niedziela, 30 maja 2010

Kwestionariusz Prousta 2010

Niektórzy z Was zapewne zauważyli, że każdego roku w wakacje wypełniam tzw. "kwestionariusz Prousta". Pierwszy z nich wypełniłam w roku 2007, a ostatni dzisiaj, czyli 30 maja (bo tak się składa, że - jako maturzystka - mam wakacje od 30 kwietnia). Jeśli chcecie zobaczyć mój najnowszy "kwestionariusz Prousta", wejdźcie na stronę:

http://proust.25.pl/czytaj.php?id=28180

Jest tylko jeden problem... Otóż cytat, który umieściłam na czerwonym polu, został samowolnie skrócony przez komputer. W wyniku tego niepotrzebnego zabiegu zniknęło nazwisko osoby, która ów cytat napisała - George'a Orwella. Zamiast nazwiska brytyjskiego pisarza widnieje więc tajemnicze słówko "GEO". Ech... :-/

Pozdrawiam serdecznie!

En-Dżej-En

wtorek, 25 maja 2010

100% na maturze! Jestem genialna - zawsze o tym wiedziałam! :D

Witajcie, drodzy Internauci!

Nie jestem pewna, czy dzisiejsza notatka będzie poprawna pod względem gramatycznym i interpunkcyjnym, albowiem piszę pod wpływem ogromnych emocji, które za nic w świecie nie chcą mnie opuścić.

Ludzie, jestem genialna!!! Wybitna!!! Cudowna i fantastyczna!!!

Na ustnej maturze z języka polskiego, która odbyła się dzisiaj po południu, zdobyłam 20 punktów na 20 możliwych, czyli 100 procent!

Rozumiecie?! Całe 100 procent na ustnej maturze! 100 procent! Ni mniej, ni więcej! A myślałam, że będzie znacznie gorzej!

Temat przygotowanej przeze mnie prezentacji brzmiał: "Twórczość George'a Orwella jako ostrzeżenie przed totalitaryzmem". Przedstawiłam ustrój polityczny państwa ukazanego w "Roku 1984" oraz dzieje czworonożnych bohaterów "Folwarku Zwierzęcego", wyciągnęłam wnioski z obu utworów, a potem przypomniałam, iż takie zjawiska jak prześladowania polityczne czy brak wolności słowa mogą się zdarzyć w każdym systemie (nie tylko w totalitarnym, ale również w demokratycznym). Później już tylko odpowiadałam na pytania komisji egzaminacyjnej.

No i mam te 100%. To jest jeden z najszczęśliwszych dni w moim życiu!!! :-)

Pozdrawiam i przepraszam za ewentualne błędy stylistyczne!

Tak to już jest, że gdy pisze się notatkę pod wpływem silnych emocji, można bardzo łatwo popełnić pomyłkę językową. ;-)

Pozdrawiam raz jeszcze!

En-Dżej-En


P.S. Heh, George Orwell pewnie cieszy się w niebie... No dobra, żartuję, wszak jestem ateistką! ;-)

niedziela, 23 maja 2010

"TragiFarsa 59 lat później" - satyra na UB-eków i SB-eków

TragiFarsa 59 lat później

Kontynuacja “TragiFarsy socNIErealistycznej”




Czas akcji: rok 2007
Miejsce akcji: park miejski
Osoby: Zdzisław Baumfeld, Maria Lolita, Wespazjan Cipka, Kordelia Kordelas, Siemomysł Ciesielski, Cieszymysł Siemieński, Gardenia Piszczelecka

W parku miejskim, powoli “przygotowującym się” do zimy, przebywa 86-letni pan, ubrany w ciemnozieloną kurtkę i czarny, dosyć staroświecki beret. Jest nim Zdzisław Baumfeld - były funkcjonariusz Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego, bohater opowiadania “Biblia ubecji, czyli teczka towarzysza Zdzisława” i sztuki teatralnej “TragiFarsa socNIErealistyczna”. Starzec ma długą, siwą brodę w stylu Świętego Mikołaja, ale - pomimo mocno dojrzałego wieku - jest silny, zdrowy, wyprostowany, energiczny, ruchliwy i wygląda na młodszego o 20 lat. Chociaż tak dobrze się trzyma, z niewiadomych przyczyn ma przy sobie laskę. Zdzisław Baumfeld przez jakiś czas siedzi na ławce i rozmyśla, aż w końcu wyrywa go z zadumy okrzyk wchodzącej na scenę 80-letniej Marii Lolity (jego byłej kochanki, ex-Tajnej Współpracowniczki UB, obecnie uroczej staruszki w różowej kurtce, długiej, amarantowej spódnicy i również amarantowym kapelusiku. Starsza pani ma landrynkowo różowe usta, jasnoróżowe policzki i ciemnoróżowe powieki).



MARIA LOLITA (radośnie, głupawo, piskliwym głosikiem, wypuszczając zakupy z rąk):

Dzień dobry, panie Zdzisławie!


ZDZISŁAW BAUMFELD (wesoło, uprzejmie, spostrzegając swoją byłą kochankę):

Dzień dobry, pani Marysiu! (Przesuwa się w prawo i wskazuje na wolne miejsce obok niego) Proszę, niech pani siada!


Maria Lolita podnosi z chodnika zakupy i siada obok niegdysiejszego podporucznika UB (funkcjonariusza Łowcy Onych).


MARIA LOLITA (do Zdzisława):

Cóż to, panie Zdzisiu, gazetki się dzisiaj nie czyta?


ZDZISŁAW BAUMFELD:

Nie ma kasy. Emeryturę ukrócili.


MARIA LOLITA (smutno, wzdychając):

Ano właśnie, panie Zdzisiu, ano właśnie… Człowiek stary, schorowany, chciałby mieć na lekarstwa i na coś do czytania, a tu lipa, bo mu emeryturę zabierają… Ja nie wiem, panie Zdzisiu, nie wiem… Kto to widział, żeby młodzi, zdrowi, rześcy ludzie tak wyzyskiwali bezbronnych staruszków?! Niedługo pewnie wprowadzą przymusową eutanazję! Anieli Pańscy… Moi świętej pamięci rodzice w grobie się przewracają… Ale wie pan co, panie Zdzisiu? Ja zauważyłam, że te wszystkie patologie zaczęły się… no… tak gdzieś kilka lat po tym, jak skończył się komunizm…

ZDZISŁAW BAUMFELD (stanowczo, dobitnie, parafrazując popularne w Internecie hasło):

Komunizm skończył się w 1956 - potem była już tylko komercja!


MARIA LOLITA (nieco zdziwiona):

Dlaczego pan tak uważa?


ZDZISŁAW BAUMFELD:

Dlaczego tak uważam, pani Marysiu? Bo taka prawda jest! Jak mnie denerwują ci wszyscy młodzi historycy i dziennikarze, którzy mówią, że po ’56 roku nadal istniał w Polsce komunizm! Młodzi, głupi, nie żyli w tamtych czasach, a wymądrzają się, jakby wszystkie rozumy pozjadali! Pani Marysiu, niech mi pani powie, czy to cały świat zwariował, czy to tylko ja się zestarzałem?! Nawet wczoraj w telewizji jakaś trzydziestoletnia cytoplazma bredziła, że komunizm upadł w 1989 roku. Phi! Prawdziwego komunizmu to ona nigdy nie zaznała! Stąd jej oszołomskie wynurzenia typu “agenci Służby Bezpieczeństwa byli pretorianami komunistycznego reżimu”. No, po prostu śmiech na sali!


MARIA LOLITA (nieśmiało):

Ale przecież SB powstało po to, by bronić ówczesnego ustroju…


ZDZISŁAW BAUMFELD (wyniośle, odrobinę zniecierpliwiony):

Pani Marysiu, ja pani coś powiem. Jeśli ktoś błędnie utożsamia SB z UB i upiera się przy swoim stanowisku, to jest najzwyklejszym w świecie bruzdogłowcem! Czy te niedouczone mikrotubule naprawdę wierzą w idiotyzmy, które głoszą?! UB i SB to nie jest kwestia jednej litery! Do nas, do Urzędu Bezpieczeństwa, przyjmowano wyłącznie najlepszych - ludzi o wzorowych życiorysach, nieskazitelnych światopoglądach, szlachetnych i odważnych, prawdziwie oddanych Ideologii oraz Rewolucji. Dlatego byliśmy elitą ludu, która cieszyła się ogromnym autorytetem i z którą wszyscy musieli się liczyć. A SB? To była komercyjna, kapitalistyczna, burżuazyjna instytucja, z którą mógł współpracować każdy karierowicz czy dorobkiewicz, i, co najgorsze, był tam mile widziany! Pani Marysiu… Gdzież za naszych czasów taki maczugowiec jak Siemomysł Ciesielski pseud. Siema dostałby posadę w organach bezpieczeństwa PRL?! On mógłby co najwyżej dostać kopa w d**ę, cios w plecy albo kulę w łeb!


Maria Lolita wybucha głupim, dosyć dziecinnym śmiechem.


ZDZISŁAW BAUMFELD:

No co? Przecież prawdę mówię! Nie tak było? Tak było! Agent Siema… Skończony idiota, sługa dwóch panów… W dni parzyste pracował dla SB, a w nieparzyste dla Solidarności… Za naszych czasów coś takiego było nie do pomyślenia! Nigdy nie zdarzało się, by ktoś był jednocześnie marksistą i antymarksistą jak… jak… jak… jak… jak Fałszywa Maria z “Metropolis”!


MARIA LOLITA (pozytywnie zaskoczona):

Oglądał pan “Metropolis”? Świetny film!


ZDZISŁAW BAUMFELD:

Oczywiście, że oglądałem “Metropolis”! Moi rodzice to oglądali, ja to oglądam, moje dzieci to oglądają, moje wnuki to oglądają, i moje prawnuki też to oglądają! Ten film jest nieśmiertelny, szkoda, że dziś się takich nie kręci! “Metropolis” - prawdziwe, przedwojenne arcydzieło, przy którym cały współczesny chłam może się schować! (Parodiując Fałszywą Marię) “Zabijcie maszyny, głupcy! Zadajcie im śmierć!”, hehehe… (Dłuższa pauza, podczas której Baumfeld znacznie poważnieje) Ech, Siemomysł Ciesielski i Cieszymysł Siemieński… Dwa pokiełbolone endosymbionty z zaburzeniami osobowości i rozdwojeniem jaźni… (Gniewnie, nienawistnie, mrużąc złowrogo oczy) Kurde zygzak, jak ja bym im obił te pryszczate fizysy! Jak ja bym im paznokcie z paluchów powyrywał, jak ja bym im powieki papierochem przypalił, jak ja bym im pęcherze na mrozie przeziębił, jak ja bym im stopy biczyskiem wysmagał!


MARIA LOLITA (słodko, uspokajająco):

Proszę się nie złościć, lekarz panu zabronił…


ZDZISŁAW BAUMFELD (z furią, porównując swoich wrogów do bohaterów różnych filmów, seriali, kreskówek i utworów literackich):

Agent Siema i agent Nara! Głupi i głupszy! Flip i Flap zafajdanej esbecji! Paweł i Gaweł! Pinky i Mózg! A razem z nimi ten endecko-antysemicko-szowinistyczny chlorofil Borys Labrys! Trzy Szalone Zera! Hyzio, Dyzio i Zyzio! Ed, Edd i Eddy! Felix, Net i Nika! No, z tą Niką to jednak przesada…


Była kochanka Łowcy Onych “dusi się” ze śmiechu.


ZDZISŁAW BAUMFELD (ostro):

Proszę się nie śmiać, ja tu mówię o poważnych sprawach! Tutaj trzeba płakać, a nie robić dobrą minę do złej gry! (Nieco ciszej i łagodniej) Przepraszam, że się unoszę, ale… Na litość Marksa, jak można stawiać badziewne SB w jednym szeregu z naszym UB?! To tak, jakby porównywać głos Anette Olzon do głosu Tarji Turunen, płytę “Echos” Lacrimosy do “Elodii” albo nowe piosenki Metalliki do starych!


MARIA LOLITA (nadal rozbawiona, posługując się popularnym hasłem):

Metallica skończyła się na “Kill’Em All” - potem była już tylko komercja!


ZDZISŁAW BAUMFELD (poważnie):

Dokładnie! Cieszę się, że rozumie pani to, o czym mówię!


MARIA LOLITA:

Dziękuję, panie Zdzisiu. Swoją drogą, ma pan bardzo ciekawe preferencje muzyczne: Nightwish, Lacrimosa, Metallica… Rozumiem, że jest pan miłośnikiem mocnego uderzenia?


ZDZISŁAW BAUMFELD (przewrotnie):

Heh, za “mocne uderzenia” to ja zostałem skazany na karę ośmiu lat pozbawienia wolności, jednak wyszedłem z więzienia już po miesiącu, ponieważ… No, po prostu wyszedłem stamtąd już po miesiącu.


MARIA LOLITA (chichocze):

Tak myślałam. (Poważnie) Ale niech pan, panie Zdzisiu, nie będzie taki cwany. Najeżdża pan na Służbę Bezpieczeństwa, a przecież sam pan był jej agentem przez ćwierć wieku. Wybiela pan ubecję, a przecież to ubecja pana zamordowała, nie esbecja.


ZDZISŁAW BAUMFELD (siląc się na to, by być wiarygodnym i przekonującym):

Owszem, ubecja mnie zamordowała, ale to była tylko śmierć kliniczna, więc nie podchodzę do tego poważnie. Co zaś do esbecji, to prawda, że “wkręciłem się” w jej szeregi, ale zrobiłem to dla idei i budowania lepszej przyszłości. Nie byłem taki jak ci, którzy zostawali agentami wyłącznie dla pieniędzy albo pod przymusem.


MARIA LOLITA:

No to był pan od nich gorszy, bo oni czynili to WYŁĄCZNIE dla pieniędzy lub pod przymusem, a pan - świadomie, dobrowolnie, z własnej inicjatywy i z pełnym poparciem dla profilu tej instytucji! Ech, panie Zdzisiu, jaki z pana “beton”…


ZDZISŁAW BAUMFELD (zdumiony i zirytowany):

Sugeruje pani, że te sprzedajne, polityczne prostytutki były lepsze ode mnie: idealisty i wolontariusza?! Chyba duch Trockiego panią opętał! Heh, kiedy w latach pięćdziesiątych wróciłem z emigracji do Polski Ludowej i postanowiłem się pogodzić z moimi współtowarzyszami, pewna pani powiedziała mi: “Towarzyszu, UB zostało zlikwidowane kilka lat temu! Już go nie ma!”. Spytałem wówczas: “A co jest, towarzyszko?”. Kobieta mi odpowiedziała: “SB”. Wtedy ja wytrzeszczyłem oczy i wykrzyknąłem po angielsku: “What the f**k?!” - “Co za g***o?!”, hehehehehe! Ale potem przyłączyłem się do nich, bo niczego lepszego nie znalazłem. (Zaczepnie, po długiej pauzie) A pani to co, Mario Lolito? Może nie była pani Tajną Współpracowniczką UB i SB? Donosiła pani na wszystkich i wszystko, a teraz próbuje pani moralizować?


MARIA LOLITA (piskliwie, kładąc dłoń na ramieniu Zdzisława):

Och, panie Zdzisiu, przecież pan wie, że ja to robiłam wyłącznie dla pana! Pan był… Pan był najważniejszą osobą w moim życiu! Dla kogoś takiego, jak pan, byłam w stanie poświęcić… właśnie wszystkich i wszystko! Pan był taki przystojny, miał pan takie lśniące, czarne włosy, takie wspaniałe, silne ciało, takie zniewalające spojrzenie, taki dumny, pełen godności wyraz twarzy, takie wąskie, surowe usta… KOCHAŁAM PANA! Rozumie pan?! Byłam w panu absolutnie odurzona!


Zdzisław kręci głową sceptycznie.


ZDZISŁAW BAUMFELD:

Nie, nie, pani Mario. Nie kochała mnie pani. Rozważałem tę kwestię przez ponad pięćdziesiąt lat i doszedłem do wniosku, że pani była ze mną… jak by to powiedzieć… jedynie dla seksu. Zresztą, ja z panią też. Pani była najbardziej zeszmaconą kobietą w PRL - składała pani donosy na swoich znajomych, aby móc pójść ze mną do łóżka. Taka jest prawda. IPN może ją potwierdzić. Powiedzmy to sobie otwarcie, teraz, gdy już wszystko jest skończone i nieaktualne.


Maria Lolita robi taką minę, jakby miała zaraz się rozpłakać.


MARIA LOLITA (żałośnie, płaczliwym tonem):

Jak pan może tak mówić?! Przecież ja naprawdę pana kochałam! Pozostałam przy panu nawet wtedy, gdy dyrektor UB… jak mu było? Lord Voldemort? Darth Vader?


ZDZISŁAW BAUMFELD:

Waldebert Werfelberg.


MARIA LOLITA (dokańcza urwaną myśl):

…nawet wtedy, gdy dyrektor UB Waldebert Werfelberg znienawidził pana i zaczął działać na pańską niekorzyść! A pan teraz twierdzi, że łączył nas tylko seks?! Toż to TragiFarsa socNIErealistyczna!


ZDZISŁAW BAUMFELD (rapuje fragmenty piosenki rapera Karramby):

“To NIE była miłość jak w Przeminęło z wiatrem -
- Ty miałaś duży biust, a ja miałem sałatę. (…)
Rozumem nie grzeszyłaś, za to nadrabiałaś ciałem;
Jedno jest pewne - nigdy Cię nie kochałem!
Na wierną sukę ostro Cię tresowałem,
Jak prywatną prostytutkę, tak Cię traktowałem.
Miałem rację! Bo byłaś głupią d**ą!
Głupią, p***doloną i niewyżytą suką!”


Była kochanka Baumfelda zaczyna płakać i szlochać. Zdzisław, chociaż się krzywi, delikatnie obejmuje ją ramieniem (jak za dawnych lat). Przez długi czas panuje nieprzyjemna, obezwładniająca cisza. W końcu Maria Lolita uspokaja się i postanawia przemówić do siedzącego obok mężczyzny.


MARIA LOLITA:

Dobrze, panie Zdzisiu, nie wracajmy już do tego tematu, bo to i tak nie miałoby sensu. Po co rozmawiać o rzeczach, które obecnie nie mają żadnego znaczenia? Niech mi pan lepiej powie, co u pana słychać!


ZDZISŁAW BAUMFELD (pogodnie, jakby nigdy nic):

Oj, pani Marysiu… Gdyby pani zobaczyła, kto się wprowadził do mojej klatki schodowej, to by pani w życiu nie uwierzyła, jaki ten świat jest mały! Człowiek, którego wolałbym na oczy nie widzieć, razem ze swoją wnuczką zamieszkał dokładnie nade mną!


MARIA LOLITA (szczerze zaciekawiona):

Jaki człowiek?


ZDZISŁAW BAUMFELD (tajemniczo, intrygująco):

Aaaajjj, to na razie tajemnica! Proszę, niech pani ze mną pójdzie przed mój wieżowiec, to pokażę pani nowe nazwisko przy domofonie! Kiedy ujrzałem tego gościa po raz pierwszy, od razu pomyślałem, że jest on podobny do pewnego faceta, którego znałem przed laty. Mimo to, przekonywałem samego siebie, iż mogę mieć deja vu albo po prostu go z kimś mylić. Pewnego dnia coś we mnie “pękło” i postanowiłem do niego zagadać. Zaczepiłem go na ulicy, spytałem “Czy my już przypadkiem się nie spotkaliśmy?”, a on zrobił taką minę, jakby skądś mnie znał, ale nie pamiętał, skąd. Jego odpowiedź na moje pytanie brzmiała: “Możliwe, że już się spotkaliśmy, ale nie ma to dla mnie żadnego znaczenia. I tak nie potrafię określić pańskiej tożsamości”. Parę dni temu, gdy przy domofonie pojawiło się nazwisko tego człowieka, wyzbyłem się wszelkich wątpliwości. To ON, pani Marysiu! To ON! Chodźmy, a przekona się pani, jaki ON!


Zdzisław Baumfeld i Maria Lolita jak na komendę wstają z ławki. Starsza pani już ma chwycić torby z zakupami, kiedy nieoczekiwanie uprzedza ją były UB-ek.


ZDZISŁAW BAUMFELD (grzecznie, pozując na dżentelmena):

Pozwoli pani, że ja poniosę zakupy?


Kobieta uśmiecha się z wdzięcznością.


MARIA LOLITA:

Dziękuję, panie Zdzisiu, to bardzo miłe z pana strony…


Nagle wchodzą na scenę Wespazjan Cipka (83-letni staruszek, jeden z bohaterów “Biblii ubecji” i “TragiFarsy socNIErealistycznej”) oraz jego wnuczka Kordelia Kordelas (16-letnia przedstawicielka subkultury gotyckiej, odziana w całości na czarno. Nastolatka ma długie, czarne, rozpuszczone włosy, mroczny, “wampiryczny” makijaż, a na nogach wysokie glany). Na widok Cipki Zdzisław Baumfeld wytrzeszcza oczy i popada w dziwną ekscytację.


ZDZISŁAW BAUMFELD (do Marii Lolity, niezbyt dyskretnie):

Pani Marysiu, proszę spojrzeć! To ten człowiek! Mój nowy sąsiad! Już nie musimy iść przed mój wieżowiec… ON sam do nas przyszedł!


Maria Lolita wpatruje się w Wespazjana Cipkę, ale za nic w świecie nie może go rozpoznać.


MARIA LOLITA:

Nie kojarzę człowieka… Patrzę, patrzę, ale… Nie wiem, kto to jest… Przepraszam, panie Zdzisiu… Naprawdę go nie znam…


ZDZISŁAW BAUMFELD (z wyrzutem):

Wespazjana Cipki pani nie pamięta?! Wespazjana Cipki, tego patefona?! A kto pani zjadł kota?!


Była kochanka Zdzisława doznaje olśnienia.


MARIA LOLITA (oszołomiona wiedzą, którą właśnie odzyskała):

Aaaa, Wespazjan Cipka! Kojarzę, panie Zdzisiu, kojarzę! To ten… jak go pan określił… “gronkowiec”, który robił sobie jaja podczas przesłuchania i przysiągł mówić “g***o prawdę”! Teraz go poznaję… Tak… Kurczę, a niedawno właśnie się zastanawiałam, czy on jeszcze żyje! Chyba miałam przeczucie, że go spotkam!


Ex-funkcjonariusz Łowca Onych oddaje Marii Lolicie zakupy, podchodzi do swojej niegdysiejszej ofiary i uśmiecha się obłudnie.


ZDZISŁAW BAUMFELD (do Wespazjana, z fałszywą życzliwością):

Dzień dobry, panie sąsiedzie!


WESPAZJAN CIPKA (dosyć nieufnie i niechętnie, do Baumfelda):

Dzień dobry.


KORDELIA KORDELAS:

Dzień dobry.


ZDZISŁAW BAUMFELD:

No i jak, panie sąsiedzie? Zastanawiał się pan nad tą sprawą, która wypadła wczoraj w południe? Chodzi mi o to zalanie mieszkania… Wie pan, ja z reguły nie lubię wywoływać afer, ale wczoraj miałem przez pana taką powódź, że musiałem wezwać na pomóc sąsiadów z naprzeciwka, państwa Rysików. Myślę, że jest mi pan coś winien.


WESPAZJAN CIPKA (nadal nieufnie i niechętnie):

Winien? Wydawało mi się, że wszystko ustaliliśmy wczoraj.


ZDZISŁAW BAUMFELD (udając zmartwionego i nieśmiałego):

No, niby tak, ale… Drogi panie, to była taka straszna powódź… Mordercza fala gnała przed siebie dosłownie jak w “Metropolis”… Nie wiedziałem, co robić, co ratować… Dlatego obawiam się, że jestem zmuszony poprosić pana o jakąś formę zadośćuczynienia. W przeciwnym wypadku, kochany panie sąsiedzie, cała ta sprawa znajdzie swój epilog w sądzie.


KORDELIA KORDELAS (wtrąca się):

W sądzie? Czy to nie jest przesada?


Zdzisław Baumfeld spogląda z pogardą na nastolatkę.


ZDZISŁAW BAUMFELD:

Jak się nazywasz, młoda damo?


KORDELIA KORDELAS:

Kordelia Kordelas.


ZDZISŁAW BAUMFELD (ironicznie):

Kordelia Kordelas… To brzmi jak Violetta Villas!


KORDELIA KORDELAS (wyniośle):

Wszyscy mi to mówią. Ale ja nie słucham popeliny. Jestem fanką gotyckiego rocka i gotyckiego metalu.


ZDZISŁAW BAUMFELD (puszczając do dziewczyny oczko):

To tak samo jak ja. Chyba jesteśmy bratnimi duszami. Myślę, że powinniśmy się kiedyś spotkać i porozmawiać o dobrej muzie. Co ty na to, mała? (Do Cipki) Drogi panie sąsiedzie, czy pan w ogóle widzi, jak wygląda pańska wnuczka?! Za moich czasów nikt się tak nie ubierał!


KORDELIA KORDELAS (zjadliwym tonem):

“Za pana czasów” to płyty z muzyką były wielkości pizzy, samochody nie posiadały GPS, słuchawki były połączone z telefonami za pomocą kabli, a gry komputerowe były dwuwymiarowe!


ZDZISŁAW BAUMFELD:

Za moich czasów nie było komputerów.


KORDELIA KORDELAS (rozbawiona):

Naprawdę? Heh, wygląda na to, że zbyt wysoko oceniłam pańską epokę! (Złośliwie) Proszę pana… Sorry, że pytam, ale… Czy pamięta pan króla Ćwieczka?! (Pomimo mrocznego, gotyckiego wizerunku, wybucha głośnym, radosnym śmiechem) No dobra, tylko żartuję… Tylko żartuję… Za pana czasów nie było żadnych królów… W ogóle nie było niczego!


ZDZISŁAW BAUMFELD:

Powiem ci coś takiego, młoda damo: znałem twojego dziadka, kiedy był niewiele starszy od ciebie, i muszę przyznać, że jesteś taka sama jak on. Dokładnie taka sama jak on! Ale powinnaś się z tego cieszyć, bo to oznacza, że nikt cię nie podmienił w szpitalu, kiedy się urodziłaś, hehehehehe!


KORDELIA KORDELAS (ironicznie):

Strasznie śmieszne… Koń by się uśmiał… Ma pan strasznie staroświeckie poczucie humoru… Ale proszę pamiętać, że przyszłość należy do nas, młodych, a nie do starych, takich jak pan.


ZDZISŁAW BAUMFELD (do Wespazjana Cipki, lekceważąc nastolatkę):

Wracając do tamtego zdarzenia…


WESPAZJAN CIPKA:

Wczoraj panu powiedziałem, co o tym wszystkim sądzę. Nie uważam, że jestem panu cokolwiek winien. Wręcz przeciwnie.


ZDZISŁAW BAUMFELD (świętoszkowato):

Zauważyłem, iż od samego początku jest pan do mnie… hmmm… negatywnie nastawiony.


Na scenę wchodzą Siemomysł “Siema” Ciesielski (48 lat), Cieszymysł “Nara” Siemieński (49 lat) i Gardenia Piszczelecka (49 lat). Niestety, ani uczestnicy rozmowy, ani przysłuchująca się jej Maria Lolita nie zauważają nowych postaci. Siemomysł, Cieszymysł i Gardenia siadają na wolnej ławce, po czym wsłuchują się w nieprzyjemną dyskusję między Zdzisławem, Wespazjanem a Kordelią.


WESPAZJAN CIPKA (do Baumfelda):

Negatywnie nastawiony? Ludzie mówią co innego. Pani Milda Kiloff powiedziała mi, że zawsze był pan idealnym sąsiadem, ale odkąd ja się wprowadziłem, stało się z panem coś dziwnego. Na przykład zaczął pan słuchać głośnej muzyki.


KORDELIA KORDELAS (uściślając wypowiedź swojego dziadka):

Starego Nightwisha z Tarją Turunen, starej Lacrimosy i starej Metalliki.


WESPAZJAN CIPKA:

Ja się nie znam na tych wszystkich młodzieżowych zespołach, ale fakt jest taki, że muzyka gra bardzo głośno i moja wnuczka nie może się uczyć.


KORDELIA KORDELAS (do dziadka, obruszając się):

Och, dziadziusiu, nie przesadzaj! Ja bardzo lubię Nightwisha, Lacrimosę i Metallicę! A dzięki temu panu z pierwszego piętra mam radio za darmo! (Śpiewa fragment piosenki “Gethsemane” zespołu Nightwish) “Toll no bell for me, Father, but let this cup of suffering pass from me. Send me no shepherd to heal my world but the Angel - the dream foretold…”


ZDZISŁAW BAUMFELD (zniecierpliwiony, do Wespazjana):

Panie sąsiedzie, ja nadal czekam na naprawienie szkody, którą wczoraj pan wyrządził. Słucham, co pan zamierza zrobić, aby zredukować skutki zalania?


WESPAZJAN CIPKA (również zniecierpliwiony):

Proszę pana, czy pan naprawdę nie rozumie tego, co się do pana mówi? Wszystko, co miałem do powiedzenia na ten temat, powiedziałem wczoraj! Nie rozumiem, po co tutaj stoimy i dyskutujemy o niczym.


ZDZISŁAW BAUMFELD (złośliwie, robiąc aluzję do wydarzeń, które miały miejsce w “TragiFarsie socNIErealistycznej”):

A może po 59 latach przestanie pan robić taką tajemnicę również z tego, kto przewodniczył tamtemu zebraniu, które ONI zorganizowali pewnej nocy w 1948 roku?


WESPAZJAN CIPKA (wściekle, załapując aluzję):

Znowu pan zaczyna?! Mało panu wrażeń po ostatniej rozprawie sądowej?! Nie chcę być niegrzeczny, panie Zdzisławie Baumfeldzie, były podporuczniku UB, funkcjonariuszu Łowco Onych, ale rozmawiając ze mną, łamie pan prawo, gdyż sąd nakazał panu trzymać się ode mnie z daleka!


ZDZISŁAW BAUMFELD (niewinnym głosikiem):

Cóż, to nie moja wina, że mieszkamy w jednej klatce schodowej! Gdybym wiedział, że nasze losy tak się skrzyżują, to zastrzeliłbym pana wtedy, kiedy miałem taką możliwość! Tak, panie sąsiedzie! Miałem zamiar to zrobić, ale powstrzymała mnie moja ówczesna kochanka, Maria Lolita, która przekonała mnie, że egzekucje w lasach są niemoralne, bo zwierzęta słyszą strzały, wpadają w panikę, uciekają ze swoich kryjówek, wbiegają na jezdnię i giną pod kołami samochodów! Tak, tak, panie Wespazjanie Cipko! Maria Lolita pana broniła, a pan dzisiaj nawet nie powiedział jej “Dzień dobry”!


WESPAZJAN CIPKA:

Ona nie broniła mnie! Ona broniła sarenek i zajączków!


MARIA LOLITA (wtrąca się do rozmowy):

No, nie tylko sarenek i zajączków…


ZDZISŁAW BAUMFELD (oschle, do Marii Lolity):

Mniejsza z tym! Proszę się nie wymądrzać, bo i tak wszyscy wiedzą, że ma pani niską normę intelektualną!


WESPAZJAN CIPKA:

Panie Zdzisławie, przeczytałem niedawno pańską autobiografię zatytułowaną “Niezrozumiany jak Cobain, niedoceniony jak Norwid“. Stek kłamstw! Właściwie, mogę ją zrecenzować za pomocą jednego, krótkiego słowa: MATRIX!


ZDZISŁAW BAUMFELD (po raz kolejny robi aluzję do swojego ulubionego hasła):

“Matrix”?! Kino światowe skończyło się na “Metropolis” - potem była już tylko komercja! (Dłuższa pauza) Przysięgam, panie sąsiedzie, że wczorajszego zalania mieszkania panu nie podaruję! A dlaczego? Bo mam podstawy mniemać, iż zrobił pan to umyślnie!


Wespazjan Cipka głośno wzdycha z irytacji i kręci głową, jakby nie mógł uwierzyć w skrajny cynizm swojego rozmówcy.


WESPAZJAN CIPKA (nie posiadając się z oburzenia):

Wie pan co, panie Baumfeld?! Pan jest doprawdy niepoważny! Tyle bólu mi pan zadał… Tyle cierpienia fizycznego i psychicznego… Chciał mi pan odebrać życie… A teraz śmie pan mówić, że ja umyślnie zalałem panu mieszkanie?! Proszę się nie kompromitować!


ZDZISŁAW BAUMFELD (strofującym tonem):

Ejże, panie sąsiedzie! Trochę szacunku do mojej osoby! Fakt, że żyje pan 59 lat dłużej niż powinien, zawdzięcza pan wyłącznie mnie, Marii Lolicie i naszej bezbrzeżnej łaskawości! Dlatego proszę, drogi panie sąsiedzie, by spuścił pan z tonu i zaczął się zachowywać jak cywilizowany człowiek!


WESPAZJAN CIPKA:

Nie, to pan niech się zacznie zachowywać jak cywilizowany człowiek! Bił mnie pan, poniżał, zastraszał, katował najróżniejszymi torturami, głodził… Gdy już byłem tak głodny, że - wbrew własnym zasadom - zdecydowałem się “wsypać” połowę mojej rodziny, aby dostać coś do jedzenia, pan przyniósł mi zupę z kota! Kiedy ją zjadłem, a pan powiedział mi prawdę, myślałem, iż oszaleję z rozpaczy! Zeznałem przeciwko własnej rodzinie… A pan mi przyniósł zupę z kota…


ZDZISŁAW BAUMFELD (chichocze):

Mówiąc krótko, ale obrazowo: “Dał pan d**y za talerz zupy”!


MARIA LOLITA (lekko oburzona, do Zdzisława):

Panie Zdzisiu! To jest rozmowa o martyrologii Narodu Polskiego! Zasada decorum obowiązuje! Proszę mówić stylem wysokim, a nie najniższym z najniższych!


WESPAZJAN CIPKA:

Miałem nadzieję, że to tylko koszmarny sen… Lecz to nie był sen… Ze złości podbiegłem do pana, zacząłem pana szarpać i oderwałem panu od munduru jeden guzik… A ci sadyści, Archibald Moździerz i towarzysz Fulgencjusz, powalili mnie na podłogę i brutalnie pobili!


ZDZISŁAW BAUMFELD (kpiąco):

Taaaaak… “Bo zupa była za słona”!


Kordelia Kordelas wybucha gwałtownym, niepohamowanym śmiechem. Zarówno Wespazjan, jak i Zdzisław spoglądają na nią morderczym wzrokiem.


KORDELIA KORDELAS (usprawiedliwiająco, nadal się śmiejąc):

Przepraszam, że się brechtam, ale… Cha, cha, cha, cha, cha, cha! Nie mogę się… Cha, cha, cha, cha! Nie mogę się… Cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha!


ZDZISŁAW BAUMFELD (z pogardą, do Cipki):

Panie sąsiedzie, jaką ma pan nieudaną wnuczkę! Gdyby to ode mnie zależało, zostałby pan powieszony za spłodzenie jej matki!


WESPAZJAN CIPKA (ostrzegawczo):

Jeśli jeszcze raz obrazi pan Kordelię i jej matkę, to pan pożałuje!


ZDZISŁAW BAUMFELD (krzyczy):

Nie, to pan pożałuje! (Zaczepnie, z nienawiścią) Cipka, ty fiucie!


KORDELIA KORDELAS:

“Cipka, ty fiucie” - fajny paradoks!


ZDZISŁAW BAUMFELD (rozwścieczony, do Wespazjana Cipki):

Zaraz ci wkiełbolę jak za dawnych lat!


Były UB-ek unosi wysoko swoją laskę, jakby chciał uderzyć Wespazjana. Wówczas wstaje z ławki Siemomysł Ciesielski pseud. Siema i wychodzi na środek sceny (wszyscy patrzą tylko na niego). Cieszymysł “Nara” Siemieński i Gardenia Piszczelecka także opuszczają swoje miejsca na ławce, ale ustawiają się nieco z boku, jakby w tym momencie uważali się za mniej ważnych od Siemomysła.


SIEMOMYSŁ CIESIELSKI (parafrazuje fragment hip-hopowej piosenki “Wszystko na mój koszt”, którą w oryginale wykonywał raper Ryszard “Peja“ Andrzejewski):

“Lista twoich przewinień nie ma końca, bydlaku.
Marna kopia J. R. - kat i oprawca Polaków.
Baumfeld! Ty celebrycie! Chcesz być na szczycie?!
Tak, szkoda mi cię, że ten smród od ciebie wyciekł!
Że co? Na Przeglądzie czytelnicy cię wyśmiali?
Po toś tam polazł, by cię wszyscy opluwali?!
Zdziś podporucznik - zwykła menda i bestia.
Skończyłeś się z upadkiem Urzędu Bezpieczeństwa!
Wydałeś swą biografię, zlepek kłamstw - weź się schowaj!
Od drugiego Baumfelda - Boże, proszę, nas uchowaj!
Odniosłeś sukces w UB, chyba na własną zgubę,
A teraz próbujesz zrobić z tego chlubę.
Panowie, panie - cała prawda o Z.B.:
Z książki na książkę zaniża poziom, nie wiesz?!
Chcesz być na szczycie, tylko… gdzie twoi fani?
Kiedy siedzisz w Empiku, Empik świeci pustkami!
Nie przyjmują zaproszeń, mają gdzieś biografię twą -
- Tanie g***o, śmieć, zwykłą szmirę, gniot!
Więc porzuć swe durne marzenie o raju:
Nie zrobisz już więcej kariery w tym kraju!
Dobrze wiem, jak zaradzić - Baumfelda zabić!
Wszystko na mój koszt - na pal go nabić!
Dobrze wiem, jak zaradzić - Baumfelda zabić!
Tak kończą zbrodniarze - a ten chce się wytłumaczyć!”


SIEMOMYSŁ CIESIELSKI, CIESZYMYSŁ SIEMIEŃSKI, GARDENIA PISZCZELECKA (chórem parafrazują piosenkę “Wszystko na mój koszt”):

“Dobrze wiem, jak zaradzić - Baumfelda zabić!
Wszystko na mój koszt - na pal go nabić!
Dobrze wiem, jak zaradzić - Baumfelda zabić!
Tak kończą zbrodniarze - a ten chce się wytłumaczyć!
Dobrze wiem, jak zaradzić - Baumfelda zabić!
Wszystko na mój koszt - na pal go nabić!
Dobrze wiem, jak zaradzić - Baumfelda zabić!
Tak kończą zbrodniarze - a ten chce się wytłumaczyć!”


Kiedy wspomniane wcześniej trio kończy rapować piosenkę Ryszarda Andrzejewskiego, Baumfeld bierze nogi za pas i ucieka z niezwykłą - jak na starca - prędkością. Siemomysł, Cieszymysł i Gardenia rzucają się za nim w pogoń.


WESPAZJAN CIPKA (cedzi przez zęby):

Jakoś mi go nie szkoda…


KORDELIA KORDELAS:

Mnie też nie. Ale szkoda mi tej darmowej muzyki.


WESPAZJAN CIPKA:

Och, Kordelio, jaka ty jesteś dziecinna! Jak będziesz starsza, to zrozumiesz, o co chodzi w tej całej awanturze!


KORDELIA KORDELAS (nadąsana, buntowniczo):

“Wisi” mi ta wasza awantura! Ja chcę mieć darmowy dostęp do dóbr kultury!


MARIA LOLITA (filozoficznie):

Nie samą kulturą człowiek żyje…


WESPAZJAN CIPKA (do Kordelii):

Dziecko, czy ty nie rozumiesz, kim jest… lub był… Zdzisław Baumfeld?! To emerytowany UB-ek, SB-ek i PZPR-owiec! On torturował, inwigilował i zabijał ludzi! Wyrywał więźniom paznokcie z rąk, bił ich batem po stopach, zmuszał do wielodniowego stania na mrozie, kopał, wybijał zęby, pozbawiał snu i prawa do załatwiania podstawowych potrzeb fizjologicznych! Ja również poznałem go od tej najgorszej, najciemniejszej strony… W 1952 roku został wystawiony do wiatru przez swoich współtowarzyszy, więc musiał udać się na emigrację, jednak potem, po upadku stalinizmu, wrócił do Polski Ludowej i rozpoczął działalność w SB. W gruncie rzeczy, nigdy nie doczekał się kary za swoje liczne zbrodnie i niegodziwości. Po roku 1989 wytoczono mu wiele procesów, między innymi za znęcanie się nad zwierzętami, ale jakimś cudem pozostał bezkarny. Obecnie pisze on marne książki historyczne, w których próbuje wybielić siebie, swoich kompanów tudzież instytucje, dla których pracował. W swojej zakłamanej autobiografii zadeklarował, iż łączyła go wieloletnia przyjaźń z Henrykiem Batutą, chociaż ten komunista nigdy nie istniał. “Niezrozumiany jak Cobain, niedoceniony jak Norwid” - tak brzmi tytuł jego najnowszej, żałosnej książki! Baumfeld to stary piernik, stalinistyczny zbrodniarz, kłamca lustracyjny, mason, sadysta, kat naszego Narodu. I, co najstraszniejsze, popiera GMO, NWO oraz chipy RFID!


KORDELIA KORDELAS (wstrząśnięta, do Wespazjana):

Naprawdę popiera chipy RFID? To nie jest żart?


WESPAZJAN CIPKA:

Ludzie tak mówią. Twierdzą także, że ma takiego chipa w prawej ręce. Z tego powodu wiele osób trzyma się od niego z daleka, jak gdyby ten chip był śmiercionośnym, okrutnie zaraźliwym wirusem SARS. Co w tym wszystkim jest najpotworniejsze? To, że on by chciał, aby posiadanie takich chipów było obowiązkowe na terenie całej Unii Europejskiej!


MARIA LOLITA (wtrąca się):

Pan Zdzisio naprawdę ma chipa pod skórą. Początkowo nie mogłam w to uwierzyć, lecz gdy pokazał mi zdjęcie rentgenowskie prawej ręki, wyzbyłam się złudzeń. Wszystkie pogłoski, dotyczące Zdzisiowego chipa, są jak najbardziej prawdziwe. Prawda kole w oczy, ale cóż mogę na to poradzić? Póki co, IPN nie chce odnotować tego faktu w swoich raportach.


KORDELIA KORDELAS (przerażona nie na żarty):

Jeśli on naprawdę ma chipa pod skórą, to mu nie zazdroszczę… Przecież za to się idzie do piekła!


WESPAZJAN CIPKA (drwiąco):

Z chipem, czy bez chipa - Baumfeld i tak by poszedł do piekła! (Śmieje się) Hehehe, jeśli mnie zachipują, to zmienię sobie nazwisko z Cipka na Chipka!


KORDELIA KORDELAS (przejęta, histerycznie, drżącym z emocji głosem):

Ale dziadku! Jeśli chipowanie będzie przymusowe w całej UE… to… to… nastąpi Koniec Świata! To wcale nie jest ciemnota i zabobon! Przecież Apokalipsa św. Jana wyraźnie podaje: “I sprawia, że wszyscy: mali i wielcy, bogaci i biedni, wolni i niewolnicy otrzymują znamię na prawą rękę lub na czoło i że nikt nie może kupić ni sprzedać, kto nie ma znamienia - imienia Bestii lub liczby jej imienia”. To proroctwo wypełnia się na naszych oczach! Znamionami Bestii są chipy RFID!


MARIA LOLITA (również przejęta):

Kordelio, chciałabym, byś się myliła… Ale wszystko wskazuje na to, że masz rację…


KORDELIA KORDELAS (absolutnie przekonana o prawdziwości swojej tezy):

Czasy ostateczne będą wyglądały tak, że kto nie przyjmie chipa, będzie katowany przez Bestię, a kto przyjmie - narazi się na gniew Baranka! I tak źle, i tak nie dobrze! A to wszystko już się rozpoczyna, ludzie przechodzą na stronę szatana i przyjmują jego znamiona!


MARIA LOLITA:

To jest prawda. Podobno w ciągu najbliższych dziesięciu lat chipy RFID mają się upowszechnić na całej Ziemi. TragiFarsa socNIErealistyczna już się skończyła - teraz nadchodzi AntyUtopia i Horror Science-Fiction!


KORDELIA KORDELAS:

W Internecie przeczytałam, że kiedyś wszystkie chipy zostaną połączone z wszechpotężnym komputerem zwanym Bestią, a ich numery identyfikacyjne będą się zaczynały od liczby 666. O, Jezusie Chrystusie, zabij mnie, zanim będzie za późno! (Śpiewa fragment piosenki “Tak się boję bólu” gotyckiego zespołu Closterkeller) “Ja nie chcę się dowiedzieć - tak się boję bólu! Piję kłamstwo jak alkohol - tak się boję bólu! Światło prosto w oczy trochę mocno bije… Nie chcę widzieć ani słyszeć Cię - prawda mnie zabije!”.


WESPAZJAN CIPKA (tryumfalnie, do wnuczki):

Widzisz teraz, jakim człowiekiem jest ten Zdzisław Baumfeld?


MARIA LOLITA (żartobliwie, chcąc rozładować napięcie, parafrazując popularne w Internecie hasło):

Zdzisław Baumfeld skończył się w 2007 - potem była już tylko komercja! Jednak… (Wzdycha) Ech, może jestem idiotką, ale go kocham! Kocham go, pomimo tego, że był UB-ekiem, SB-ekiem i PZPR-owcem! Pomimo tego, że krzywdził ludzi i zwierzęta! Pomimo tego, że popiera GMO i NWO! Pomimo tego, że ma chipa pod skórą i chce, bym ja też go miała! Pomimo tego, że twierdzi, iż byłam z nim jedynie dla seksu! Kocham go - nieprzerwanie od 60 lat! I chyba na tym polega prawdziwa miłość, że wielbi się człowieka przez całe życie, mimo wszelkich jego wad, słabości, błędów i wykroczeń! O choroba… Jak to romantycznie zabrzmiało!


WESPAZJAN CIPKA (lekko rozbawiony):

Ach, te 80-letnie lolitki! Pani Mario Lolito, o ile ja na starość straciłem optymizm, pewność siebie, poczucie humoru i cięty język, a Zdzisław Baumfeld stał się jeszcze podlejszy niż był, o tyle pani w ogóle się nie zmieniła!


Kurtyna powoli opada. W tle słychać piosenkę “Twoja, ot tak” zespołu Łzy.


K-O-N-I-E-C

środa, 19 maja 2010

Stracić głowę, nie tracąc języka w gębie. Rzecz o polskiej Bridget Jones

Próbowaliście kiedyś znaleźć odpowiedź na pytanie: "Czy można stracić głowę, nie tracąc przy tym języka w gębie"? Jeśli chodzi o mnie, nigdy nie snułam refleksji na ten temat, ale dzisiaj (19 maja 2010 r.) przekonałam się, iż taki paradoks jest jak najbardziej możliwy.

O co chodzi? Otóż, moi Kochani, o ustną maturę z języka angielskiego. Zgodnie z planem, ustalonym pod koniec kwietnia, mój egzamin miał się odbyć o godzinie 14:20. Nic więc dziwnego, że przygotowania do wyjścia szły mi dosyć ślamazarnie. Ponieważ miałam dla siebie całe przedpołudnie i kawałek popołudnia, absolutnie nie śpieszyłam się z "poranną toaletą". Około godziny 13:20, zaraz po tym, jak nałożyłam sobie puder na twarz, otrzymałam SMS-a z prośbą, żebym przyszła do szkoły wcześniej - najlepiej w ciągu najbliższych dwudziestu minut.

Ta wiadomość kompletnie zwaliła mnie z nóg, gdyż planowałam wyjść dopiero o godz. 13:55. Na szczęście, szybko wzięłam się w garść i ruszyłam do "budy" (idąc ulicą, zastanawiałam się, czy przypadkiem nie zapomniałam wyłączyć komputera). W budynku mojego liceum wszyscy już na mnie czekali - dosłownie, bo miałam zdawać jako ostatnia, a zaraz po moim "przesłuchaniu" miały zostać ogłoszone wyniki całej grupy. Chociaż byłam zupełnie zbita z tropu, a na dodatek zestresowana, postanowiłam jak najszybciej przystąpić do matury i ulżyć zniecierpliwionym uczniom.

Kiedy weszłam do sali egzaminacyjnej, niespodziewanie zaparowały mi okulary (bo ja jestem okularnicą, wiecie?), przez co miałam jeszcze gorszą "widoczność" niż bez tych szkiełek. To również wpłynęło negatywnie na moje samopoczucie i samoocenę. W rezultacie, przed i po egzaminie nie wiedziałam już, co gadam - ani po polsku, ani po angielsku (gdy zaś czytałam zadania, emocje znacznie utrudniały mi zrozumienie polskojęzycznych poleceń!). Podczas dialogu z egzaminatorami i opisywania obrazka byłam bardzo zestresowana, toteż nieustannie się zacinałam i poprawiałam samą siebie. Jednakże to, co bredziłam, widocznie miało "ręce i nogi", gdyż - jak się później okazało - zdałam maturę ze świetnym wynikiem. Tak, tak... Wypełniły się słowa jednego z polskich raperów: "Nie będzie spektakularnego wejścia bez sensownego bełkotu"!

Po egzaminie wyszłam na korytarz, usiadłam na jednej z ławek i zaczęłam pisać SMS-a do Mamy. Ledwo nacisnęłam przycisk "Wyślij", doszły mnie słuchy, że mam wracać do sali egzaminacyjnej, gdyż są już znane wyniki matury. Wówczas wszystko zaczęło mi "lecieć" z rąk i z kolan - plecak, telefon, kurtka, parasol... Zanim uporałam się z tymi rzeczami, cała grupa zdążyła już wejść do sali. A ja co? Z nerwów zapomniałam, dokąd właściwie mam pójść!

Postawiona przed "trudnym" wyborem: zbiec na dół czy popędzić do sali numer 35, zachowywałam się dosłownie jak Bridget Jones albo inna komediowo-kabaretowo-stereotypowa blondynka (szczerze mówiąc, jestem brunetką, ale dzisiaj nie miało to znaczenia). Osoby, które przebywały w korytarzu, widocznie doszły do identycznego wniosku, gdyż zaczęły cicho chichotać. Gdy już przypomniałam sobie, że mam pójść do sali nr 35, z moich ust wyrwał się piskliwy okrzyk: "Och, Boże, jestem taka zestresowana, taka rozbita, że nie mam pojęcia!". Po chwili byłam już tam, gdzie powinnam być.

Jak się okazało, na maturze ustnej z języka angielskiego zdobyłam 18 punktów na 20 możliwych, czyli najwięcej z całej grupy. Nie spodziewałam się, że będzie aż tak dobrze!

Po powrocie do domu odkryłam, że jednak nie wyłączyłam komputera. Cóż, zdarza się... To wszystko dlatego, iż nastąpiła nieoczekiwana zmiana planów, a ja nie zdążyłam sprawdzić, czy mój "komp" jest wyłączony, czy tylko "zahibernowany".

Tak czy siak, pozdrawiam!

N. J. Nowak

P.S. Przepraszam, jeśli niniejsza notatka zawiera jakieś błędy językowe. Nie jestem pewna, czy po maturze z języka angielskiego zdążyłam już dojść do siebie. A tak w ogóle, to dzisiaj w nocy spałam tylko cztery godziny, więc jestem niewyspana i skołowana...

En-Dżej-En

piątek, 14 maja 2010

Czarny felieton. Tytuł mało chwytliwy

Nie naśladujmy Jeana Tarrou!

Mądre osoby mawiają, że w ludzkim życiu pewna jest tylko jedna rzecz - to, iż kiedyś się umrze. Zgon jest rzeczą naturalną i oczywistą, chociaż wielu ludzi, zwłaszcza młodych, ambitnych, optymistycznych i miłujących swoją egzystencję, nie chce tego zaakceptować oraz walczy ze śmiercią niczym Jean Tarrou, bohater “Dżumy” Alberta Camusa. W najskrajniejszych przypadkach zdarza się, że tacy ludzie - na wieść o czyjejś śmierci - reagują jak bohaterowie “Tanga“ Sławomira Mrożka, tzn. oburzają się na przeznaczenie i doświadczają szoku, jakby stało się coś nienormalnego i niepożądanego (“Tego nigdy nie było w naszej rodzinie!”). Myślę, iż takie podejście do rzeczy typowej i nieuchronnej jest niewłaściwe. Każdy z nas powinien wreszcie oswoić się z myślą, że wszyscy ludzie kiedyś umrą - odejdą czytelnicy tego felietonu, odejdą ich krewni, odejdą osoby publiczne, odejdą sąsiedzi, odejdą wrogowie, odejdę ja. Dla umierającej jednostki świat się skończy, ale dla reszty społeczeństwa (jeszcze żyjącej) - nie. Wobec tego, warto czasem zadać sobie pytanie: co dalej po śmierci?


Raj? Hades? Nawia? Walhalla? Nic z tych rzeczy!

Nie, moi Drodzy, nie mam zamiaru snuć filozoficzno-teologicznych refleksji na temat nieba, piekła i czyśćca, reinkarnacji, spotkania z bóstwem albo czegoś w tym stylu. Jako ateistka nie wierzę w istnienie duszy, toteż wykluczam możliwość jakiejkolwiek egzystencji poza ciałem. Kiedy zadałam pytanie “Co dalej po śmierci?”, miałam na myśli wyłącznie ziemskie sprawy związane z naszym dorobkiem materialnym i intelektualnym - z tym wszystkim, co nam towarzyszyło podczas ziemskiej egzystencji lub pochodziło bezpośrednio od nas. Z naszymi dziełami, utworami, ideami, rozpoczętymi projektami, niedokończonymi przedsięwzięciami, naukami, pamiątkami, sekretnymi notatkami, pamiętnikami, listami, dokumentami czy innymi drobiazgami, do których byliśmy przywiązani i które uważaliśmy za swoje małe skarby. Jaki los spotka dobra materialne i intelektualne, zawierające cząstkę naszego “ja”, czyli - używając terminologii rodem z “Harry’ego Pottera” - nasze prywatne horkruksy? Czy będą one trwać jeszcze przez wiele lat, przypominając światu o naszym istnieniu i o tym, co mieliśmy do powiedzenia, czy też przepadną razem z naszym życiem? Czy coś, oprócz nagrobka, po nas zostanie? A jeśli tak, to na jak długo i w jakiej formie?


Wzorując się na mądrym Internaucie

Pewien Internauta, który jakiś czas temu wybierał się w podróż za granicę, opublikował na swoim blogu testament, na wypadek, gdyby w czasie wycieczki (zwłaszcza podczas lotu samolotem) stało mu się coś złego. Uważam, że było to bardzo mądre z jego strony, chociaż wielu osobom taki gest może się wydać głupi, niesmaczny, groteskowy lub makabryczny. Po długich refleksjach stwierdziłam, iż ja również powinnam napisać i upublicznić coś takiego, bo przecież NIE jestem niezniszczalna i w każdej chwili mogę stracić życie lub poważnie zaniemóc (a tak w ogóle, to 2 czerwca 2010 roku wyjeżdżam na dwutygodniowe wczasy). Nie, nie, absolutnie niczego nie wróżę, nie zapowiadam ani nie sugeruję! Wcale się nie spodziewam, że w najbliższym czasie zginę albo stracę możliwość kontaktowania się ze światem! Po prostu daję upust mojej wrodzonej przezorności i ostrożności, albowiem nikt na Ziemi nie może się czuć bezpiecznie.


Nie znacie dnia ani godziny!

Wszyscy wiemy, że każdego dnia w różnych częściach świata dochodzi do wypadków drogowych, kataklizmów, katastrof budowlanych, zachorowań na ciężkie choroby, zabójstw etc. Tak naprawdę, każdy z nas jest narażony na nieszczęście lub przedwczesną śmierć, chociaż wmawia sobie irracjonalną tezę: “To może spotkać wszystkich, tylko nie mnie”. Mogę się założyć, iż znaczna część ofiar trzęsień ziemi, fal tsunami, morderstw czy kraks samochodowych także powtarzała sobie tę bzdurę, a gdy już patrzyła śmierci w oczy, pytała pretensjonalnie: “Dlaczego ja?! Przecież to niesprawiedliwe!”. Co z tego wynika? To, że powinniśmy być przygotowani na najgorsze, aby któregoś dnia “nie obudzić się z ręką w nocniku”. Nie bójmy się spojrzeć prawdzie w oczy: to, że kiedyś przestaniemy istnieć, jest tak pewne jak fakt, iż na Słońcu panują wysokie temperatury. Na pewno postąpimy roztropnie, jeśli już teraz zaczniemy przygotowywać samych siebie na “tę” chwilę. Zresztą… Nie tylko “samych siebie”, ale również ludzi, którzy nas otaczają. Pozwólcie więc, że przedstawię Wam mój mini-testament, będący pewną formą “ubezpieczenia na życie”. Dzięki niemu dowiecie się, co należy uczynić w przypadku mojego zgonu.


Testament Natalii Julii Nowak

Ja, Natalia Julia Nowak, urodzona 19 lutego 1991 r. w Starachowicach, życzę sobie, żeby po mojej śmierci zachowała się jak największa część tego, co pisałam i przekazywałam światu. Chcę, by moje artykuły, dramaty, wiersze, opowiadania i inne teksty były nadal rozpowszechniane - oczywiście, z zaznaczeniem mojego nazwiska oraz bez jakiejkolwiek ingerencji w treść czy formę utworów. Pragnę również, aby moje poglądy polityczne, filozoficzne, religijne i inne były nadal manifestowane, tzn. powtarzane podczas dyskusji lub wystąpień publicznych. Jeśli chodzi o mój pogrzeb, to życzę sobie, żeby był on cywilny (świecki), gdyż jestem ateistką i publicznie wyrzekłam się wiary w Boga. Co do grobu, pragnę, aby miał on kolor czarny lub jasnobrązowy. Jeżeli to możliwe, proszę umieścić na nim słowa z mojego wiersza pt. “Wolność lub Śmierć” opublikowanego w Internecie oraz w ogólnopolskim tygodniku “Tylko Polska”:

“Nie płaczcie też po mnie zbyt długo:
Szlochajcie po Polsce straconej!
Po naszej jedynej Ojczyźnie,
W dziesiątym miesiącu zniszczonej!”


O moim zgonie należy poinformować nie tylko rodzinę i sąsiadów, ale również Polską Partię Narodową, redakcję kwartalnika kulturalnego “Kozirynek” (mającą swoją siedzibę w Radzyniu Podlaskim) oraz redakcję powiatowego tygodnika “Gazeta Starachowicka”. Uprzejmie proszę o niewpuszczanie na mój pogrzeb osób, które krzywdziły mnie za życia, gdyż nie życzę sobie ich uczestnictwa w tak specyficznej uroczystości. Apeluję także o to, by ludzie, którzy mnie nie szanowali, zrezygnowali z ewentualnej fałszywej żałoby po mojej osobie. We wszelkich doniesieniach na temat mojej śmierci należy podkreślić, iż byłam patriotką, eurosceptyczką i obrończynią życia poczętego, a w mojej hierarchii wartości pierwsze miejsce zajmowały wyznawane idee.

Natalia Julia Nowak,
14 maja 2010 r.


Ostatnie słowa

Nie wiem, w jaki sposób powinnam zakończyć ten dziwny, testamentowo-pogrzebowy felieton. Napiszę więc, że bardziej od śmierci lękam się cierpienia oraz tego, co może nastąpić po moim zgonie (dotyczy to zarówno moich prywatnych spraw, jak i tych uniwersalnych, związanych z sytuacją polityczną Polski i nie tylko). Nie jestem taka jak pewna postać historyczna, która - będąc obojętną na losy świata - powtarzała cynicznie: “Po mnie nawet potop”. To, jaka przyszłość czeka moją Ojczyznę, jej obywateli oraz mieszkańców innych państw, ma dla mnie ogromne znaczenie. Dlatego staję twarzą w twarz z pewnym paradoksem. Z jednej strony, przygotowuję się na śmierć, która obecnie wydaje mi się mniej przerażająca niż jeszcze trzy lata temu. Z drugiej - boję się, że w przyszłości będzie jeszcze gorzej niż teraz, a ja jako trup nie będę mogła absolutnie nic zrobić (nawet, mówiąc kolokwialnie, “rządzić swoimi gaciami”). Koniec. Memento Mori.

poniedziałek, 10 maja 2010

Przeszłość, Teraźniejszość, Przyszłość

Jakiś czas temu, kiedy wertowałam serwis YouTube.com w poszukiwaniu utworów amerykańskiego artysty Boyda Rice’a (wiecie, tego od UNPOP ART - SZTUKI NIEPOP), znalazłam piosenkę pt. “Past, Present Future”, która pochodzi z płyty nagranej przez tego muzyka razem z aktorką Giddle Partridge. Początkowo kompozycja raczej mi się nie podobała, jednak później - po którymś odtworzeniu - niespodziewanie przypadła mi do gustu. Utwór jest o tyle interesujący, że pospolite, typowe, “standardowe” zmartwienia podmiotu lirycznego (młodej dziewczyny) urastają w nim do rangi poważnych problemów, nad którymi warto się pochylić i które zasługują na odrobinę patosu oraz refleksji.

Tym, co uderza mnie w piosence najbardziej, jest głos Giddle Partridge, który wydaje się wręcz stworzony do recytacji tego konkretnego “kawałka“. Amerykanka w niezwykle przekonujący sposób gra rolę słodkiej, zagubionej, niepewnej, samotnej, potrzebującej wsparcia i czułości dzieweczki, której smutki - chociaż tak zwyczajne, banalne i nieoryginalne - sprawiają wrażenie naprawdę ważnych oraz nie pozostawiają odbiorcy obojętnym. Pozwólcie, że zaprezentuję Wam dokonane przeze mnie tłumaczenie piosenki “Past, Present, Future” (“Przeszłość, Teraźniejszość, Przyszłość”). O ile można nazwać ten utwór piosenką, bo nie posiada on ani konkretnej melodii (tylko podkład muzyczny) ani śpiewu (tylko zsynchronizowaną z rytmem melorecytację).


Boyd Rice & Giddle Partridge
“Przeszłość, Teraźniejszość, Przyszłość”
(przekład Natalii Julii Nowak)



Przeszłość

Przeszłość… Teraz pozwól mi powiedzieć o przeszłości.
Przeszłość jest wypełniona cichymi uciechami i zepsutymi zabawkami,
Śmiejącymi się dziewczynkami i dokuczliwymi chłopcami.
Czy kiedykolwiek byłam zakochana? Nazywałam to zakochaniem.
Chciałam powiedzieć: odczuwałam to jak zakochanie.
Były momenty, gdy…
Cóż, były momenty, gdy…

Teraźniejszość

Wyjść z Tobą? Dlaczego nie…
Czy chciałabym zatańczyć? Oczywiście!
Wybrać się tej nocy na spacer wzdłuż plaży? Z przyjemnością.
Ale nie próbuj mnie dotykać,
Nie próbuj mnie dotykać,
Bo to nigdy więcej się nie zdarzy.
Zatańczymy?

Przyszłość

Jutro? No cóż, jutro jest daleko stąd.
Może któregoś dnia wezmę czyjąś dłoń,
Może gdzieś ktoś zrozumie.
Wiesz, dawniej śpiewałam: “A-tisket, a-tasket
A green and yellow basket”.
Jestem całkowicie spakowana, idę swoją drogą
I mam zamiar się zakochać.
Lecz na ten moment… to nie wygląda dobrze.
Na ten moment… to nigdy więcej się nie zdarzy.
Nie sądzę, by to miało kiedykolwiek się powtórzyć.



Tematyka piosenki, którą właśnie Wam zaprezentowałam, jest mi zupełnie obca, a problemy podmiotu lirycznego zdecydowanie różnią się od tych przeżywanych przeze mnie. Chociaż najprawdopodobniej jestem w podobnym wieku, jak bohaterka utworu “Przeszłość, Teraźniejszość, Przyszłość”, mam zupełnie inne podejście do życia oraz hierarchię wartości. Dla mnie nie liczy się miłość, chodzenie na randki czy tworzenie związków partnerskich, tylko walka o lepszy świat i lepszą Polskę. Krótko mówiąc: polityka. Z podmiotem lirycznym łączy mnie jednak skłonność do popadania w zadumę, nieustanne porównywanie teraźniejszości do przeszłości (i vice versa), brak nadziei na lepsze jutro, depresja, niezadowolenie z otaczającego świata, nieufność, niepewność oraz lęk przed tym, co może się wydarzyć w przyszłości.

Nie powinniście więc się dziwić, że kompozycja “Past, Present, Future” z repertuaru Boyda Rice’a i Giddle Partridge zainspirowała mnie do napisania parafrazy, która również “kręci się” wokół tematu “Przeszłości, Teraźniejszości i Przyszłości”. Różnica polega na tym, że ja w mojej przeróbce nie koncentruję się na sprawach sercowych, tylko na tych bardziej uniwersalnych, związanych z sytuacją w naszej Ojczyźnie i w ogóle na Ziemi. Nastrój parafrazy jest taki sam jak w oryginale, jednak wyrażone w niej uczucia - melancholia, przygnębienie, pesymizm - mają zupełnie inne przyczyny (myślę, że trudniejsze lub wręcz niemożliwe do wyeliminowania). Przekonajcie się sami, jak to wygląda.


Natalia Julia Nowak
“Przeszłość, Teraźniejszość, Przyszłość”
(parafraza tekstu Boyda Rice’a i Giddle Partridge)



Przeszłość

Przeszłość… Cóż mogę powiedzieć o przeszłości?
Przeszłość jest stale na ustach starszych ludzi,
W artykułach prasowych i publikacjach książkowych,
W podręcznikach szkolnych i adaptacjach filmowych.
Czy wiem coś na jej temat? Nazywam to wiedzą.
Myślę, że można to traktować jak wiedzę.
Czasem pytam siebie, czy…
Cóż, czasem pytam siebie, czy…

Teraźniejszość

Czy żyjemy w Wolnej Polsce? Skąd rozkazy Brukseli?
Czy posiadamy własną gospodarkę? Gdzie nasz kapitał?
Czy po Traktacie Lizbońskim mamy prawo weta?
Utraciliśmy je,
Lecz nie myślmy o otwartej walce,
Nie myślmy o otwartej walce,
Bo to nigdy więcej się nie zdarzy.
Czy patriotyzm umarł?!

Przyszłość

Jutro? Jutro wydaje się już przesądzone.
Może kiedyś Polacy zrozumieją swój błąd,
Może kiedyś postanowią go naprawić.
Wiecie, że snuję wizje radykalnych przemian
I jestem gotowa na najgorsze,
Chociaż boję się trudu ponoszenia ofiar.
Chcę prawicowego autorytaryzmu, pełnej suwerenności
I prawnej ochrony życia wszystkich dzieci poczętych.
Lecz na ten moment… to nie wygląda dobrze.
Na ten moment… to nigdy więcej się nie zdarzy.
Nie sądzę, by to miało kiedykolwiek się powtórzyć.



Nie jestem pewna, czy mam ochotę wyjaśniać poszczególne wersy i użyte przeze mnie sformułowania (np. urwaną końcówkę pierwszej zwrotki, zawierającą pytanie na temat poprzedniego ustroju Polski albo wzmiankę o “trudzie ponoszenia ofiar” w strofie trzeciej). Dla wielu z Was moja parafraza “Przeszłości, Teraźniejszości, Przyszłości” może być zupełnie niezrozumiała, jednak ja doskonale wiem, co chciałam wyrazić w tym tekście. A są to myśli zdecydowanie niewesołe, które nie nastrajają mnie optymistycznie, nie pozwalają zapomnieć o rzeczywistości i nie motywują do dalszego działania. Nie należę do osób naiwnych, zdaję sobie sprawę z faktu, iż moje marzenia nie mają szansy na spełnienie, a prowadzona od kilku lat walka zakończy się sromotną klęską. Jednak czasami… Ech, czasami dochodzę do wniosku, że jest jeszcze gorzej niż sądziłam. Oprócz tego wszystkiego, istnieje w moim życiu strach, który nakłada na mnie jakąś blokadę i - mówiąc metaforycznie - nie pozwala mi ruszyć ręką. Używając zacytowanych już słów Giddle Partridge: “Na ten moment… to nie wygląda dobrze. Na ten moment… to nigdy więcej się nie zdarzy. Nie sądzę, by to miało kiedykolwiek się powtórzyć”.

Mam nadzieję, iż ten ponury, pozbawiony treści felieton Was nie zanudził. Napisałam go, ponieważ miałam taką potrzebę psychiczną i chciałam wyrzucić z siebie kilka rzeczy. Dziękuję Wam, że rzuciliście na niego okiem - bez względu na to, czy cokolwiek z niego zrozumieliście. Pozdrawiam i życzę pogody ducha (mimo wszystko)!


Natalia Julia Nowak (En-Dżej-En)

czwartek, 6 maja 2010

I znowu misheard!

1. Fonetyczny zapis obcojęzycznej piosenki? To może być zabawne!



Jakieś pół roku temu napisałam lekki felietonik pt. „Misheard, czyli wersja alternatywna”, w którym udowodniłam, że czasami ludzkie ucho słyszy to, co po prostu chce słyszeć. Niektórzy ludzie, szczególnie słuchacze muzyki black i death metalowej, pasjonują się dokonywaniem fonetycznych zapisów niewyraźnego, obcojęzycznego śpiewu. Ich zapiski, dokonywane wyłącznie ze słuchu, publikowane w serwisie YouTube.com i oznaczane terminem „misheard” albo „wersja alternatywna”, niemal zawsze brzmią absurdalnie i wywołują u odbiorców rozbawienie. No, bo jak tu się nie śmiać, kiedy ktoś - słuchając anglojęzycznej lub innej cudzoziemskiej piosenki - słyszy cudactwa typu „ugryzło rybę w wora”, “nasze kasze są, kot suchy zza pazuchy chciałby więcej” czy “idziemy kijem mieszać piach”?!



2. “Backmasking” jako szczególna forma “misheardu”



Oczywiście, utwory black i death metalowe nie są jedynymi, które można fonetycznie zapisywać i publikować w Internecie jako „misheard”. Od kilkudziesięciu lat ogromną popularnością cieszy się spisywanie tego, co słychać podczas odtwarzania piosenki bądź innego nagrania wspak (od ostatniej sekundy do pierwszej). Zabawne, obrazoburcze lub intrygujące teksty, wynajdywane podczas wstecznego odtwarzania głosu, określa się takimi terminami jak „backmasking”, „backward masking”, “reverse speech” lub po prostu “reversed”. Jeśli chodzi o odwrócone nagrania polskojęzyczne, przy ich tytułach często umieszcza się magiczne słowa “od tyłu”. Z “backmaskingiem” wiąże się teoria spiskowa, według której ukryte teksty to nic innego jak przekazy do podświadomości (podprogowe, subliminalne), mające na celu manipulowanie człowiekiem bez jego wiedzy i zgody. Niektórzy przypuszczają wręcz, że owe przekazy są wiadomościami od szatana. Nie będę ukrywać, że przez krótki czas (lata 2006-2007) byłam zwolenniczką tej teorii, jednak - poznawszy technikę opracowywania “wersji alternatywnych” - przestałam w nią wierzyć. Mimo to, nadal lubię słuchać odwróconych piosenek i śmiać się z bełkotu, który chwilami lub na całej rozciągłości brzmi jak przypadkowe zlepki konkretnych wyrazów.



3. Wyobraźnia nie zna granic



Niedawno miałam okazję się przekonać, że “wersja alternatywna” wcale nie musi być tworzona na podstawie obcojęzycznej lub odwróconej “na lewą stronę” piosenki. Okazuje się, iż ludzie obdarzeni bujną wyobraźnią potrafią robić “misheardy” z autentycznych nagrań video - i to bardzo poważnych, przedstawiających wielkie tragedie. Mam tu na myśli pewien filmik, który zarejestrowano amatorską kamerą zaraz po katastrofie prezydenckiego samolotu w Smoleńsku. Nie kwestionuję tego, że pod koniec nagrania słychać jakieś strzały, przywodzące na myśl strzelanie z pistoletu. Absolutnie tego nie kwestionuję. Jednak przyznam, iż mam trochę żalu do ludzi, którzy słyszą w zarejestrowanych dialogach to, co chcą słyszeć.



4. “Nie zabijajcie nas!” czy “Ubijaj tuda!”? Misheard smoleński



Śledząc ogólnointernetową dyskusję, która toczy się od dnia publikacji filmiku, zauważyłam, że niemal każdy Internauta dostrzega w tym nagraniu coś innego. Przykład? Tam, gdzie według jednych słychać “Nie zabijajcie nas!”, według drugich jest “Ubijaj tuda!” albo “Pribiegaj sjuda!“. Tam, gdzie jedni słyszą polskie słowa “Patrz pod nogi”, inni zauważają “Patrz mi w oczy“, ewentualnie “Patrz mu w oczy“. Wiele kontrowersji wzbudza także okrzyk kamerzysty. Zdaniem części Internautów, autor nagrania woła “Ni ch**a sjebie” lub “Ni ch**a sjebia“. Zdaniem innych - “Ni ch**a Sybir”. Ciekawe, co Wy byście usłyszeli? Bo ja mogę potwierdzić tylko to, że w jednym z fragmentów słychać rozkaz “Dawaj gnata!”, wypowiadany z charakterystycznym, rosyjskim akcentem. Ech, sama nie wiem, czy zabawa w zgadywanie “co autorzy mieli na myśli” jest słuszna z punktu widzenia etycznego (wszak rozmawiają oni o katastrofie lotniczej i jej ofiarach). Ale nie da się ukryć, iż dla niektórych osób takie pseudonaukowe dociekania mogą być prawdziwą ucieczką od rzeczywistości oraz sposobem na nudę.



5. Chińska “Międzynarodówka” - wersja alternatywna



No, ale nie rozmawiajmy już o smoleńskiej katastrofie i niezidentyfikowanych dźwiękach zarejestrowanych w tamtejszym lesie. Przejdźmy do rzeczy najważniejszej, czyli do mojego własnego “misheardu”. W artykule, o którym wspomniałam na początku wywodu, opublikowałam “alternatywną wersję” komunistycznego hymnu, czyli “Międzynarodówki”. Był to fonetyczny zapis rockowej, młodzieżowej, chińskojęzycznej wersji pieśni, którą można znaleźć w serwisie YouTube.com po wpisaniu takich haseł jak “mao zedong the savior and father”, “the father of communist china” czy “chinese internationale rock version”. Mój “misheard” zawierał elementy nie tylko polsko-, ale także angielsko-, hiszpańsko-, francusko-, rosyjsko- i niemieckojęzyczne (np. “I want once again”, “ole”, “bon ton”, “swaboda”, “heil”). Bo właśnie z takimi wyrazami utożsamiłam nieznane mi chińskie słówka.



6. Ośmieszyłam komunizm. Teraz czas na wyśmianie faszyzmu!



Jeśli myśleliście, że sparodiowanie jednej, obcojęzycznej piosenki wystarczy mi do szczęścia, to byliście w błędzie! Tak się bowiem składa, iż po wyśmianiu utworu komunistycznego ogarnęła mnie ochota, aby w identyczny sposób potraktować utwór faszystowski. Zarówno komunizm, jak i faszyzm, były ideologiami totalitarnymi, które pociągnęły za sobą wiele ofiar i strat materialnych oraz doprowadziły do wybuchu drugiej wojny światowej. Uważam, że będzie sprawiedliwie, jeśli “zmasakruję” i raz na zawsze skompromituję “kawałki”, propagujące te krwawe reżimy. Ponieważ na “Międzynarodówce” zdążyłam już się wyżyć, dzisiaj dokonam gwałtu na skinheadowskiej piosence pt. “Camicia Nera” z repertuaru włoskiego zespołu Malnatt. Przekonajcie się, co słyszę, kiedy odtwarzam ten beznadziejny utwór! Absolutnie nie są to słowa charakterystyczne dla mowy włoskiej.


Uwaga! Poniższy “misheard” powstał wyłącznie w celach rozrywkowo-satyrycznych i NIE ma na celu propagowania twórczości ani poglądów grupy Malnatt!



Malnatt - „Camicia Nera”
(wersja alternatywna pt. “Karmi Cię Nera”)




Komunę on robi, na plecach istota,
Sterta g****anych, tych samych, wikary.
Chciano faszisti, błękit Ci to ta.
Oni, Wy - migom płać siano trema-ri!
Ciebie nam odsłoni, Cię Negra euta…
Nie chcą daimonu, sitwę mera.
Tam ja podszedłem Danielę nie w porę.
Bueno, que kota? Entre honorem!


Karmi Cię Nera - płatna maniera!
Karmi Cię Nera - płatna maniera!


Wygra Teneria Bułgaria, niemoty!
Chciał go prześcignąć i dotarł do roli.
Chciał go Antonio, utarto mu koty.
Kocha dziewczyny, litania, honory.
Nie chcą, namierzaj rysunek, pięta.
Na nos trwa “Rota”, głupi mi gra!
Obywatele, sitwa mym honorem!
Sitwa litania, po wtóre: siniory!


Karmi Cię Nera - płatna maniera!
Karmi Cię Nera - płatna maniera!


Wojna i moda, pij wino i wal, Tania!
Wojna i moda, pij wino i wal, Tania!
Wojna i moda, pij wino i wal, Tania!
Wojna i moda, pij wino!


Piwa litania, faszista-goj.
I tak, Dziewczyno, Lolita p***doli.
Wygra Teneria w dresach kultury.
Kogo nie widzi? In-vitro mi w folii!
I kłam Bożenie, na notę Ci ta?
Na most Arabia, techno mera!
Tam ja poszedłem, kampania Milanu,
Po nią - zalety!


Karmi Cię Nera - płatna maniera!
Karmi Cię Nera - płatna maniera!


Wojna i moda, pij wino i wal, Tania!
Wojna i moda, pij wino i wal, Tania!
Wojna i moda, pij wino i wal, Tania!
Wojna i moda, pij wino!




7. Coś z niczego, czyli analiza i interpretacja bełkotu


7.1. Określenie podmiotu lirycznego i jego najważniejszych cech



Osobą mówiącą w tekście “Karmi Cię Nera” jest tajemniczy przedstawiciel “kampanii Milanu”, który wiedzie podwójne życie i posiada dwa zupełnie różne oblicza. Z jednej strony, jest człowiekiem wysoko postawionym, który utrzymuje bliskie kontakty z merem miasta - słuchaczem muzyki techno (“sitwa mera”, “techno mera“) oraz pragnie uchodzić za niezwykle religijnego, etycznego, kulturalnego i patriotycznego (“litania”, “wikary”, “honorem”, “dresach kultury“, “Rota“). Z drugiej - propaguje swobodny styl życia (“wal, Tania“), chętnie sięga po alkohol (“pij wino”, “piwa”), robi interesy z podejrzanymi osobami (“migom płać siano”), popiera sztuczne zapłodnienia i tworzenie ludzkich zarodków w foliach (“in-vitro mi w folii“). Bohater piosenki nie stroni od kobiet, przy czym należy podkreślić, iż postępuje wobec nich bardzo nieuczciwie: posługuje się podstępem, aby zaszkodzić Danieli (“Tam ja podszedłem Danielę nie w porę“), zachęca odbiorczynię - Tanię do oszukiwania Bożeny (“I kłam Bożenie, na notę Ci ta?”), a Lolitę postrzega jako zwykłą ladacznicę (“Lolita p***doli”).



7.2. Włochy - Bułgaria - Peru



Podmiot liryczny, podobnie jak wielu innych mężczyzn, interesuje się piłką nożną. Jest fanatycznym kibicem drużyny Teneria Bułgaria, który w dosyć agresywny sposób przekonuje innych ludzi, iż jego ulubiona formacja odniesie sukces w najbliższym meczu (“Wygra Teneria Bułgaria, niemoty!”). Warto zaznaczyć, że wspomniana drużyna piłkarska najprawdopodobniej nie istnieje w rzeczywistości. W Bułgarii nie ma takiego miasta jak Teneria, można je za to znaleźć w Peru (Ameryka Południowa).



7.3. Hiszpańskie makaronizmy i podróż do Arabii



Osoba mówiąca w tekście interesuje się nie tylko piłką nożną, hedonistycznymi zabawami i romansami, ale także językami obcymi - kilkakrotnie zdarza jej się użyć słówek hiszpańskojęzycznych (“bueno”, “que”, “entre”, “siniory”). Oznacza to, że bohater tekstu jest człowiekiem wykształconym i światowym. Oprócz wymienionych pasji, podmiot liryczny ma jeszcze jedno hobby: uwielbia podróżować po świecie, np. do Arabii. Mężczyzna interesuje się życiem swoich przyjaciół-faszystów, chętnie opowiada o tym, co im się przydarzyło (“Chciał go prześcignąć i dotarł do roli. Chciał go Antonio, utarto mu koty”). Jest negatywnie nastawiony do znajomości Tanii z Nerą - w dosyć pogardliwy sposób stwierdza, iż utrzymywanie jednej kobiety przez drugą to po prostu “płatna maniera”.



7.4. Daimonion, czyli to, czego faszyści absolutnie NIE lubią



Poza tym, ma złe zdanie na temat artysty, który w jego obecności wykonuje polskie pieśni patriotyczne (“Głupi mi gra”). Bohater utworu twierdzi, iż jego znajomi-faszyści są źli, zdemoralizowani i nie lubią własnego sumienia (“Nie chcą daimonu”. Wyraz “daimon” to neologizm utworzony od filozoficznego pojęcia “daimonion”, które oznacza głos wewnętrzny, ostrzegający przed dokonywaniem nieetycznych wyborów). Na szczęście, postać posiada ważną zaletę moralną - otwarcie sprzeciwia się ideologii marksistowskiej i demaskuje ludzi, którzy próbują wprowadzić ustrój komunistyczny (“Komunę on robi”).



7.5. Bohater piosenki jako drugi Tartuffe



Jak widać, człowiek mówiący w tekście jest obłudny i dwulicowy. Wprawdzie dba o swój wizerunek i przejmuje się opinią innych, jednak postawa, którą przyjmuje w sytuacjach oficjalnych, ma niewiele wspólnego z jego prawdziwym charakterem i temperamentem. Możemy zaryzykować stwierdzenie, że podmiot liryczny reprezentuje ten sam typ osobowości co tytułowy bohater “Świętoszka” Moliera. Miejmy nadzieję, iż piosenka o przedstawicielu “kampanii Milanu” okaże się wystarczającym ostrzeżeniem przed nieszczerością i hipokryzją.



8. Zakończenie + życzenia rozsądku



To chyba wszystko, co chciałam dziś napisać na temat tzw. “wersji alternatywnych”. Pozdrawiam serdecznie i życzę fantazji niezbędnej do opracowywania własnych “misheardów”! Oczywiście, nie aż tak wybujałej, żeby zatracić granicę między rzeczywistością a fikcją. Bo kiedy dochodzimy do wniosku, że nasze złudzenia są prawdą, stajemy się najzwyklejszymi w świecie niewolnikami Matrixa.



Natalia Julia Nowak (En-Dżej-En)