piątek, 14 maja 2010

Czarny felieton. Tytuł mało chwytliwy

Nie naśladujmy Jeana Tarrou!

Mądre osoby mawiają, że w ludzkim życiu pewna jest tylko jedna rzecz - to, iż kiedyś się umrze. Zgon jest rzeczą naturalną i oczywistą, chociaż wielu ludzi, zwłaszcza młodych, ambitnych, optymistycznych i miłujących swoją egzystencję, nie chce tego zaakceptować oraz walczy ze śmiercią niczym Jean Tarrou, bohater “Dżumy” Alberta Camusa. W najskrajniejszych przypadkach zdarza się, że tacy ludzie - na wieść o czyjejś śmierci - reagują jak bohaterowie “Tanga“ Sławomira Mrożka, tzn. oburzają się na przeznaczenie i doświadczają szoku, jakby stało się coś nienormalnego i niepożądanego (“Tego nigdy nie było w naszej rodzinie!”). Myślę, iż takie podejście do rzeczy typowej i nieuchronnej jest niewłaściwe. Każdy z nas powinien wreszcie oswoić się z myślą, że wszyscy ludzie kiedyś umrą - odejdą czytelnicy tego felietonu, odejdą ich krewni, odejdą osoby publiczne, odejdą sąsiedzi, odejdą wrogowie, odejdę ja. Dla umierającej jednostki świat się skończy, ale dla reszty społeczeństwa (jeszcze żyjącej) - nie. Wobec tego, warto czasem zadać sobie pytanie: co dalej po śmierci?


Raj? Hades? Nawia? Walhalla? Nic z tych rzeczy!

Nie, moi Drodzy, nie mam zamiaru snuć filozoficzno-teologicznych refleksji na temat nieba, piekła i czyśćca, reinkarnacji, spotkania z bóstwem albo czegoś w tym stylu. Jako ateistka nie wierzę w istnienie duszy, toteż wykluczam możliwość jakiejkolwiek egzystencji poza ciałem. Kiedy zadałam pytanie “Co dalej po śmierci?”, miałam na myśli wyłącznie ziemskie sprawy związane z naszym dorobkiem materialnym i intelektualnym - z tym wszystkim, co nam towarzyszyło podczas ziemskiej egzystencji lub pochodziło bezpośrednio od nas. Z naszymi dziełami, utworami, ideami, rozpoczętymi projektami, niedokończonymi przedsięwzięciami, naukami, pamiątkami, sekretnymi notatkami, pamiętnikami, listami, dokumentami czy innymi drobiazgami, do których byliśmy przywiązani i które uważaliśmy za swoje małe skarby. Jaki los spotka dobra materialne i intelektualne, zawierające cząstkę naszego “ja”, czyli - używając terminologii rodem z “Harry’ego Pottera” - nasze prywatne horkruksy? Czy będą one trwać jeszcze przez wiele lat, przypominając światu o naszym istnieniu i o tym, co mieliśmy do powiedzenia, czy też przepadną razem z naszym życiem? Czy coś, oprócz nagrobka, po nas zostanie? A jeśli tak, to na jak długo i w jakiej formie?


Wzorując się na mądrym Internaucie

Pewien Internauta, który jakiś czas temu wybierał się w podróż za granicę, opublikował na swoim blogu testament, na wypadek, gdyby w czasie wycieczki (zwłaszcza podczas lotu samolotem) stało mu się coś złego. Uważam, że było to bardzo mądre z jego strony, chociaż wielu osobom taki gest może się wydać głupi, niesmaczny, groteskowy lub makabryczny. Po długich refleksjach stwierdziłam, iż ja również powinnam napisać i upublicznić coś takiego, bo przecież NIE jestem niezniszczalna i w każdej chwili mogę stracić życie lub poważnie zaniemóc (a tak w ogóle, to 2 czerwca 2010 roku wyjeżdżam na dwutygodniowe wczasy). Nie, nie, absolutnie niczego nie wróżę, nie zapowiadam ani nie sugeruję! Wcale się nie spodziewam, że w najbliższym czasie zginę albo stracę możliwość kontaktowania się ze światem! Po prostu daję upust mojej wrodzonej przezorności i ostrożności, albowiem nikt na Ziemi nie może się czuć bezpiecznie.


Nie znacie dnia ani godziny!

Wszyscy wiemy, że każdego dnia w różnych częściach świata dochodzi do wypadków drogowych, kataklizmów, katastrof budowlanych, zachorowań na ciężkie choroby, zabójstw etc. Tak naprawdę, każdy z nas jest narażony na nieszczęście lub przedwczesną śmierć, chociaż wmawia sobie irracjonalną tezę: “To może spotkać wszystkich, tylko nie mnie”. Mogę się założyć, iż znaczna część ofiar trzęsień ziemi, fal tsunami, morderstw czy kraks samochodowych także powtarzała sobie tę bzdurę, a gdy już patrzyła śmierci w oczy, pytała pretensjonalnie: “Dlaczego ja?! Przecież to niesprawiedliwe!”. Co z tego wynika? To, że powinniśmy być przygotowani na najgorsze, aby któregoś dnia “nie obudzić się z ręką w nocniku”. Nie bójmy się spojrzeć prawdzie w oczy: to, że kiedyś przestaniemy istnieć, jest tak pewne jak fakt, iż na Słońcu panują wysokie temperatury. Na pewno postąpimy roztropnie, jeśli już teraz zaczniemy przygotowywać samych siebie na “tę” chwilę. Zresztą… Nie tylko “samych siebie”, ale również ludzi, którzy nas otaczają. Pozwólcie więc, że przedstawię Wam mój mini-testament, będący pewną formą “ubezpieczenia na życie”. Dzięki niemu dowiecie się, co należy uczynić w przypadku mojego zgonu.


Testament Natalii Julii Nowak

Ja, Natalia Julia Nowak, urodzona 19 lutego 1991 r. w Starachowicach, życzę sobie, żeby po mojej śmierci zachowała się jak największa część tego, co pisałam i przekazywałam światu. Chcę, by moje artykuły, dramaty, wiersze, opowiadania i inne teksty były nadal rozpowszechniane - oczywiście, z zaznaczeniem mojego nazwiska oraz bez jakiejkolwiek ingerencji w treść czy formę utworów. Pragnę również, aby moje poglądy polityczne, filozoficzne, religijne i inne były nadal manifestowane, tzn. powtarzane podczas dyskusji lub wystąpień publicznych. Jeśli chodzi o mój pogrzeb, to życzę sobie, żeby był on cywilny (świecki), gdyż jestem ateistką i publicznie wyrzekłam się wiary w Boga. Co do grobu, pragnę, aby miał on kolor czarny lub jasnobrązowy. Jeżeli to możliwe, proszę umieścić na nim słowa z mojego wiersza pt. “Wolność lub Śmierć” opublikowanego w Internecie oraz w ogólnopolskim tygodniku “Tylko Polska”:

“Nie płaczcie też po mnie zbyt długo:
Szlochajcie po Polsce straconej!
Po naszej jedynej Ojczyźnie,
W dziesiątym miesiącu zniszczonej!”


O moim zgonie należy poinformować nie tylko rodzinę i sąsiadów, ale również Polską Partię Narodową, redakcję kwartalnika kulturalnego “Kozirynek” (mającą swoją siedzibę w Radzyniu Podlaskim) oraz redakcję powiatowego tygodnika “Gazeta Starachowicka”. Uprzejmie proszę o niewpuszczanie na mój pogrzeb osób, które krzywdziły mnie za życia, gdyż nie życzę sobie ich uczestnictwa w tak specyficznej uroczystości. Apeluję także o to, by ludzie, którzy mnie nie szanowali, zrezygnowali z ewentualnej fałszywej żałoby po mojej osobie. We wszelkich doniesieniach na temat mojej śmierci należy podkreślić, iż byłam patriotką, eurosceptyczką i obrończynią życia poczętego, a w mojej hierarchii wartości pierwsze miejsce zajmowały wyznawane idee.

Natalia Julia Nowak,
14 maja 2010 r.


Ostatnie słowa

Nie wiem, w jaki sposób powinnam zakończyć ten dziwny, testamentowo-pogrzebowy felieton. Napiszę więc, że bardziej od śmierci lękam się cierpienia oraz tego, co może nastąpić po moim zgonie (dotyczy to zarówno moich prywatnych spraw, jak i tych uniwersalnych, związanych z sytuacją polityczną Polski i nie tylko). Nie jestem taka jak pewna postać historyczna, która - będąc obojętną na losy świata - powtarzała cynicznie: “Po mnie nawet potop”. To, jaka przyszłość czeka moją Ojczyznę, jej obywateli oraz mieszkańców innych państw, ma dla mnie ogromne znaczenie. Dlatego staję twarzą w twarz z pewnym paradoksem. Z jednej strony, przygotowuję się na śmierć, która obecnie wydaje mi się mniej przerażająca niż jeszcze trzy lata temu. Z drugiej - boję się, że w przyszłości będzie jeszcze gorzej niż teraz, a ja jako trup nie będę mogła absolutnie nic zrobić (nawet, mówiąc kolokwialnie, “rządzić swoimi gaciami”). Koniec. Memento Mori.

Brak komentarzy: