środa, 21 lipca 2010

Smoleńsk 2010. Przeżycie pokoleniowe?

Felieton, który miał nigdy nie powstać

Felieton, który macie okazję teraz czytać, miał nigdy nie powstać. To znaczy: 10 kwietnia 2010 roku, kiedy dowiedziałam się o katastrofie prezydenckiego samolotu w Smoleńsku, planowałam napisać okolicznościowy artykuł, jednak - uświadomiwszy sobie, jaka atmosfera panuje w Narodzie Polskim - porzuciłam ten pomysł na rzecz kompletnego milczenia. Miałam się nie wypowiadać na temat tragedii, jej uczestników, wywołanych skutków społeczno-politycznych ani ewentualnych przyczyn zdarzenia. Ba! Miałam w ogóle nie pisać o współczesnej polityce, Polsce i Polakach! Zadajecie mi pytanie: dlaczego? Skoro tak, to spróbuję Wam na nie odpowiedzieć…


Milczenie jest złotem

Po pierwsze: w obliczu ogromnych emocji, jakie zawładnęły polskim społeczeństwem, poruszanie wspomnianych kwestii wydało mi się szalenie niebezpieczne. Po drugie: moja opinia na temat skutków katastrofy (pogrzeb Lecha i Marii Kaczyńskich na Wawelu, zmiany personalne na wysokich stanowiskach państwowych, postawienie krzyża przed Pałacem Prezydenckim, wzajemnie wykluczające się teorie spiskowe, gloryfikacja ofiar wypadku, polsko-rosyjskie śledztwo, sprawa czarnych skrzynek) jest odmienna od zdania większości Prawicowców. Ponieważ nadal uważam się za przedstawicielkę Prawicy (czytaj: Skrajnej Prawicy), stwierdziłam, że najkorzystniejszym dla mnie rozwiązaniem będzie niewypowiadanie się na temat katastrofy smoleńskiej i w ogóle polskiej polityki.


Być damą i dojrzałym człowiekiem

Wydaje mi się, iż lepiej jest zamknąć się w sobie, ugryźć w język i nabrać wody w usta niż otrzymać od dotychczasowych sojuszników etykietkę “nacjonalistycznego Palikota/ Bartoszewskiego/ Michnika/ Wajdy”. Na tym, moi Drodzy, polega bycie damą i w ogóle dojrzałym człowiekiem. Nie dowiecie się, jak brzmią moje refleksje związane z Tymi Wszystkimi Sprawami, chociaż mam ich tak wiele, iż mogłabym nimi obdzielić kilka felietonów. Ja swoje wiem, lecz czasami zachowuję tę wiedzę dla siebie. Nie muszę się nikomu spowiadać z tego, co myślę - grunt, że w ogóle zastanawiam się nad pewnymi problemami. Myślenia mi nie zabronicie, tym bardziej, że nie zdradzę Wam, jak obecnie przebiega jego tok. Mówiąc słowami Stanisława Jerzego Leca: “Myśli są wolne od cła… gdy nie przekraczają granic” (naturalnie, chodzi tu o granice ludzkiej czaszki).


Przerwana zmowa milczenia

No, ale wróćmy do tego, co napisałam w akapicie pierwszym. Niniejszy felieton miał nigdy nie powstać, gdyż planowałam uczynić Smoleńsk swoim prywatnym tematem tabu. Przez trzy i pół miesiąca trzymałam samą siebie za twarz, żeby się - broń, Zeusie! - nie odezwać i nie zdradzić swoich poglądów dotyczących tej wielowątkowej afery. Teraz jednak miarka się przebrała - to, co z masochistyczną determinacją dusiłam w sobie przez tyle czasu, niespodziewanie we mnie wybuchło i zaczęło wychodzić na światło dzienne poprzez stukające w klawiaturę palce. Świadczy o tym właśnie ten artykuł, który miał zostać dosłownie wyabortowany z mojego umysłu. Co z tego, że niewiele z niego wynika? Grunt, że jest, chociaż plany były zupełnie inne! O Smoleńsku miałam nie pisać nic, a tu taki psikus!


Katastrofa w Smoleńsku - przeżycie pokoleniowe?

Jak już wspomniałam, nie zdradzę Wam, co sądzę o pogrzebie państwa Kaczyńskich na Wawelu, postawieniu krzyża przed Pałacem Prezydenckim, wzajemnie wykluczających się teoriach spiskowych, gloryfikacji ofiar wypadku, polsko-rosyjskim śledztwie, sprawie czarnych skrzynek etc. Nie chcę wyrażać opinii sprzecznych ze zdaniem znacznej części Prawicy. Napiszę za to coś innego, co - pomimo bezpośredniego związku z kwietniową tragedią - wydaje mi się bardziej bezpieczne i neutralne. Otóż przyszło mi do głowy, iż katastrofa prezydenckiego samolotu w Smoleńsku może być dla mojej generacji (urodzonej po roku 1989) przeżyciem pokoleniowym. Czyli takim, które ma miejsce akurat wtedy, gdy dane pokolenie wchodzi w dorosłe życie, a które nie pozostawia nikogo obojętnym i w znacznym stopniu wpływa na światopogląd większości osób.


Każda generacja ma swoje przeżycie

Dla polskich romantyków przeżyciem pokoleniowym było powstanie listopadowe, a dla pozytywistów - powstanie styczniowe. Dla osób urodzonych około roku 1920 przeżyciem pokoleniowym okazała się druga wojna światowa. Potem było pokolenie “Współczesności”, pokolenie “Nowej Fali”, pokolenie “Solidarności”… A co z moją, urodzoną po 1989 roku generacją, która właśnie wchodzi w dorosłe życie? Czy doświadczyła ona czegoś, co zrobiło wrażenie na wszystkich osobach i wpłynęło na świadomość wielu z nich? Ośmielę się stwierdzić, iż dla moich rówieśników największym (jak dotąd) przeżyciem pokoleniowym była katastrofa Tupolewa Tu-154, która wydarzyła się 10 kwietnia 2010 r. w okolicach rosyjskiego miasta Smoleńsk!


Pokolenie Smoleńska (pokolenie kwietnia 2010)

Nie myślcie, drodzy Internauci, że jestem zadowolona z takiego stanu rzeczy. Wcale NIE cieszę się z faktu, iż najprawdopodobniej reprezentuję pokolenie Smoleńska czy też - jak kto woli - pokolenie kwietnia 2010. Tak samo NIE cieszyłabym się, gdybym należała do poprzedniego pokolenia “Solidarności” (bo fakt, że się posiada antykomunistyczne przekonania, to jeszcze NIE powód, żeby popierać ten związek zawodowy! Ja jestem przeciwniczką komunizmu, ale z racji posiadania antydemokratycznych poglądów w życiu NIE opowiedziałabym się po stronie naszej Złotej Polskiej Opozycji Demokratycznej! Nie lubię, kiedy ktoś narzuca mi postawę pro-solidarnościową. Jako konserwatywno-nacjonalistyczno-tercerystyczna antydemokratka całkowicie odżegnuję się od tego ruchu społecznego). No, ale cóż… Przeżyć pokoleniowych się nie wybiera… To nie moja wina, iż na świecie dzieje się to, a nie coś innego… Mam rację czy nie? Czekam na Wasze wypowiedzi!



Natalia Julia Nowak,
reprezentantka pokolenia Smoleńska
(pokolenia kwietnia 2010)

Brak komentarzy: