środa, 19 maja 2010

Stracić głowę, nie tracąc języka w gębie. Rzecz o polskiej Bridget Jones

Próbowaliście kiedyś znaleźć odpowiedź na pytanie: "Czy można stracić głowę, nie tracąc przy tym języka w gębie"? Jeśli chodzi o mnie, nigdy nie snułam refleksji na ten temat, ale dzisiaj (19 maja 2010 r.) przekonałam się, iż taki paradoks jest jak najbardziej możliwy.

O co chodzi? Otóż, moi Kochani, o ustną maturę z języka angielskiego. Zgodnie z planem, ustalonym pod koniec kwietnia, mój egzamin miał się odbyć o godzinie 14:20. Nic więc dziwnego, że przygotowania do wyjścia szły mi dosyć ślamazarnie. Ponieważ miałam dla siebie całe przedpołudnie i kawałek popołudnia, absolutnie nie śpieszyłam się z "poranną toaletą". Około godziny 13:20, zaraz po tym, jak nałożyłam sobie puder na twarz, otrzymałam SMS-a z prośbą, żebym przyszła do szkoły wcześniej - najlepiej w ciągu najbliższych dwudziestu minut.

Ta wiadomość kompletnie zwaliła mnie z nóg, gdyż planowałam wyjść dopiero o godz. 13:55. Na szczęście, szybko wzięłam się w garść i ruszyłam do "budy" (idąc ulicą, zastanawiałam się, czy przypadkiem nie zapomniałam wyłączyć komputera). W budynku mojego liceum wszyscy już na mnie czekali - dosłownie, bo miałam zdawać jako ostatnia, a zaraz po moim "przesłuchaniu" miały zostać ogłoszone wyniki całej grupy. Chociaż byłam zupełnie zbita z tropu, a na dodatek zestresowana, postanowiłam jak najszybciej przystąpić do matury i ulżyć zniecierpliwionym uczniom.

Kiedy weszłam do sali egzaminacyjnej, niespodziewanie zaparowały mi okulary (bo ja jestem okularnicą, wiecie?), przez co miałam jeszcze gorszą "widoczność" niż bez tych szkiełek. To również wpłynęło negatywnie na moje samopoczucie i samoocenę. W rezultacie, przed i po egzaminie nie wiedziałam już, co gadam - ani po polsku, ani po angielsku (gdy zaś czytałam zadania, emocje znacznie utrudniały mi zrozumienie polskojęzycznych poleceń!). Podczas dialogu z egzaminatorami i opisywania obrazka byłam bardzo zestresowana, toteż nieustannie się zacinałam i poprawiałam samą siebie. Jednakże to, co bredziłam, widocznie miało "ręce i nogi", gdyż - jak się później okazało - zdałam maturę ze świetnym wynikiem. Tak, tak... Wypełniły się słowa jednego z polskich raperów: "Nie będzie spektakularnego wejścia bez sensownego bełkotu"!

Po egzaminie wyszłam na korytarz, usiadłam na jednej z ławek i zaczęłam pisać SMS-a do Mamy. Ledwo nacisnęłam przycisk "Wyślij", doszły mnie słuchy, że mam wracać do sali egzaminacyjnej, gdyż są już znane wyniki matury. Wówczas wszystko zaczęło mi "lecieć" z rąk i z kolan - plecak, telefon, kurtka, parasol... Zanim uporałam się z tymi rzeczami, cała grupa zdążyła już wejść do sali. A ja co? Z nerwów zapomniałam, dokąd właściwie mam pójść!

Postawiona przed "trudnym" wyborem: zbiec na dół czy popędzić do sali numer 35, zachowywałam się dosłownie jak Bridget Jones albo inna komediowo-kabaretowo-stereotypowa blondynka (szczerze mówiąc, jestem brunetką, ale dzisiaj nie miało to znaczenia). Osoby, które przebywały w korytarzu, widocznie doszły do identycznego wniosku, gdyż zaczęły cicho chichotać. Gdy już przypomniałam sobie, że mam pójść do sali nr 35, z moich ust wyrwał się piskliwy okrzyk: "Och, Boże, jestem taka zestresowana, taka rozbita, że nie mam pojęcia!". Po chwili byłam już tam, gdzie powinnam być.

Jak się okazało, na maturze ustnej z języka angielskiego zdobyłam 18 punktów na 20 możliwych, czyli najwięcej z całej grupy. Nie spodziewałam się, że będzie aż tak dobrze!

Po powrocie do domu odkryłam, że jednak nie wyłączyłam komputera. Cóż, zdarza się... To wszystko dlatego, iż nastąpiła nieoczekiwana zmiana planów, a ja nie zdążyłam sprawdzić, czy mój "komp" jest wyłączony, czy tylko "zahibernowany".

Tak czy siak, pozdrawiam!

N. J. Nowak

P.S. Przepraszam, jeśli niniejsza notatka zawiera jakieś błędy językowe. Nie jestem pewna, czy po maturze z języka angielskiego zdążyłam już dojść do siebie. A tak w ogóle, to dzisiaj w nocy spałam tylko cztery godziny, więc jestem niewyspana i skołowana...

En-Dżej-En

Brak komentarzy: