środa, 7 lipca 2010

TragiFarsa 5. Odcinek specjalny

OD AUTORKI:

Po “TragiFarsie socNIErealistycznej”, “TragiFarsie 59 lat później”, “TragiFarsie 3. Skandalu stulecia” i “TragiFarsie + 60 lat” nadeszła pora na piątą część serii dramaturgicznej o UB-eku Zdzisławie Baumfeldzie (funkcjonariuszu Łowcy Onych). Dlaczego zdecydowałam, że owa sztuka teatralna będzie zawierała podtytuł “Odcinek specjalny”? Po pierwsze dlatego, iż ukazuje ona jedno z najważniejszych i najbardziej dramatycznych wydarzeń z życia przedstawiciela komunistycznej bezpieki. Po drugie dlatego, iż w utworze pojawiają się elementy ewidentnie baśniowe - personifikacje Śmierci i Śmierci Klinicznej oraz zjawiska znane wyłącznie z dzieł fantastycznych. Po trzecie dlatego, iż pośredni wpływ na losy głównego bohatera wywiera postać historyczna - “ważna osoba z Warszawy”, której nazwisko przez długi czas pozostaje tajemnicą (ów bohater autentyczny wprawdzie nie pojawia się w TragiFarsie osobiście, ale wiemy, że opisane wydarzenia są skutkiem jego działalności). Po czwarte dlatego, iż w dramacie występuje Niewidoczny Narrator (aczkolwiek mówi on bardzo mało). Po piąte dlatego, iż niektóre fragmenty sztuki teatralnej są odrobinę prowokacyjne (chodzi mi o nieortodoksyjne nawiązania do religii chrześcijańskiej).

Moim zdaniem, “TragiFarsa 5. Odcinek specjalny” odznacza się szczególnym nasileniem cech charakterystycznych dla tej serii: mamy tutaj więcej elementów poważnych, przygnębiających i godnych przemyślenia, ale także więcej absurdalnych sytuacji i specyficznego komizmu. Warto zaznaczyć, że “TragiFarsa 5” zawiera sporo aluzji do mojego opowiadania pt. “Biblia ubecji, czyli teczka towarzysza Zdzisława” (również poświęconego UB-ekowi Baumfeldowi). Sceny z dramatu NIE są kopiami scen z utworu prozatorskiego - wiele rzeczy musiałam zmienić, gdyż na scenie nie da się pokazać wszystkiego. Myślę jednak, że udało mi się w pełni “odmalować” następujące fragmenty:

“(…) W Warszawie Łowca nauczał i gromadził wokół siebie tłumy, które łaknęły i pragnęły słów jego. A uczeni w pismach Marksa, widząc, że [warszawianie] oddają cześć Baumfeldowi, wydali na niego wyrok śmierci. (…) O zmroku Łowca Onych zapadł w [śmierć] kliniczną. A przedstawiciele MO, myśląc, że to już koniec Baumfelda, zanieśli go do pobliskiego prosektorium, zwanego Jaskinią Hadesa. Wszyscy śpieszyli się wielce i [przynaglali], było to bowiem przed Świętem Pracy. (…) W prosektorium spędził Zdzisław trzy dni. A ponieważ szybko wyszedł ze śmierci klinicznej i większość [czasu] spędził na jawie, bez wody i kromki chleba, cierpiał okrutnie i pragnął się wyzwolić. Trzeciego dnia o świcie funkcjonariusz Łowca Onych wyważył drzwi prosektorium (…)”.

W “TragiFarsie 5. Odcinku specjalnym” pada wiele nazwisk związanych ze stalinistycznym Ministerstwem Bezpieczeństwa Publicznego oraz innymi instytucjami z tamtej epoki. Istnieje ryzyko, aczkolwiek jeszcze niepotwierdzone, że popełniłam w tym wątku jakiś anachronizm. Otóż akcja dramatu rozgrywa się na przełomie kwietnia i maja 1952 roku, a ja podczas pisania opierałam się głównie na danych z roku 1953. Nie mogę zagwarantować, że wszyscy ludzie, którzy w 1953 roku uchodzili za “ważne osoby z Warszawy”, byli nimi już rok wcześniej, czyli w momencie dziejowym z TragiFarsy. Jeśli rzeczywiście popełniłam jakiś anachronizm, to z góry przepraszam i proszę o wybaczenie (wszak mam takie pojęcie o okresie stalinizmu jak Henryk Sienkiewicz o czasach Nerona albo Adam Mickiewicz o epoce Konrada Wallenroda)! Sądzę jednak, że nie jest on aż tak rażący jak adidasy w filmie “Gladiator” (którego akcja rozgrywa się w starożytności) albo broń z 1926 roku w “Titanicu” (którego akcja rozgrywa się przed pierwszą wojną światową).


Pozdrawiam i życzę przyjemnej lektury!
Natalia Julia Nowak





MUZYCZNE MOTTO:


"Nie jestem winien, nikt mi nie dłużen,
tak po trochu dogorywam.
Trochę do tyłu ciągnie mój wózek,
trochę do przodu go czasem pcham.
Inni igrają moim losem,
ja milczę jak pies.
Jeszcze chwila, jeszcze trochę
i zapomnę Cię. (...)
Gdzie jesteście, Przyjaciele moi?
Odpłynęli w sinej mgle.
Kogo to obchodzi, kiedy boli?
Tylko Ciebie, kiedy idzie źle"


Maciej Maleńczuk & Yugopolis





SCENA PIERWSZA:
Zdzisław Baumfeld na śmierć skazany




Czas akcji: 28 kwietnia 1952 r.

Miejsce akcji: Młodzianowice, duża sala konferencyjna w budynku PZPR

Osoby: Niewidoczny Narrator, Waldebert Werfelberg (49 lat), Mroczysława Kalinowska-Wójcik (44 lata), Rzędzimir Wszebor Witkowski (38 lat), Mardoniusz Dudek (35 lat), Ożanna Dudek (35 lat), Świętożyźń Klemermann (41 lat), Archibald Moździerz (47 lat), Gorgoniusz Skwarowski (40 lat), Fulgencjusz Skwarowski (42 lata), Gliceria Gościwit (29 lat) i inni funkcjonariusze Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Młodzianowicach. Wszyscy, niezależnie od płci i stopnia, noszą UB-eckie mundury.

W dużej sali konferencyjnej, mieszczącej się w budynku Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, przebywają wszyscy funkcjonariusze młodzianowickiego PUBP (łącznie 51 osób, gdyż tyle pracowało w tego typu placówkach). Nigdzie nie ma 31-letniego Zdzisława Baumfelda, co sugeruje, że ten człowiek już nie pracuje w Urzędzie Bezpieczeństwa i że jego miejsce zajął ktoś inny. 48 UB-eków siedzi na zwykłych krzesłach, a naprzeciwko nich stoi nakryty czerwonym obrusem stół, przy którym zasiadają członkowie zarządu - dyrektor (pułkownik Waldebert Werfelberg) oraz jego zastępcy (podpułkownik Mroczysława Kalinowska-Wójcik i podpułkownik Rzędzimir Wszebor Witkowski). Na stole stoją zaś trzy szklanki, butelki z wodą mineralną i wazon z kwiatami. W pomieszczeniu panuje napięta atmosfera, co oznacza, iż zebranie dotyczy niezbyt przyjemnych spraw. Po dość długim milczeniu Waldebert Werfelberg wstaje z krzesła i przemawia do wszystkich zgromadzonych.


NIEWIDOCZNY NARRATOR (słyszalny tylko dla widzów):

Młodzianowice, 28 kwietnia 1952 roku.


WALDEBERT WERFELBERG (uroczyście, do funkcjonariuszy PUBP):

Obywatelki i obywatele! Zebraliśmy się w tak szczególnym miejscu, aby podyskutować na temat dosyć przykrej sprawy, o której wszyscy już wiemy i która zapewne leży na sercu całemu naszemu zespołowi. Chodzi o naszego byłego współpracownika, funkcjonariusza Łowcę Onych, podporucznika Zdzisława Baumfelda, którego dwa tygodnie temu musiałem dyscyplinarnie zwolnić z pracy. Nie ukrywam, że była to dla mnie decyzja bardzo trudna i bolesna, albowiem towarzysz Baumfeld działał w Powiatowym Urzędzie Bezpieczeństwa Publicznego całe sześć lat i miał na “koncie” wiele zasług, z których najważniejsza to pełne rozpracowanie Podziemnego Klubu Anonimowych Antykomunistów na przełomie lat 1949 i 1950. (Szybko, widząc wyczekującą minę Archibalda Moździerza) Oczywiście, w rzeczonym rozpracowaniu dużą rolę odegrał również sierżant - wówczas plutonowy - Archibald Moździerz, który siedzi tam, obok porucznika Świętożyźni Klemermann.


Archibald na chwilę wstaje z krzesła, aby z dumną i radosną miną ukłonić się swoim współtowarzyszom. Oni zaś nagradzają jego “osiągnięcie” życzliwymi oklaskami.


WALDEBERT WERFELBERG (kontynuuje swój monolog):

Jak już powiedziałem, podporucznik Zdzisław Baumfeld był wyjątkowo skutecznym funkcjonariuszem, jednak liczne pochwały i dowody uznania, których się doczekał, sprawiły, że… przepraszam za kolokwialne wyrażenie… woda sodowa uderzyła mu do głowy. Towarzysz Łowca Onych tak bardzo zachwycił się sobą, iż zaczął robić karierę na własną rękę, poszerzając swoją chwałę i zupełnie nie licząc się z nami, czyli PUBP. Sam ten fakt, chociaż bardzo niepokojący, nie był jeszcze powodem do zerwania współpracy z obywatelem Baumfeldem. Wszyscy mieliśmy nadzieję, że funkcjonariusz Łowca Onych na tym poprzestanie albo wręcz się opamięta i powróci do poprawnego zachowania. Niestety, przeliczyliśmy się. Arogancja towarzysza Zdzisława osiągnęła tak monstrualny poziom, że ja, pułkownik Waldebert Werfelberg, po długiej naradzie z podpułkownikami Mroczysławą Kalinowską-Wójcik i Rzędzimirem Wszeborem Witkowskim, zdecydowałem się usunąć go z naszego grona.


Wśród słuchających UB-eków rozlega się szmer - wszyscy komentują to, co powiedział ich dyrektor. Nagle Świętożyźń Klemermann wstaje z krzesła, podnosi rękę jak uczennica i spogląda (wyczekująco oraz niecierpliwie) na Waldeberta Werfelberga.


ŚWIĘTOŻYŹŃ KLEMERMANN (w taki sposób, aby przekrzyczeć pozostałych komunistów):

Towarzyszu pułkowniku, czy mogę coś powiedzieć?


Waldebert kilkakrotnie uderza pięścią w stół, żeby uspokoić hałasujących funkcjonariuszy. Kiedy UB-ecy milkną, dyrektor zwraca się grzecznie do Świętożyźni.


WALDEBERT WERFELBERG (uprzejmie, zachęcająco):

Tak, słucham was, towarzyszko Klemermann.


Kobieta bierze głęboki oddech, aby nabrać pewności siebie i jeszcze raz (na szybko) rozważyć swoją wypowiedź.


ŚWIĘTOŻYŹŃ KLEMERMANN:

Zdzisław Baumfeld od samego początku zachowywał się, jakby działał w Urzędzie Bezpieczeństwa w imię własnego prestiżu i splendoru, a nie budowania i utrwalania ustroju socjalistycznego. Swego czasu miałam z nim bardzo dobry kontakt, więc pamiętam, że w jego wypowiedziach rzadko pojawiały się elementy światopoglądowe czy odniesienia do międzynarodowego ruchu robotniczego. Owszem, często wspominał o komunizmie i posługiwał się pojęciami charakterystycznymi dla naszej ideologii, ale robił to bardzo powierzchownie, jak gdyby były one tylko… tylko dodatkiem do jego osobistej kariery. Chodzi mi o to, że wycierał sobie gardło proletariackimi hasłami, nie zagłębiając się w nie zbytnio i nie przywiązując do nich wagi. Obserwując towarzysza Zdzisława, często odnosiłam wrażenie, że realizuje on swoje własne, egoistyczne cele, a nie cele Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego. Innymi słowy: czułam, iż Baumfeld traktuje pracę w UB jako sposób na wypromowanie własnej osoby.


W pomieszczeniu znowu rozlegają się szepty i szmery. Jeden z uczestników zebrania, Mardoniusz Dudek, podnosi rękę i wpatruje się uporczywie w Werfelberga.


WALDEBERT WERFELBERG (do Mardoniusza):

Słucham, towarzyszu?


MARDONIUSZ DUDEK (z przekonaniem, wstając):

Porucznik Klemermann ma rację. Obywatel Baumfeld nie podchodził poważnie do swojej pracy, powiedziałbym nawet, że miał lekceważący stosunek do samej instytucji UB. Świadczy o tym skandal, który wywołał w roku 1948, a mianowicie ta afera z piciem alkoholu na służbie i przyłączeniem do zabawy dwojga więźniów - Wespazjana Cipki oraz nieżyjącej już Franciszki Ksawery Wąchockiej. (Złośliwie, spoglądając z wyższością na Świętożyźń) Towarzyszka Świętożyźń Klemermann powinna jednak pamiętać, że ona także wzięła udział w tej imprezie i potem musiała się strasznie kajać przed delegatami z Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego.


ŚWIĘTOŻYŹŃ KLEMERMANN (zawstydzona i zirytowana, rumieniąc się):

Towarzyszu Mardoniuszu, ta sprawa jest już od dawna zamknięta, więc nie rozumiem, dlaczego do niej wracacie!


Niektórzy przedstawiciele bezpieki, rozbawieni poruszonym tematem, cicho chichoczą i wymieniają zjadliwe uwagi na temat Świętożyźni oraz pozostałych uczestników libacji. Kiedy zniecierpliwiony Werfelberg kilkakrotnie uderza pięścią w stół, wszyscy błyskawicznie się uspokajają.


WALDEBERT WERFELBERG (zniecierpliwiony, do hałasujących UB-eków):

Ciszej! (Grzecznie, do dwóch osób, które wypowiedziały się na temat Baumfelda) Czy towarzysze Klemermann i Dudek mają jeszcze coś do powiedzenia? Nie? Więc proszę usiąść.


Świętożyźń i Mardoniusz bez słowa spełniają polecenie swojego szefa. Kolejną osobą, która pragnie coś powiedzieć, jest Gliceria Gościwit.


WALDEBERT WERFELBERG (do Glicerii):

Tak, obywatelko Gościwit?


29-latka wstaje z krzesła, po czym wypowiada się w bardzo chaotyczny sposób (jej głos drży, a mowa jest szybka i chwilami niezrozumiała).


GLICERIA GOŚCIWIT (stremowana, onieśmielona):

Ja… chciałabym tylko potwierdzić to, co powiedzieli moi przedmówcy. Że… że zarozumiały, rozpustny, przekonany o własnej doskonałości Baumfeld myślał tylko o sobie i… i… i traktował Urząd Bezpieczeństwa jako narzędzie do realizacji własnych celów. Weźmy na przykład przesłuchania, które prowadził. Czy jemu naprawdę zależało na wydobywaniu… wydobywaniu potrzebnych informacji z przeciwników politycznych? Czy interesowało go to, z czego przepytywał więźniów? A może te wszystkie przesłuchania były dla niego tylko… yyy… dobrą zabawą, formą rozrywki? Poza tym, te jego “spontaniczne akcje”… Zdzisław lubił podejmować przedsięwzięcia bez uprzedniego skonsultowania się z zarządem. Lubił… eeee… lubił pokazywać, że… że dyrektor i jego zastępcy nie są dla niego żadnymi autorytetami.


Kolejne poruszenie wśród słuchaczy. Gliceria Gościwit kłania się grzecznie, mówi “Dziękuję” i z ulgą siada na krześle.


MROCZYSŁAWA KALINOWSKA-WÓJCIK (bez wstawania z krzesła i bez podnoszenia ręki):

Tak, “spontaniczne akcje” obywatela Baumfelda były niezwykle irytujące i - z mojej strony - nigdy nie spotkały się z aprobatą. Ex-funkcjonariusz Łowca Onych posiada wadę, której nienawidzę najbardziej ze wszystkich i której nie potrafię u nikogo zaakceptować: snobizm. W organach bezpieczeństwa Polski Ludowej był praktycznie nikim, ale czuł się i zachowywał jak nie wiadomo kto. Może dla młodego mężczyzny, pochodzącego z zacofanej wsi Świńska Czaszka, posiadanie najniższego stopnia oficerskiego i praca w powiatowym UB były powodem do dumy, jednak - z szerszego punktu widzenia - nie czyniły go one znaczącą personą. Zdzisław Baumfeld nie miał wpływu na najważniejsze decyzje podejmowane w państwie ani nawet w tym jednym, prowincjonalnym Urzędzie Bezpieczeństwa. Jeśli rządził, to tylko swoimi gaciami.


Funkcjonariusze, rozbawieni żartem Kalinowskiej-Wójcik, wybuchają śmiechem. Waldebert Werfelberg tylko się uśmiecha, ale także wygląda na zachwyconego dowcipem swojej zastępczyni. Kiedy towarzystwo się uspokaja, dyrektor PUBP postanawia kontynuować przerwane przemówienie.


WALDEBERT WERFELBERG (poważnie):

Wracając do mojego wywodu: liczyłem na to, że po utracie posady w UB towarzysz Zdzisław wyciągnie wnioski ze swojego postępowania, że pożałuje własnego cynizmu, że się zmieni. Niestety, nic takiego nie nastąpiło. Wygnany z bezpieki Baumfeld widocznie poczuł się wolny jak ptak i zupełnie niezależny od “krępującej go” instytucji. Kilka dni temu wyjechał nawet do stolicy i zaczął głosić własną, dziwaczną ideologię zwaną marksizmem-zdzisławizmem, która - jak wynika z relacji naszego tajnego informatora - została ciepło przyjęta przez wielu proletariuszy. (Dłuższa pauza, po której głos Werfelberga nieco się zmienia) Wczoraj, tj. 27 kwietnia 1952 roku, otrzymałem w tej sprawie telefon od… hmmm… pewnej ważnej osoby z Warszawy. Ta osoba również powiadomiła mnie, że Baumfeld podburza lud i że jeśli chciałbym go ukatrupić, to nie ma problemu - stolica może mnie w tym wyręczyć. Ostateczna decyzja należy jednak do mnie. Jutro mam oddzwonić do tej osoby i powiedzieć, jaki jest mój wybór: czy zlikwidować Łowcę Onych, czy nie. Ale ponieważ nie jestem despotą i liczę się ze zdaniem moich podwładnych, postanowiłem zwołać dzisiejsze zebranie i zadecydować o losie Baumfelda razem z całym zespołem.


Sala konferencyjna pogrąża się w grobowym milczeniu, które trwa dość długo. Mroczysława Kalinowska-Wójcik i Rzędzimir Wszebor Witkowski mają zdumione miny, jakby wcześniej nie wiedzieli, że Waldebert otrzymał od kogoś wpływowego tak niecodzienną ofertę.


MROCZYSŁAWA KALINOWSKA-WÓJCIK (do Werfelberga, przerywając ponurą ciszę):

Towarzyszu pułkowniku, kim jest ta “ważna osoba z Warszawy”, o której wspomnieliście?


WALDEBERT WERFELBERG:

Jeśli mam być szczery, to ta osoba zabroniła mi wyjawiania jej nazwiska. Po prostu boi się, że jeśli świat się dowie, iż tak znacząca persona zajmuje się trzeciorzędnym funkcjonariuszem-oszołomem z zadupia, to będzie skompromitowana. Dlatego wybaczcie, towarzyszko Kalinowska-Wójcik, ale nie dowiecie się, kto do mnie zatelefonował. Niech to pozostanie moją słodką tajemnicą.


MROCZYSŁAWA KALINOWSKA-WÓJCIK (ciekawsko):

A powiecie chociaż, czy to kobieta, czy mężczyzna?


WALDEBERT WERFELBERG (niecierpliwie, chcąc jak najszybciej uciąć temat):

Mężczyzna. Nieważne, kto. Nazwisko na pewno jest wam znane, ale nic więcej nie zdradzę. (Kładzie sobie palec wskazujący na ustach, aby dać do zrozumienia, iż nie wyjawi swojego sekretu)


MROCZYSŁAWA KALINOWSKA-WÓJCIK (rozpaczliwie, błagalnie):

Towarzyszu, powiedzcie, kto to taki, bo ja nie zasnę dzisiaj w nocy! (Widząc, że dyrektor PUBP przecząco kręci głową) Jeśli nie powiecie, to ja jutro założę podsłuch w telefonie i sama sprawdzę, do kogo zadzwonicie!


Werfelberg namyśla się przez chwilę.


WALDEBERT WERFELBERG (do Mroczysławy, dając za wygraną):

No dobrze, powiem wam na ucho.


ARCHIBALD MOŹDZIERZ (wyrywa się):

Towarzyszu pułkowniku, a mnie powiecie?!


ŚWIĘTOŻYŹŃ KLEMERMANN:

A mnie?!


MARDONIUSZ DUDEK:

A mnie?!


WALDEBERT WERFELBERG (z pogardą i rozbawieniem, zerkając na Archibalda, Świętożyźń i Mardoniusza):

Wam? Z jakiej racji? Powiem tylko podpułkownikowi Kalinowskiej-Wójcik.


OŻANNA DUDEK:

A możecie przynajmniej wyjawić, kim on NIE jest?


WALDEBERT WERFELBERG (po namyśle):

W porządku, wyjawię wam, że to NIE jest Jan Ptasiński. Ale to już naprawdę moja ostatnia podpowiedź.


FULGENCJUSZ SKWAROWSKI (mruczy pod nosem, wytężając szare komórki):

Ważna osoba z Warszawy… Mężczyzna… Na pewno nie Jan Ptasiński… Już my z Gorgoniuszem wydedukujemy, kto to taki!


MROCZYSŁAWA KALINOWSKA-WÓJCIK (zniecierpliwiona, apodyktycznym tonem, do Waldeberta):

No, to co, towarzyszu Werfelberg?! Zdradzacie to nazwisko, czy nie?!


Dyrektor UB przysuwa się do wicedyrektorki i mówi jej na ucho nazwisko “ważnej osoby z Warszawy” (jednocześnie zakrywa sobie dłonią usta, żeby nikt nie odczytał słów z ruchu warg). Po usłyszeniu tajemnicy Mroczysława jest zszokowana.


MROCZYSŁAWA KALINOWSKA-WÓJCIK (piszczy, niedowierzając):

Chrzanicie, towarzyszu!


WALDEBERT WERFELBERG:

Wcale nie chrzanię. To naprawdę ON.


MROCZYSŁAWA KALINOWSKA-WÓJCIK (chichocze):

Nieźle, nieźle, hehehe… Baumfeld musi być w tej Warszawie prawdziwą gwiazdą, skoro TEN CZŁOWIEK zainteresował się jego cyrkami!


WALDEBERT WERFELBERG (poważnie, do wszystkich zgromadzonych):

No, ale wróćmy do sprawy najistotniejszej, czyli do decyzji, którą musimy podjąć... (Patetycznie, uroczyście, głośno) “Jeżeli ktoś zna powód, dla którego Zdzisława Baumfelda należy utrzymać przy życiu, niech przemówi teraz albo niech zamilknie na wieki”!


Mroczysława zrywa się z krzesła, po czym zaczyna wymachiwać rękami i robić miny w stylu Fałszywej Marii (bohaterki filmu “Metropolis” Fritza Langa) nawołującej robotników do rewolucji.


MROCZYSŁAWA KALINOWSKA-WÓJCIK (krzyczy, naśladując Fałszywą Marię):

Obywatele, nie odzywajcie się! Zróbmy JEMU przyjemność i ukatrupmy Zdziśka! Zmiażdżmy go! Rozdeptajmy! Poślijmy do diabła! Niech dureń zdycha w imię Marksa i Engelsa! Nie odzywajcie się, obywatele, bo towarzysz pułkownik nie wyda wyroku śmierci! Siedźcie cicho jak mysz pod miotłą!!!


Większość UB-eków, z własnej woli lub za namową Mroczysławy, milczy jak zaklęta. Rzędzimir Wszebor Witkowski wyjmuje z wazonu kwiat i - szepcząc “Zabić, nie zabić” - zrywa po jednym jego płatku (zabieg ten przypomina popularną wróżbę “Kocha, nie kocha“). Waldebert Werfelberg, który najwyraźniej nie jest przekonany co do konieczności zamordowania Baumfelda, wygląda na zaniepokojonego zachowaniem swoich podwładnych. Kalinowska-Wójcik, usatysfakcjonowana milczeniem większości funkcjonariuszy, z dumą siada na krześle i czeka na rozwój wypadków.


WALDEBERT WERFELBERG (prosząco, do Archibalda Moździerza):

Towarzyszu Moździerz, może wy coś powiecie? Przecież lubiliście się z Baumfeldem, byliście kolegami zarówno w pracy, jak i w życiu prywatnym…


Archibald, pomimo zachęcających słów Werfelberga, nie wydaje z siebie żadnych dźwięków.


WALDEBERT WERFELBERG (do Świętożyźni Klemermann):

A wy, towarzyszko Klemermann? Wiem, że Zdzisław wam się podobał, często spoglądaliście na niego z tęsknotą i oczarowaniem…


Świętożyźń milczy i nie okazuje żadnych emocji.


WALDEBERT WERFELBERG (do Fulgencjusza i Gorgoniusza Skwarowskich):

Bracia Skwarowscy, wy też nic nie powiecie? Myślałem, że dobrze wam się układało z Łowcą Onych…


Żaden ze Skwarowskich się nie odzywa.


WALDEBERT WERFELBERG (smutno, z westchnieniem):

No cóż, towarzysze, skoro taka jest wasza wola… (Uroczyście, podniośle, biorąc się w garść) Obywatelki i obywatele! Demokratyczną większością głosów zdecydowaliśmy, że funkcjonariusz Łowca Onych, Zdzisław Bonifacy Baumfeld, urodzony 31 stycznia 1921 roku, nie zostanie utrzymany przy życiu i trafi w ręce warszawskich organów bezpieczeństwa! Jutro w samo południe wykonam telefon do towarzysza J… eee… do “ważnej osoby z Warszawy” i poinformuję ją o dokonanym przez nas wyborze. Obywatel Baumfeld musi zostać sprawiedliwie ukarany za podburzanie ludu i rozpowszechnianie fałszywej ideologii marksizmu-zdzisławizmu!


MROCZYSŁAWA KALINOWSKA-WÓJCIK (z chorym entuzjazmem):

Tak! Na krzyż z nim! Na stos! Na arenę gladiatorów! Śmierć zaprzańcowi!!!


RZĘDZIMIR WSZEBOR WITKOWSKI (melancholijnie, kościelnym tonem):

Obywateli naszych tak umiłowaliśmy, że dla zbawienia Polski Ludowej funkcjonariusza własnego wydaliśmy na męki. Czyż mogliśmy złożyć większą ofiarę niż z ciała i krwi tego sprawiedliwego?…


MROCZYSŁAWA KALINOWSKA-WÓJCIK (pogardliwie):

Nie wiem, czy on taki “sprawiedliwy”, towarzyszu!


RZĘDZIMIR WSZEBOR WITKOWSKI (wzdycha, wpatrując się w bliżej nieokreślony punkt):

Dziękujemy ci, Zdzisiek, dziękujemy… Że przez śmierć i mękę swoją świat odkupić raczysz…


FULGENCJUSZ SKWAROWSKI (szeptem, do Gorgoniusza):

Ej, Gorgon, słyszałeś, co Werfelberg powiedział? “Towarzysza J…”! To znaczy, że imię lub nazwisko tej “ważnej osoby z Warszawy” zaczyna się na literę “J”! Bardzo pomocna wskazówka!


GORGONIUSZ SKWAROWSKI (również szeptem):

A znasz jakąś “ważną osobę z Warszawy”, której imię lub nazwisko zaczyna się na “J”?


FULGENCJUSZ SKWAROWSKI (zastanawia się gorączkowo):

Poczekaj, niech no pomyślę… Tam w stolicy jakieś 30-40% “ważnych osób” jest na literę “J”…


GORGONIUSZ SKWAROWSKI:

Jak to oszacowałeś, Fulgencjuszu?


FULGENCJUSZ SKWAROWSKI (uśmiecha się niewinnie):

Na oko, Gorgon, na oko. (Próbuje wymienić wszystkie osoby pasujące do ustalonego opisu) Jakub Berman, Jerzy Siedlecki, Jegiński Anatol…


GORGONIUSZ SKWAROWSKI (szybko):

Zaczekaj, wyjmę kartkę i długopis! (Wyjmuje z kieszeni rzeczone przedmioty) No, Fulgencjusz, dyktuj…


Fulgencjusz Skwarowski powoli i z namysłem wylicza nazwiska, a Gorgoniusz pośpiesznie je spisuje.


FULGENCJUSZ SKWAROWSKI:

Jakub Berman, Jerzy Siedlecki, Jegiński Anatol, Jan Ptasiński…


GORGONIUSZ SKWAROWSKI (ostro):

Stop! Ten odpada! Werfelberg powiedział, że “tą ważną osobą” na pewno NIE jest Ptasiński!


FULGENCJUSZ SKWAROWSKI:

Dobra, nie zapisuj go. (Próbuje wymieniać dalej) Józef Kratko, Józef Różański, Józef Czaplicki, Józef Światło, Józef Wojciechowski, Julia Brystygier, Julia Minc…


GORGONIUSZ SKWAROWSKI (jeszcze ostrzej):

Młotku! To ma być mężczyzna!


FULGENCJUSZ SKWAROWSKI:

A… No tak… Przepraszam… (Powraca do dyktowania nazwisk) Jan Kisielow, Jan Lech, Julian Konar, Joachim Getzel… Więcej chyba nie ma albo ja nie pamiętam… (Krótka pauza) Policz, Gorgoniuszu, ile znaleźliśmy nazwisk.


Młodszy Skwarowski liczy po cichu.


GORGONIUSZ SKWAROWSKI (podaje wynik):

Dwanaście. Dosyć dużo.


FULGENCJUSZ SKWAROWSKI:

Skoro mamy dwanaście nazwisk i musimy wskazać jedno z nich, to jakie jest prawdopodobieństwo, że wskażemy właściwe?


GORGONIUSZ SKWAROWSKI:

Hmmm… Myślę, że jeden do dwunastu…


FULGENCJUSZ SKWAROWSKI:

Jak to obliczyłeś, Gorgon? Też na oko?


GORGONIUSZ SKWAROWSKI (chichocze):

W rodzinie Skwarowskich wszyscy liczą na oko!


FULGENCJUSZ SKWAROWSKI (wzdycha):

Ech, jeden z dwunastu… Bardzo trudny wybór…


GORGONIUSZ SKWAROWSKI (też wzdycha):

Jakub Berman, Jerzy Siedlecki, Jegiński Anatol, Józef Kratko, Józef Różański, Józef Czaplicki, Józef Światło, Józef Wojciechowski, Jan Kisielow, Jan Lech, Julian Konar, Joachim Getzel… Dwunastu facetów na literę “J“, w tym pięciu Józefów i dwóch Janów… A jeden z nich zaproponował Waldebertowi Werfelbergowi zabicie Zdzisława Baumfelda! Czy to nie jest intrygujące?! Ilekroć usłyszę któreś z zapisanych nazwisk, po głowie będzie mi chodzić pytanie: “Czy to ON, czy nie ON?”. Kurde szlagier, będę miał obsesję do końca życia!


Nagle na dyskutujących braci spogląda Waldebert Werfelberg, który widocznie usłyszał ich rozmowę.


WALDEBERT WERFELBERG (uroczyście, radośnie):

Bracia Skwarowscy i w ogóle wszyscy zgromadzeni! Proponuję wam pewien konkurs! Ten, kto odgadnie, kim jest owa “ważna osoba z Warszawy”, wygra premię w wysokości miesięcznej pensji! Polecam wam wziąć udział w tej zabawie, bo nagroda jest wartościowa! Pamiętajcie, towarzysze: musicie wytypować jedno z dwunastu nazwisk, najlepiej na chybił-trafił! Karteczki z odpowiedziami mają trafić do kolektury… to znaczy: do mojego gabinetu… przed jutrzejszym zachodem słońca! Czekam na każdy kupon!


RZĘDZIMIR WSZEBOR WITKOWSKI (zirytowany, anachronicznie):

Co to ma być, do choroby ciężkiej?! Totalizator Sportowy?!


MROCZYSŁAWA KALINOWSKA-WÓJCIK (ze śmiechem):

Raczej Totalitaryzator Sportowy!


RZĘDZIMIR WSZEBOR WITKOWSKI (zdumiony, do Waldeberta):

Mam rozumieć, towarzyszu pułkowniku, że jutro, wbrew swoim wcześniejszym deklaracjom, zdradzicie nazwisko tej “ważnej osoby z Warszawy”?


WALDEBERT WERFELBERG (szeptem, zasłaniając sobie usta tak jak podczas wtajemniczania Mroczysławy):

Nie. Premii też nie wypłacę. Ale chcę odwrócić uwagę tych bałwanów od sprawy Baumfelda.


FULGENCJUSZ SKWAROWSKI (z przejęciem, konspiracyjnym szeptem, do brata):

Gorgon, ja po prostu muszę znać to nazwisko i wygrać tę premię! Muszę, najzwyczajniej w świecie muszę! Nie dopuszczam do siebie myśli, że mogę nie poznać nazwiska i nie otrzymać dodatkowej wypłaty!


GORGONIUSZ SKWAROWSKI:

Więc co zamierzasz zrobić? Poprosić o pomoc jakiegoś kabalistę, numerologa lub matematyka?


FULGENCJUSZ SKWAROWSKI (z diabelskim uśmiechem):

Nie. Uciec się do szwindlu.


GORGONIUSZ SKWAROWSKI:

W jaki sposób?


FULGENCJUSZ SKWAROWSKI (z jeszcze bardziej diabelskim uśmiechem):

Porywając Kalinowską-Wójcik i zmuszając ją do powiedzenia, kto jest tą “ważną osobą z Warszawy”. Mam już wprawę w wydobywaniu informacji z opornych jeńców, toteż na pewno sobie poradzę. Zobaczysz, Gorgon, że premia w wysokości miesięcznej pensji przypadnie właśnie mnie!


GORGONIUSZ SKWAROWSKI (osłupiony):

O, Feliksie Dzierżyński… Ale będzie akcja… (Wychodząc z osłupienia) Tak czy owak, pewne jest tylko jedno: pomysł zlikwidowania Baumfelda wyszedł albo od Bermana, albo od Siedleckiego, albo od Jegińskiego, albo od Kratki, albo od Różańskiego, albo od Czaplickiego, albo od Światły, albo od Wojciechowskiego, albo od Kisielowa, albo od Lecha, albo od Konara, albo od Getzela… albo od jakiejś innej osoby, której imię lub nazwisko zaczyna się na literę “J”…


FULGENCJUSZ SKWAROWSKI (żartobliwie, śmiejąc się):

Nazwisko “ważnej osoby z Warszawy” - Pierwsza Tajemnica Młodzianowicka!





SCENA DRUGA:
Zdzisław Baumfeld złożony w kostnicy




Czas akcji: noc z 30 kwietnia na 1 maja 1952 r.

Miejsce akcji: Warszawa, kostnica w prosektorium “Jaskinia Hadesa”

Osoby: Niewidoczny Narrator, milicjant Arnulf (22 lata), milicjant Makary (24 lata), milicjant Serafin (25 lat), Zdzisław Baumfeld (31 lat), Śmierć Kliniczna, Śmierć

Do mrocznej, obskurnej, nieprzyjemnej kostnicy, należącej do prosektorium “Jaskinia Hadesa”, wchodzą trzej milicjanci (Arnulf, Makary i Serafin), którzy niosą na noszach rannego, nieprzytomnego, uznanego za zmarłego mężczyznę - Zdzisława Baumfelda. Wszyscy przedstawiciele MO są bardzo zniecierpliwieni, wręcz rozhisteryzowani, co czyni ich ruchy niezdarnymi i groteskowymi. W pewnym momencie milicjanci kładą nosze na wysokim, metalowym stole, chwytają Baumfelda za ręce i nogi, a potem przenoszą go na specjalne, prosektoryjne łóżko. Ponieważ strasznie się śpieszą i złoszczą na własną opieszałość, nie zauważają oznak życia u skatowanego ex-funkcjonariusza UB.


NIEWIDOCZNY NARRATOR (słyszalny tylko dla widzów):

Warszawa, noc z 30 kwietnia na 1 maja 1952 roku.


MILICJANT ARNULF (ostro, niecierpliwie, tonem nieznoszącym sprzeciwu, podczas zdejmowania Zdzisława z noszy i przenoszenia go na łóżko):

Pośpieszcie się, towarzysze! Schnella, schnella! Zaraz wybije północ, a z nią pierwszy maja, i sami zostaniemy aresztowani przez UB pod zarzutem Pracy-w-Dniu-Pracy!


MILICJANT MAKARY (sarkastycznie, pod nosem):

Zakaz-Pracy-w-Dniu-Pracy… Niezły paradoks…


MILICJANT SERAFIN (zirytowany):

Nie gadać, tylko robić to, co trzeba! Kładziemy truposza na łóżku i wychodzimy z kostnicy! Szybciej! Arnulf, nie patrz na krew, bo to cię rozprasza! Makary, przesuń tego umarlaka jeszcze trochę w lewo! Ooo, właśnie tak ma być!


Reprezentanci Milicji Obywatelskiej już mają wyjść z kostnicy, kiedy Makary spostrzega na półce czysty, śnieżnobiały, złożony w kostkę całun.


MILICJANT MAKARY (do pozostałych funkcjonariuszy MO):

Ej, Serafin, Arnulf! Może by tak nakryć go tym całunem?


MILICJANT SERAFIN (ze złością):

Daj spokój, Makary, nie mamy czasu na takie bzdety! Jest za trzy dwunasta, kapujesz?! Musimy iść, a nie oddawać truchłu ostatnią posługę!


MILICJANT MAKARY (niepewnym tonem):

Słuchaj, Serafin… Ja mam jakieś złe przeczucia co do tego trupa… Może byśmy się upewnili, czy on naprawdę nie żyje? Połammy mu kości albo zróbmy coś w tym stylu…


MILICJANT ARNULF:

Makary, czy ty naprawdę nie rozumiesz, co się do ciebie mówi?! Nie mamy czasu na ceregiele! W normalnych warunkach byśmy cię posłuchali, ale nie na moment przed Świętem Pracy!


Po tych słowach milicjanci opuszczają pomieszczenie, a jeden z nich nerwowymi ruchami zamyka drzwi na klucz. Potem słychać tupot ciężkich butów, co sugeruje, że Arnulf, Makary i Serafin oddalają się od kostnicy. Zdzisław Baumfeld jeszcze przez jakieś pół minuty leży zupełnie nieruchomo, jakby naprawdę był martwy. W tle słychać ponury, przygnębiający utwór “Requiem” szwajcarskiego zespołu Lacrimosa. Nagle były UB-ek odzyskuje przytomność, otwiera oczy, przez chwilę wierci się niespokojnie i jęczy, a następnie odwraca głowę w prawą stronę i patrzy w głąb pomieszczenia. Kiedy uświadamia sobie, dokąd go przyniesiono, w mgnieniu oka zmienia pozycję z leżącej na siedzącą.


ZDZISŁAW BAUMFELD (zszokowany, przerażony):

Engelsie barmeński! Kostnica?! Pomieszczenie dla denatów?! Czyżby uznali mnie za zmarłego?!


Komunista, pomimo cierpienia i zmęczenia, wstaje z prosektoryjnego łóżka i szybkim krokiem podchodzi do drzwi. Przez chwilę szarpie klamkę, lecz gdy uświadamia sobie, że drzwi są zamknięte, z głośnym jękiem osuwa się na podłogę.


ZDZISŁAW BAUMFELD (zbolałym głosem):

Kurde wycior… Jutro jest Święto Pracy, więc nikt po mnie nie przyjdzie… Jak długo będę siedział w tej trupiarni?! Jak długo?! (Dłuższa pauza) O, Leninie… Wszystko mnie boli… Wiele razy patrzyłem na storturowanych ludzi, ale z punktu widzenia kata, więc nigdy nie zastanawiałem się nad uczuciami takich osób… (Pretensjonalnie, ze złością i rozżaleniem) Gumno! Kiełbolę w pufę takie zabawy!


Zdzisław, który widocznie nie ma siły wstać i położyć się na łóżku, rozkłada się jak długi na gołej podłodze. Przez chwilę leży bez słowa, wydając z siebie tylko pojedyncze jęki (w tle nadal gra piosenka “Requiem” formacji Lacrimosa). Niespodziewanie ex-funkcjonariusz UB ożywia się, jak gdyby olśniła go jakaś odkrywcza myśl.


ZDZISŁAW BAUMFELD (anachronicznie parafrazuje cytat z wiersza Jana Twardowskiego):

“Śpieszmy się bać sprawiedliwości - tak szybko nadchodzi!”


Po wypowiedzeniu tych słów Baumfeld gorzko chichocze, aczkolwiek jego chichot ma dużo wspólnego z łkaniem.


ZDZISŁAW BAUMFELD (uświadamiając sobie dwuznaczność swoich odgłosów):

Heh, gdyby usłyszała mnie moja siostra, Zdzisława Baumfeldówna, pewnie zapytałaby: “Zdzisiek, ty płaczesz czy się śmiejesz?”… TragiFarsa, jak słowo daję… (Żałośnie, płaczliwie) O, ja nieszczęśliwy!


Nagle Zdzisław Baumfeld znowu traci siły - zamyka oczy i przestaje się poruszać. Sprawa wygląda znacznie poważniej niż poprzednio, jakby 31-letni mężczyzna naprawdę umierał (utwór “Requiem“ Lacrimosy gra coraz ciszej, aż w końcu całkowicie milknie). Gdy jest już zupełnie cicho i martwo, na scenę wchodzi nowa, fantastyczna postać: Śmierć Kliniczna. Jest to kościotrup odziany w seledynowy, chirurgiczny fartuch, białe, gumowe rękawiczki i biały, lekarski czepek. Na twarzy-czaszce ma białą maskę chirurgiczną, a w kościstych rękach - wielką, groźnie wyglądającą kosę, podobną do tej, którą nosi Śmierć na obrazach z kręgu kultury europejskiej. Za plecami Śmierci Klinicznej znajduje się jakieś białe, lekko pulsujące, ciepłe światło. Zdzisław gwałtownie się podnosi, przy czym robi to z taką werwą i łatwością, jakby był człowiekiem zupełnie zdrowym, pełnym siły i energii, a nie umęczoną ofiarą swoich współtowarzyszy-komunistów. Baumfeld sprawia wrażenie, jakby nie czuł żadnego bólu ani zmęczenia, a fizyczne, ziemskie słabości już go nie dotyczyły. W tle słychać nową piosenkę - klasyczny utwór “Zegarmistrz Światła” Tadeusza Woźniaka. Jeśli chodzi o Śmierć Kliniczną, główny bohater TragiFarsy jest tylko trochę zaskoczony jej widokiem.


ZDZISŁAW BAUMFELD (lekko, z pewnością siebie, tak jak przez większą część życia, a nie w ostatnich chwilach swojej egzystencji):

Domyślam się, towarzyszko, że jesteście Śmiercią.


ŚMIERĆ KLINICZNA:

No, nie do końca. Jestem Śmiercią Kliniczną.


ZDZISŁAW BAUMFELD (zdumiony):

Śmiercią Kliniczną? A czym to się różni od zwykłej Śmierci?


ŚMIERĆ KLINICZNA:

Wiesz, ja czasem pozwalam… wrócić… tym, którzy bardzo tego chcą albo nie zdążyli zamknąć swoich ziemskich spraw. Natomiast moja koleżanka Śmierć zabiera ludzi na zawsze, czy im się to podoba, czy nie. Śmierć przychodzi do wszystkich, toteż każdy żywy człowiek powinien się pogodzić z myślą, że prędzej czy później się z nią spotka. A ja… odwiedzam tylko niektórych, czasem nawet wielokrotnie. Przychodzę do ludzi bardzo chorych, do ofiar wypadków, katastrof i kataklizmów. Przychodzę do operowanych. Przychodzę do rannych i skatowanych. W dawnych czasach byłam często mylona ze Śmiercią, co niejednokrotnie kończyło się wyprawianiem pogrzebów żywym ludziom. Z tobą chyba jest podobnie, skoro leżysz w kostnicy. Ale… niech ci się przyjrzę. (Zszokowana, łapiąc się wolną ręką za głowę-czaszkę) O kurczę, ty jesteś Zdzisław Baumfeld, funkcjonariusz Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Młodzianowicach! Byłam parę razy w waszym więzieniu, więc dobrze cię znam! Choróbka… Nie spodziewałam się, że cię spotkam w takim stanie i w takich okolicznościach!


Grająca w tle piosenka “Zegarmistrz Światła” Tadeusza Woźniaka miarowo się wycisza, aż wreszcie zupełnie milknie.


ZDZISŁAW BAUMFELD (odrobinę zirytowany, do Śmierci Klinicznej):

Po pierwsze: nie funkcjonariusz, tylko były funkcjonariusz. Po drugie: nie wiem, towarzyszko, skąd możecie mnie znać, bo widzimy się po raz pierwszy w życiu.


ŚMIERĆ KLINICZNA (zażenowana ignorancją swojego rozmówcy):

Och, Zdzisławku, Zdzisławku, Zdzisławku! Odkąd istnieje Urząd Bezpieczeństwa, wielokrotnie wysyłano mnie do waszych więźniów, którzy byli tak pobici i udręczeni, że kwalifikowali się pod kosę! W Młodzianowicach też miałam okazję gościć, toteż wiem, kim jesteś i co sobą reprezentujesz. Widziałam cię nie raz i nie dwa.


ZDZISŁAW BAUMFELD:

To dziwne… Ja nigdy was nie widziałem, towarzyszko…


ŚMIERĆ KLINICZNA:

Bo nie chciałeś mnie widzieć, Zdzisławku. Gdybyś miał taką wolę, na pewno byś mnie dostrzegł. Ale koleżanka też często gościła tam, gdzie kręciłeś się ty i twoi współtowarzysze.


ZDZISŁAW BAUMFELD (ostro, ostrzegawczo):

Nie wspominajcie o moich współtowarzyszach - zdradzieckich świniach i fałszywych przyjaciołach!


ŚMIERĆ KLINICZNA (kontynuuje przerwany monolog):

Śmierć stała na przykład obok tego starego drzewa w młodzianowickim lesie, kiedy strzelałeś do niewinnego żołnierza Armii Krajowej, kaprala Aulusa Nowakowskiego. Siedziała obok prokuratora podczas wielu politycznych rozpraw w Wojskowym Sądzie Rejonowym. Unosiła się w powietrzu, kiedy dyrektor PUBP, pułkownik Waldebert Werfelberg, osobiście zabijał Gelazję Osełkę-Mazur. Siedziała na taborecie w gabinecie ginekologicznym, kiedy lekarz - na życzenie twojej kochanki, pół-prostytutki Marii Lolity - wyrywał rączki i nóżki waszemu nienarodzonemu dziecku, miażdżył jego tułów i główkę, a potem wrzucał zakrwawione strzępki ciała do pojemnika na odpadki. Niby wszyscy zdawaliście sobie sprawę z obecności Śmierci, jednak jakoś nie chcieliście jej widzieć. A ona tam była i wszystko obserwowała. Możliwe, że gdy sama po was przyjdzie, to wszystko wam przypomni, wygarnie w twarz. Oj, ale wam będzie łyso, cha, cha, cha, cha, cha!


ZDZISŁAW BAUMFELD (ze złością, próbując zatuszować wyrzuty sumienia agresją):

Po co pleciecie takie farmazony, towarzyszko?!


ZDZISŁAW BAUMFELD (kładąc kościstą dłoń na ramieniu Zdzisława):

Żeby ci udowodnić, Zdzisławku, że zasłużyłeś na taki los. Mam nadzieję, iż po spotkaniu ze mną - o ile zdecydujesz się powrócić do życia na Ziemi - przemyślisz i radykalnie zmienisz swoje postępowanie. A tak w ogóle, to zwracaj się do mnie na “ty”. Nie lubię tej bolszewickiej formy grzecznościowej “druga osoba liczby mnogiej + towarzyszko”.


Przez chwilę panuje nieprzyjemna cisza. Baumfeld widocznie się nad czymś zastanawia, a Śmierć Kliniczna uważnie obserwuje emocje malujące się na jego twarzy.


ŚMIERĆ KLINICZNA (takim tonem, jakby coś sobie przypomniała i koniecznie chciała się tym podzielić z rozmówcą):

Wiesz, Zdzisławku? Trzy lata temu, czyli w roku 1949, wysłano mnie do jednej z waszych więźniarek, 25-letniej Franciszki Ksawery Wąchockiej…


ZDZISŁAW BAUMFELD (przerywa):

Franciszki Ksawery Wąchockiej? Widziałem ją parę razy, ale nie uczestniczyłem w jej przesłuchaniach.


ŚMIERĆ KLINICZNA:

Dziewczyna była w strasznym stanie… Nie będę ci opowiadać, co z nią zrobiono, bo ten dramat przestałby być TragiFarsą, a stałby się tragedią… Franciszka Ksawera została aresztowana za to, że w czasie wojny i zaraz po niej pomagała żołnierzom Narodowych Sił Zbrojnych. Formalnie nie należała do tej organizacji wojskowej i nie posiadała dużej wiedzy na jej temat, ale wasz PUBP tak się na nią uwziął, jakby była co najmniej oficerem i powierniczką tajemnic NSZ-u. Z niewiadomych przyczyn uczyniono ją jedną z najbardziej nękanych osób w historii waszego lokalnego UB. A ona była tylko skromną, zamkniętą w sobie pracowniczką cukierni.


ZDZISŁAW BAUMFELD (chichocze, robiąc aluzję do wydarzeń z “TragiFarsy 3. Skandalu stulecia”):

Cukierniczka-popielniczka… Pamiętam to, hehehe!


ŚMIERĆ KLINICZNA (kontynuuje):

Miała wielką smykałkę do robienia ciastek, potrafiła lepić cudeńka, które chętnie kupowano już za sam wygląd. Ale ich smak podobno też był wyborny. Najchętniej używała foremek w kształcie serduszek i choinek, wiesz? Była taka miła, taka nieśmiała, taka delikatna, a przez to… taka krucha, bezbronna i bezradna (może to właśnie dlatego Waldebert Werfelberg, Mroczysława Kalinowska-Wójcik, Archibald Moździerz i Chryzanta Hiacynta Chaber tak się nad nią pastwili? Może jej słabość i łagodność podsycały ich sadyzm oraz agresję?). Była też niewinna… Platonicznie kochała pewnego młodego inżyniera, ale nie przyjęła jego oświadczyn, ponieważ ślubowała Bogu czystość do końca życia. Zrozumiał to, gdyż był bardzo mądrym, światłym człowiekiem.


ZDZISŁAW BAUMFELD (krzywi się niemiłosiernie):

Ja bym tego nie zrozumiał!


ŚMIERĆ KLINICZNA:

Tak czy owak, gdy Franciszka Ksawera Wąchocka była już potwornie skatowana, wysłano do niej mnie, Śmierć Kliniczną. Powiedziałam jej, kim jestem, a ona opowiedziała mi swoją historię - bardzo płakała, kiedy opisywała swój pobyt w UB-eckim więzieniu.


ZDZISŁAW BAUMFELD (szyderczo, zjadliwym tonem):

“W takich chwilach wszyscy jesteśmy Franciszkami Ksawerami”!


ŚMIERĆ KLINICZNA (z trudem lekceważąc kpiny Baumfelda):

Przytuliłam ją najczulej jak potrafiłam i rzekłam: “Moje dziecko, cóż ja mogę ci powiedzieć? Nie znam słów, które mogłyby cię pocieszyć, dodać ci otuchy. Chciałabym ci pomóc, lecz nie wiem, jak”. I wiesz co? Ona nie wyraziła woli powrotu do ziemskiego życia. Stwierdziła, że ma już dosyć cierpienia i poniżenia, że chce, aby to wszystko raz na zawsze się skończyło. Kilka razy upewniałam się, czy naprawdę taka jest jej wola, a gdy otrzymałam potwierdzenie, przeprowadziłam ją… na… drugą stronę. Franciszka Ksawera mogła się jeszcze cofnąć, ale tego nie uczyniła. Cóż, wolna wola.


ZDZISŁAW BAUMFELD (drwiąco, osiągając szczyt podłości, bezduszności i nieczułości):

“Róbta co chceta”!


ŚMIERĆ KLINICZNA:

Dziewczyna została pochowana w swojej rodzinnej wiosce, Wolisławowie koło Młodzianowic. Ubecja próbowała wmówić jej rodzicom, że Franciszka Ksawera zmarła z powodu powikłań po zapaleniu płuc, ale - oczywiście - matka i ojciec nie dali się nabrać. Pewien ex-więzień, który znał Wąchocką osobiście, Wespazjan Cipka, zaprzyjaźnił się z jej krewnymi i opowiedział wszystko, co wiedział na temat jej zatrzymania. O ile wiem, nadal przynosi on kwiaty i świece na jej grób. Rodzice Franciszki Ksawery traktują go niemal jak syna i dziękują mu za to, że podczas tej osławionej “stypy po Mruczku” bronił jej przed słownymi zaczepkami ze strony funkcjonariuszy.


ZDZISŁAW BAUMFELD (złośliwie, szyderczo, pogardliwie):

Wespazjan Cipka - Wielki Zderzacz Andronów!


Śmierć Kliniczna syczy i kręci głową z irytacji.


ŚMIERĆ KLINICZNA (wskazując na swoją kosę):

Wiesz co, Zdzisławku?! Kiedy tak sobie kpisz, mam ochotę przeciąć cię tą kosą na pół! Zachowujesz się niegodnie w obliczu Śmierci Klinicznej! Wstyd, po prostu wstyd!


ZDZISŁAW BAUMFELD (cynicznie, z szelmowskim uśmiechem):

Cóż, za życia często słyszałem, że charakteryzuje mnie totalna pogarda dla Śmierci!


ŚMIERĆ KLINICZNA (grożąć Baumfeldowi kosą):

Jeszcze jedno durne słowo, a Śmierć pogardzi tobą! (Wskazuje na białe światło za swoimi plecami) Widzisz to pulsujące światło, Zdzisławku? Po drugiej stronie jest Inny Wymiar. W każdej chwili mogę cię tam wepchnąć, bo jestem - wbrew pozorom - nadludzko silna i radziłam sobie z większymi “kozakami” niż ty!


ZDZISŁAW BAUMFELD (przestraszony, dając za wygraną):

No dobra… Przepraszam… Już tak nie będę…


ŚMIERĆ KLINICZNA (strofującym, moralizatorskim tonem):

Och, Zdzisławku, bądź mężczyzną! Nie bałeś się bić ludzi, batożyć im stóp, wybijać zębów, wyrywać paznokci z rąk, parzyć ich papierosami i zmuszać do wielodniowego stania na mrozie, a teraz trzęsiesz portkami przed kupą kości w chirurgicznym fartuchu i w białej maseczce ochronnej?! Trochę honoru, śmiertelniku! Jesteś strasznie niekonsekwentny, zdajesz sobie z tego sprawę?! Bardzo dobrze, że skończyłeś tak, a nie inaczej, bo nic lepszego ci się nie należało! Nareszcie poczułeś to, co twoje ofiary! Nie próbuj mi wmawiać, że było inaczej, bo widziałam na własne oczy, jak leżałeś na podłodze i użalałeś się nad sobą! Sprawiedliwość polega na tym, iż każdy otrzymuje to, na co zasługuje, wiesz? A na co zasługują takie bydlęta jak ty, no na co?! Chyba nie na głaskanie po głowie!


ZDZISŁAW BAUMFELD (gniewnie):

Zmieńmy temat, dobrze?!


ŚMIERĆ KLINICZNA (dla świętego spokoju):

Jak sobie życzysz, Zdzisławku. (Przez chwilę zastanawia się, co powiedzieć) Czy wiesz, że z twoim… hmmm… “zgonem” wiążą się trzy tajemnice, nazywane szumnie Tajemnicami Młodzianowickimi? Jeśli chcesz, to mogę ci je wyjawić. Ale ostrzegam, że trzecia Tajemnica jest bardzo drastyczna i zatrważająca.


ZDZISŁAW BAUMFELD (szczerze zaciekawiony):

Wal śmiało, Kostucho!


ŚMIERĆ KLINICZNA:

Pierwsza Tajemnica Młodzianowicka dotyczy pewnej “ważnej osoby z Warszawy”. Jest to nazwisko wpływowego komucha, który dowiedział się o twojej działalności w stolicy i zadzwonił do Waldeberta Werfelberga, aby zapytać, czy przypadkiem nie życzyłby sobie twojego ukatrupienia. Jak ustalili młodzianowiccy UB-ecy, “ważna osoba z Warszawy” ma imię lub nazwisko zaczynające się na literę “J”, ale absolutnie nie jest to Jan Ptasiński. Druga Tajemnica Młodzianowicka ma charakter interaktywny, gdyż jej treść zależy wyłącznie od ciebie. Chodzi w niej o to, co się stanie z twoim ciałem astralnym…


ZDZISŁAW BAUMFELD (wytrzeszczając oczy):

Z czym?


ŚMIERĆ KLINICZNA:

No, z twoją duszą, po odłączeniu od materialnego ciała. Ja, Śmierć Kliniczna, daję ci wybór: albo powracasz do swojej ziemskiej egzystencji, albo przechodzisz na… drugą stronę.


ZDZISŁAW BAUMFELD (szybko, zdecydowanie):

Skoro tak, to od razu mówię, że chcę wrócić do mojej ziemskiej egzystencji!


ŚMIERĆ KLINICZNA (poważnie):

Twoje życzenie jest dla mnie rozkazem.


Ciepłe, białe światło, które dotychczas pulsowało za plecami Śmierci Klinicznej, gaśnie.


ŚMIERĆ KLINICZNA:

Trzecia Tajemnica Młodzianowicka dotyczy przyszłych losów twoich kolegów z pracy oraz ciebie, o ile powrócisz do życia na Ziemi (a tak właśnie będzie, bo przed chwilą mnie o tym poinformowałeś). Czy jesteś gotów poznać treść Tajemnic Młodzianowickich?


ZDZISŁAW BAUMFELD (śmiało, z przekonaniem):

Tak, jestem gotów.


ŚMIERĆ KLINICZNA:

Najpierw - Pierwsza Tajemnica Młodzianowicka. Człowiek, którego dotyczy ten sekret, na pewno jest ważną osobą, na pewno działa w Warszawie, na pewno jest mężczyzną, na pewno nosi imię lub nazwisko na literę “J” i na pewno nie jest Janem Ptasińskim. Twoi znajomi z Młodzianowic, Fulgencjusz i Gorgoniusz Skwarowscy ustalili, że do rzeczonej charakterystyki pasuje dwanaście postaci: Jakub Berman, Jerzy Siedlecki, Jegiński Anatol, Józef Kratko, Józef Różański, Józef Czaplicki, Józef Światło, Józef Wojciechowski, Jan Kisielow, Jan Lech, Julian Konar i Joachim Getzel. 28 kwietnia twój były szef, Werfelberg, zaproponował podwładnym niecodzienną loterię. Zadaniem każdego gracza było wytypowanie… najlepiej metodą chybił-trafił… jednego z tych dwunastu nazwisk. Ten, który wskazał prawidłowe, miał zostać nagrodzony premią w wysokości miesięcznej pensji. Proponuję ci, Zdzisławku, żebyś ty również zagrał w UB-eckie Lotto, ale nie z Werfelbergiem, tylko ze mną.


ZDZISŁAW BAUMFELD (zachęcony, ale jeszcze nie przekonany):

Pomyślę nad tym, Kostucho…


ŚMIERĆ KLINICZNA:

Chętnie podam ci dwanaście liczb, do których będą przyporządkowane nazwiska poszczególnych kandydatów. Jeśli uda ci się wskazać człowieka, od którego wyszedł pomysł zgładzenia twojej osoby, to nauczę cię, jak uprawiać OOBE - świadomie, dobrowolnie opuszczać ziemskie ciało, podróżować po astralu jako duch i bezpiecznie powracać do materialnego organizmu. Oprócz tego, podpowiem ci, jak skonstruować wehikuł czasu (bo słyszałam, że jesteś wynalazcą-amatorem). No, to co, Zdzisławku? Puszczasz tego UB-eckiego Totolotka?


ZDZISŁAW BAUMFELD (wesoło):

Puszczam!


ŚMIERĆ KLINICZNA:

A więc zaczynamy. Najpierw podam ci dwanaście liczb z przyporządkowanymi nazwiskami “ważnych osób z Warszawy”:
1. Jakub Berman
2. Jerzy Siedlecki
3. Jegiński Anatol
4. Józef Kratko
5. Józef Różański
6. Józef Czaplicki
7. Józef Światło
8. Józef Wojciechowski
9. Jan Kisielow
10. Jan Lech
11. Julian Konar
12. Joachim Getzel
Teraz proszę cię, żebyś się dobrze zastanowił, zanim wybierzesz tę jedyną liczbę.


Zdzisław Baumfeld pogrąża się w myślach.


ŚMIERĆ KLINICZNA (po długim milczeniu):

I jak, Zdzisławku? Czy mogę już cię prosić o wskazanie Twojego Szczęśliwego… a raczej: Nieszczęśliwego Numerka?


ZDZISŁAW BAUMFELD (powoli, w zamyśleniu):

Daj mi jeszcze chwilkę, dobrze? Hmmm… Myślę, że powinienem zastosować jakąś metodę numerologiczną… Dzisiaj jest pierwszy maja 1952 roku, tak?


ŚMIERĆ KLINICZNA:

Tak.


ZDZISŁAW BAUMFELD:

“Pierwszy” to liczba 1. Maj jest piątym miesiącem, więc odpowiada mu liczba 5. Rok 1952 to 1, 9, 5 i 2. Dodajmy do siebie te cyfry: 1 plus 9 plus 5 plus 2 równa się 17. Zredukujmy wynik do liczby jednocyfrowej: 1 plus 7 wynosi 8. Teraz zsumujmy wszystkie cyfry, które kryją się w dzisiejszej dacie: 1 plus 5 plus 8 równa się 14. Redukcja do liczby jednocyfrowej: 1 dodać 4 równa się 5. (Stanowczo, do Śmierci Klinicznej) Kostucho, wybieram piątkę!


ŚMIERĆ KLINICZNA:

Czy jesteś pewien, Zdzisławku, że chcesz wybrać właśnie tę liczbę?


ZDZISŁAW BAUMFELD (zniecierpliwiony):

Tak, do choroby ciężkiej!


ŚMIERĆ KLINICZNA (intrygującym tonem, umyślnie przedłużając sprawę):

Uwaga, uwaga! Za chwilę poznamy treść Pierwszej Tajemnicy Młodzianowickiej! Dowiemy się, kto zabił Zdzisława Baumfelda! Nasz bohater, rzeczony Zdzisław, już wybrał swój Nieszczęśliwy Numerek… Ale czy podjął słuszną decyzję? Czy metoda numerologiczna, którą zastosował, była właściwa? Dowiemy się już za moment… Zdzisławku, czy jesteś gotów poznać prawidłową odpowiedź?


ZDZISŁAW BAUMFELD (nie posiadając się z niecierpliwości):

Tak, już od dawna!


ŚMIERĆ KLINICZNA:

Zdzisławku, Twój Nieszczęśliwy Numerek to… 5!


Baumfeld, na wieść o zwycięstwie, podskakuje wysoko i wydaje z siebie okrzyk radości.


ZDZISŁAW BAUMFELD (z ogromną euforią):

O choroba, wygrałem!!! Wygrałem w UB-eckiego Totolotka!!!


Zdzisław, nadal bardzo szczęśliwy, rzuca się Śmierci Klinicznej na szyję, a potem zaczyna skakać po kostnicy jak mały chłopiec. W tle gra refren (ale tylko refren!) radosnej piosenki “We Are The Champions” - “Jesteśmy Mistrzami” grupy Queen.


ZDZISŁAW BAUMFELD (szaleje ze szczęścia):

Wygrałem!!! Wygrałem!!! Po raz pierwszy w życiu coś wygrałem!!!


ŚMIERĆ KLINICZNA (sarkastycznie):

Tylko nie popuść z wrażenia…


ZDZISŁAW BAUMFELD:

Rety, jak się cieszę! Nie spodziewałem się, że trafię!


ŚMIERĆ KLINICZNA (zażenowana zachowaniem swojego rozmówcy):

Wiesz co, Zdzisławku? Jesteś tak skrajnym idiotą, że aż mi ciebie żal! Jesteś jednym z tych przysłowiowych ludzi, których można opluć, a oni będą się cieszyć, że deszcz pada! Doprawdy, w mojej karierze spotkałam już wiele osób, ale nigdy wcześniej nie zetknęłam się z takim imbecylem jak ty! Gratuluję głupoty, Zdzisławku! Nigdy nie zapomnę ciebie i twojego debilizmu!


ZDZISŁAW BAUMFELD (broni się):

Ale ja WYGRAŁEM! Rozumiesz?! WYGRAŁEM! A prawdopodobieństwo zwycięstwa wynosiło jeden do dwunastu!


ŚMIERĆ KLINICZNA (ironicznie, dla św. Spokoju):

Cieszę się, że się cieszysz…


Nagle w pomieszczeniu pojawia się kolejna postać fantastyczna - Śmierć (ta zwykła). Wygląda ona tak jak na tradycyjnych obrazach, tzn. nosi długi, czarny płaszcz z kapturem, a w rękach trzyma wielką, przerażającą kosę.


ŚMIERĆ (pogodnie, do Śmierci Klinicznej):

Siema, stara! Wpadłam na moment, bo usłyszałam jakieś hałasy… Co tu się dzieje? Dlaczego ten gościu tak się podnieca? Naćpany jakiś czy co?


ŚMIERĆ KLINICZNA (chichocze):

Nie, nie naćpany. Po prostu poznał treść Pierwszej Tajemnicy Młodzianowickiej. Dowiedział się, kto odpowiada za jego ukatrupienie.


Śmierć robi zdziwioną minę, ale ponieważ nie chce być niegrzeczna, postanawia odpowiedzieć jak najbardziej dyplomatycznie.


ŚMIERĆ:

Aha. Różni ludzie, różne charaktery. (Ciekawsko) A kto odpowiada za jego ukatrupienie, jeśli można spytać?


ŚMIERĆ KLINICZNA:

“Ważna osoba z Warszawy” - dyrektor Departamentu Śledczego Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, pułkownik Józef Różański [*przypis]. Nasz głupiutki Zdzisławek Baumfeld jeszcze nie wydedukował, co to wszystko oznacza, ale dajmy mu czas. Myślę, że jak emocje opadną, to pojawią się przebłyski rozumu.


ŚMIERĆ (filozoficznie):

Ktoś mądry powiedział kiedyś: “Gdy rozum śpi, budzą się demony”!


ŚMIERĆ KLINICZNA:

Przede wszystkim demony ciemnoty i samoponiżenia. Powiedz mi, koleżanko… Co ja mogę myśleć o ludziach, którzy - będąc opluwanymi - cieszą się, że deszcz pada?!


Nagle Baumfeld robi coś szalonego i dziwacznego - śmiało, bez jakichkolwiek oporów chwyta Śmierć, by z nią zatańczyć. Postać fantastyczna wypuszcza z kościstych rąk kosę i pozwala, by rozentuzjazmowany Zdzisław ją poprowadził. W tle słychać piosenkę “Tango Straconych” popowego zespołu Ich Troje (naturalnie, jest to zamierzony anachronizm).


ŚMIERĆ KLINICZNA (jednocześnie zszokowana, zachwycona i rozbawiona):

Cha, cha, cha! Taniec Śmierci - Danse Macabre!


ZDZISŁAW BAUMFELD (radośnie, tańcząc):

To nie Danse Macabre! To Tango Straconych!
(Śpiewa razem z Michałem Wiśniewskim)
“Zatańczmy jeszcze raz,
niech biją nam dzwony aż po świt!
Zatańczmy jeszcze raz
to Tango Stracooonyyyyych!”


Baumfeld i Śmierć kończą swój taniec. Postać fantastyczna podnosi z podłogi kosę i poprawia sobie płaszcz.


ŚMIERĆ KLINICZNA:

Ładnie zatańczyliście, nie przeczę… Ale ja na waszym miejscu wybrałabym inną piosenkę zespołu Ich Troje: “Ci wielcy ludzie/ Im się udało/ Wrzucić mnie w bagno/ Przygwoździć zdradą/ Zabrakło światła/ I czasu brakło/ A wszystko to/ W co tak wierzyłem/ Raz na zawsze się rozpadło”.


ŚMIERĆ (poważnie, stanowczo):

No, ja już muszę lecieć. I tak jestem tu dłużej niż zaplanowałam. Wzywają mnie do pewnego ciężko chorego noworodka, więc rozumiecie… (Do byłego funkcjonariusza UB) Drogi panie Zdzisławie, dziękuję za gorące tango! Było mi bardzo miło, ale teraz naprawdę muszę już zmykać!


ZDZISŁAW BAUMFELD (żartobliwie):

Jak Kopciuszek, hehehe!


ŚMIERĆ KLINICZNA (do koleżanki):

Pa, pa, Śmierć!


ŚMIERĆ:

Pa, pa, Śmierć Kliniczna!


ZDZISŁAW BAUMFELD (do Śmierci, pozując na romantycznego amanta):

Żegnaj, o piękna!


ŚMIERĆ (czule, słodko, zalotnie, posyłając Baumfeldowi całusa):

Adieu, ma cherie! Jeszcze się spotkamy, ange de l‘amour!


Śmierć znika.


ŚMIERĆ KLINICZNA (zdumiona, do Zdzisława):

Śmierć… piękna? Chyba przesadziłeś z tym komplementem!


ZDZISŁAW BAUMFELD:

Eeee tam, przesadziłem!
(Recytuje fragment ballady K. I. Gałczyńskiego)
“Były dwie siostry: Noc i Śmierć.
Śmierć większa, a Noc mniejsza.
Noc była piękna jak Sen, a Śmierć…
Śmierć była jeszcze piękniejsza”


ŚMIERĆ KLINICZNA (z wyrzutem):

A dopiero mówiłeś, że cechuje cię totalna pogarda dla Śmierci!


ZDZISŁAW BAUMFELD:

Po tym tangu zmieniłem zdanie. (Krótka pauza) Czy to na pewno jest TA Śmierć, o której mi wcześniej opowiadałaś? Ta, która stała obok drzewa podczas egzekucji Aulusa Nowakowskiego, która siedziała obok prokuratora podczas procesów w Wojskowym Sądzie Rejonowym, która obserwowała, jak ginekolog rozrywał na strzępy dziecko, poczęte przeze mnie i Marię Lolitę?


ŚMIERĆ KLINICZNA (ponuro, z niesmakiem):

Na to wygląda. Choróbka, wstyd mi za nią… Skoro nawet Śmierć potrafi się tak wydurniać, to chyba naprawdę nastąpił Nowy Porządek Świata! Heh, a ja myślałam, że moja koleżanka jest poważną i chłodną osobą… Najwyraźniej źle ją oceniłam!


ZDZISŁAW BAUMFELD (zmienia temat):

Znam już Pierwszą Tajemnicę Młodzianowicką, ale co z dwiema pozostałymi?


ŚMIERĆ KLINICZNA:

Drugą też już znasz, gdyż sam - z własnej, nieprzymuszonej woli - ustanowiłeś jej treść. Ale mogę Ci zdradzić Trzecią, tę drastyczną i zatrważającą.


ZDZISŁAW BAUMFELD:

Bardzo proszę.


ŚMIERĆ KLINICZNA:

Nie boisz się?


ZDZISŁAW BAUMFELD:

Nie.


ŚMIERĆ KLINICZNA:

Na pewno?


ZDZISŁAW BAUMFELD (opryskliwie):

Nie rób ze mnie tchórza, dobrze?!


ŚMIERĆ KLINICZNA (głębokim głosem, uroczyście):

Trzecia Tajemnica Młodzianowicka, dotycząca przyszłości twojej i twoich kolegów z Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego… (Słowami kontrowersyjnej egzorcystki i jasnowidzącej, Bony Tyary Elżbiety Gas, znanej również jako Ismael Elżbieta Gas) “Śpijcie czujnie. Wydarzenia zaskoczą was w nocy, żywioły przejdą niespodziewanie, zabiorą wam gęstomaterialne dobra, wasz materialny dorobek. (…) Najlepiej, aby ci, co [znajdą się] na terenach, które będą zalane, kupili sobie kajak i spali w kajaku, bo inaczej siłą wody zostaną zmieceni. 40-metrowa fala będzie u wybrzeży Polski, zmiecie wszystko, co będzie na jej drodze, i małe szanse, abyście się uratowali, abyście mogli przeżyć taką siłę żywiołu wody. (…) Rozum wasz to żądze władzy i pieniędzy. To jest rozumowy upadek ludzkości, tak rozum góruje nad duchem i zdrowym rozsądkiem. Tym, którzy chcą zawładnąć Ziemią, nie pomogą żadne pływające budowle. Nic nie jest w stanie was ochronić. Skutek zwrotny dopadnie was wszędzie, gdzie będziecie. Udusi was wasza własna energia skutku zwrotnego. To, co zgotowaliście innym ludzkim duchom, wróci do was zwielokrotnione i energia wyrówna wszystkie rachunki bez udziału Stwórcy. Wy sami wymierzycie sobie sprawiedliwość swoimi czynami”.


ZDZISŁAW BAUMFELD (nie wiedząc, jak skomentować usłyszaną przepowiednię Tyary Elżbiety Gas):

Amen. (Po dłuższej pauzie, z zainteresowaniem) Kiedy nastąpią te wydarzenia, Kostucho?


ŚMIERĆ KLINICZNA:

Nie potrafię dokładnie odpowiedzieć na to pytanie. Mogę tylko przypuszczać, że między rokiem 2010 a 2012. Poza tym, wydaje mi się, iż tym „żywiołem wody” z proroctwa będzie fala tsunami albo fala powodziowa.


ZDZISŁAW BAUMFELD (ponuro):

Fala tsunami albo fala powodziowa… Aha…
(Anachronicznie śpiewa refren piosenki „Pokonamy Falę”)
„Poookooonaaaaamy faaalęęęęęęę,
Jeśli kaaażdy z naaas
Zbuuuduuujeee brzeeeeeeeg
Z miiiłooościii sweeeeeeej!
Poookooonaaaaamy faaalęęęęęęę,
Jeśli kaaażdy z naaas
Zbuuuduuujeee brzeeeeeeeg
Z miiiłooościii sweeeeeeej!”


ŚMIERĆ KLINICZNA:

Zdzisławku, na mnie też już pora, tak jak na Śmierć. Pamiętaj o wszystkim, co ci powiedziałam, i wyciągnij odpowiednie wnioski z oczywistych faktów. Do widzenia, śmiertelniku!


ZDZISŁAW BAUMFELD (zdumiony, że usłyszał „Do widzenia” zamiast „Żegnaj”):

Do widzenia! (Szybko) Aaaa, jeszcze jedno! Kiedy doczekam się obiecanej nagrody w postaci nauki OOBE i „przepisu” na wehikuł czasu?


ŚMIERĆ KLINICZNA:

Już niedługo, Zdzisławku. Wyślę do ciebie kogoś, kto cię w to wtajemniczy.


Śmierć Kliniczna znika, zostawiając ex-funkcjonariusza UB samego w kostnicy. Baumfeld, chociaż znowu jest wrażliwy na ból, zmęczenie i inne fizyczne dolegliwości, czuje się znacznie lepiej niż przed spotkaniem z postaciami fantastycznymi. Sprawia nawet wrażenie, jakby był gotów opuścić kostnicę i zemścić się na swoich oprawcach. Ale - ponieważ drzwi są zamknięte na klucz - nie może zrealizować tego planu.


ZDZISŁAW BAUMFELD (sam do siebie):

Zmartwychwstałem… Ja naprawdę zmartwychwstałem… Powstałem z martwych…
(Anachronicznie rapuje refren utworu „Jestem Bogiem” Paktofoniki)
„Jestem Bogiem -
- Uświadom to sobie!
Ty też jesteś Bogiem -
- Tylko wyobraź to sobie!”
(Dłuższa pauza)
Naiwni… Myślą, że oddałem ducha na Rynku Starego Miasta w Warszawie, późną nocą 30 kwietnia 1952 roku… Kto wie, może już przygotowują nagrobek o treści: „Zdzisław Bonifacy Baumfeld. 1921-1952. Poszerzył grono aniołków”? Cha, cha, cha, cha, cha! (Anachronicznie recytuje fragment tłumaczenia piosenki „End of All Hope” zespołu Nightwish) „Anioły, one upadają pierwsze, ale ja wciąż tu jestem”! Hehehe, może to dlatego, że nie jestem aniołem? Koniec tego dobrego! Trzeciego dnia o świcie „objawię się” tym skurczybykom i będę się śmiał z ich min! Tak, tak! 2 maja o godz. 6:00 rano pokażę całemu światu, że jestem niepokonany! Nastąpi totalna rezurekcja i teofania!





EPILOG



Czas akcji: 3 maja 1952 r.

Miejsce akcji: Młodzianowice, gabinet pułkownika Waldeberta Werfelberga

Osoby: Niewidoczny Narrator, Waldebert Werfelberg, Mroczysława Kalinowska-Wójcik (w gabinecie tego pierwszego), Archibald Moździerz, Fulgencjusz Skwarowski, Gorgoniusz Skwarowski (podsłuchujący za drzwiami)

Waldebert Werfelberg i Mroczysława Kalinowska-Wójcik, którzy już się dowiedzieli o “zmartwychwstaniu” Baumfelda (a nawet zobaczyli go na własne oczy), dyskutują w gabinecie dyrektora na temat tej afery. Nie wiedzą jednak, że za drzwiami stoją Archibald Moździerz i bracia Skwarowscy, którzy uważnie przysłuchują się ich rozmowie. Werfelberg sprawia wrażenie, jakby był wściekły, ale za wszelką cenę usiłował ukryć swoje emocje.


NIEWIDOCZNY NARRATOR (słyszalny tylko dla widzów):

Młodzianowice, 3 maja 1952 roku.


WALDEBERT WERFELBERG (do Kalinowskiej-Wójcik):

Powiem wam, towarzyszko Mroczysławo, jak to dokładnie było. Otóż 27 kwietnia, mniej więcej o godzinie 10:00 przed południem, zadzwonił do mnie ten drań Józef Różański i poinformował, że doniesiono mu o kompromitującej “szopce”, jaką uskutecznia w Warszawie mój były podwładny, Zdzisław Baumfeld, czyli funkcjonariusz Łowca Onych. Powiedział również, iż zapał Baumfelda może być niebezpieczny, ponieważ ma on dar przekonywania ludzi do swojej ideologii, marksizmu-zdzisławizmu. Odpowiedziałem mu, że wiem już o tej sprawie, a on zaoferował, iż może “nakręcić” warszawską bezpiekę w taki sposób, aby pojmała i zabiła Łowcę Onych. Ostateczna decyzja miała jednak należeć do mnie. Sami wiecie, towarzyszko Kalinowska-Wójcik, co było potem: zwołałem nadzwyczajne zebranie w sali konferencyjnej PZPR i razem z całym zespołem zadecydowałem o przyjęciu oferty pułkownika Różańskiego. Jak wiecie, nie zdradziłem jego nazwiska, bo sobie tego nie życzył. A dlaczego sobie nie życzył? Po pierwsze dlatego, że nie chciał się narazić na śmieszność, zajmując się jakimś trzeciorzędnym głupkiem z zadupia. Po drugie dlatego, że akcja zgładzenia Baumfelda NIE była oficjalną operacją MBP, tylko jego prywatną, potajemną, niezobowiązującą inicjatywą, podjętą z nudów, potrzeby rozrywki oraz sympatii do mojej osoby.


MROCZYSŁAWA KALINOWSKA-WÓJCIK (będąca pod wrażeniem):

Z sympatii do waszej osoby, towarzyszu pułkowniku? No to gratuluję!


WALDEBERT WERFELBERG:

29 kwietnia, zgodnie z obietnicą, oddzwoniłem do niego i powiedziałem, że zdecydowałem się skorzystać z jego propozycji, tzn. przekazać Łowcę Onych w ręce warszawskich organów bezpieczeństwa. Różański zaczął mnie gorąco zapewniać, że do Święta Pracy sprawa będzie załatwiona, że już nigdy więcej nie zobaczę tego pajaca, że mogę przestać się martwić o dobre imię młodzianowickiego Urzędu Bezpieczeństwa. Potem było dużo serdeczności: wyznaliśmy sobie, że się podziwiamy nawzajem i że powinniśmy się kiedyś spotkać, bo dawno nie rozmawialiśmy w cztery oczy. Już miałem zakończyć rozmowę, kiedy ten łotr wyskoczył z następującym tekstem: “Ejże! A zapłata za fatygę? W Warszawie nie ma nic za darmo!”. Myślałem, że śnię!


MROCZYSŁAWA KALINOWSKA-WÓJCIK (zbulwersowana, wytrzeszczając oczy):

Naprawdę kazał wam zapłacić za potajemne, służące prywatnym celom nadużycie władzy?! Towarzyszu, przecież to była korupcja!


WALDEBERT WERFELBERG (krzywi się):

Jak zwał, tak zwał. (Chichocze, anachronicznie parafrazując cytat z reklamy pewnego banku) “A morał tej bajki jest krótki i niektórym znany: to tylko mamy za darmo, co zrobimy sami”!


Archibald Moździerz i bracia Skwarowscy, którzy stoją za drzwiami, dwoją się i troją, żeby nie wybuchnąć śmiechem.


MROCZYSŁAWA KALINOWSKA-WÓJCIK (szczerze zaciekawiona):

Co było później, towarzyszu Werfelberg?


WALDEBERT WERFELBERG:

A co miało być? Powiedziałem Różańskiemu, że jeszcze tego samego dnia wyślę do Warszawy jakiegoś Tajnego Współpracownika, który wręczy mu oczekiwaną sumę pieniędzy.


MROCZYSŁAWA KALINOWSKA-WÓJCIK:

Czyli ile?


WALDEBERT WERFELBERG (siląc się na obojętny ton):

Trzy tysiące dolarów.


MROCZYSŁAWA KALINOWSKA-WÓJCIK (zszokowana, krzyczy):

Trzy tysiące… dolarów?! DOLARÓW?!


WALDEBERT WERFELBERG (zniecierpliwiony, opryskliwie):

Tak, dolarów! Chyba wyraźnie powiedziałem?! (Krótka pauza) Zrobiłem tak, jak obiecałem, chociaż nie było to dla mnie zbyt przyjemne. Wierzyłem, że skoro Różański dostał pieniądze, to sprawa zostanie należycie załatwiona. A tu nagle 2 maja, o zachodzie słońca, przychodzi do mnie Zdzisław Baumfeld we własnej osobie i oświadcza, że przechytrzył nas wszystkich! W pierwszej chwili pomyślałem, że widzę ducha albo zombie, ale potem zrozumiałem, co się stało… Ludzie, których Józef Różański wynajął za moje ciężko zarobione pieniądze, wcale nie zabili Baumfelda! A przecież doniesiono mi, że Łowca Onych skonał na Rynku Starego Miasta w Warszawie, 30 kwietnia po zmroku!


MROCZYSŁAWA KALINOWSKA-WÓJCIK (nie posiadając się z oburzenia):

Wierutne kłamstwo… Albo kompromitująca pomyłka, świadcząca o niedbalstwie, nieudolności i dyletantyzmie…


WALDEBERT WERFELBERG:

Byłem tak wściekły, że o mały włos nie udusiłem Świętożyźni Klemermann, która akurat stała w pobliżu! (Gniewnie, chcąc sobie ulżyć) Szczylwa kiełbolona w pufę Lwa Trockiego mać!!!


MROCZYSŁAWA KALINOWSKA-WÓJCIK:

Spokojnie, towarzyszu Waldebercie…


WALDEBERT WERFELBERG (straciwszy panowanie nad własną złością):

“Spokojnie”?! Różański zabrał mi trzy tysiące dolarów, a wy, towarzyszko Kalinowska-Wójcik, mówicie “spokojnie”?! (Nienawistnie, mściwym tonem, patrząc na sufit i anachronicznie posługując się cytatem z piosenki zespołu Bajm) “Józek, nie daruję ci tej nocy”!!!


Podsłuchujący Waldeberta funkcjonariusze zaciskają zęby i zatykają sobie usta, by się nie roześmiać.


MROCZYSŁAWA KALINOWSKA-WÓJCIK:

Mimo wszystko proszę, byście spróbowali się uspokoić…


Dyrektor Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Młodzianowicach bierze kilka głębokich oddechów, po czym nieco się uspokaja.


WALDEBERT WERFELBERG (znacznie spokojniej, ale wciąż ze złością):

Co on sobie myśli, do choroby ciężkiej?! Że może mnie robić w balona, bo on działa w Warszawie, a ja w Młodzianowicach?! Niedoczekanie jego! Ja też kiedyś pracowałem w stolicy, ale w 1947 roku przeniesiono mnie do Młodzianowic, żeby prowincja była równie dobrze pilnowana jak wielkie miasto! Co on sobie wyobraża, no co on sobie wyobraża?! I za kogo on się ma?! Czy ten nikczemnik myśli, że ja się go boję?! W żadnym wypadku! Zaraz do niego zadzwonię i pogadam z nim jak równy z równym - bo jesteśmy sobie równi stopniem! Tak, złożę reklamację! Nie zamierzam tolerować tego, że zabiera mi się kupę szmalu, a nie daje nic w zamian! Niegodziwiec ma oddać pieniądze albo zabić Baumfelda… na śmierć! Koniec, kropka!


ARCHIBALD MOŹDZIERZ (podekscytowany, szeptem, do pozostałych podsłuchujących, robiąc anachroniczną aluzję do pewnego programu nadawanego na Discovery Channel):

No to zapowiada się… “Starcie Bestii”, hehehe!


W tle rozlega się dźwięk gongu, później zaczyna grać muzyka z filmu “Mortal Kombat”. Waldebert Werfelberg podchodzi do biurka, na którym stoi telefon - chwyta słuchawkę, ostrożnie i uważnie wykręca numer, a potem dosyć długo czeka, aż ktoś po drugiej stronie raczy odebrać. Gdy połączenie zostaje nawiązane, muzyka szybko cichnie.


WALDEBERT WERFELBERG (do telefonu, parafrazując słowa z zabawnej rozmowy telefonicznej “Gdzie pieniądze są za las?” znanej z Internetu):

“Józek? Uaa… Józek? A kto mówi? A kto przy telefonie? Słuchaj, jest tam z wami Józek? K***a jego mać! Dlaczego on mnie tak wyzyskał?! Mojej prośby nie spełnił, z moim podwładnym się nie rozprawił, moje pieniądze zabrał… Kto mógł przewidzieć, że on schrzani sprawę?! Ty, powiedz temu s*****synowi, gdzie on pojechał, bo go sz… szlag jasny trafi, krew nagła zaleje!!! Spartaczył egzekucję! Po jaką cholerę mój Tajny Współpracownik pojechał z tymi trzema tysiącami dolarów do Warszawy, skoro on spartaczył egzekucję?! K***a, ja ci dam: ‘Kto to mówi‘! Aż was szlag jasny trafi, krew nagła zaleje! K***a wasza zaj***na mać była! Ja ci, k***a dam: ’Co ty chcesz’! Ja ci dam, k***a… GDZIE PIENIĄDZE SĄ ZA BAUMFELDA?! K***a, ja słyszałem, ja wiem, gdzieście byli, coście robili, ja ci, k***a dam przygotowania do Święta Pracy! Ja mam wszystko na was, ja wszystko, k***a wasza mać! Oddajcie mi pieniądze, wy s****syny jasne, pierony zaj***ne, siarczyste! K***a, żeby was pierony ogniste, siarczyste… Do was… Uuuu… Uuuu…”.


Dyrektor młodzianowickiego UB rzuca słuchawkę. Parodia (parafraza) rozmowy telefonicznej “Gdzie pieniądze są za las?” dobiega końca.


WALDEBERT WERFELBERG (do Mroczysławy):

Klasyczna sytuacja… Gdy on chce ode mnie pieniędzy, to sam do mnie dzwoni… A gdy ja chcę od niego pieniędzy, to nie mogę się z nim skontaktować… Najpierw zaproponował, że “wielkodusznie” wyświadczy mi przysługę, lecz kiedy się zgodziłem, niespodziewanie zażądał zapłaty…


Mroczysława Kalinowska-Wójcik przypomina Werfelbergowi to, co on sam wcześniej powiedział.


MROCZYSŁAWA KALINOWSKA-WÓJCIK (anachronicznie cytuje słowa z reklamy pewnego banku):

“A morał tej bajki jest krótki
I niektórym znany:
To tylko mamy za darmo,
Co zrobimy sami!”


Archibald Moździerz oraz bracia Skwarowscy nie wytrzymują i parskają głośnym śmiechem. Podpułkownik Kalinowska-Wójcik podbiega do drzwi, otwiera je i przyłapuje trzech funkcjonariuszy na podsłuchiwaniu prywatnej rozmowy.


MROCZYSŁAWA KALINOWSKA-WÓJCIK (do Archibalda, Fulgencjusza i Gorgoniusza, słowami kontrowersyjnej ezoteryczki Tyary Elżbiety Gas/ Ismaela Elżbiety Gas):

“Puknijcie się w głowę, najlepiej weźcie dużą patelnię, aby mocno zabrzmiało echo puknięcia! (…) Wszystko się wypełnia, a wy stoicie nad przepaścią i się śmiejecie, wyszydzacie… Wy zaraz tam wpadniecie! Czy dalej chcecie się okłamywać? Wreszcie zrozumcie, że Prawda i Czas Apokalipsy już nastał! A wy się wybieracie w przepaść?! Nie chcecie słuchać, jak bardzo niebezpiecznie dla was nad przepaścią. Ale to WY musicie się wysilić, aby to dostrzec!”.


FULGENCJUSZ SKWAROWSKI (przerażony):

O, Stalinie przenajczerwieńszy! To chyba była Czwarta Tajemnica Młodzianowicka!




K-O-N-I-E-C

Natalia Julia Nowak,
4-7 lipca 2010 r.


____________________________
*PRZYPIS. Pułkownik Józef Różański:

http://www.jerzyrobertnowak.com/ksiazki/zbrodnie_ub.htm
http://pl.wikipedia.org/wiki/J%C3%B3zef_R%C3%B3%C5%BCa%C5%84ski

Brak komentarzy: