niedziela, 26 września 2010

TragiFarsa 10. Część jubileuszowa

OD AUTORKI:


Drodzy Czytelnicy, stało się! 25 września 2010 roku, między godziną 16:00 a 17:00, skończyłam pisać dziesiątą, jubileuszową część mojej groteskowo-satyrycznej serii dramaturgicznej znanej jako “TragiFarsa socNIErealistyczna”! Nie da się ukryć, że ów cykl to najobszerniejsze, najbardziej wielowątkowe i prawdopodobnie najlepsze dzieło, jakie kiedykolwiek stworzyłam. Jestem dumna, że dzięki ciężkiej pracy, entuzjazmowi i samozaparciu zdołałam dotrzeć do tej pięknej, okrągłej, dwucyfrowej liczby, jaką jest 10!

Chociaż najnowszy odcinek TragiFarsy ma charakter jubileuszowy, znacznie różni się on od części poprzednich. W utworze nie występuje bowiem ani Zdzisław Baumfeld, ani Wespazjan Cipka, ani Maria Lolita. Dlaczego? Z takiej prostej przyczyny, iż opisane wydarzenia mają miejsce w roku 1953, czyli akurat wtedy, gdy:

a) Zdzisław Baumfeld przebywa na emigracji (wiemy ze wcześniejszych odcinków, że do ucieczki z Polski Ludowej zmusił go nieudany zamach na jego życie, który miał miejsce na przełomie kwietnia i maja 1952 r.)

b) Maria Lolita już nie współpracuje z Urzędem Bezpieczeństwa (w “TragiFarsie 8. Nowej erze” było wyraźnie napisane, że po wyjeździe Baumfelda kobieta zrezygnowała z bycia TW i prosiła Werfelberga, żeby pozwolił jej odejść z bezpieki)

c) Wespazjana Cipkę już dawno wypuszczono na wolność (jak wynika z “TragiFarsy 59 lat później”, więzień został ocalony przez Marię Lolitę, chociaż UB-ek Zdzisław miał ogromną ochotę go zabić)

Tematem “TragiFarsy 10. Części jubileuszowej” jest niespodziewana śmierć Waldeberta Werfelberga (dyrektora Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Młodzianowicach) oraz sposób, w jaki jego podwładni zareagowali na to wydarzenie. Sztuka teatralna składa się z dwóch scen zatytułowanych “NieGorzkie Żale” i “Garderoba Lady Mroczysławy”. W tej pierwszej występują wyłącznie bohaterowie fikcyjni, jednak w drugiej pojawia się postać historyczna: niesławna dyrektorka Departamentu V Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, Julia Brystiger (Brystygier), która - ze względu na zamiłowanie do torturowania mężczyzn - była nazywana Krwawą Luną.

W moim groteskowo-satyrycznym cyklu dramaturgicznym nigdy wcześniej nie występowały postacie autentyczne. Co prawda wypadki opisane w “TragiFarsie 5. Odcinku specjalnym” były konsekwencjami działalności rzeczywistej osoby (pułkownika Józefa Różańskiego, uznawanego za najokrutniejszego kata w historii Urzędu Bezpieczeństwa), jednak postać ta nigdy nie pojawiła się w dramacie osobiście. Tym razem, z okazji wielkiego jubileuszu TragiFarsy, akcja sztuki teatralnej rozgrywa się “z gościnnym udziałem” prawdziwej funkcjonariuszki UB, Julii Brystiger (Brystygier).

Z drugiej strony, “TragiFarsa 10” zawiera wiele elementów znanych ze wcześniejszych odcinków. Mamy tutaj sporo pytań o charakterze etycznym, szczyptę filozofii i moralistyki, radykalnie antykomunistyczne przesłanie, specyficzne poczucie humoru, dużą dawkę absurdu, a także liczne cytaty i aluzje do dzieł innych autorów. Satyra jak zwykle opiera się na trzech rodzajach komizmu: sytuacyjnym, słownym i charakterologicznym. Problematyka utworu wyraźnie koresponduje z częścią pierwszą, albowiem obie sztuki teatralne demaskują i ośmieszają zjawisko fałszywej żałoby.

Czytelnikom “TragiFarsy 10” życzę przyjemnego czytania, a sobie natchnienia, siły i zapału do pisania następnych tomów. Czy kiedykolwiek uda mi się dotrzeć do kolejnej części jubileuszowej - tym razem dwudziestej? Niestety, na to pytanie nie da się dzisiaj odpowiedzieć.

Tradycyjnie pozdrawiam. Tradycyjnie zapraszam do lektury. Tradycyjnie wyrażam nadzieję, iż groteskowo-satyryczny dramat przypadnie odbiorcom do gustu.



Zmęczona, ale dumna i szczęśliwa
Natalia Julia Nowak (En-Dżej-En)





SCENA PIERWSZA:
NieGorzkie Żale




Czas akcji: 11 stycznia 1953 roku
Miejsce akcji: siedziba młodzianowickiego PUBP
Osoby: Świętożyźń Klemermann, Doroteusz Kpina, Archibald Moździerz, Fulgencjusz Skwarowski, Gorgoniusz Skwarowski, Gliceria Gościwit, Ubysław Hoffmendel, Jędrzej Świniarz


W jednym z pomieszczeń należących do budynku Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Młodzianowicach przebywają: porucznik Świętożyźń Klemermann, podporucznik Doroteusz Kpina, sierżant Archibald Moździerz, szeregowiec Fulgencjusz Skwarowski, szeregowiec Gorgoniusz Skwarowski, starsza szeregowiec Gliceria Gościwit, starszy szeregowiec Ubysław Hoffmendel oraz kapral Jędrzej Świniarz (ten ostatni jest dyrektorem Gminnego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Wolisławowie). Wszyscy funkcjonariusze bezpieki mają przypięte do mundurów czarne wstążeczki, co sugeruje, iż przeżywają oni żałobę. Świętożyźń i Gliceria płaczą, Jędrzej i Ubysław mają smutne miny, Doroteusz sprawia wrażenie zirytowanego i zażenowanego, natomiast Archibald, Fulgencjusz i Gorgoniusz są zupełnie spokojni i nieporuszeni. W tle gra “Marsz Pogrzebowy“ Fryderyka Chopina, jednak nie zagłusza on wypowiedzi poszczególnych postaci.


GLICERIA GOŚCIWIT (zapłakana, pełnym emocji głosem):

Nie wiem, jak wy, towarzysze, ale ja nadal nie mogę w to uwierzyć… Kiedy kapitan Ożanna Dudek przyniosła mi tę straszną wiadomość, roześmiałam się, bo myślałam, że obywatelka żartuje… Ale to nie był żart… Gdy już żona Mardoniusza wytłumaczyła mi, iż mówi zupełnie poważnie, poczułam się, jakby… jakby… no, jakby krew zamarzła mi w żyłach… Waldebert Werfelberg, dyrektor Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Młodzianowicach, nie żyje! To się w głowie nie mieści! (Ociera sobie łzy chusteczką) Stalinie przenajczerwieńszy… Przecież to był zdrowy, pełen siły i zapału człowiek… Był taki młody, miał niespełna 50 lat, a właściwie, to 49,5... Mógł osiągnąć jeszcze wiele sukcesów w życiu prywatnym i zawodowym, jednak bezduszny los odebrał mu tę szansę… (Z rozpaczą, krzyczy) Ach, pułkownik Werfelberg wielkim człowiekiem był!


ARCHIBALD MOŹDZIERZ (złośliwie, pogardliwie):

Wielkim człowiekiem o małym sercu.


GLICERIA GOŚCIWIT (nie zwracając uwagi na słowa Archibalda Moździerza):

On był… On był dla mnie jak ojciec… Dla nas wszystkich był jak ojciec… Mądry, zaradny, zrównoważony emocjonalnie i taki odpowiedzialny… Odpowiedzialny za wszystko, co się działo w młodzianowickim Urzędzie Bezpieczeństwa… A teraz co? Odszedł od nas na wieki i już nigdy więcej go nie zobaczymy! Osierocił ubecję i cały powiat młodzianowicki! (Żałośnie, pretensjonalnie) Żal, żal, żal wielki zagościł w naszych sercach! Bo jak tu nie płakać, gdy odchodzi od nas tak wybitny człowiek, Ojciec Całego Powiatu Młodzianowickiego?!


ARCHIBALD MOŹDZIERZ (zjadliwym tonem, szyderczo):

Taaa… Niejeden ojciec pije i bije, a jednak dzieci po nim płaczą…


Gliceria spogląda ze złością i wyrzutem na Moździerza.


GLICERIA GOŚCIWIT (oburzona drwinami sierżanta):

Och, towarzyszu Moździerz, jak możecie mówić takie rzeczy?! I to teraz, kiedy każde niewłaściwie dobrane słowo brzmi tysiąc razy gorzej niż w normalnej sytuacji?! Czy nie uczono was, że o zmarłych należy mówić albo dobrze, albo wcale?!


DOROTEUSZ KPINA (unosząc sceptycznie brwi):

Albo dobrze, albo wcale? Hitler i Mussolini też już nie żyją, a jednak mówi się o nich źle! Czy fakt, że ktoś umarł, ma jakikolwiek wpływ na jego życiorys? Czy niegodziwy człowiek w momencie śmierci przestaje być niegodziwcem? Czy złe uczynki zostają automatycznie anulowane, kiedy ich sprawca umiera?


ARCHIBALD MOŹDZIERZ:

Oj, nie wydaje mi się!


DOROTEUSZ KPINA (poważnie):

Mnie też nie. Przeciwnie, uważam, że to, co robiliśmy za życia, jest ważniejsze od tego, jak umarliśmy. Na ocenę człowieka nie powinien wpływać sposób odejścia z tego świata, tylko jego uczynki. A te, ma się rozumieć, są popełniane wyłącznie za życia.


Świętożyźń Klemermann podchodzi do Glicerii Gościwit i przytula ją po przyjacielsku.


ŚWIĘTOŻYŹŃ KLEMERMANN (pocieszająco, przez łzy):

Obywatelko Gościwit, nie przejmujcie się sierżantem Moździerzem i podporucznikiem Kpiną. Oni, jak również bracia Skwarowscy, to UB-ecka Loża Szyderców tudzież Towarzystwo Wzajemnej Adoracji. Ta sitwa czerpie energię życiową z siania zamętu, wydrwiwania wartości marksistowskich i opluwania zasłużonych rewolucjonistów. Zaiste, dziwię się, że pułkownik Werfelberg był wobec nich taki wyrozumiały. Tymczasem oni, zamiast szanować jego pamięć i dziękować mu za cierpliwość, urządzają sobie kpiny z jego śmierci!


DOROTEUSZ KPINA (zaczepnie, do Świętożyźni):

A wy co, poruczniku Klemermann? Wielka obrończyni Werfelberga? Ciekawe, od kiedy?! (Nawiązując do wydarzeń opisanych w “TragiFarsie 7. Teorii spisku”) Przypomnijcie sobie, obywatelko, jak niespełna rok temu wymyślaliście idiotyczne teorie spiskowe z towarzyszem pułkownikiem w roli głównej i buntowaliście pozostałych UB-eków przeciwko niemu!


FULGENCJUSZ SKWAROWSKI (również zaczepnie, do Doroteusza):

Przyganiał kocioł garnkowi, a sam smoli! Z całym szacunkiem, towarzysze, ale wydaje mi się, że podporucznik Doroteusz Kpina nie jest najwiarygodniejszym moralistą w okolicy! Sam zabija i torturuje ludzi, a pomimo tego rości sobie prawo do pouczania innych…


DOROTEUSZ KPINA:

Wy również uczestniczycie w zabijaniu i torturowaniu ludzi, obywatelu Skwarowski.


GORGONIUSZ SKWAROWSKI (z dumą):

Cała nasza grupa uczestniczy!


ARCHIBALD MOŹDZIERZ (anachronicznie śpiewa fragment piosenki “Dzieci“ zespołu Elektryczne Gitary):

“Wszyscy mamy źle w głowach,
Że żyjemy.
Hej, hej, la, la, la, la,
Hej, hej, hej, hej!
Wszyscy mamy źle w głowach,
Że żyjemy.
Hej, hej, la, la, la, la,
Hej, hej, hej!”


FULGENCJUSZ SKWAROWSKI (przejęty, podchwytując słowa zanucone przez Archibalda):

Taka jest prawda! Denerwują mnie osoby, które jeszcze wczoraj krzyczały “Werfelberg musi odejść”, a dzisiaj lamentują, iż “odszedł od nich wielki człowiek”! Skoro odszedł, to chyba powinny się z tego cieszyć, nieprawdaż?!


UBYSŁAW HOFFMENDEL:

Istnieje takie przysłowie: “Uważaj na marzenia, bo mogą się spełnić”!


FULGENCJUSZ SKWAROWSKI (wciąż przejęty):

Bulwa nać, tak samo było przed i po Tamtych Wydarzeniach! Najpierw Świętożyźń Klemermann i Gliceria Gościwit publicznie oczerniały Zdzisława Baumfelda, a potem, kiedy Zdzisiek został uznany za zmarłego, strasznie po nim rozpaczały oraz angażowały się w działalność bezsensownego ruchu społecznego Kelvin 2/5/52 (który i tak upadł, zanim zdążył się na dobre rozkręcić)!


ARCHIBALD MOŹDZIERZ (dobitnie, wyzywająco):

Ja po Werfelbergu nie płaczę
I nie próbuję udawać, że jest inaczej!


FULGENCJUSZ SKWAROWSKI:

No i słusznie! Świętożyźń Klemermann, Gliceria Gościwit i wiele innych osób pogrąża się w fałszywej żałobie, melancholijnie wzdycha i leje krokodyle łzy, a towarzysz pułkownik leży w trumnie i kwiczy!


Gorgoniusz, Archibald i Doroteusz wybuchają głośnym, aczkolwiek odrobinę diabelskim śmiechem. Gliceria i Świętożyźń robią wielce oburzone miny (ta druga nawet wydaje z siebie niebezpieczny syk), jednak nic nie mówią. Tymczasem Moździerz wymyśla naprędce okolicznościowy wierszyk.


ARCHIBALD MOŹDZIERZ (mentorskim tonem recytuje swój najnowszy utwór):

Ja na te płacze nic nie poradzę,
Lecz bardzo przykrą prawdę Wam zdradzę:
Kto Werfelberga najmniej tu kochał,
Ten dziś najgłośniej łka po nim, szlocha!


GORGONIUSZ SKWAROWSKI (zachwycony fraszką, ze szczerym podziwem):

Pięknie, towarzyszu sierżancie! Powinniście to gdzieś opublikować! Za kilkanaście lat będę mógł się pochwalić, że znałem osobiście laureata literackiej Nagrody Nobla, Archibalda Moździerza!


ARCHIBALD MOŹDZIERZ (mile połechtany komplementem):

Dziękuję, towarzyszu Skwarowski. Wymyślam te satyry na poczekaniu, nawet się nie zastanawiając, czy mają jakąś wartość artystyczną.


FULGENCJUSZ SKWAROWSKI:

Jak to kiedyś napisała Ewa Felińska o księdzu Bace:
“U niego wiersze sypały się jak z rękawa.
Gębę otworzy o czymkolwiek, to i wiersz zaraz”


Gorgoniusz, Moździerz i Kpina chichoczą, a gdy się uspokajają, w pomieszczeniu przez chwilę panuje cisza. W końcu Świętożyźń Klemermann bierze się w garść i rozpoczyna rozmowę na temat spraw organizacyjnych.


ŚWIĘTOŻYŹŃ KLEMERMANN (poważnie, do wszystkich zgromadzonych):

Dobra, towarzysze. Żarty żartami, a tymczasem trzeba człowieka pochować. Orientujecie się może, kto będzie organizował Werfelbergowi pogrzeb? Rodzina, państwo…?


UBYSŁAW HOFFMENDEL:

Z tego, co wiem, podpułkownicy Mroczysława Kalinowska-Wójcik i Rzędzimir Wszebor Witkowski już dawno zadzwonili do Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego i donieśli jego dyrektorowi o śmierci Werfelberga. Kiedy Pomponiusz Kanaliński usłyszał tę sensacyjną wiadomość, natychmiast zdecydował się wziąć w sprawy w swoje ręce. Podobno obiecał, że pogrzeb naszego szefa będzie bardzo uroczysty i że zaprosi nań parę ważnych osób z Warszawy.


Bracia Skwarowscy i Archibald Moździerz niespodziewanie zaczynają kasłać. Ubysław robi zdumioną minę.


UBYSŁAW HOFFMENDEL (zaniepokojony, do kaszlących funkcjonariuszy):

Eeee… Czy coś jest nie tak, towarzysze?


GORGONIUSZ SKWAROWSKI (słodkim głosikiem, jakby nigdy nic):

Nie, nie, obywatelu Hoffmendel! Wszystko jest w porządku, naprawdę!


FULGENCJUSZ SKWAROWSKI (lekkim tonem, robiąc aluzję do pewnego motywu z “TragiFarsy 5. Odcinka specjalnego” i ‘TragiFarsy 7. Teorii spisku”):

Wszystko w porządeczku. Tylko te “ważne osoby z Warszawy” wywołały u nas… hmmm… nieprzyjemne skojarzenie.


ARCHIBALD MOŹDZIERZ:

Warsaw VIPs, psiamać!


ŚWIĘTOŻYŹŃ KLEMERMANN (do Ubysława, zniecierpliwiona bezsensownymi wypowiedziami Skwarowskich i Moździerza):

Towarzyszu Ubysławie, skąd wy to wszystko wiecie? Rozmawialiście z Kalinowską-Wójcik i Witkowskim?


UBYSŁAW HOFFMENDEL:

Z Kalinowską-Wójcik. Bardzo jej zależy na tym, żeby w pogrzebie pułkownika Werfelberga wzięła udział Pierwsza Trójka PRL-u: Bolesław Bierut, Jakub Berman i Hilary Minc, a także takie znane osobistości jak Roman Romkowski, Anatol Fejgin, Józef Różański, Józef Światło, Józef “Akower” Czaplicki czy Julia “Krwawa Luna“ Brystiger.


GLICERIA GOŚCIWIT (wytrzeszcza oczy ze zdumienia):

Oni wszyscy mają się pojawić na pogrzebie Waldeberta Werfelberga? O rany!


JĘDRZEJ ŚWINIARZ (wiejską gwarą, wzdychając):

Hej, Leniniczku czerwoniuchny… Gdybym ci ja wiedzioł, że Werfelberg to taka Wasza Wysokość, to bym go był szanowoł jeszcze więcy… A tera to już po ptokach trochy… Ino szkoda mi, że to na mojem weselisku się tem wińskiem zatruł… Ja go zaprosił, coby mu pokazoć, że go Gminny Urzund Byzpieczeństwa z Wolisławowa ceni i szanuje, a tu kicha taka… I oczów wypłakiwanie zamiast wesołości jest!


ŚWIĘTOŻYŹŃ KLEMERMANN:

Tak, to rzeczywiście przykre… Nienawidzę, kiedy wielki ból i rozpacz przychodzą do mnie tak nagle…


UBYSŁAW HOFFMENDEL (moralizatorsko, a zarazem melancholijnie):

Zgadzam się z funkcjonariuszką Klemermann. Gdybyśmy byli przygotowani na śmierć pułkownika Werfelberga, z pewnością byłoby nam łatwiej pogodzić się z losem. Ale nam nie chciało się pamiętać o śmierci, z uporem maniaka lekceważyliśmy maksymę “Memento Mori”. Teraz już wiemy, że zawsze musimy być gotowi na nieszczęśliwe zdarzenia, bo nie znamy dnia ani godziny.


ARCHIBALD MOŹDZIERZ (wesoło):

Gdy ktoś niespodzianie w kalendarz kopnie,
Wszyscy są wokół zdumieni okropnie!


Bracia Skwarowscy i Doroteusz Kpina śmieją się z fraszki Moździerza.


JĘDRZEJ ŚWINIARZ (sentymentalnie, gawędziarskim tonem, gwarą):

Ja zawszy lubił Werfelberga, bo to człek bystry, mundry i obrotny był. On nam zawszy radził, cobyśmy twarde ludzie byli. I my go słuchali jak radia. Raz jak sabotażysty i prowokatyry państwowy rozrzutnik gnoju popsuli, to my rwetes ogromny na całę gminę podnieśli, aż nam Tajne Współpracowniki zbójów przyprowadzili. Wtedy my rozbójników do wsypania reszty bandziorów przymusili, we widły wzięli i za popsucie rozrzutnika pokarali. Potym ja do miasta do Werfelberga pojechoł, o cały aferze opowiedzioł i Werfelberg wesół był wielce, że we Wolisławowie takie twarde chłopy miyszkają. A we gminie jaki porzundek był! Cały powiot widzioł, że umią UB-eki nasze PGR-ów solidnie pilnować!


DOROTEUSZ KPINA (siląc się na uprzejmość):

Moje gratulacje, obywatelu Świniarz!


JĘDRZEJ ŚWINIARZ (z uśmiechem, naiwnie wierząc w szczerość Kpiny):

Dziękuje ślicznie, kumie towarzyszu. Ja o Werfelbergu zawszy dobrze godoł, to tera tym bardziyj będę. Ja go cenił, ja mu zawszy bańkę mleka przywoził, jak żem do Młodzianowic z ważnemi sprawami jechoł. A bywało, że i Halina mu mleko lub kraśne jabłka przywoziła. I się cieszył wosz derektor, że my takie proste, a takie koleżeńskie ludzie. Kalinowska-Wójcik i Witkowski tyż.


Długa pauza, po której Gorgoniusz nagle się ożywia.


GORGONIUSZ SKWAROWSKI (gwałtownie, jakby odkrył Amerykę):

Hej, towarzysze! Przepraszam, że poruszam ten temat właśnie w takich okolicznościach, ale chodzi mi po głowie jedno pytanie… Czy to prawda, że Waldebert Werfelberg i jego żona Fredeswinda utopili własnego noworodka w beczce?!


Świętożyźń i Gliceria znowu robią takie miny, jakby w ich obecności dopuszczono się świętokradztwa. Osoby, które wcześniej zostały nazwane Lożą Szyderców, uśmiechają się demonicznie.


DOROTEUSZ KPINA (nie tracąc zimnej krwi, do Gorgoniusza):

Ja słyszałem, że tak. Zrobili to kilkanaście minut po porodzie. Nalali wody do beczki, utopili tam dziecko, a gdy noworodek był już martwy, raz na zawsze zamknęli wieko. Podobno ta beczka nadal stoi w piwnicy ich willi. Mały trupek pewnie już dawno się zakisił, bo rodzice zrobili z niego ogóraska.


ARCHIBALD MOŹDZIERZ (cynicznie, dając upust swojemu specyficznemu poczuciu humoru):

Ciekaw jestem, kto będzie go jeść?!


Kolejny “niemy napad bulwersacji” u por. Klemermann i st. szer. Gościwit.


GORGONIUSZ SKWAROWSKI:

Myślę, że Zdziśko Baumfeld by się skusił. Jaka szkoda, że osiem miesięcy temu wyjechał do Stanów Zjednoczonych i zerwał z nami wszelkie kontakty! Gdyby nadal mieszkał w Polsce Ludowej, pewnie zorganizowałby zaczepistą stypę po Waldebercie!


ARCHIBALD MOŹDZIERZ (ironicznie, z udawaną czułością):

Waldebert… Waldebercik… Bercik… Berciuś… Słoneczko nasze kochane!


GORGONIUSZ SKWAROWSKI (tym samym tonem co przedmówca):

Niestety, to słoneczko już zgasło…


ARCHIBALD MOŹDZIERZ (anachronicznie recytuje fragment piosenki “White Robe” rosyjskiego duetu t.A.T.u.):

“Sun is painted in the corner,
But it’s never getting warmer”!


Gorgoniusz Skwarowski wyjmuje z kieszeni kartkę i długopis, rysuje infantylne słońce ze smutną buzią, a potem pokazuje swoje “dzieło” pozostałym UB-ekom. Funkcjonariusze Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Młodzianowicach są tak zażenowani, że tylko bezradnie kręcą głowami.


FULGENCJUSZ SKWAROWSKI (do Doroteusza Kpiny, zaciekawiony jego makabryczną opowieścią):

Dlaczego Waldebert i Fredeswinda utopili swojego noworodka? Nie chcieli mieć czwartego dziecka?


DOROTEUSZ KPINA (dosyć obojętnym tonem):

Chcieli, ale nie z mongolizmem. Fakt, że doczekali się niepełnosprawnego potomka, widocznie godził w ich dumę oraz miłość własną. Dlatego go zamordowali.


Świętożyźń Klemermann wysoko unosi brwi.


ŚWIĘTOŻYŹŃ KLEMERMANN:

Wierzycie w takie plotki, podporuczniku Kpina? Wydawało mi się, że to wy jesteście tutaj największym sceptykiem, racjonalistą i przeciwnikiem teorii spiskowych!


DOROTEUSZ KPINA (zawstydzony, oblewając się rumieńcem):

No, bo jestem, ale… Na litość Marksa, nie wrzucajmy do jednej beczki irracjonalnego Kelvina 2/5/52 i całkiem prawdopodobnej zbrodni kryminalnej!


ARCHIBALD MOŹDZIERZ (zjadliwym tonem):

Do jednej beczki? BECZKI?!


Bracia Skwarowscy wybuchają śmiechem.


DOROTEUSZ KPINA (ze złością, zniecierpliwiony):

Tak, obywatelu Archibaldzie, beczki!


GORGONIUSZ SKWAROWSKI (roześmiany):

Ale beka!


FULGENCJUSZ SKWAROWSKI:

Beczka śmiechu!


DOROTEUSZ KPINA (zachęcająco, rozrywkowym tonem):

No to teraz coś z zupełnie innej… beczki. Powiedzcie mi, towarzysze - mówię “towarzysze”, a nie “towarzyszki” - za co najbardziej nienawidziliście Werfelberga?


Ubysław Hoffmendel i Jędrzej Świniarz niespodziewanie tracą cierpliwość.


UBYSŁAW HOFFMENDEL (oburzony i zdenerwowany, do Loży Szyderców):

Wiecie co, obywatele?! Ja stąd wychodzę! Nie jestem w stanie dłużej wysłuchiwać waszych kpin i bluźnierstw! (Do Świniarza) Towarzyszu Jędrzeju, nic tu po nas! Wychodzimy!


Po tych słowach Hoffmendel i Świniarz opuszczają pomieszczenie (ten drugi niekulturalnie trzaska drzwiami).


FULGENCJUSZ SKWAROWSKI (szyderczo, patrząc w stronę zamkniętych drzwi):

Od razu jedźcie do Watykanu, żeby złożyć wniosek o beatyfikację Werfelberga!


ARCHIBALD MOŹDZIERZ (również szyderczo, z fałszywą czułością i rozczuleniem):

Berciuś… Słoneczko nasze będzie błogosławionym!


Porucznik Klemermann i starszy szeregowiec Gościwit także tracą cierpliwość.


ŚWIĘTOŻYŹŃ KLEMERMANN (ostro, do drugiej kobiety):

Towarzyszko Glicerio, na nas też już pora! Nie warto tutaj siedzieć i marnować czasu na wysłuchiwanie kretyńskich pseudożartów! (Patrząc z pogardą na Kpinę, Skwarowskich i Moździerza) Zaiste, nie lubię, kiedy dorośli mężczyźni zachowują się jak dzieci!


GLICERIA GOŚCIWIT (zbierając się do wyjścia):

Do zobaczenia na pogrzebie, obywatele!


Obie funkcjonariuszki UB wychodzą z pomieszczenia.


ARCHIBALD MOŹDZIERZ (stanowczo, do Gorgoniusza, Fulgencjusza i Doroteusza):

Ja na ten pogrzeb nie pójdę! Nie ma mowy! Specjalnie się przeziębię, żeby zostać w domu! Jest 11 stycznia 1953 roku, więc złapanie porządnego kaszlu i kataru raczej nie będzie dla mnie problemem. Przysięgam, że w pogrzebie nie wezmę udziału!


DOROTEUSZ KPINA:

Ja też się wykpię od tego przykrego obowiązku. Skoro nigdy nie lubiłem Werfelberga, to dlaczego miałbym udawać, że było inaczej?! Nie jestem aktorem tragicznym, nie potrafię udawać rozpaczy i wyciskać sobie łez z oczu!


Fulgencjusz Skwarowski unosi głowę i uśmiecha się z wyższością.


FULGENCJUSZ SKWAROWSKI (dumnie, wyzywająco):

A ja pójdę na pogrzeb Berciusia, bo może być całkiem zabawnie! (Do młodszego brata) Gorgon, pójdziesz ze mną na pogrzeb?


GORGONIUSZ SKWAROWSKI (entuzjastycznie):

Oczywiście, że pójdę!


FULGENCJUSZ SKWAROWSKI (tryumfalnie, do Archibalda i Doroteusza):

Widzicie, towarzysze? My z Gorgoniuszem nie boimy się smutnych uroczystości pogrzebowych!


Gorgoniusz Skwarowski chichocze demonicznie i zaciera ręce.


GORGONIUSZ SKWAROWSKI:

Towarzysze… Pomyślcie tylko, jaka będzie pompa… Czerwone sztandary, flagi radzieckie i polskie, mnóstwo kwiatów, monumentalna muzyka, setki ludzi w żałobnych strojach…


FULGENCJUSZ SKWAROWSKI (rozmarzony):

Taaak… Oczyma wyobraźni widzę Mistrza Ceremonii w długiej, czarnej szacie… Widzę spięty aż do śmieszności kondukt żałobny… Widzę Bieruta, Bermana, Minca, Romkowskiego, Fejgina, Różańskiego, Czaplickiego, Światłę i Krwawą Lunę ze smutkiem na twarzach i radością w oczach… Wszyscy stoją, wpatrują się w pięknie udekorowaną trumnę Werfelberga…


GORGONIUSZ SKWAROWSKI:

A w tle…
(Anachronicznie nuci fragment piosenki “Alejandro” Lady Gagi, aby nawiązać do skandalizującego teledysku pod tym samym tytułem)
“Alejandro.. Alejandro…
Ale-ale-jandro… Ale-ale-jandro…
Alejandro.. Alejandro…
Ale-ale-jandro… Ale-ale-jandro…”


DOROTEUSZ KPINA (stanowczo, zamykając scenę pierwszą):

I to tyle w tym temacie.





SCENA DRUGA:
Garderoba Lady Mroczysławy




Czas akcji: 15 stycznia 1953 roku
Miejsce akcji: gabinet Mroczysławy Kalinowskiej-Wójcik
Osoby: Mroczysława Kalinowska-Wójcik oraz Julia Brystiger/Brystygier (Krwawa Luna), postać historyczna, o której można poczytać na stronach:
http://www.jerzyrobertnowak.com/ksiazki/zbrodnie_ub.htm#Krwawa_Luna_
http://pl.wikipedia.org/wiki/Julia_Brystiger


Podpułkownik Mroczysława Kalinowska-Wójcik przebywa w swoim gabinecie mieszczącym się w budynku młodzianowickiego Urzędu Bezpieczeństwa. Kobieta pełniąca obowiązki dyrektora PUBP ma na sobie długą, czarną, elegancką, najprawdopodobniej zachodnią suknię w nieco wiktoriańskim stylu, czarne buty na obcasach oraz czarne, ozdobne rękawiczki z jedwabiu. Nagle wchodzi do pomieszczenia postać autentyczna, Julia “Krwawa Luna” Brystiger (znana również jako Brystygier, Brystyger, Bristiger, Brüstiger, Briestiger), która w przeciwieństwie do Mroczysławy jest ubrana w oficerski mundur. Niesławna szefowa Departamentu V Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego sprawia wrażenie zaskoczonej wyglądem swojej koleżanki.


JULIA BRYSTIGER (zszokowana, parafrazując znane słowa Czerwonego Kapturka):

Mroczysławo, Mroczysławo, a po co ci cywilna sukienka?!


MROCZYSŁAWA KALINOWSKA-WÓJCIK:

Żeby lepiej wyglądać na pogrzebie Werfelberga! No, bo wiesz… Skoro pozwolili mi pójść bez munduru, to chyba powinnam skorzystać z tego zezwolenia…


JULIA BRYSTIGER (krzywi się z niesmakiem):

Wystroiłaś się, jakby to było Kij-Wie-Jakie-Wyjście.


MROCZYSŁAWA KALINOWSKA-WÓJCIK:

Bo to JEST Kij-Wie-Jakie-Wyjście!


JULIA BRYSTIGER (odrobinę zniecierpliwiona):

Siadaj na krześle i wypinaj gębę. Prosiłaś mnie, żebym cię umalowała, czyż nie?


Kalinowska-Wójcik chwyta najbliżej stojące krzesło, ustawia je na środku gabinetu (naprzeciwko wielkiego, bogato oprawionego lustra), po czym na nim siada. W tym samym czasie Julia “Krwawa Luna” Brystiger bierze do rąk pędzel kosmetyczny i puderniczkę. Gdy Mroczysława jest już usadowiona na krześle, postać historyczna otwiera pojemnik z pudrem i nanosi substancję na pędzel.


JULIA BRYSTIGER (bojowym tonem, przystępując do robienia makijażu):

Najpierw zapudruję ci buźkę. Nie masz jakoś szczególnie zniszczonej czy pomarszczonej twarzy, ale trzeba się tobą odpowiednio zająć, jeśli rzeczywiście chcesz wyglądać jak bogini. Wolisz grubą warstwę czy cienką?


MROCZYSŁAWA KALINOWSKA-WÓJCIK (zdecydowanie):

Wal śmiało grubą. Możesz nawet zużyć cały pojemnik.


Krwawa Luna robi lekko zdziwioną minę.


JULIA BRYSTIGER (ponownie parafrazując pytanie Czerwonego Kapturka):

Mroczysławo, Mroczysławo, a po co ci taki ciężki makijaż?!


MROCZYSŁAWA KALINOWSKA-WÓJCIK:

Żebym w wieku 45 lat wyglądała na 35!


JULIA BRYSTIGER (znowu się krzywi):

Ja mam 51 i jakoś żyję…


Brystiger, pudrując Kalinowską-Wójcik, popada w lekką zadumę. Przez chwilę żadna z funkcjonariuszek Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego nic nie mówi.


JULIA BRYSTIGER (nagle, ożywiając się):

Wiesz co, Mroczysławo? Ty jesteś całkiem ładną i zadbaną kobietą. Moim zdaniem, aż taka gruba warstwa makijażu nie jest ci potrzebna.


MROCZYSŁAWA KALINOWSKA-WÓJCIK:

Dlaczego tak uważasz, Brystiger?


Dyrektorka Departamentu V MBP wzdycha.


JULIA BRYSTIGER:

No cóż… Kilka dni temu wdałam się w szczerą rozmowę z Karolem Więckowskim i poprosiłam go: “Karolku miły, rozwiej wątpliwości kobiece! Kto jest najpiękniejszy w bezpiece?”. Wówczas on odpowiedział mi jak to Magiczne Lusterko z “Królewny Śnieżki i Siedmiu Krasnoludków”: “Piękna jesteś, Julio, jak gwiazda na niebie, lecz Mroczysława jest tysiąc razy piękniejsza od ciebie!”


MROCZYSŁAWA KALINOWSKA-WÓJCIK (chichocze):

A ty wtedy zzieleniałaś z zazdrości, tak? I zapragnęłaś, żeby jakiś myśliwy zabrał mnie do lasu, zabił i przyniósł ci w prezencie moje serce?


JULIA BRYSTIGER (wyzywająco, unosząc wysoko brwi):

Muszę cię zaskoczyć, ale nie!


MROCZYSŁAWA KALINOWSKA-WÓJCIK (również unosząc brwi):

Nie?


JULIA BRYSTIGER:

Tak jak powiedziałam. Nie byłam zazdrosna, bo cię lubię i uważam za moją przyjaciółkę. No i doskonale rozumiem fakt, że gdyby zorganizowano kiedyś wybory Miss Ubecji, to miałabyś szansę na zwycięstwo. Właściwie, byłabyś faworytką konkursu.


Mroczysława uśmiecha się promiennie.


MROCZYSŁAWA KALINOWSKA-WÓJCIK (chcąc się upewnić, czy Julia jest wobec niej szczera):

Naprawdę tak myślisz, Brystiger? Uważasz, że jestem najpiękniejszą kobietą w Urzędzie Bezpieczeństwa?


JULIA BRYSTIGER (gorąco, z przekonaniem):

No tak! Jeśli nie wierzysz, to spójrz w lustro i zobacz, jaka jest różnica między tobą a mną!


Mroczysława Kalinowska-Wójcik wpatruje się w odbicie swoje i Brystigerowej.


MROCZYSŁAWA KALINOWSKA-WÓJCIK (wzdycha, robiąc anachroniczną aluzję do demotywatorów):

To uczucie, kiedy w twoim lustrze zamiast Krwawej Mary pojawia się Krwawa Luna…


Szefowa Departamentu V Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego wybucha śmiechem.


JULIA BRYSTIGER (rozbawiona, śmiejąc się):

Bardzo demotywujące, prawda?


MROCZYSŁAWA KALINOWSKA-WÓJCIK:

Żebyś wiedziała!


Julia, która już skończyła pudrować Kalinowską-Wójcik, odkłada puder i pędzel tam, skąd je wzięła.


JULIA BRYSTIGER:

Skorupa pudrowa wykonana. Co mam teraz zrobić?


MROCZYSŁAWA KALINOWSKA-WÓJCIK (wskazując głową na biurko, na którym stoją przygotowane kosmetyki):

Weź beżowy, fioletowy oraz jasnoczerwony cień do powiek i zrób mi podkrążone oczy.


JULIA BRYSTIGER (zdumiona, po raz trzeci parafrazuje słowa Czerwonego Kapturka):

Mroczysławo, Mroczysławo, a po co ci podkrążone oczy?!


MROCZYSŁAWA KALINOWSKA-WÓJCIK (z perfidnym uśmieszkiem):

Żeby wszyscy myśleli, że przez całą noc płakałam po Werfelbergu!


JULIA BRYSTIGER:

A nie płakałaś?


Pełniąca obowiązki dyrektora PUBP prycha szyderczo.


MROCZYSŁAWA KALINOWSKA-WÓJCIK (nieco oburzona pytaniem swojej rozmówczyni):

Oczywiście, że nie płakałam! Nie po to truje się ludzi, żeby potem po nich płakać, mam rację?


JULIA BRYSTIGER (po raz czwarty parafrazuje słynną kwestię Czerwonego Kapturka):

Mroczysławo, Mroczysławo, a po co ci śmierć Werfelberga?!


Pani podpułkownik robi najbardziej przerażającą minę, na jaką ją stać.


MROCZYSŁAWA KALINOWSKA-WÓJCIK (straszliwym głosem, krzyczy):

Żebyś, kuźwa, miała o co pytać!!!


Krwawa Luna wytrzeszcza oczy na tyle mocno, by widzowie mieli ochotę zapytać: “Julio, Julio, a po co ci takie wielkie oczy?”. W tle gra charakterystyczna, kilkunastosekundowa melodia z filmu “Kill Bill”, znana jako “Ironside Excerpt” (jest ona często wykorzystywana w humorystycznych filmikach typu “Polish Youtube Poop”, właśnie podczas parodiowania scen, w których bohaterowie doświadczają szoku i wytrzeszczają oczy). Kiedy Brystiger odzyskuje nad sobą kontrolę, przystępuje do malowania “podkrążonych oczu”.


MROCZYSŁAWA KALINOWSKA-WÓJCIK (spokojnie, powracając do normalnego tonu):

A tak na serio, to miałam już dosyć tego nieudacznika, który partaczył wszystko, za co się zabierał, a który był pośmiewiskiem UB-eków z innych miast. Denerwowałam się, widząc, jak ten dyletant popełnia błąd za błędem, podczas gdy ja mogłabym skierować Powiatowy Urząd Bezpieczeństwa Publicznego w Młodzianowicach na właściwe tory. Nie mogłam się pogodzić z myślą, że taki ćwok ma nade mną władzę. W ogóle nie podobało mi się, iż moim bezpośrednim zwierzchnikiem jest facet. Bo ja nienawidzę, kiedy mężczyzna sprawuje nade mną kontrolę, wiesz? Po prostu tego nienawidzę. Muszę być górą, bo inaczej dzieje się ze mną coś niedobrego. Nie toleruję patriarchatu i prowadzę z nim otwartą wojnę.


JULIA BRYSTIGER (z przejęciem i podziwem):

Oooo, Mroczysława, w tym cię popieram! (Śmieje się) Hehehe, sama mam sprawdzony sposób na walkę z tym molochem: podczas przesłuchań zawsze biję facetów po jądrach, bo wtedy stają się tacy bezradni i słabiutcy!


MROCZYSŁAWA KALINOWSKA-WÓJCIK:

Na początku stycznia, kiedy siedziałam tutaj, w swoim gabinecie i pisałam jakieś przeklęte sprawozdanie dla Werfelberga, niespodziewanie usłyszałam… usłyszałam w głowie… nie wiem, jak to nazwać… coś w rodzaju natarczywych głosów, które sugerowały mi, że powinnam zabić swojego szefa. Nie miałam pojęcia, skąd one pochodzą. Teraz też nie wiem, choć wydaje mi się, że są to głosy istot spoza naszej planety, które pragną skierować mnie na właściwe tory i wykorzystać do modernizacji świata ludzi.


JULIA BRYSTIGER (wesoło):

No proszę, Mroczysławo… Nie wiedziałam, że wierzysz w UFO!


MROCZYSŁAWA KALINOWSKA-WÓJCIK (kontynuuje przerwane opowiadanie):

Tak czy owak, sama idea zabicia Werfelberga wydała mi się tak rozsądna i obiecująca, że zaczęłam się nad nią poważnie zastanawiać. W końcu postanowiłam, że zdobędę się na odwagę i uwolnię PUBP od nieudolnego dyrektora. Jeszcze tego samego dnia poszłam do podpułkownika Rzędzimira Wszebora Witkowskiego i zdradziłam mu mój szatański plan.


JULIA BRYSTIGER (zaintrygowana):

A on co na to?


MROCZYSŁAWA KALINOWSKA-WÓJCIK:

Zgodził się od razu. Zdecydowaliśmy, że “załatwimy” Waldeberta na weselu towarzysza Jędrzeja Świniarza, szefa Gminnego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Wolisławowie (bo tak się składa, iż byliśmy zaproszeni na tę uroczystość). Scenariusz naszej zbrodni był opracowany bardzo dokładnie i szczegółowo. W połowie biesiady podpułkownik Witkowski miał zorganizować jakąś prowokację, która sprawi, że wszyscy goście oprócz mnie uciekną z sali weselnej. Tak też się stało. A gdy już zostałam sama, błyskawicznie wyjęłam z torebki maleńką fiolkę i wlałam Werfelbergowi truciznę do wina.


JULIA BRYSTIGER (urzeczona opowieścią, zachłystując się zachwytem):

Ożeż ty! Zupełnie jak w jakieś starej książce!


MROCZYSŁAWA KALINOWSKA-WÓJCIK:

Kiedy Werfelberg wrócił do sali i napił się wina, zrobiło mu się dziwnie niedobrze, toteż podziękował państwu młodym za zaproszenie, założył kurtkę i opuścił dom weselny. Kilka minut później ja również wyszłam pod pretekstem chęci pomocy cierpiącemu pułkownikowi. Początkowo nie mogłam go znaleźć, bo będący pod wpływem trucizny mężczyzna kompletnie stracił rozum i poszedł w niewłaściwym kierunku. Poza tym, była noc, a śnieg sypał prosto na mnie. Waldeberta dopadłam kilkanaście metrów za Wolisławowem, kiedy był już tak słaby, że ledwo przebierał nogami i ciągle się potykał. Gdy zaś upadł na śnieg, podeszłam blisko niego i zdradziłam mu, iż to ja go otrułam. Werfelberg, wzorem Juliusza Cezara, zdołał tylko wyjąkać: “I ty, Mroczysławo, przeciwko mnie?!”. A potem stracił świadomość i już nigdy jej nie odzyskał.


Julia Brystiger jest widocznie zafascynowana “sprytem” i “skutecznością” swojej przyjaciółki.


JULIA BRYSTIGER (pełnym emocji głosem):

Ech, Mroczysława, ty jesteś po prostu fenomenalna! Otrułaś go! Otrrrrrułaś jak Lady Makbet!


MROCZYSŁAWA KALINOWSKA-WÓJCIK (chichocze, anachronicznie nawiązując do teledysku “Telephone” Lady Gagi i Beyonce Knowles):

Lady Makbet? Raczej Lady Gaga!


JULIA BRYSTIGER (tym samym tonem co poprzednio):

Otrrrrrułaś go jak Lady Gaga!


MROCZYSŁAWA KALINOWSKA-WÓJCIK:

Jeśli chcesz, możesz na mnie mówić Lady Mroczysława!


JULIA BRYSTIGER:

Lady Mroczysława? Nie lepiej Carrrrryca Mroczysława?


MROCZYSŁAWA KALINOWSKA-WÓJCIK (z uśmiechem):

Może być i Caryca Mroczysława!


Chwila ciszy, podczas której obie kobiety poważnieją.


JULIA BRYSTIGER (do Mroczysławy):

No dobra, otrułaś Werfelberga, ale co dalej?


MROCZYSŁAWA KALINOWSKA-WÓJCIK:

Jak to: co dalej? Odkąd Waldebert nie żyje, pełnię obowiązki dyrektora młodzianowickiego Urzędu Bezpieczeństwa. Teraz pozostaje mi tylko czekać, aż Pomponiusz Kanaliński z WUBP, zachwycony moją charyzmą i talentem organizacyjnym, oficjalnie mianuje mnie na nową szefową PUBP. Myślę, moja Krwawa Luno, że skoro teraz jestem w Młodzianowicach numerem jeden i doskonale sobie radzę, to Kanaliński będzie mnie dalej promował.


JULIA BRYSTIGER:

Skąd wiesz, że będzie promował ciebie, a nie Witkowskiego?


MROCZYSŁAWA KALINOWSKA-WÓJCIK (zaskoczona pytaniem, mruży oczy):

Słucham?


JULIA BRYSTIGER:

Waldebert Werfelberg miał dwoje zastępców: ciebie i Rzędzimira Wszebora Witkowskiego. Oboje posiadacie ten sam stopień oficerski i cieszycie się nienaganną opinią Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego. Skąd pewność, że Pomponiusz Kanaliński przekaże władzę właśnie tobie? Przecież równie dobrze może ją przekazać Witkowskiemu!


MROCZYSŁAWA KALINOWSKA-WÓJCIK (oszołomiona słowami Brystigerowej, lekko zawstydzona):

W sumie masz rację, Julio… Nie wzięłam tego pod uwagę…


JULIA BRYSTIGER (z przekonaniem i lekką pogardą w głosie):

Mężczyznom nie można ufać. Oni wspierają się nawzajem i niechętnie widzą kobiety na wysokich stanowiskach. Wiem, co mówię, Mroczysławo. Chociaż brzmi to niezbyt zachęcająco, istnieje większe prawdopodobieństwo, że Kanaliński zrobi dyrektora z Witkowskiego niż z ciebie. A Witkowski nie będzie walczył o wypromowanie twojej osoby, tylko swojej, gdyż perspektywa zostania nowym szefem PUBP pewnie już teraz bardzo go “kręci”. Mówię ci, Mroczysławo: Witkowski będzie dążył po trupach do celu! Biorąc udział w spisku przeciwko Werfelbergowi, udowodnił, że jest do tego zdolny! (Krótka pauza) Czy wiesz, jak to się skończy, kochaniutka?


MROCZYSŁAWA KALINOWSKA-WÓJCIK (widocznie bojąc się odpowiedzi):

Jak?


JULIA BRYSTIGER (ze zgrozą):

Między tobą a Rzędzimirem Wszeborem Witkowskim będzie taka wojna jak między mną a Józefem Różańskim!!!


Tym razem to Kalinowska-Wójcik wytrzeszcza oczy. W tle znowu słychać kilkunastosekundową melodyjkę “Ironside Excerpt” z filmu “Kill Bill” Quentina Tarantino. Gdy kompozycja dobiega końca, Mroczysława z trudem dochodzi do siebie.


MROCZYSŁAWA KALINOWSKA-WÓJCIK (zdecydowanie, do Julii):

To ja już wiem, co zrobię, Brystiger! Otruję Witkowskiego!


JULIA BRYSTIGER (słodkim głosikiem):

Genialny pomysł. Ale to TY na niego wpadłaś! (Wyniośle, do widzów) 15 stycznia 1953 roku - dzień, w którym skazano na śmierć młodzianowicki patriarchat! Zapamiętajcie tę datę dokładnie, bo może wam się przydać w przyszłości!


MROCZYSŁAWA KALINOWSKA-WÓJCIK (podekscytowana, radośnie):

Gdy zabiję Rzędzimira, a swoimi zastępczyniami uczynię Ożannę Dudek i Kwietę Kapitolinę Kowalczyk, już nikt nie stanie mi na drodze, zaś młodzianowicki patriarchat zostanie raz na zawsze obalony!


JULIA BRYSTIGER (także radośnie):

I o to chodzi, Mroczysławo!


Podpułkownik Kalinowska-Wójcik anachronicznie wykonuje fragment piosenki “Lady Macbeth” zespołu Closterkeller.


MROCZYSŁAWA KALINOWSKA-WÓJCIK (śpiewa):

“Uuu-uuu-uuu-uuu! Wyzwolenie!
Uuu-uuu-uuu-uuu! Wyzwolenie!
Uuu-uuu-uuu-uuu! Wyzwolenie!
Uuu-uuu-uuu-uuu! Wyzwolenie!
Jego śmierć…
Jego strach…
I cierpienie…
Będą twoim…
Wyyyzwoooleeenieeeeeeeeeem!!!”


GŁOSY W GŁOWIE MROCZYSŁAWY (słyszalne tylko dla niej i widzów, słowami z tej samej piosenki grupy Closterkeller):

“Ale kiedyś dowiesz się, kim jesteś.
W samej sobie nie zabijesz człowieka.
Krwawy ślad odpędzi sen daleko,
Będzie w twej pamięci, na zawsze przetrwa.
Już do końca plama na twoich rękach…
Na twoich rękach…
Na twoich rękach…
Na twoich rękach…
Na twoich rękach…
Na twoich rękach…
Na twoich rękach…”


Mroczysława Kalinowska-Wójcik zrywa się jak oparzona z krzesła i łapie obiema dłońmi za głowę.


MROCZYSŁAWA KALINOWSKA-WÓJCIK (przerażona, histerycznym tonem):

O, Matko Stalina! To znowu te głosy! Głosy tych… tych… tych… tych pozaziemskich istot, które ingerują w moje życie! Naśmiewają się ze mnie, twierdzą, że będę mieć do końca życia jakąś plamę na rękach!


Julia Brystiger, która - z przyczyn oczywistych - nie słyszała żadnych głosów, wygląda na zaniepokojoną zachowaniem swojej przyjaciółki.


JULIA BRYSTIGER (najdelikatniej jak potrafi):

Wiesz co, Mroczysławo? Radziłabym ci pójść z tymi głosami do lekarza!


GŁOSY W GŁOWIE MROCZYSŁAWY (natarczywie, słowami z utworu “Lady Macbeth” formacji Closterkeller):

“Plama na twoich rękach na zawsze przetrwa…
Plama na twoich rękach na zawsze przetrwa…
Plama na twoich rękach na zawsze przetrwa…
Plama na twoich rękach na zawsze przetrwa…
Plama na twoich rękach na zawsze przetrwa…
Plama na twoich rękach na zawsze przetrwa…”


Mroczysława gwałtownie kuca, ściska sobie głowę rękami i krzyczy, aby dać upust swojemu przerażeniu oraz zagłuszyć niechciane głosy.


MROCZYSŁAWA KALINOWSKA-WÓJCIK:

Aaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa!!!


Dyrektorka Departamentu V Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego bierze nogi za pas, zostawiając swoją przyjaciółkę sam na sam ze straszliwymi, schizofrenicznymi głosami.


GŁOSY W GŁOWIE MROCZYSŁAWY (tymi samymi słowami co poprzednio):

“Plama na twoich rękach na zawsze przetrwa…
Plama na twoich rękach na zawsze przetrwa…
Plama na twoich rękach na zawsze przetrwa…”


Mroczysława - która najwidoczniej sama nie wie, co robi - kładzie się na wznak na podłodze i rozkłada ramiona jak skrzydła.


MROCZYSŁAWA KALINOWSKA-WÓJCIK (śpiewa fragmenty piosenki “Nemo” - “Nikt” fińskiego zespołu Nightwish):

“This is me
For forever
One of the lost ones
The one
Without a name
Without an
Honest heart as compass
This is me
For forever
One without a name
These lines the last endeavor
To find the missing lifeline
Oh how I wish
For soothing rain
All I wish is to dream again
My loving heart
Lost in the dark
For hope I’d give my everything (…)
Oh how I wish
For soothing rain
Oh how I wish to dream again
Once and for all
And all for once
Nemo my name forevermore
Name forevermore!”


Nagle wchodzi do pomieszczenia Świętożyźń Klemermann. Funkcjonariuszka UB, podobnie jak w pierwszej scenie, ma przypiętą do munduru czarną, żałobną wstążeczkę.


ŚWIĘTOŻYŹŃ KLEMERMANN (niepewnie, nieśmiało, zszokowana widokiem Mroczysławy leżącej na podłodze):

Eeeee… Towarzyszko Kalinowska-Wójcik?


Pani podpułkownik wierci się na podłodze, ale nic nie mówi.


ŚWIĘTOŻYŹŃ KLEMERMANN:

Towarzyszko Kalinowska-Wójcik, nie chcę być niegrzeczna, ale jest już bardzo późno. Jeśli się nie pośpieszycie, to spóźnicie się na pogrzeb pułkownika Werfelberga. Fredeswinda Werfelbergowa klnie, na czym świat stoi, Mistrz Ceremonii prawi morały o punktualności i dobrym wychowaniu, Julia Brystiger kłóci się z Józefem Różańskim o jakieś głupstwo, Gliceria Gościwit zalewa się łzami, Jędrzej Świniarz wygłasza nudny wykład o wiejskich zwyczajach żałobnych, a Archibald Moździerz i Doroteusz Kpina ostentacyjnie manifestują swoje oburzenie, bowiem siłą wyciągnięto ich z domów.


MROCZYSŁAWA KALINOWSKA-WÓJCIK (uprzejmie, nie zmieniając swojej pozycji):

Dziękuję za informację, obywatelko Klemermann. Nie martwcie się o mnie, zaraz do was dołączę.


Świętożyźń robi minę pt. “Ja nic z tego nie rozumiem!”, a potem bez słowa opuszcza gabinet swojej przełożonej. W tle gra znany z serwisu Youtube.com remix jednej z najpopularniejszych pieśni pogrzebowych (“Anielski Orszak dance”).



K-U-R-T-Y-N-A

Natalia Julia Nowak,
23-25 września 2010 r.

Brak komentarzy: