poniedziałek, 8 listopada 2010

In vitro. Orwellowski czarnobiał

“Czarnobiał” - pojęcie rodem z powieści Orwella

W niniejszym felietonie chciałbym poruszyć temat, który zawsze wydawał mi się ważny, a którego - z niewiadomych przyczyn - dotychczas unikałam. Jest to jeden z tematów, o których aktualnie często się dyskutuje i który posiada zarówno zagorzałych zwolenników, jak i radykalnych przeciwników. Chodzi o in vitro, czyli o sztuczne (pozaustrojowe) zapłodnienia dokonywane w specyficznych warunkach. Zjawisko, które można określić orwellowskim terminem “czarnobiał”, gdyż posiada ono sporo zalet, ale również sporo wad. Przeczytajcie, co ja, konserwatywna ateistka, mam do powiedzenia o owym “czarnobiale”.


Dobry pomysł, szczytny cel

Sama idea in vitro - w przeciwieństwie do idei np. Unii Europejskiej, która od początku jest mroczna jak płyta “Angst” Lacrimosy - wydaje mi się dobra, szlachetna i czysta jak łza. Chodzi w niej przecież o to, żeby pomóc ludziom, którzy bardzo chcą mieć dziecko, ale cierpią z powodu bezpłodności. “Wynalazek” zwany zapłodnieniem pozaustrojowym jest także szansą dla anty- i aseksualistów, którzy nie chcą uprawiać seksu, jednak marzą o posiadaniu własnego, nieadoptowanego potomstwa. Miejsce, w którym poczynają się dzieci, nie ma żadnego znaczenia - dotychczas nikt nie zauważył, aby maluchy, które powstały w probówce, były w czymkolwiek gorsze od tych, które powstały w organizmie matki.


Sztuczne zapłodnienia są jak sztuczne porody

Tak samo przedstawia się sytuacja porodów: jedne odbywają się w sposób naturalny, inne poprzez tzw. cesarskie cięcie. Również w tym przypadku ingerencja specjalisty nikomu nie uwłacza, zaś dziecko urodzone w sposób nienaturalny wcale nie różni się od tego powitego siłami natury. Stare przysłowie mówi, że szczęściu trzeba pomóc, a ułatwienie małżeństwu doczekania się wymarzonego potomka wydaje się realizacją tego powiedzenia. Wszystko pięknie jak w bajce, nieprawdaż? Dobre metody nie są złe…


Okrutny los niechcianych dzieci

I pewnie nikt (z wyjątkiem Kościoła katolickiego, który stawia na naturę, bo uważa ją za narzędzie w rękach Boga) nie miałby nic przeciwko in vitro, gdyby nie jeden poważny szkopuł: otóż podczas tej procedury nie tworzy się jednego zarodka, który ma być od razu wszczepiony do organizmu matki, tylko tworzy się ich wiele, a ich późniejsze losy są różnorakie. Część zarodków umiera śmiercią naturalną, inne - te, które zostają uznane przez laborantów za gorsze od pozostałych - są umyślnie zabijane, jak gdyby nie były godne dalszego życia (eugenika, ot co!). Niektóre stają się obiektami eksperymentów medycznych, i to wcale nie w Korei Północnej, tylko tutaj, w tak zwanym “cywilizowanym świecie”. Są wreszcie takie embriony, które - po otrzymaniu etykietki “niepotrzebnych”, “nadliczbowych” - zostają w okrutny sposób zamrożone, jakby nie były przedstawicielami gatunku Homo sapiens, tylko mięsem wkładanym do zamrażalnika.


Wczuj się w cudzą sytuację!

Drogi Czytelniku, jak Ty byś się poczuł, gdybyś się dowiedział, że przed swoimi narodzinami byłeś zamarznięty i schowany w zamrażarce? Czy nie miałbyś wrażenia, iż ktoś potraktował Cię w sposób niegodny i przedmiotowy? Co byś powiedział, gdybyś spotkał tych, którzy Ci to zrobili? Bo ja bym im zarzuciła zlekceważenie zawartego w deklaracjach praw człowieka “zakazu tortur i innego okrutnego, nieludzkiego lub poniżającego traktowania albo karania“. Możliwe nawet, że domagałabym się od nich wysokiego odszkodowania.


Jeszcze raz o okrutnym losie niechcianych dzieci

Jak już wspomniałam, niewiele dzieci poczętych w procedurze in vitro ma szczęście trafić do łona matki, spokojnie się tam rozwijać, a potem znowu wyjść na światło dzienne (czy to siłami natury, czy to poprzez cesarskie cięcie - sposób nie gra roli!). Tak naprawdę, większość z nich jest skazana na śmierć, eksperymenty medyczne albo poniżającą egzystencję w zimnym pojemniku z ciekłym azotem. Nie chciałabym być jednym z tych “niepotrzebnych”, “nadliczbowych” dzieci, którym nikt nie próbuje pomóc i których “pomocnicy rodziców” (czyli lekarze przeprowadzający in vitro) pragną się pozbyć. Niektórzy ludzie twierdzą, że takie nieludzkie traktowanie “nadprogramowych” embrionów nie jest niczym złym, gdyż są one jeszcze bardzo małe i niepodobne do osób dorosłych. Owszem, taka jest prawda, ale czy to oznacza, iż owe embriony są gorsze od dzieci już urodzonych?


Istota ludzka: od zygoty do osoby dorosłej

Człowiek nie jest od razu dojrzały i rozwinięty. Drogi Czytelniku, zanim stałeś się dorosły, byłeś nastolatkiem. Zanim stałeś się nastolatkiem, byłeś kilkulatkiem. Zanim stałeś się kilkulatkiem, byłeś niemowlęciem. Zanim stałeś się niemowlęciem, byłeś noworodkiem. Zanim stałeś się noworodkiem, byłeś płodem. Zanim stałeś się płodem, byłeś zarodkiem. Zanim stałeś się zarodkiem, byłeś zygotą (poczętą albo w organizmie matki, albo w probówce - wsio rawno!). Jednak przez wszystkie lata swojej egzystencji byłeś i nadal jesteś tą samą ludzką istotą - tylko różnej wielkości i o różnym stopniu rozwoju.


Wiek nie czyni nikogo lepszym lub gorszym

Jako nastolatek nie byłeś gorszy niż jako niemowlę, jako niemowlę nie byłeś gorszy niż jako płód, jako płód nie byłeś gorszy niż jako zygota (chociaż owszem, inaczej wyglądałeś i miałeś mniejszy wpływ na własne życie). Zresztą, nie tylko Ty, ale również wszyscy inni ludzie, którzy kiedykolwiek pojawili się na Ziemi. Jak słusznie zauważył Antoine de Saint-Exupery: “Każdy dorosły był kiedyś dzieckiem” (można do tego dorzucić: nastolatkiem, kilkulatkiem, niemowlęciem, noworodkiem, płodem, zarodkiem i zygotą). Jeśli ktoś, drogi Czytelniku, powie Ci, że wartość człowieka zależy od jego wieku, to możesz mu odpowiedzieć, iż jego postawa jest ejdżystyczna (ageistyczna) albo adultystyczna. Bo tak się składa, iż dyskryminacja za wiek doczekała się już kilku fachowych określeń.


Żyj i daj żyć innym!

Tobie, Czytelniku, pozwolono się począć (naturalnie lub nienaturalnie), a potem urodzić (również naturalnie lub nienaturalnie), co oznacza, iż miałeś ogromne szczęście. W związku z tym, jesteś zobowiązany walczyć o to, aby również inne osoby otrzymały tę wielką szansę. Aby zygoty mogły stać się zarodkami, zarodki płodami, płody noworodkami, noworodki niemowlętami, niemowlęta kilkulatkami, kilkulatki nastolatkami, a nastolatki dorosłymi. Bo przecież są to ludzie, tylko - jak już ustaliliśmy - różnej wielkości i o różnym stopniu rozwoju. Proszę, zostań bohaterem, uratuj komuś życie! Mówiąc przysłowiowo: żyj i daj żyć innym!


Nobel dla twórcy in vitro

Niedawno człowiek, który wynalazł metodę in vitro, został uhonorowany Nagrodą Nobla. Mój stosunek do tego wydarzenia jest bardzo ambiwalentny, co wynika z faktu, iż darzę sztuczne zapłodnienia mieszanymi uczuciami. Z jednej strony, podoba mi się, że we współczesnych czasach można pomóc bezpłodnym, aseksualnym lub antyseksualnym małżeństwom, dać komuś życie bez udziału Matki Natury. Z drugiej strony, przeraża mnie, iż z procedurą in vitro wiąże się tak wiele zagrożeń: naturalna śmierć słabszych zarodków, umyślne uśmiercanie lub prowadzenie doświadczeń medycznych na “nadliczbowych” embrionach oraz ta cała makabryczna krioprezerwacja (lub - jak kto woli - kriokonserwacja).


Podsumowanie

Myślę, że zapłodnienia pozaustrojowe można zaakceptować tylko wtedy, gdy nie wyrządzają one nikomu krzywdy. Ktoś kiedyś użył takich słów: “Wolność twojej pięści jest ograniczona bliskością mojego nosa”. Co - w kontekście niniejszego artykułu - z tego wynika? To, że człowiek ma prawo tworzyć zarodki poza organizmem kobiety, ale pod warunkiem, iż żadnemu z owych zarodków nie dzieje się krzywda. Nieważne, jak się ktoś poczyna, ani jak się rodzi. Ważne, żeby był bezpieczny i miał zagwarantowane prawa człowieka.


Natalia Julia Nowak,
8 listopada 2010 roku

Brak komentarzy: