (szczerze zaciekawiona):

Co było później, towarzyszu Werfelberg?


WALDEBERT WERFELBERG:

A co miało być? Powiedziałem Różańskiemu, że jeszcze tego samego dnia wyślę do Warszawy jakiegoś Tajnego Współpracownika, który wręczy mu oczekiwaną sumę pieniędzy.


MROCZYSŁAWA KALINOWSKA-WÓJCIK:

Czyli ile?


WALDEBERT WERFELBERG (siląc się na obojętny ton):

Trzy tysiące dolarów.


MROCZYSŁAWA KALINOWSKA-WÓJCIK (zszokowana, krzyczy):

Trzy tysiące… dolarów?! DOLARÓW?!


WALDEBERT WERFELBERG (zniecierpliwiony, opryskliwie):

Tak, dolarów! Chyba wyraźnie powiedziałem?! (Krótka pauza) Zrobiłem tak, jak obiecałem, chociaż nie było to dla mnie zbyt przyjemne. Wierzyłem, że skoro Różański dostał pieniądze, to sprawa zostanie należycie załatwiona. A tu nagle 2 maja, o zachodzie słońca, przychodzi do mnie Zdzisław Baumfeld we własnej osobie i oświadcza, że przechytrzył nas wszystkich! W pierwszej chwili pomyślałem, że widzę ducha albo zombie, ale potem zrozumiałem, co się stało… Ludzie, których Józef Różański wynajął za moje ciężko zarobione pieniądze, wcale nie zabili Baumfelda! A przecież doniesiono mi, że Łowca Onych skonał na Rynku Starego Miasta w Warszawie, 30 kwietnia po zmroku!


MROCZYSŁAWA KALINOWSKA-WÓJCIK (nie posiadając się z oburzenia):

Wierutne kłamstwo… Albo kompromitująca pomyłka, świadcząca o niedbalstwie, nieudolności i dyletantyzmie…


WALDEBERT WERFELBERG:

Byłem tak wściekły, że o mały włos nie udusiłem Świętożyźni Klemermann, która akurat stała w pobliżu! (Gniewnie, chcąc sobie ulżyć) Szczylwa kiełbolona w pufę Lwa Trockiego mać!!!


MROCZYSŁAWA KALINOWSKA-WÓJCIK:

Spokojnie, towarzyszu Waldebercie…


WALDEBERT WERFELBERG (straciwszy panowanie nad własną złością):

“Spokojnie”?! Różański zabrał mi trzy tysiące dolarów, a wy, towarzyszko Kalinowska-Wójcik, mówicie “spokojnie”?! (Nienawistnie, mściwym tonem, patrząc na sufit i anachronicznie posługując się cytatem z piosenki zespołu Bajm) “Józek, nie daruję ci tej nocy”!!!


Podsłuchujący Waldeberta funkcjonariusze zaciskają zęby i zatykają sobie usta, by się nie roześmiać.


MROCZYSŁAWA KALINOWSKA-WÓJCIK:

Mimo wszystko proszę, byście spróbowali się uspokoić…


Dyrektor Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Młodzianowicach bierze kilka głębokich oddechów, po czym nieco się uspokaja.


WALDEBERT WERFELBERG (znacznie spokojniej, ale wciąż ze złością):

Co on sobie myśli, do choroby ciężkiej?! Że może mnie robić w balona, bo on działa w Warszawie, a ja w Młodzianowicach?! Niedoczekanie jego! Ja też kiedyś pracowałem w stolicy, ale w 1947 roku przeniesiono mnie do Młodzianowic, żeby prowincja była równie dobrze pilnowana jak wielkie miasto! Co on sobie wyobraża, no co on sobie wyobraża?! I za kogo on się ma?! Czy ten nikczemnik myśli, że ja się go boję?! W żadnym wypadku! Zaraz do niego zadzwonię i pogadam z nim jak równy z równym - bo jesteśmy sobie równi stopniem! Tak, złożę reklamację! Nie zamierzam tolerować tego, że zabiera mi się kupę szmalu, a nie daje nic w zamian! Niegodziwiec ma oddać pieniądze albo zabić Baumfelda… na śmierć! Koniec, kropka!


ARCHIBALD MOŹDZIERZ (podekscytowany, szeptem, do pozostałych podsłuchujących, robiąc anachroniczną aluzję do pewnego programu nadawanego na Discovery Channel):

No to zapowiada się… “Starcie Bestii”, hehehe!


W tle rozlega się dźwięk gongu, później zaczyna grać muzyka z filmu “Mortal Kombat”. Waldebert Werfelberg podchodzi do biurka, na którym stoi telefon - chwyta słuchawkę, ostrożnie i uważnie wykręca numer, a potem dosyć długo czeka, aż ktoś po drugiej stronie raczy odebrać. Gdy połączenie zostaje nawiązane, muzyka szybko cichnie.


WALDEBERT WERFELBERG (do telefonu, parafrazując słowa z zabawnej rozmowy telefonicznej “Gdzie pieniądze są za las?” znanej z Internetu):

“Józek? Uaa… Józek? A kto mówi? A kto przy telefonie? Słuchaj, jest tam z wami Józek? K***a jego mać! Dlaczego on mnie tak wyzyskał?! Mojej prośby nie spełnił, z moim podwładnym się nie rozprawił, moje pieniądze zabrał… Kto mógł przewidzieć, że on schrzani sprawę?! Ty, powiedz temu s*****synowi, gdzie on pojechał, bo go sz… szlag jasny trafi, krew nagła zaleje!!! Spartaczył egzekucję! Po jaką cholerę mój Tajny Współpracownik pojechał z tymi trzema tysiącami dolarów do Warszawy, skoro on spartaczył egzekucję?! K***a, ja ci dam: ‘Kto to mówi‘! Aż was szlag jasny trafi, krew nagła zaleje! K***a wasza zaj***na mać była! Ja ci, k***a dam: ’Co ty chcesz’! Ja ci dam, k***a… GDZIE PIENIĄDZE SĄ ZA BAUMFELDA?! K***a, ja słyszałem, ja wiem, gdzieście byli, coście robili, ja ci, k***a dam przygotowania do Święta Pracy! Ja mam wszystko na was, ja wszystko, k***a wasza mać! Oddajcie mi pieniądze, wy s****syny jasne, pierony zaj***ne, siarczyste! K***a, żeby was pierony ogniste, siarczyste… Do was… Uuuu… Uuuu…”.


Dyrektor młodzianowickiego UB rzuca słuchawkę. Parodia (parafraza) rozmowy telefonicznej “Gdzie pieniądze są za las?” dobiega końca.


WALDEBERT WERFELBERG (do Mroczysławy):

Klasyczna sytuacja… Gdy on chce ode mnie pieniędzy, to sam do mnie dzwoni… A gdy ja chcę od niego pieniędzy, to nie mogę się z nim skontaktować… Najpierw zaproponował, że “wielkodusznie” wyświadczy mi przysługę, lecz kiedy się zgodziłem, niespodziewanie zażądał zapłaty…


Mroczysława Kalinowska-Wójcik przypomina Werfelbergowi to, co on sam wcześniej powiedział.


MROCZYSŁAWA KALINOWSKA-WÓJCIK (anachronicznie cytuje słowa z reklamy pewnego banku):

“A morał tej bajki jest krótki
I niektórym znany:
To tylko mamy za darmo,
Co zrobimy sami!”


Archibald Moździerz oraz bracia Skwarowscy nie wytrzymują i parskają głośnym śmiechem. Podpułkownik Kalinowska-Wójcik podbiega do drzwi, otwiera je i przyłapuje trzech funkcjonariuszy na podsłuchiwaniu prywatnej rozmowy.


MROCZYSŁAWA KALINOWSKA-WÓJCIK (do Archibalda, Fulgencjusza i Gorgoniusza, słowami kontrowersyjnej ezoteryczki Tyary Elżbiety Gas/ Ismaela Elżbiety Gas):

“Puknijcie się w głowę, najlepiej weźcie dużą patelnię, aby mocno zabrzmiało echo puknięcia! (…) Wszystko się wypełnia, a wy stoicie nad przepaścią i się śmiejecie, wyszydzacie… Wy zaraz tam wpadniecie! Czy dalej chcecie się okłamywać? Wreszcie zrozumcie, że Prawda i Czas Apokalipsy już nastał! A wy się wybieracie w przepaść?! Nie chcecie słuchać, jak bardzo niebezpiecznie dla was nad przepaścią. Ale to WY musicie się wysilić, aby to dostrzec!”.


FULGENCJUSZ SKWAROWSKI (przerażony):

O, Stalinie przenajczerwieńszy! To chyba była Czwarta Tajemnica Młodzianowicka!




K-O-N-I-E-C

Natalia Julia Nowak,
4-7 lipca 2010 r.


____________________________
*PRZYPIS. Pułkownik Józef Różański:

http://www.jerzyrobertnowak.com/ksiazki/zbrodnie_ub.htm
http://pl.wikipedia.org/wiki/J%C3%B3zef_R%C3%B3%C5%BCa%C5%84ski