niedziela, 10 października 2010

TragiFarsa 11. Strajk ścisły

OD AUTORKI:

Dramat, który oddaję dziś w ręce Czytelników, jest już jedenastym tomem przygód UB-eka Zdzisława Baumfelda, TW Marii Lolity, niewinnego więźnia Wespazjana Cipki oraz innych postaci. Fabuła utworu wyraźnie nawiązuje do części pierwszej, albowiem 11 to dwie sąsiadujące ze sobą cyfry 1. Akcja sztuki teatralnej - podobnie jak miało to miejsce w “TragiFarsie socNIErealistycznej” i “TragiFarsie 3. Skandalu stulecia” - rozgrywa się w roku 1948. Miejscem wydarzeń jest zaś ta sama sala przesłuchań, która pojawiła się w tomie pierwszym i trzecim.

Chociaż “TragiFarsa 11. Strajk ścisły” jest jedną z najkrótszych części mojej groteskowo-satyrycznej serii dramaturgicznej, jej problematyka obraca się wokół głównego wątku cyklu, czyli relacji między funkcjonariuszem UB, jego bezczelnym i nieco nierozsądnym więźniem oraz bezmyślną, hedonistyczną kochanką. Nastrój utworu jest taki sam jak w poprzednich częściach: groteskowy, absurdalny, czasem wesoły, innym razem smutny i poważny. Tradycyjnie, przez sztukę teatralną przewijają się nie tylko specyficzne żarty i cięte riposty, ale również trudne pytania o charakterze etyczno-filozoficznym.

Oto tytuły wszystkich części TragiFarsy:

1. “TragiFarsa socNIErealistyczna”
2. “TragiFarsa 59 lat później”
3. “TragiFarsa 3. Skandal stulecia”
4. “TragiFarsa + 60 lat”
5. “TragiFarsa 5. Odcinek specjalny”
6. “TragiFarsa 6. Totalna porażka”
7. “TragiFarsa 7. Teoria spisku”
8. “TragiFarsa 8. Nowa era”
9. “TragiFarsa 9. Rok 2009”
10. “TragiFarsa 10. Część jubileuszowa”
11. “TragiFarsa 11. Strajk ścisły”

Jeśli ktoś chce wiedzieć, skąd się wziął ten groteskowo-satyryczny cykl dramaturgiczny oraz jakie są jego związki z moimi innymi utworami, powinien przeczytać mój artykuł pt. “TragiFarsa od kuchni”. Tych, którzy mają ochotę przeczytać krótkie opisy poszczególnych TragiFars, odsyłam zaś do tekstu “TragiFarsa, czyli przygody UB-eka Zdzisława”.


Z pozdrowieniami
Natalia Julia Nowak





MUZYCZNE MOTTO:

"Nie… Nie… Nie…
Nienawidzę szefa!
Nie… Nie… Nie…
Nienawidzę szefa!
Nie… Nie… Nie…
Nienawidzę szefa!
Nie… Nie… Nie…
Nienawidzę szefa!

Na bankiecie przy kieliszku
niczym ojciec, druh i brat.
Gdy do błędu się nie przyznasz,
bezlitosny jest jak kat.
Nienawidzisz jego gestów,
gdy szyderczo śmieje się
i uprzejmie, przy kolegach
jak codziennie zbeszta cię”


Big Cyc - “Nienawidzę Szefa”



Czas akcji: rok 1948 (jakiś czas po wydarzeniach opisanych w “TragiFarsie socNIErealistycznej” i “TragiFarsie 3. Skandalu stulecia”)

Miejsce akcji: budynek Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Młodzianowicach, sala przesłuchań (ta sama co w wymienionych wcześniej utworach)

Osoby: Zdzisław Baumfeld (27-letni podporucznik UB), Archibald Moździerz (43-letni plutonowy UB), Wespazjan Cipka (24-letni więzień UB, fałszywie oskarżony o działalność wywrotową), Maria Lolita (21-letnia Tajna Współpracowniczka UB, a zarazem kochanka Baumfelda), Niewidoczny Narrator (słyszalny tylko dla widzów), Mroczysława Kalinowska-Wójcik (40-letnia podpułkownik, wicedyrektorka młodzianowickiego UB)


W ciemnej, obskurnej sali przesłuchań (którą oświetla tylko jedna, mała lampka, stojąca na biurku przesłuchującego) przebywają trzy osoby: Zdzisław Baumfeld, Archibald Moździerz oraz Wespazjan Cipka. Ci pierwsi, odziani w UB-eckie mundury i wyraźnie rozdrażnieni, stoją na środku pomieszczenia, a ten ostatni siedzi na małym, skromnym krześle przesłuchiwanego i uważnie obserwuje obu funkcjonariuszy Urzędu Bezpieczeństwa. Wespazjan - podobnie jak w poprzednich częściach TragiFarsy - jest zmęczony i przestraszony, ale za wszelką cenę usiłuje udawać pogodnego, beztroskiego luzaka. W sali przesłuchań panuje cisza i spokój, jednak czuć, że “coś wisi w powietrzu”.


ZDZISŁAW BAUMFELD (głośno, uroczyście, patrząc na Wespazjana Cipkę):

Ja, podporucznik Zdzisław Baumfeld, oświadczam publicznie… tutaj, przed tym licznym, jednoosobowym audytorium… że w dniu dzisiejszym, to jest 15 listopada 1948 roku, o godzinie 9:00 rano, czyli… (Spogląda na zegarek) za jakieś dwadzieścia sekund, rozpocznie się w budynku Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Młodzianowicach strajk funkcjonariuszy bezpieki. Innymi słowy, ja i towarzysz Archibald Moździerz kiełbolimy swoją robotę, wypinamy się na cały świat i nie robimy nic. Dziękuję za uwagę oraz życzę miłego dnia!


WESPAZJAN CIPKA (oszołomiony tym, co właśnie usłyszał):

Strajk funkcjonariuszy bezpieki? To wy w ogóle macie prawo do strajku?


ZDZISŁAW BAUMFELD (lodowatym tonem, mrużąc niebezpiecznie oczy):

Sugerujecie, towarzyszu Wespazjanie, że nie mamy?


WESPAZJAN CIPKA (wzruszając ramionami):

Niczego nie sugeruję. Zapytałem z czystej ciekawości. (Krótka pauza) Czyli mówisz, Zdzisiek, że ty i Archibald rezygnujecie dzisiaj z wykonywania obowiązków zawodowych?


ZDZISŁAW BAUMFELD:

Dokładnie!


WESPAZJAN CIPKA (z nadzieją w głosie):

Nie będziecie mnie dzisiaj bić?


Zdzisław Baumfeld siada na krześle przesłuchującego, a potem nonszalancko kładzie nogi na biurku. W tym samym czasie Archibald Moździerz siada na innym krześle, stojącym przy jednej ze ścian.


ZDZISŁAW BAUMFELD (stanowczo, do Cipki):

Nie. Dzisiaj nie pytamy, nie bijemy, nie notujemy zeznań, nie piszemy protokołów, nie składamy raportów, nie zabijamy. Strajkujemy.


ARCHIBALD MOŹDZIERZ:

Nawet, jak nam coś upadnie na podłogę, to tego nie podniesiemy, bo nie. To jest strajk ścisły, obywatelu Cipka.


WESPAZJAN CIPKA (ponuro, z wyrzutem):

Wczoraj gasiliście sobie na mnie papierosy, a dzisiaj mówicie, że nie będziecie robić zupełnie nic? To musi być podstęp!


ZDZISŁAW BAUMFELD (spokojnie, nadal z nogami na biurku):

Wczoraj nie było strajku, towarzyszu Wespazjanie. Ale dzisiaj - po tym, co usłyszeliśmy w gabinecie naszego dyrektora, pułkownika Waldeberta Werfelberga - strajk po prostu musiał zostać ogłoszony. (Pogardliwie, ze złością) Cóż, to nie nasza wina, że rządzi nami socjopatyczny krasnorost!


ARCHIBALD MOŹDZIERZ (pod nosem, mając na myśli Werfelberga):

Straszna postać…


WESPAZJAN CIPKA (zaintrygowany oburzeniem UB-eków):

A co on wam takiego zrobił, że postanowiliście zorganizować strajk?


Zdzisław zdejmuje nogi z biurka i siada w pozycji, która bardziej sprzyja mówieniu.


ZDZISŁAW BAUMFELD (przejęty, nie kryjąc zbulwersowania):

Już wam mówię, obywatelu Cipka! Dziś z samego rana plutonowy Archibald Moździerz, chorąży Świętożyźń Klemermann i ja zanieśliśmy naszemu (tfu, tfu, tfu!) szefowi treść zeznania takiego jednego więźnia, Makrobiusza Bzdury, z którym użeraliśmy się przez ostatnie kilka miesięcy. A musicie wiedzieć, towarzyszu, że opracowanie gotowego zeznania to bardzo długa i ciężka robota. Najpierw się człowieka przesłuchuje, co bywa dosyć trudne i męczące, potem się pisze zeznanie i dopasowuje do niego odpowiednie dowody (albo odwrotnie), robi się niezbędną korektę tekstu, daje się kartkę więźniowi do podpisania (z czym również wiążą się rozmaite perypetie), aż w końcu oddaje się gotowe dzieło Werfelbergowi, który wysyła je do Wojskowego Sądu Rejonowego.


WESPAZJAN CIPKA (lekko rozbawiony, przerywając Baumfeldowi):

Heh, jak cię tak słucham, Zdzisiek, to odnoszę wrażenie, że mam do czynienia z dziennikarzem, który opowiada o swojej pracy w redakcji czasopisma!


ARCHIBALD MOŹDZIERZ (szorstko, ostrzegawczo, do Wespazjana):

Nie cieszcie się, towarzyszu Wespazjanie, bo z wami będzie tak samo jak z innymi więźniami. Jesteśmy dopiero na początku naszej wspólnej drogi. (Złośliwie) Czy wiecie, drogi obywatelu, co to jest stójka? Jeśli nie, to po strajku możecie się dowiedzieć!


ZDZISŁAW BAUMFELD (kontynuuje przerwaną opowieść):

Tak czy owak, to zeznanie, o którym wcześniej wspomniałem, było prawdziwym majstersztykiem. Długie, wielowątkowe, wyczerpujące, pełne zapierających dech w piersiach deklaracji i intrygujących szczegółów… Jednym słowem: arcydzieło. Archibald Moździerz, Świętożyźń Klemermann i ja pracowaliśmy nad nim w pocie czoła, niejednokrotnie odmawiając sobie odpoczynku, jednak efekt końcowy okazał się godny tak wielkiego wysiłku i samozaparcia. Szczęśliwi, że zdołaliśmy stworzyć coś tak genialnego, udaliśmy się do gabinetu Waldeberta Werfelberga, aby zaprezentować mu nasze cudeńko.


ARCHIBALD MOŹDZIERZ (unosząc palec wskazujący):

A trzeba zaznaczyć, że miało ono ze trzydzieści stron!


ZDZISŁAW BAUMFELD:

Kiedy dyrektor młodzianowickiego Urzędu Bezpieczeństwa wziął dzieło do rąk i je przekartkował, niespodziewanie zaczął krzyczeć, że to zeznanie jest zbyt długie, że chyba zwariowaliśmy, że zrobiliśmy z poważnego dokumentu opowiadanie, że nasz styl jest zbyt kwiecisty, że żaden więzień nie mówi tak pięknym i poetyckim językiem, że każdy głupi się zorientuje, iż to “fake”… W końcu Werfelberg podarł pracę na strzępy, bezceremonialnie wrzucił jej szczątki do kosza na śmieci i powiedział, że mamy więcej nie przynosić mu takich “tasiemców”. Wyobrażacie to sobie, towarzyszu Cipka?!


ARCHIBALD MOŹDZIERZ (równie oburzony jak Zdzisław):

Dokładnie tak było! A potem nasz “ukochany” dyrek oświadczył, że zeznania muszą mieć od 500 do 550 słów… i ani więcej, ani mniej! No, chyba go pogięło! Tak czy siak, zapytałem tego szaleńca, od kiedy obowiązuje taka zasada, a on odpowiedział, iż od dzisiaj. Wtedy chorąży Klemermann przypomniała, że prawo nie działa wstecz, a nasze dzieło zostało napisane w czasach, kiedy owa zasada jeszcze nie obowiązywała. Werfelberg odparł, iż takie tłumaczenia go nie interesują, bo on od dzisiaj przyjmuje zeznania liczące sobie od 500 do 550 słów.


ZDZISŁAW BAUMFELD (z goryczą):

W ten sposób cały nasz wielomiesięczny wysiłek poszedł na marne!


ARCHIBALD MOŹDZIERZ:

Swoją drogą, ciekawe, jak zareaguje Makrobiusz Bzdura, kiedy się dowie, że jego wyznania i podpis - zrodzone w bólach - na nic się nie przydały? Chyba się facet załamie!


ZDZISŁAW BAUMFELD (do drugiego funkcjonariusza UB):

A ja bym chciał wiedzieć, obywatelu Moździerz, czy i jak Werfelberg będzie weryfikował liczbę słów w zeznaniach. Będzie ślęczał godzinami nad kartkami i liczył wyrazy, stukając w nie ołówkiem? Jakoś nie mogę sobie tego wyobrazić! A co się stanie, jeśli jakieś zeznanie będzie miało 551 słów? Od razu zostanie podarte i wrzucone do kosza? Przecież to absurd!


ARCHIBALD MOŹDZIERZ (patrząc na Wespazjana Cipkę):

I dlatego strajkujemy. Dzisiaj ten potwór zmusza nas do liczenia słów, a jutro każe nam liczyć znaki. Nie możemy na to pozwolić!


NIEWIDOCZNY NARRATOR (słyszalny tylko dla widzów):

Oni jeszcze nie wiedzą, że za 60 lat liczenie słów będzie obowiązkowe na maturze pisemnej z języka angielskiego. Limit wyrazów: od 130 do 150. I niech ktoś spróbuje nie zmieścić się w tym przedziale! 151 słów to jeszcze nie katastrofa, ale po przekroczeniu 200 będzie się otrzymywać 0 punktów za formę tekstu!


Wespazjan Cipka ostentacyjnie unosi wzrok ku sufitowi.


WESPAZJAN CIPKA (kościelnym tonem, nieco prowokacyjnie):

Módlmy się, aby funkcjonariusze Urzędu Bezpieczeństwa mieli wiele powodów do strajkowania na każdy dzień roku Pańskiego 1948. Ciebie prosimy - wysłuchaj nas, Panie!


Zdzisław robi wielce oburzoną, aczkolwiek fałszywą minę.


ZDZISŁAW BAUMFELD (podpuszcza Wespazjana, udając człowieka wierzącego i ortodoksyjnego):

Towarzyszu Cipka! Wy nam złorzeczycie! Nie wolno się tak modlić, bo to grzech! Pan Jezus kazał kochać nieprzyjaciół, przebaczać oraz nadstawiać drugi policzek! To oznacza, że gdy strajk się zakończy i znowu zaczniemy was dręczyć, macie pokornie przyjmować wszystkie tortury i prosić o jeszcze więcej!


WESPAZJAN CIPKA (dobitnie, patrząc Zdzisławowi prosto w oczy):

Kunagi!


ARCHIBALD MOŹDZIERZ (zdumiony ripostą Cipki):

“Kunagi”? Czy to jakieś japońskie przekleństwo, obywatelu Wespazjanie?


WESPAZJAN CIPKA:

Nie. To po estońsku “nigdy”. (Spoglądając z obrzydzeniem na komunistów) Dla takich jak wy nie mam ani cierpliwości, ani przebaczenia, ani tym bardziej miłości!


Baumfeld robi odrobinę zaskoczoną minę.


ZDZISŁAW BAUMFELD (do Moździerza):

No proszę! On nie taki święty, towarzyszu Archibaldzie! Bliżej mu do Zaratustry niż do Chrystusa!


ARCHIBALD MOŹDZIERZ (powoli kiwając głową):

Taaak… Woli zgrzeszyć niż pozwolić, by ktoś podeptał jego dumę… (Podobnie jak Baumfeld, udaje człowieka wierzącego i ortodoksyjnego) A najśmieszniejsze jest to, że przez taką postawę zwiększa się jego szansa na wieczne tortury w piekle! (Złośliwie, do więźnia) Widzicie, towarzyszu Wespazjanie Cipko? Znaleźliście się w sytuacji bez wyjścia! Musicie samodzielnie zdecydować, czy chcecie cierpieć na Ziemi, czy w Zaświatach! Brak miłości bliźniego to pierwszy krok do potępienia… czy jakoś tak!


WESPAZJAN CIPKA (opryskliwie):

A ty już się nie wymądrzaj i nie udawaj teologa, bo tak naprawdę jesteś ateistą i sam pójdziesz do piekła… za poglądy…


Chwila ciszy.


WESPAZJAN CIPKA (do Baumfelda, przerywając długie milczenie i zmieniając temat dyskusji):

Jak długo zamierzacie strajkować?


ZDZISŁAW BAUMFELD (z namysłem):

Hmmm… Prawdę powiedziawszy, powinniśmy strajkować tak długo, aż pułkownik Werfelberg cofnie swoją decyzję o wprowadzeniu limitu słów w zeznaniach…


WESPAZJAN CIPKA:

A jeśli jej nie cofnie, to co zrobicie? Będziecie strajkować aż do emerytury czy do usranej śmierci?


Archibald Moździerz, w którym budzi się chwilowo uśpiona skłonność do głupkowatego dowcipkowania, anachronicznie śpiewa parafrazę pewnej znanej piosenki.


ARCHIBALD MOŹDZIERZ (anachronicznie parafrazując fragment utworu “Agnieszka już dawno” zespołu Łzy):

“Była chłodna jesień, jak z cebra padało,
Dużo się strajkowało, mało pracowało.
Tak zaczęła się ta jesienna przygoda,
On był jeszcze młody i ona była młoda.
Zakochani, w zaciszu UB-eckiej piwnicy,
Czerpali garściami z miłosnej skarbnicy.
Tak mijały tygodnie, lecz…”


WESPAZJAN CIPKA (zażenowany, przerywając UB-ekowi):

Zaraz, zaraz… Tam było coś o “onej”… O jaką “oną” chodzi? Gdzie ty ją widzisz, czerwony ksantofilu?!


Nagle wpada do pomieszczenia Maria Lolita, na widok której Zdzisław Baumfeld gwałtownie wstaje z krzesła i wychodzi zza biurka. Wespazjan robi minę pt. “Odwołuję to, co przed chwilą powiedziałem!”. Tajna Współpracowniczka Urzędu Bezpieczeństwa wygląda na rozradowaną widokiem swojego kochanka.


MARIA LOLITA (głośno, piskliwie, głupiutko, entuzjastycznie):

Zdzisiu!!!


Kobieta podbiega do Baumfelda i rzuca się w jego ramiona. Oboje - tuląc się - sprawiają wrażenie, jakby długo się nie widzieli i bardzo za sobą tęsknili. W końcu kochankowie odrywają się od siebie.


WESPAZJAN CIPKA (ostro, do Baumfelda, wskazując na Marię Lolitę):

Dlaczego ta Tajna Współpracowniczka tak sobie wchodzi i wychodzi, kiedy funkcjonariusze UB są na służbie i zajmują się sprawami nie do końca jawnymi? Czy to jest legalne, regulaminowe?


ZDZISŁAW BAUMFELD:

To nie jest regulaminowe. Ale Maria Lolita ma “wejściówkę” na wszystko, bo jest moją kochanką i wszyscy dobrze ją znają. A tak w ogóle, to dzisiaj jest strajk UB-eków, towarzyszu Cipka.


WESPAZJAN CIPKA (ze szczerym zainteresowaniem):

Czy Werfelberg o tym wie? To znaczy: o “wejściówce” Marii Lolity, a nie o strajku?


Zdzisław wzrusza ramionami, aby zademonstrować swój lekceważący stosunek do tej sprawy oraz do dyrektora PUBP.


ZDZISŁAW BAUMFELD (od niechcenia):

Wie.


WESPAZJAN CIPKA:

I co z tym fantem robi?


ZDZISŁAW BAUMFELD:

Przymyka na to oko, pod warunkiem, że ja i pozostali UB-ecy dobrze pracujemy. Jednak kilka razy zdarzyło mu się wyprosić Marysię. Zresztą, ja też kilkakrotnie ją wygoniłem.


Maria Lolita robi żałosną minkę.


MARIA LOLITA (z zalotnym nadąsaniem):

Ty, Zdzisiu, nie rozumiesz, że ja czasami potrzebuję twojej bliskości…


ZDZISŁAW BAUMFELD (zirytowany):

Potrzebujesz mojej bliskości akurat wtedy, kiedy mam ręce pełne roboty! (Znacznie spokojniej) Zrozum, Mario Lolito, że czasami twoja obecność mnie rozprasza i utrudnia mi wykonanie jakiegoś zadania. Poza tym, są takie widoki, na które nie powinnaś patrzeć, bo jesteś zbyt wrażliwa, delikatna i słaba psychicznie. Mówiąc o “takich widokach”, mam na myśli to, czego w TragiFarsie nigdy się nie pokazuje, a jednak się o tym wie. (Chichocze, parafrazując pewien dowcip) Bo w naszym groteskowo-satyrycznym cyklu dramaturgicznym śmierć i okrutna przemoc są jak duchy: ciągle o nich słyszysz, a jeszcze nigdy nie widziałaś!


WESPAZJAN CIPKA (wtrąca się):

A no właśnie. TragiFarsa socNIErealistyczna to NIE Unpop Art, tutaj nie wykracza się poza pewne granice. (Do widzów, usprawiedliwiającym tonem) Przepraszam za dygresję i anachronizm, ale to po prostu MUSIAŁO zostać powiedziane!


ZDZISŁAW BAUMFELD (anachronicznie dodając swoją własną refleksję):

Mimo wszystko, pewne podobieństwo TragiFarsy do ruchu artystycznego Unpop Art jest widoczne. Wszak oficjalna definicja określa Unpop jako “stosowanie popularnej estetyki, stylistyki lub technik do [przekazywania] niepopularnych, nieprzyjemnych, tłumionych lub w inny sposób cenzurowanych idei” (“the application of pop aesthetics, stylings, or techniques to unpopular, unpleasant, repressed or otherwise censored ideas”), a nasza seria dramaturgiczna spełnia ten warunek.


Niespodziewanie Archibald Moździerz traci cierpliwość.


ARCHIBALD MOŹDZIERZ (ostrym, despotycznym tonem, do pozostałych bohaterów sceny):

Ej, towarzysze! Może byśmy wrócili do głównego tematu utworu, co?!


MARIA LOLITA:

Świetny pomysł!


Zdzisław Baumfeld ponownie siada na krześle, kładzie nogi na biurku i krzyżuje ręce na piersiach.


ZDZISŁAW BAUMFELD (stanowczo, dobitnie):

Waldebert Werfelberg powinien przyjąć do wiadomości, że ja i pozostali funkcjonariusze ubecji mamy ważniejsze sprawy na głowie niż liczenie wyrazów w tekstach. Lecz jeśli nie zmieni swojej kretyńskiej decyzji, to ja sam ułatwię sobie życie i skonstruuję maszynę do pisania liczącą słowa! Tak, dokładnie tak! Nad każdym… albo, jeszcze lepiej, nad co dziesiątym… wyrazem będzie się pojawiała stosowna liczba, dzięki której piszący będzie mógł kontrolować długość swojego dzieła! W razie czego, mogę jeszcze stworzyć wersję beta tej maszyny, liczącą nie tylko słowa, ale również znaki!


ARCHIBALD MOŹDZIERZ (zachłystując się zachwytem):

Kuźwa, ja zawsze powtarzałem, że towarzysz Baumfeld powinien dostać Nagrodę Nobla! Tym razem należy mu się Nobel z dziedziny fizyki!


Maria Lolita z godnością unosi głowę.


MARIA LOLITA (dumna z posiadania tak pomysłowego kochanka):

Mój Zdzisio jest ze wszystkiego dobry!


ZDZISŁAW BAUMFELD (narcystycznie):

Prawda. Mam wykształcenie humanistyczne, ale w szkole doskonale sobie radziłem ze wszystkimi przedmiotami. Kto by pomyślał, że urodziłem się i nadal mieszkam w Świńskiej Czaszce?


WESPAZJAN CIPKA (zszokowany, wytrzeszczając oczy):

W Świńskiej Czaszce?! W tej zakutej wiosze?!


ARCHIBALD MOŹDZIERZ (do aresztanta, robiąc aluzję do wydarzeń opisanych w “TragiFarsie 3. Skandalu stulecia“):

Nie wiedzieliście o tym, towarzyszu Cipka? Przecież podporucznik Baumfeld wspomniał o tym podczas tego… tego… jak to określiliście… “skandalu stulecia”, w którym sami wzięliście udział!


Wespazjan robi zawstydzoną minę.


WESPAZJAN CIPKA (dostrzegając swoją pomyłkę):

A, no tak… Rzeczywiście o tym wspomniał… Chyba nie skojarzyłem faktów…


ZDZISŁAW BAUMFELD:

Niektórzy ludzie uważają, że to obciach, iż taki “oświecony” i wysoko postawiony człowiek jak ja mieszka w małej, zacofanej wiosce. Mają rację, dlatego w ciągu najbliższych dwóch-trzech miesięcy zamierzam się wyprowadzić do Młodzianowic. UB-ekiem jestem, stać mnie na duży, dobrze wyposażony dom. Nie będę przez całe życie kisić się w Świńskiej Czaszce.


ARCHIBALD MOŹDZIERZ (szczerze):

Ale wy, towarzyszu Zdzisławie, wcale nie wyglądacie, nie mówicie i nie zachowujecie się jak facet ze Świńskiej Czaszki!


ZDZISŁAW BAUMFELD (spoglądając na drugiego funkcjonariusza Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego):

A jak?


ARCHIBALD MOŹDZIERZ:

Jak Młody-Wykształcony-Z-Dużego-Miasta!


ZDZISŁAW BAUMFELD (gawędziarskim tonem):

Bo ja, tak na dobrą sprawę, wcale nie wywodzę się z chłopskiej rodziny. Moi rodzice to stuprocentowi proletariusze, oboje pochodzą z Młodzianowic, ale ponieważ mieli dosyć miejskiego życia i chcieli być bliżej natury, przeprowadzili się na wieś. Zresztą, moja matka była wtedy w ciąży, chciała mnie urodzić w ciszy i spokoju, dlatego ostatecznie cała nasza rodzina wylądowała w Świńskiej Czaszce. Ale chłopami nie jesteśmy, moi rodzice wciąż pracują w zawodach robotniczych, a ja jestem funkcjonariuszem Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Młodzianowicach. Trzeba jednak pamiętać, że ten stan wkrótce się zmieni, bo - jak już powiedziałem - niedługo zamieszkam na stałe tu, w mieście. Moja siostra, Zdzisława Baumfeldówna, także planuje przeprowadzkę, tyle że do Krakowa. Na studia idzie dziewucha. Lepiej późno niż wcale, no nie?


WESPAZJAN CIPKA (zaciekawiony):

A co będzie studiować?


ZDZISŁAW BAUMFELD (opryskliwie, przypominając sobie, że Wespazjan nie jest jego kolegą, tylko więźniem UB):

To nie wasza sprawa, obywatelu Cipka!


WESPAZJAN CIPKA (krzywi się z niesmakiem):

Jakiś ty niekulturalny!


Zdzisław groźnie mruży oczy.


ZDZISŁAW BAUMFELD (patrząc bezlitośnie na więźnia):

Przysięgam, towarzyszu Wespazjanie, że gdy powrócę do wykonywania obowiązków zawodowych, to wam osobiście powyrywam paznokcie z palców u nóg! Nie będziecie ani pierwszym, ani ostatnim, którego to spotka! Ale musicie jeszcze trochę poczekać, bo teraz jest strajk ścisły, który ma na celu zamanifestowanie sprzeciwu wobec absurdalnych pomysłów pułkownika Werfelberga. Powstrzymując się od robienia czegoś, co naprawdę lubię, stawiam opór swojemu sfiksowanemu dyrektorowi.


MARIA LOLITA (do Baumfelda, robiąc anachroniczną aluzję do pewnego symbolu z lat osiemdziesiątych XX wieku):

Zdzisiu, na znak oporu powinieneś sobie przypiąć do munduru opornik!


WESPAZJAN CIPKA (udaje, że się przesłyszał):

Obornik?


Zdzisław zdejmuje nogi z biurka i robi groźną minę.


ZDZISŁAW BAUMFELD (do więźnia, z udawanym oburzeniem, mentorskim tonem):

Coście powiedzieli, towarzyszu Cipka?! Obornik?! Czy wy w ogóle wiecie, co to jest?!


WESPAZJAN CIPKA (skromnie):

Szczerze mówiąc, nie wiem. Tak mi się skojarzyło: opornik - obornik.


ZDZISŁAW BAUMFELD:

Obornik to inaczej gnój. Wiecie chociaż, co to jest gnój, towarzyszu?


WESPAZJAN CIPKA (z dumą):

No, wiem.


ZDZISŁAW BAUMFELD:

To powiedzcie, co to jest gnój!


WESPAZJAN CIPKA (anachronicznie posługując się definicją z pewnej zabawnej rozmowy telefonicznej opublikowanej na YouTube.com):

“Taka słoma, gdzie świnie na nią srają, to gnije, jest gnój, i się wywala na pole, i rosną pyrki”


Obaj funkcjonariusze bezpieki oraz Maria Lolita wybuchają śmiechem.


ZDZISŁAW BAUMFELD (rozbawiony):

No proszę, jaki wyedukowany!


ARCHIBALD MOŹDZIERZ (także rozbawiony):

Młody-Średnio-Wykształcony-Ze-Średniego-Miasta!


ZDZISŁAW BAUMFELD:

Ale tego, czym jest obornik, nie wiedział. Ja tam doskonale znam się na sprawach wiejsko-rolniczych, bo od urodzenia mieszkam w Świńskiej Czaszce i wiem, czym się chłopi zajmują. (Niespodziewanie zaczyna chichotać) Wiecie, obywatele, co w moim życiu jest najbardziej paradoksalne?


MARIA LOLITA:

Nie…


ZDZISŁAW BAUMFELD (pogodnie):

No to już wam mówię. Otóż mieszkam w wiosce podlegającej Gminnemu Urzędowi Bezpieczeństwa Publicznego w Wolisławowie, ale pracuję w Powiatowym Urzędzie Bezpieczeństwa Publicznego w Młodzianowicach, który jest nadrzędny w stosunku do Wolisławowa. Innymi słowy, kiedy jestem na służbie, to mam wyższość nad szefem GUBP, a gdy wracam do domu, to szef GUBP ma wyższość nade mną. To strasznie głupia i absurdalna sytuacja, zupełnie jakbym był własnym ojcem. Na szczęście, już niedługo uwolnię się od tego paradoksu.


Nagle wchodzi do pomieszczenia 40-letnia ppłk Mroczysława Kalinowska-Wójcik, wicedyrektorka PUBP. Na jej widok wszyscy, którzy do tej pory siedzieli (łącznie z Wespazjanem Cipką), wstają z krzeseł.


ZDZISŁAW BAUMFELD, ARCHIBALD MOŹDZIERZ i MARIA LOLITA (chórem, jak przedszkolaki):

Dzieeeeeń dooooobryyyyy!


MROCZYSŁAWA KALINOWSKA-WÓJCIK (chłodnym tonem):

Dzień dobry. (Do Zdzisława i Archibalda, ignorując TW Marię Lolitę i więźnia) Obywatele, rozmawiałam z towarzyszem pułkownikiem o waszym zachowaniu i oboje zdecydowaliśmy, że wasza wypłata za listopad zostanie pomniejszona w stopniu adekwatnym do nieprzepracowanych godzin, które przeznaczyliście na manifestowanie swojego lekceważącego stosunku do PUBP oraz jego kadry kierowniczej. Jeśli zaś taka sytuacja powtórzy się w przyszłości, to obaj wylecicie na zbity pysk z Urzędu Bezpieczeństwa i jeszcze zostaniecie oskarżeni o prowadzenie sabotażu wewnątrz tej instytucji. Dlatego, moi drodzy towarzysze, radzę wam przestać zachowywać się jak dzieci i zacząć robić to, co do was należy. W przeciwnym wypadku będziecie mieli naprawdę poważne problemy. (Z demonicznym uśmiechem, uświadamiając sobie obecność Wespazjana) Proponuję powbijać temu młodzieńcowi igły pod paznokcie. Mała rzecz, a boli.


ZDZISŁAW BAUMFELD (odważnie, uroczyście, zgrywając bohatera):

Towarzyszko Kalinowska-Wójcik! Nie powrócimy… a przynajmniej ja nie powrócę… do pracy, dopóki pułkownik Werfelberg nie cofnie swojej decyzji dotyczącej liczenia słów w zeznaniach! Przykro mi, ale nie jestem w stanie zaakceptować tego nowego wymogu!


MROCZYSŁAWA KALINOWSKA-WÓJCIK (z politowaniem):

Towarzyszu Baumfeld… Przecież ten nakaz liczenia wyrazów to był zwykły żart! Towarzysz Werfelberg zażartował, że zeznania muszą mieć od 500 do 550 słów, żeby wam uświadomić, iż życzy sobie dokumentów stosownej długości! Uwierzcie mi, że one naprawdę nie muszą mieć 500-550 wyrazów. Wystarczy, że nie są ani za długie, ani za krótkie.


Zdzisław i Archibald robią minę pt. “A to skurczybyk… Zrobił nas na szaro…”. Wespazjan Cipka walczy ze sobą, żeby się nie roześmiać, natomiast Maria Lolita czeka w milczeniu na rozwój wypadków.


ARCHIBALD MOŹDZIERZ (oszołomiony, do Mroczysławy):

Więc to był żart, obywatelko Kalinowska-Wójcik? Jeśli tak, to zupełnie nieśmieszny!


MROCZYSŁAWA KALINOWSKA-WÓJCIK:

Wasze żarty też nie są śmieszne, towarzyszu Moździerz, a jednak uskuteczniacie je przy każdej okazji.


ZDZISŁAW BAUMFELD (ponuro):

Sęk w tym, że na żartach Moździerza wszyscy się znają, a na żartach Waldeberta Werfelberga - nie.


MROCZYSŁAWA KALINOWSKA-WÓJCIK (karcącym tonem, do Zdzisława):

Ej! Chyba się zapominacie, podporuczniku Baumfeld!


NIEWIDOCZNY NARRATOR (słyszalny tylko dla widzów):

Ona jeszcze nie wie, że za pięć lat otruje Werfelberga, aby przejąć pełnię władzy w młodzianowickiej ubecji…


Chwila ciszy, podczas której pani podpułkownik przygląda się Wespazjanowi.


MROCZYSŁAWA KALINOWSKA-WÓJCIK (zaciekawiona):

Czy to przypadkiem nie jest ten więzień, który uczestniczył razem z wami w tej karygodnej, alkoholowej imprezie na terenie PUBP?


ARCHIBALD MOŹDZIERZ:

Tak, to on. Nazywa się Wespazjan Cipka, ma 24 lata i jest członkiem Podziemnego Klubu Anonimowych Alko… przepraszam: Antykomunistów.


Aresztant wpada w złość.


WESPAZJAN CIPKA (wściekle, nie przejmując się obecnością wicedyrektorki PUBP):

Moździerz, ty marksistowski stramenopilu! Dlaczego twoja pusta mózgoczaszka nie może pojąć, że nigdy nie miałem żadnych związków z nielegalnymi organizacjami?! Ty i Zdzisiek oskarżacie mnie o coś, czego nigdy nie robiłem, chociaż doskonale wiecie, że jestem niewinny! Choroba! Puknijcie się wreszcie w te lewackie łby i pozwólcie mi wrócić do domu!


MROCZYSŁAWA KALINOWSKA-WÓJCIK (blada z oburzenia):

Towarzysze! Nie mogę w to uwierzyć, że wy, funkcjonariusze Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego, pozwalacie więźniowi na taką bezczelność w stosunku do was! Dlaczego to ludzkie ścierwo ma jeszcze czelność zwracać się do was na “ty”?! Ono powinno drżeć przed wami ze strachu, patrzeć na was jak na bogów i wpadać w panikę na widok podniesionej ręki! Gdyby do mnie jakiś aresztant odezwał się takim tonem, to kazałbym go rozebrać do naga i lać biczem do nieprzytomności! A wy sobie z nim gawędzicie jak ze starym przyjacielem i pozwalacie, aby wyzywał was od najgorszych! To wy powinniście go wyzywać, nie odwrotnie! Obiecuję, że zaraz pójdę do pułkownika Waldeberta Werfelberga i poproszę go o udzielenie wam siarczystej nagany, bo nie może być tak, jak jest! I to tyle w tym temacie!


WESPAZJAN CIPKA (z rozpaczą, żałując swojego wybuchu):

Boże… Co ja jej zrobiłem, że chce, aby mnie tak męczyli?!


MROCZYSŁAWA KALINOWSKA-WÓJCIK (do Wespazjana, krzyczy):

Milczeć! Jeśli bardzo chcecie, to sama mogę was pomęczyć! Mam swoje sposoby na takich jak wy!


Ni z gruszki, ni z pietruszki zabiera głos Maria Lolita.


MARIA LOLITA (delikatnie, grzecznie, nieśmiało):

Podpułkowniku Kalinowska-Wójcik… Czy towarzyszka nie uważa, że jest… że jest… zbyt… okrutna?


MROCZYSŁAWA KALINOWSKA-WÓJCIK (wybucha ostrym, przerażającym śmiechem):

Cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha! Ta mała, głupia pinda spod latarni śmie twierdzić, że jestem zbyt okrutna! Ale ubaw! Tej dziwki, żeby nie powiedzieć k***y, w ogóle nie powinno tutaj być, bo jest tylko szeregową Tajną Współpracowniczką i piątym kołem u wozu! (Do Marii Lolity) Słuchajcie, obywatelko: jeśli wy nie popieracie torturowania ludzi, to tego nie róbcie, ale nie zabraniajcie tego innym! Ja bym wam nie zabroniła np. usunąć bezbronnego dziecka z macicy! Sama jestem po trzech późnych aborcjach i uważam, że nikt nie ma prawa się tego czepiać!


ARCHIBALD MOŹDZIERZ (pod nosem):

No proszę… Dużo się można dowiedzieć, słuchając babskiej rozmowy…


MROCZYSŁAWA KALINOWSKA-WÓJCIK (do kochanki Zdzisława):

Fakt, że kazałam ginekologowi, aby powyrywał kończyny, zmiażdżył główki, pociął plecy, otworzył brzuchy, wypruł flaki i utopił we krwi moje bachory, jest wyłącznie kwestią mojego sumienia, którego i tak nie posiadam! Co zaś do tortur, uważam, że zazwyczaj są one jedynym sposobem na wydobycie zeznań z opornych jeńców albo na zmuszenie ich do podpisania jakiegoś papierka! Cha, cha, cha, cha, cha! Czego to człowiek nie zrobi w imię rewolucji oraz przyszłych korzyści?! Wam, towarzyszko, to wszystko się nie podoba, jednak zrozumcie, iż nie macie prawa mnie od tego odciągać! Bo to, co robię w ramach mojej pracy zawodowej, jest moją prywatną sprawą! Moja kariera - moje zmartwienie! Wy nie lubicie przemocy fizycznej, więc nikt was nie zmusza do jej stosowania, ale wara wam ode mnie i od pozostałych funkcjonariuszy UB! Torturowanie ludzi to nasza prywatna sprawa! Możemy ich kaleczyć, wykrwawiać, a nawet zabijać, gdyż jest to wyłącznie kwestia naszych sumień!


WESPAZJAN CIPKA (pod nosem):

Tortury i aborcja… Ta kobieta twierdzi, że to wyłącznie “kwestia czyjegoś sumienia“, a przecież tylu ludzi przez to cierpi i umiera… Ale co ją obchodzi cudza krzywda?! Przecież ludzki ból, strach, krew, rany i śmierć to jej “prywatna sprawa”! Ech, to chyba najgorsza mentalność, jaką można mieć!


ZDZISŁAW BAUMFELD (nie usłyszawszy słów Wespazjana):

Towarzyszko Kalinowska-Wójcik! Przecież my to wszystko już wiemy!


MROCZYSŁAWA KALINOWSKA-WÓJCIK (opryskliwie, wskazując pogardliwie na Marię Lolitę):

Ale ta lafirynda widocznie tego nie wie! (Znacznie spokojniej) Tak czy owak, muszę już iść. Liczę na to, że wszyscy przemyślą sobie moje słowa i że wyciągną z nich stosowne wnioski. Nim się obejrzycie, będziecie mieli w swoich aktach naganę za niesubordynację i skandaliczne, czyli zbyt łagodne traktowanie więźniów. Myślę, że będzie ona ładnie wyglądać obok tej, której pułkownik Werfelberg udzielił wam za zorganizowanie libacji alkoholowej w miejscu pracy. Do widzenia, towarzysze!


ZDZISŁAW BAUMFELD, ARCHIBALD MOŹDZIERZ i MARIA LOLITA (chórem, jak przedszkolaki):

Dooooo wiiiiidzeeeeeniaaaaa!


Zastępczyni Waldeberta Werfelberga wychodzi z sali przesłuchań i zamyka za sobą drzwi.


ZDZISŁAW BAUMFELD (cedzi przez zęby):

Franca. Próbuje zniszczyć nasze kariery.


Archibald, któremu po konfrontacji z wicedyrektorką chce się śmiać, znowu zaczyna żartować.


ARCHIBALD MOŹDZIERZ (wesoło):

Mroczysława Kalinowska-Wójcik jest jak kukułka w zegarze: wyskakuje ni stąd, ni zowąd, robi hałas na całe pomieszczenie, a potem milknie i wraca do siebie!


Nikt się nie śmieje.


MARIA LOLITA:

Wydaje mi się, że w tym miejscu powinna być puenta. (Do Wespazjana Cipki) Powiedzcie coś, Mistrzu Ciętej Riposty!


WESPAZJAN CIPKA (smutno, ponuro):

Nie mam ochoty na żarty. Po tym, co powiedziała ta pani, nie jestem w stanie śmiać się i dowcipkować. Czuję się jakiś… zdemotywowany…


MARIA LOLITA:

Skoro tak, to nie pozostaje mi nic innego jak zaśpiewać jakąś melancholijną piosenkę. (Powoli, z namysłem) Zaraz, zaraz, co by tu wybrać… O! Już wiem!


Maria Lolita płaczliwym głosem śpiewa całą piosenkę “Pearls of Light” z płyty “Enter” holenderskiego zespołu Within Temptation.


MARIA LOLITA (anachronicznie wykonuje utwór grupy Within Temptation):

“after
the cold darkness
in the heart of the forest
where birds are singing
for the new born sun
in the womb of the leaves
on the branches of the trees
lies the treasure of the morning
the pearls of light
carried away
by thee truculence of my world
i got lost
in the surch for enlightment
the blue ran
covered my roots
and i forgot where i came from
carried away
by thee truculence of my world
i got lost
in the surch for enlightment
the blue ran
covered my roots
and i forgot where i came from”


ARCHIBALD MOŹDZIERZ:

Jeśli dobrze pamiętam, w “TragiFarsie socNIErealistycznej” Maria Lolita też śpiewała piosenkę z płyty “Enter” Within Temptation…


ZDZISŁAW BAUMFELD (do Archibalda):

Dobrze pamiętacie, obywatelu Moździerz. Poza tym, akcja pierwszej TragiFarsy również rozgrywała się w roku 1948. A w scenie drugiej i trzeciej było opisane to samo miejsce, w którym jesteśmy teraz.


ARCHIBALD MOŹDZIERZ:

Skąd to się bierze, towarzyszu Zdzisławie?


Baumfeld zastanawia się przez chwilę.


ZDZISŁAW BAUMFELD (niepewnie, do drugiego UB-eka):

Nie wiem. Może stąd, że niniejszy utwór nosi tytuł “TragiFarsa 11. Strajk ścisły”, a liczba 11 to dwie 1? Jedenasta TragiFarsa nawiązuje do pierwszej ze względu na podobieństwo liczb…


ARCHIBALD MOŹDZIERZ (ożywia się):

Genialna myśl, towarzyszu podporuczniku! Powinniście za to otrzymać Nagrodę Nobla!


ZDZISŁAW BAUMFELD (sceptycznie):

Przecież Nobel z dziedziny matematyki nie istnieje…


ARCHIBALD MOŹDZIERZ (wesoło, uśmiechając się):

Ale można go ustanowić specjalnie dla was, towarzyszu!


Wespazjan Cipka niespodziewanie odzyskuje zdolność formułowania ciętych ripost.


WESPAZJAN CIPKA:

Jak to kiedyś Hegel powiedział: “Jeśli fakty nie pasują do teorii - tym gorzej dla faktów!”.


MARIA LOLITA (ucieszona wypowiedzią Cipki):

No! Na taką odpowiedź czekałam!


WESPAZJAN CIPKA:

Czy teraz ten przeklęty dramat może się skończyć?


MARIA LOLITA (z przekonaniem):

Owszem, może!


ARCHIBALD MOŹDZIERZ (pośpiesznie, chcąc zdążyć przed opadnięciem kurtyny):

A ja jeszcze wtrącę, iż w “TragiFarsie socNIErealistycznej” również była rozmowa o Nagrodzie Nobla i innych wyróżnieniach!


ZDZISŁAW BAUMFELD (ostro, despotycznym tonem, do Moździerza):

Towarzyszu Archibaldzie: KONIEC!




K-U-R-T-Y-N-A

Natalia Julia Nowak,
9-11 października 2010 r.

Brak komentarzy: