środa, 6 października 2010

PiS? Nie, dziękuję!

Zanim przejdę do konkretów, chciałabym zaznaczyć, że niniejszy felieton nie ma na celu przekonywania nikogo do moich poglądów. Nie zależy mi na tym, by nawracać kogokolwiek na swój światopogląd, zwłaszcza, że zdecydowana większość społeczeństwa nie posiada skłonności do zmieniania przekonań pod wpływem czyjejś wypowiedzi (znam to z autopsji, wiecie?). Artykuł, który oddaję w Wasze ręce, nie ma być żadnym manifestem, punktem zwrotnym w mojej twórczości ani odkrywczym “błyskiem”. Absolutnie nie wolno go też uważać za ukłon w stronę którejkolwiek z partii parlamentarnych.

Piszę ten tekst tylko dlatego, że chcę wyrzucić z siebie myśli i emocje, które towarzyszą mi od dłuższego czasu. Przez ostatnie pół roku unikałam jak ognia wypowiadania się na tematy polityczne, ograniczając swoją twórczość do tematyki kulturalnej, historycznej i życiowej. Teraz jednak chciałabym się “oczyścić” z tej “negatywnej energii”, która przez ostatni rok nagromadziła się w moim wnętrzu. No, po prostu chciałabym się wykrzyczeć i uświadomić innym ludziom, że nie lubię partii politycznej Prawo i Sprawiedliwość.

Był czas, kiedy wydawało mi się, iż PiS jest najmniejszym złem ze wszystkich partii mających wpływ na polską politykę. Jako gimnazjalistka pokładałam swoje nadzieje w Lidze Polskich Rodzin (ach, ten plan Zero Tolerancji dla Przemocy w Szkole!), lecz gdy to ugrupowanie zupełnie straciło władzę, pozostało mi już tylko Prawo i Sprawiedliwość. Oczywiście, nigdy nie byłam miłośniczką tej formacji, jednak uznawałam ją za jedyną mającą szansę na sukces alternatywę dla Platformy Obywatelskiej (partii, która zawsze przerażała mnie - i nadal przeraża - swoim euroentuzjazmem oraz liberalizmem obyczajowym). W 2005 roku, kiedy byłam przemądrzałą 14-latką o zainteresowaniach politycznych, zachęcałam dorosłych ludzi, żeby w wyborach prezydenckich głosowali na Lecha Kaczyńskiego (albowiem LK, w przeciwieństwie do Donalda Tuska, jawił mi się jako konserwatysta).

W latach 2007-2009, kiedy byłam wierną słuchaczką Radia Maryja i częstą czytelniczką “Naszego Dziennika”, zgadzałam się z promowaną w tych mediach opinią, że chociaż Prawo i Sprawiedliwość jest ugrupowaniem niedoskonałym, to stanowi mniejsze zło od PO. Temu poglądowi byłam wierna jeszcze po zaprzestaniu korzystania z mediów o. Tadeusza Rydzyka. I chociaż moimi ulubionymi formacjami politycznymi były ugrupowania nacjonalistyczne (najpierw Narodowe Odrodzenie Polski, a później Polska Partia Narodowa, z którą nawiązałam współpracę polegającą na publikowaniu wierszy i artykułów w tygodniku “Tylko Polska”), uparcie trzymałam się tezy, iż PiS jest dla Polski mniejszym zagrożeniem niż PO.

Potwierdzeniem tego faktu niech będzie moja rozmowa telefoniczna z pewnym młodym nacjonalistą, który - jak się później okazało - posiadał coś w stylu politycznej intuicji i prekognicji. Rozmowa telefoniczna miała miejsce wiosną lub latem 2009 roku i dotyczyła przede wszystkim spraw politycznych. Narodowiec, z którym rozmawiałam, krytykował politykę prowadzoną przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Ja zaś odpowiadałam, że chociaż działalność głowy państwa znacznie różni się od tej, o której marzymy, to nie powinniśmy nadmiernie tragizować.

“Cieszmy się z tego, co mamy, bo mogło być gorzej - przekonywałam mojego przyjaciela. - Lepiej, że rządzi nami Kaczyński niż na przykład ktoś z SLD”. Mój rozmówca zupełnie nie zgadzał się z tym, co mówiłam. Przeciwnie: uparcie powtarzał, że się łudzę, a gdy uświadomię sobie swój błąd, będzie już za późno. “Nie krytykuj Lecha Kaczyńskiego - prosiłam nacjonalistę, którego wypowiedzi trochę mnie irytowały. - To jedyny człowiek, który może nas uratować przed Traktatem Lizbońskim. Gdyby rządził nami jakiś lewak, Traktat już dawno zostałby ratyfikowany. A Kaczyński jest przeciwnikiem tego dokumentu”.

Takie poglądy głosiłam aż do 9 października 2009 roku włącznie. A co się wydarzyło następnego dnia, czyli 10 października? No cóż… Szkoda, że nie widziałam własnej miny, kiedy przeczytałam w Internecie, iż prezydent Lech Kaczyński podpisał Traktat Lizboński! Parafrazując słowa z pewnej hip-hopowej piosenki: “Natalka była lekko w szoku”! Tak, tak… Teraz z tego żartuję, jednak wtedy, rok temu, bynajmniej nie było mi do śmiechu. Wręcz przeciwnie, chciałam popełnić samobójstwo, choć wielu ludzi do dzisiaj nie może w to uwierzyć albo się z tego śmieje (jednakże ci, którzy znają mnie w realnym świecie, na pewno pamiętają moje łzy oraz to, co mówiłam w przypływie silnych emocji). No, ale nie chcę do tego wracać, albowiem takie “wspominki” mogłyby spowodować nawrót depresji, którą niedawno z trudem udało mi się przezwyciężyć. Wystarczy, że napiszę, iż czułam smutek, i to największy w całym moim życiu. A do tego Złość - taką ogromną, przez duże “Z”.

Od tego momentu nie miałam już żadnych złudzeń do Prawa i Sprawiedliwości. W moim sercu pojawiły się głęboki żal i niechęć do tej partii, spowodowane właśnie urazem z 10 października 2009 roku. Wydarzenie, o którym Wam opowiedziałam, było dla mnie tak wielką traumą, że zapamiętałam nawet godzinę, w której do niego doszło. Uroczystość związana z ratyfikacją Traktatu Lizbońskiego rozpoczęła się o godzinie 12:00 w południe, a wiadomość o podpisaniu tego dokumentu pojawiła się w mediach około godz. 12:40.

Oprócz tego doskonale pamiętam, co robiłam w momencie dowiedzenia się o owym zdarzeniu: siedziałam przy komputerze, jedząc obiad (ziemniaki, fasolkę szparagową i jakieś mięso, najprawdopodobniej kotleta schabowego). Kiedy przeczytałam news o ratyfikacji Traktatu Lizbońskiego, natychmiast straciłam apetyt i się rozpłakałam. Gdy zaś moja Mama weszła do pokoju i zapytała mnie, dlaczego płaczę, od razu zdradziłam jej przyczynę mojej rozpaczy. Przyłożyłam palec do ekranu komputera i powiedziałam: “Zobacz, co tu jest napisane!” (tak, dokładnie tymi słowami). A ten płacz, do którego doprowadziła mnie wiadomość o ratyfikacji TL, trwał u mnie aż do późnych godzin nocnych. Potem płakałam przez cały następny dzień, nawet na korepetycjach z matematyki, co znacznie utrudniało mi skoncentrowanie się na nauce. O depresji, na którą cierpiałam przez następne kilka miesięcy, nawet nie wspomnę, żeby nie wywołać wilka z lasu (szczerze mówiąc, depresja dokuczała mi już wcześniej, jednak po ratyfikacji Traktatu Lizbońskiego wyraźnie się ona nasiliła).

No, ale wróćmy do samego Prawa i Sprawiedliwości. Jak już wspomniałam, po 10 października 2009 roku obudził się we mnie głęboki żal do tej partii, który już nigdy mnie nie opuścił. Uświadomiłam sobie wówczas, że tak naprawdę nigdy nie lubiłam PiS-u, że nie darzyłam go zaufaniem, że okłamywałam samą siebie, powtarzając, iż jest to najmniejsze zło w polskim parlamencie. Odkryłam także, że mój przyjaciel-nacjonalista (ten, z którym rozmawiałam przez telefon), miał rację, ostrzegając mnie przed tym ugrupowaniem oraz przed szokiem, którego prędzej czy później doświadczę.

Ach, jak bardzo bym chciała, żeby ten chłopak był fałszywym prorokiem! Niestety, jego “krakanie” wypełniło się niczym najczarniejsze przepowiednie Nostradamusa! Ja zaś wyszłam na naiwną, nierozsądną dziewuchę, która zaufała niewłaściwym osobom i poniosła konsekwencje swojego błędu. Myślałam, że Prawo i Sprawiedliwość uratuje mnie przed Traktatem Lizbońskim, a tu taka niespodzianka! Gdybym od początku była czujna i nieufna, zapewne nie przeżyłabym aż takiego szoku! Swoją drogą, ciekawe, czy mój dawny medialny ulubieniec, ojciec Tadeusz Rydzyk, także był wstrząśnięty lub przynajmniej zdumiony takim obrotem sprawy? Wszak ten zakonnik również propagował opinię, według której Prawo i Sprawiedliwość to partia eurosceptyczna!

Obecnie, moi Drodzy Czytelnicy, jestem zdecydowaną przeciwniczką PiS-u. Na każdym kroku odkrywam, iż moje przekonania mają niewiele wspólnego z poglądami głoszonymi przez tę formację. Prawo i Sprawiedliwość popiera przynależność Polski do Unii Europejskiej, Rady Europy, Organizacji Narodów Zjednoczonych i Organizacji Paktu Północnoatlantyckiego, a ja nie. Prawo i Sprawiedliwość akceptuje legalność aborcji w trzech wyjątkowych przypadkach, a ja nie. Prawo i Sprawiedliwość dąży do zacieśnienia współpracy z Zachodem i odsunięcia się od Rosji, a ja nie. Prawo i Sprawiedliwość odżegnuje się od ideologii nacjonalistycznej, a ja nie. Prawo i Sprawiedliwość ma pozytywne zdanie na temat NSZZ “Solidarność” i demokracji, a ja nie (marzę o konserwatywno-nacjonalistycznym autorytaryzmie z tercerystyczną gospodarką, wolnością słowa i prawną ochroną życia wszystkich dzieci nienarodzonych).

Po katastrofie smoleńskiej z 10 kwietnia 2010 roku pojawiło się jeszcze więcej zjawisk, które zniechęcają mnie do PiS-u. Nie jestem zadowolona z faktu, że Lech i Maria Kaczyńscy zostali pochowani na Wawelu obok Józefa Piłsudskiego (chociaż mnie, nacjonalistce, Piłsudski i tak źle się kojarzy ze względu na prześladowanie ND-eków). Byłam głęboko zażenowana bojkotem piwa “Lech”, którego reklamę - z niewiadomych przyczyn - zinterpretowano jako kpinę z tragicznie zmarłego prezydenta. Irytuje mnie, iż niektórzy zwolennicy Prawa i Sprawiedliwości przesadnie manifestują swoją żałobę oraz mitologizują ofiary kwietniowego wypadku. Jestem zmartwiona skrajnie rusofobicznymi wypowiedziami umieszczanymi w Internecie przez sympatyków PiS-u.

Przerażają mnie wzajemnie wykluczające się teorie spiskowe oraz fakt, że niektóre osoby ślepo wierzą, iż katastrofa smoleńska była “zamachem terrorystycznym” (jak słusznie zauważył Janusz Korwin-Mikke, część zwolenników PiS-u szuka dziury w całym i dostosowuje fakty do przyjętej z góry tezy, że “Rosja jest wszystkiemu winna”). Poza tym, nie podobają mi się ostatnie wypowiedzi prezesa partii, Jarosława Kaczyńskiego, szczególnie te dotyczące zażywanych przez niego środków uspokajających. A tak w ogóle, to J. Kaczyński i wielu innych PiS-owców (np. Ludwik Dorn, Beata Kempa, Jolanta Szczypińska, Zbigniew Ziobro) głosowało za ratyfikacją Traktatu Lizbońskiego (źródło: Wolnemedia.net/polityka/lista-poslow-glosujacych-za-traktatem-lizbonskim). Nie potrafię się z tym pogodzić, nawet, gdy wytężam siły.

To wszystko, co chciałam napisać w niniejszym artykule. Ufam, że jest on wystarczającym uzasadnieniem mojego negatywnego zdania na temat Prawa i Sprawiedliwości. Przepraszam, jeśli mój felieton kogokolwiek zranił, uraził lub zniesmaczył. Ja po prostu chciałam uświadomić Czytelnikom, że PiS, który w ciągu ostatniego roku tak bardzo mnie rozczarował, zirytował i zasmucił, nie ma co liczyć na moje poparcie.


Natalia Julia Nowak,
3-4 października 2010 roku

Brak komentarzy: